wtorek, 8 października 2013

Wygrana (VII)

     Wczoraj, w poniedziałek, zasmuciła mnie bardzo wiadomość o śmierci pani Joanny Chmielewskiej, według mnie najlepszej polskiej pisarki. Aż dziw bierze, że ktoś tak pełny życia i energii, mógł odejść...
     Pozostaje tylko pocieszyć się tym, co po sobie zostawiła. Może nie wszystkie jej książki były genialne, ale większość na pewno. Kto nie czytał, a lubi dobry humor, lekką ironię i pełnych życia bohaterów, to polecam. Nawet jeśli nie gustujecie w kryminałach. 
     Nie mam w zwyczaju płakać po obcych ludziach. Nigdy tego nie robiłam. Ale po niej będę. Czytałam jej książki przez prawie całe życie i wiem, że była taka jak jej twórczość. Wspaniała!

Wygrana (VII)


13.
Do pokoju wróciłam przemoczona, zziębnięta i wściekła jak nie powiem co. Dopiero, gdy zrzuciłam mokrą odzież i opatuliłam się szlafrokiem, mój wzrok padł na prawie pustą butelkę po szampanie i dwa kieliszki. Nie było trudno się domyślić skąd się to wzięło… Stanowczym ruchem sięgnęłam po słuchawkę hotelowego telefonu i mściwie zamówiłam jeszcze dwie takie flaszki, po półtorej klocka za sztukę. Potem kazałam to doliczyć do rachunku Roberta.
Długa kąpiel w wannie, w towarzystwie jednego z Dom Perignon oraz całej masy malutkich świeczek, odrobinę poprawiła mi humor. Tym bardziej, że za oknem deszcz wybijał miarową melodię, wyraźnie oznajmiając, że nici z dzisiejszego spaceru. Potem przebrałam się w wygodny dres i przeszłam do salonu. Co było dość niezwykłe, miałam w nosie kolację, postanowiwszy zadowolić się orzeszkami z barku i ostatnią zdobyczną czekoladą, kupioną jeszcze wczorajszego dnia. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie i włączyłam telewizor. Mój nastrój wykluczał wszelkie komedie romantyczne, potrzebny był mi raczej jakiś krwawy i brutalny horror. Albo wiadomości… Nie musiałam długo pstrykać, gdy trafiłam na jakiś film klasy „z”, gdzie właśnie, nawet przystojny główny bohater, zamieniał się w owłosioną i zębatą bestię. „Ujdzie” - postanowiłam i wygodniej umościłam się na sofie, dodatkowo przykrywając kocem. Zdążyłam obejrzeć ponad dwa kwadranse, opróżnić do końca butelkę z szampanem i zeżreć wszystkie orzeszki, kiedy pojawił się Robert.
Nie wiadomo dlaczego był w znakomitym humorze. Wyszczerzył zęby niczym ten pies w reklamie pedigree, co miało z pewnością obrazować jego znakomite samopoczucie lub też przyjazne zamiary.
– Co pijesz? – Usiadł tuż obok mnie i z niejakim rozczarowaniem spojrzał na puste torebki po orzeszkach.
– Dom Perignon, który zamówiłeś. Tu już mam koniec, jak chcesz to tam stoi jeszcze jedna flaszka.
– Pewnie na mój rachunek? – Nie rozgniewał się, tylko smętnie pokiwał głową.
– Uznałam, że nie będziesz miał nic przeciwko. Taki gratis do naszej umowy – dodałam złośliwie.
– Myślałem że jesteś na randce, a ty tu oglądasz taki beznadziejny film.
– Nie jest zły. Można się pośmiać.
Przez chwilę panowało błogie milczenie, a my wspólnie śledziliśmy rozgrywającą się akcję. Ale oczywiście Robert musiał przyczepić się do szczegółów.
– Dlaczego ten wilkołak biega jak małpa?
– Bo mu się ośrodek ciężkości zaburza. I nie zadawaj durnych pytań, bo psujesz nastrój.
– A może on robi za brakujące ogniwo? I co ta wróżka czy też szamanka miała na głowie? Wyglądało jak mop po przejściach…
– Uch! Bądź że cicho! Poza tym gdzieś ty widział czarnego mopa?
– W sumie masz rację. To bardziej była fryzura a la Bob Marley. Szkoda, że nie dorzucili czerwonych oczu, byłoby więcej dramatyzmu.
– Robert! Ja tu film oglądam!
Ale on nie miał zamiaru odpuszczać.
– Nie wiem czy mnie bardziej kręci ta szamanka, czy policjantka? Czasami trudno być samcem…
– Myślę, że pierwsza jest bardziej w twoim typie.
– No nie wiem… Ten mop mi ją obrzydził.
– A nie bardziej ta książka w twarzy, co ją wbił wilkołak podczas towarzyskiej wizyty?
– Powinno się zakazać sprzedaży takich dzieł, aby ograniczyć dostęp do broni.
– Bredzisz. Choć w sumie, jeśli to była jakaś część sagi Zmierzch…
– Aha! Najnowsza, pod tytułem „Niebo w gębie”.
Nie mogłam się nie roześmiać. Rozpromienił się niczym słoneczko, ale niestety nie zamierzał na tym poprzestać.
– Zawsze się zastanawiałem, co daje psowatym wycie do księżyca? Lansik jakiś?
– To tańsze niż produkcja moczu do oznaczania terytorium – odgryzłam się.
– Ha, ha! I one pewnie wtedy śpiewają „I feel lonely” albo „Baby, please come home”.
Rozśmieszył mnie. I wbrew sobie podchwyciłam temat.
– A jak nie ma księżyca? To znaczy jest, ale za chmurami?
– Zamyka oczy i wyobraża sobie, że jest. Zwróciłaś uwagę, że w tym filmie w momencie przemiany, wilkołak zawsze łapie się za brzuch?
– Bo wyje na przeponie i tak sobie pomaga… Zamknij się wreszcie, bo tu kulminacyjna scena, a ja za chwilę pęknę ze śmiechu.
– Słabiutki ten film. Więcej gadania niż interesujących scen.
Nie wytrzymałam. Złapałam poduszkę i rzuciłam się na niego z zamiarem uduszenia. A przynajmniej porządnego podduszenia.
– To ty gadasz i nie dajesz mi ani na chwilę spokoju!
Bez problemu odebrał narzędzie mordu i chwyciwszy za nadgarstki, przycisnął do oparcia sofy. Przez chwilę zastanowiłam się skąd u niego tak świetny humor, przecież to ja wytrąbiłam całą flaszkę szampana, nie on. Czyżby pogodził się z lubą blondyną?
– Naprawdę lubisz takie idiotyczne i żenujące dzieła?
Szarpnęłam się, próbując wyswobodzić, ale nie po raz pierwszy przekonałam się, że był ode mnie sporo silniejszy. No i zresztą wcale nie było mi w tej pozycji tak strasznie niewygodnie. Wręcz przeciwnie…
– Owszem, a najbardziej podoba mi się moment gdy następuje super błyskawiczna przemiana, poprzedzona radosnym skowytem!
– Ten wilkołak wcale nie jest straszny. Już bardziej przekonywujący od niego był Piszczałka z filmu „Przyjaciel wesołego diabla”.
– Cicho! Przez ciebie nie wiem, dlaczego ten chłopak ucieka.
– Pobiegł po swojego ipoda, żeby ustawić status na fb „potwór zjadł mi kolegę, looool!”…
– Robert! Ja więcej nie mogę! – Czułam, że po policzkach płyną mi łzy. Ale tym razem ze śmiechu. – Skąd u ciebie tak dobry humor? Rano miałam wrażenie, że chcesz mi przegryź gardło, a teraz… O, proszę! To zasługa Anity?
– Anita, Anity, Anitę – odpowiedział niespodziewanie poirytowany. Puścił mnie i sięgnął po kieliszek z szampanem. – Czy każda rozmowa musi kręcić się dookoła jej osoby?
– Nie – odparłam zdziwiona.
Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Dopiero kiedy ukazały się napisy końcowe, odważyłam się na niego zerknąć. Siedział wygodnie rozparty i w zamyśleniu spoglądał na właśnie rozpoczynające się reklamy.
A co mi tam! Zabawimy się i sprawdzimy jak długo wytrzyma w swych postanowieniach.
Wstałam i bez namysłu usiadłam mu na kolanach, zarzucając ramiona na szyję i z uśmiechem wpatrując się w lekko zaskoczoną minę.
– Pocałujesz mnie?
Przez chwilę wyglądał na potężnie ogłuszonego. Wcale się nie dziwię, mnie też by przymurowało w takiej sytuacji.
– Szkoda. – Wygięłam usta w podkówkę, jednocześnie delikatnie pieszcząc dłonią jego kark. Potem przysunęłam się jeszcze bliżej, tak że nasze usta dzieliła teraz zbyt mała odległość.
– Ty to robisz specjalnie! – zgłosił uzasadnioną pretensję, jednocześnie mocniej mnie przytulając.
– W żadnym wypadku – wyszeptałam cichutko, bo niemal czułam już dotyk jego warg na swoich. – To tylko tak po przyjacielsku… Kilka całusów i trochę pieszczot, banał!
– Po przyjacielsku? – parsknął, odrobinę rozzłoszczony. Ale ani nie odsunął się, ani nie poluzował uścisku.
– Jak nie ty, to będę musiała zrobić to sama, używając wyobraźni i gibkich paluszków mej prawej dłoni…
Aż zesztywniał zaskoczony. Sama byłam zdumiona swoimi słowami, ale w zasadzie całkiem trafnie opisałam własne pragnienia.
– Alicjo! Ja cię nie poznaję! Skąd u ciebie to wyuzdanie?
– Robercie! Ja ciebie również! Skąd u ciebie ta wstrzemięźliwość?
– No tak, cała butelka szampana…
– Och, zamknij się! – I po prostu go pocałowałam.
Czy zaprotestował? O nie, skąd! Wręcz przeciwnie, oddał pocałunek z taką siłą, że aż zakręciło mi się w głowie.
Czułam jego wargi, jak wpijają się z pożądaniem, jak władczo rozsuwa językiem moje usta, dając przedsmak tego, co mogłoby się wydarzyć już za chwilę. Jego dłonie rozpoczęły nieśpieszną wędrówką, bezczelnie wdzierając się pod materiał ubrania. Potem przerwał i ustami powędrował za dłońmi, szukając naprężonych piersi. Powoli wysunął je ze stanika, najpierw jedną, a po chwili i drugą. Jęknęłam z rozkoszy, odchylając głowę do tyłu i zatopiłam palce w jego włosach. Robert pochylił się i bez poprzednio wyczuwanego pośpiechu, koniuszkiem języka zaczął zataczać kręgi wokół brodawki, by w końcu wziąć całą do ust. Potem na zmianę ssał ją i przygryzał, drugą dłonią torując sobie drogę do mego gorącego i mocno już wilgotnego wnętrza. Przez ubranie czułam twardy nacisk członka na moich pośladkach. Drżałam z podniecenia, a każdy nerw mego ciała błagał o więcej. Miał dużo racji mówiąc, że mógłby mnie mieć w każdej chwili. Ale nie w tej, nie tym razem…
Kiedy poczułam na sobie ciężar jego ciała, zrozumiałam że jeśli teraz tego nie przerwę, to za kilkanaście sekund nie będę już miała na to żadnych szans.
Był to więc odpowiedni moment. Zręcznie wyślizgnęłam się z jego uścisku i skierowałam do sypialni. Biedak, pewnie myślał, że to tylko zmiana miejsca, więc wstał i podążył za mną. Ja tymczasem niemal biegiem wpadłam do łazienki i w pośpiechu zatrzasnęłam za sobą drzwi, dwukrotnie przekręcając klucz. Potem usiadłam na desce od sedesu i nerwowo zacisnęłam pięści.
– Alicja! – Załomotał z siłą, która sprawiła, że drzwi omal nie wyskoczyły z futryny. – Co to ma do cholery znaczyć?
Milczałam, wywaliwszy w jego kierunku cały język i dodatkowo wykonawszy kilka obraźliwych gestów.
– Alicja! Bo wyważę te cholerne drzwi!
„A proszę cię bardzo” – pomyślałam złośliwie. Szampan jeszcze szumiał mi w głowie, byłam rozpalona i podniecona, ale czasem zły charakter na coś się przydaje. Zawzięłam się w sobie i nie miałam najmniejszego zamiaru ani wyjaśniać mego postępowania, ani wdawać się w bezsensowne rozmowy. Nie wiem na co liczył, ale z pewnością był nieźle rozeźlony. Nic dziwnego, najpierw sama pchałam mu się w spodnie, a gdy już niemal nadszedł kulminacyjny moment, to zwiałam bez słowa wyjaśnienia.
– Ty mała, podstępna… brak mi słów po prostu! Po co zaczynałaś, jeśli nie miałaś zamiaru kończyć?
Nie wytrzymałam.
– Nie miałam! – odwrzasnęłam ugodowo. – A co myślałeś? Że po przyjacielsku zrobię ci loda?
– No wiesz! – Jeszcze raz z wściekłością walnął w drzwi. – To było wyjątkowo podłe! Wyjdź z  tej łazienki to pogadamy.
– A figę! – mruknęłam pod nosem. – Idź do Anity, niech ona skończy… – dodałam głośniej.
To, co dobiegło zza drzwi, stanowiło niezwykle barwną mieszankę najbardziej niecenzuralnych słów, jakie kiedykolwiek słyszałam. Robert naprawdę był rozgniewany. Przez chwilę miotał się jeszcze po pokoju, potem zapanowała względna cisza.
Kiedy już niemal zdecydowałam się na wyjście, zadzwonił hotelowy telefon. Przystawiłam ucho do drzwi, aby wyraźniej słyszeć słowa wypowiadane przez Roberta.
– Tak? Owszem. Nie, przykro mi, ale to niemożliwe. Dlaczego? Ma szlaban, bo przyłapałem ją jak się puszczała w schowku na miotły z boyem hotelowym…
W tym momencie uświadomiłam sobie, kto mógł być drugim rozmówcą. Tomek! Jak strzała wypadłam z łazienki, ale i tak było za późno, bo Robert właśnie odkładał słuchawkę.
– Ty gnojku! Jak śmiałeś opowiadać mu takie bzdury?
– Mogłem też powiedzieć prawdę… – Bez problemu chwycił moją dłoń, uchylając się przed ciosem.
Wrzasnęłam na całe gardło i kopnęłam go w łydkę. Zabolało, bo nieznacznie się skrzywił. Ale to mnie nie usatysfakcjonowało, więc ponownie zaatakowałam z podwójną siłą. Chyba się tego spodziewał, bo nieznacznie odsunął się, podkładając mi nogę. Rymnęłam jak długa na podłogę, o mało nie wybijając sobie zębów. A kiedy w dodatku usłyszałam nad sobą mściwy śmiech, straciłam resztki opanowania. Czerwona mgła zasnuła mi oczy i bez namysłu wbiłam  zęby w jego prawą kostkę. Śmiech zamienił się w skowyt bólu, a potem upadł tuż obok mnie.
– Czyś ty już całkiem zwariowała? – jęknął, podciągając nogawkę. Z podziwem przyjrzałam się pięknym śladom moich siekaczy i niewielkiemu krwawieniu.
– Należało ci się – oświadczyłam, z godnością podnosząc się do pozycji siedzącej.
– Boże! Mieszkam w jednym pokoju z wariatką!
– Ty się ciesz, że nie dziabnęłam cię w innym miejscu. Bo wtedy zacząłbyś śpiewać falsetem…
Spojrzał na mnie z autentycznym obrzydzeniem.
– Ktoś ci już powiedział, że jesteś chora?
– Nie. Jedynie ty wywołujesz u mnie taką reakcję. Może to alergia na bogatych, zadufanych w sobie kretynów?
Nie odpowiedział, tylko wstał. Potem zupełnie nieoczekiwanie podał mi rękę.
– Wstawaj!
Spojrzałam na niego podejrzliwie. Powinienem być śmiertelnie obrażony, a ten tu się bawi w jakieś kurtuazje. Co też on knuje?
Pozwoliłam sobie pomóc i po chwili stałam naprzeciwko Roberta, wpatrującego się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
– O co chodzi? – spytałam, możliwie że dość napastliwie.
– O ciebie.
– Nie rozumiem?
– Nie spodziewam się, że zrozumiesz.
– No widzisz! Znów zaczynasz!
Nieoczekiwanie rozjaśnił się. Wyglądał w tej chwili cholernie pociągająco, aż poczułam żal, że tak rzadko uśmiecha się do mnie w ten sposób.
– Dobrze. A więc pora to skończyć. – Pochylił się i musnął ustami moje wargi. Potem delikatnie dotykając rozognionych policzków, pieszcząc każdy skrawek skóry, powoli dotarł do ucha i wyszeptał:
– Dobranoc Alicjo. I nie czekaj na mnie.
– Dlaczego? – wyrwało mi ze zdumieniem.
– Bo mówiąc dosadnie, idę na dziwki.
Nie czekając na moją reakcję, chwycił leżącą na oparciu krzesła marynarkę i zanim zdążyłam wydusić z siebie chociaż jedno słowo, już go nie było.

14.
Obudziło mnie słonko, wesoło świecące na zewnątrz i bez skrępowania wdzierające się przez nieosłonięte okna sypialni. Jęknęłam, przysłaniając dłonią oczy. Potem przypomniał mi się wczorajszy wieczór, więc gwałtownie usiadłam na łóżku, spoglądając na jego drugą połowę. Nie było znać, że ktokolwiek na niej spał tej nocy, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło, bo Robert mógł wybrać kanapę. Kiedy jednak wpadłam do salonu, zastałam go w takim samym stanie, co wczoraj. Na stoliku wciąż leżały papierki po orzeszkach i stała butelka po szampanie. Na kanapie niedbale leżał koc, a telewizor cicho szemrał, pokazując jakiś poranny, durny program. I wtedy jęknęłam po raz drugi. Tym razem głośniej.
Gdzie też on się podziewał?
Z jednej strony nie chciało mi się wierzyć, że spełnił swoją groźbę, z drugiej jednak miałam do czynienia z facetem, a z nimi nigdy nic nie wiadomo. Więc skoro nie wrócił do apartamentu na noc, to gdzie poszedł?
Musiałam dać ujście pęczniejącym we mnie uczuciom i zaczęłam skakać ze złości. Jak już odrobinę się zmachałam, usiadłam na sofie i chwyciwszy pustą flaszkę, smętnie zapatrzyłam się w resztki szampana, chlupoczące na dnie. I w takiej to pozycji zastał mnie wracający z włóczęgi Robert.
– Wyglądasz jak pijak po całonocnej libacji – powiedział na powitanie.
Rzuciłam mu z ukosa podejrzliwe spojrzenie. Wyglądał całkiem normalnie, nawet powiedziałabym, że lepiej niż ja w tej chwili.
– Gdzie byłeś całą noc? – Nie umiałam powstrzymać cisnącego się na usta z siłą huraganu, pytania.
Nie odpowiedział, tylko podszedł do stołu i nalał sobie pełną szklankę wody.
– No!?
– Zachowujesz się jak zazdrosna żona.
Nadęłam się urażona. W sumie to miał rację, wcale nie musiał odpowiadać na moje pytanie. Ale on najwidoczniej chciał mi odpłacić za wczoraj pięknym za nadobne.
– Byłem u Anity, tak jak mi radziłaś.
– No tak. W końcu mówiłeś, że idziesz na dziwki.
– Alicja! Jak śmiesz!
– Idę się ubrać, bo burczy mi w brzuchu. – Wstałam i skierowałam się do łazienki. – Ty też się umyj, nie wiadomo co mogłeś złapać, szlajając się po nocy…
Szczerze, to dziwiłam się mu, że jeszcze mnie nie zabił. Udusił poduszką czy utopił w wannie. Ja bym tam sama z sobą nie wytrzymała tyle czasu. Owszem, wściekał się, ale i tak miał do mnie anielską cierpliwość.
Odruchowo spojrzałam w lustro i zamarłam. Szklana tafla  prawdomównie pokazała czerwoną, nadętą, nabzdyczoną twarz, posępne spojrzenie i zmarszczone czoło.
„No nie!” – pomyślałam ze zgrozą. I Robert musiał to oglądać od rana? I ja mu się chcę podobać? Na jego miejscu, dawno bym uciekła.
Zamknęłam oczy i spróbowałam się rozluźnić. Przypomniałam sobie nasze pocałunki, pieszczoty, miłe słowa. Zabawę na plaży przy budowaniu zamku z piasku.
Tym razem lustro uczciwie pokazało promienne oczy i radosny uśmiech. Sama się sobie teraz podobałam.
Kiedy już wyszłam z łazienki, ubrana i umyta, on leżał na wznak na łóżku i smacznie chrapał. Nie wiem dlaczego, ale nagle zyskałam pewność, ze spędził tę nockę samotnie, choć nie wiadomo w jakim miejscu. Pokiwałam głową i zdjęłam mu buty, a potem przykryłam kocem przyniesionym z salonu.
To już ostatni dzień… Poczułam, że zbiera mi się na płacz. Stałam na środku sypialni i połykałam łzy, patrząc na mężczyznę, w którym tak nieoczekiwanie się zakochałam. Bez entuzjazmu myślałam o powrocie do domu, rozumiejąc, że ten tydzień zmienił cały mój świat.
Chciałam zostać. Przy nim. Ale nie wiedziałam jak to zrobić. Sam przyznał, że nie kocha Anity, jednak wciąż trwał uparcie przy zamiarze odbudowania ich związku. To wszystko było zbyt skomplikowane jak na mój pusty, burczący żołądek, więc po prostu udałam się na śniadanie.

15.
Robert spał aż do obiadu. Kiedy wróciłam z plaży, właśnie brał prysznic. Dyskretnie wycofałam się do salonu i bez skrępowania uszykowałam sobie drinka. Miałam w nosie mój hipotetyczny alkoholizm, tym bardziej, że od rana dręczyła mnie chandra. Nie zdążyłam dać nawet łyka, gdy zaszedł mnie od tyłu i wyjął szklankę z ręki.
– Oddawaj! – Moje postanowienie, by dziś być wyłącznie życzliwą i uprzejmą, ulotniło się w mgnieniu oka.
– Ja wiem, że alkohol jest bezpłatny, ale przesadzasz.
– To jak aperitif przed obiadem.
– Akurat – mruknął, odstawiając go na stół. – Wypijesz wieczorem, teraz masz być trzeźwa.
– A co? Znów obiadek a Anitką i Raisem?
– Nie. Ze mną – powiedział ze spokojem, dopinając guziki w koszuli. – I dlatego chciałbym, abyś nie piła i nie cuchnęła wódką.
Otwarłam już usta, by zaprotestować, ale nie zdążyłam, bo pochylił się i mnie pocałował. Delikatnie, czule i jakby mimochodem.
– Co to ma znaczyć? – spytałam surowo, odsuwając się od niego.
Wzruszył ramionami.
– Idziemy coś zjeść? Czy znów wolisz się kłócić?
Zgrzytnęłam zębami, aż spojrzał na mnie zdziwiony. Jednak sekundę później przypomniałam sobie małpią fizjonomię, oglądaną rano w lustrze. No nie! I jeszcze mam się tak pokazać publicznie!
Zanim zdążyliśmy dojść do jadalni, wypogodziłam się i przywołałam na twarzy życzliwy uśmiech. Ukradkowe spojrzenie rzucone na lustro w holu, pozwoliło przekonać się, iż wyglądam w miarę normalnie. Odetchnęłam z ulgą, bo zaraz potem natknęliśmy się na Anitę. Była sama, ale Robert rzucił jej jedynie uprzejme powitanie i nie oglądając się za siebie, podszedł do stolika. Tym razem nie był mi potrzebny widok własnego odbicie, bo atmosfera przygnębienia rozwiała się jak dym na wietrze i czułam, jak mimowolnie się uśmiecham.
Podczas posiłku wymienialiśmy zdawkowe uwagi, oboje usiłując wyglądać na względnie zadowolonych. Jakoś udało nam się utrzymać te atmosferę, aż do momentu gdy ja udałam się na plażę, a Robert zajął się swoimi sprawami, zasiadając przy laptopie z całym plikiem papierów. Zjeść podwieczorek poszłam już sama, bo on wciąż był zajęty. Można powiedzieć, że apetyt miałam równie kiepski jak nastrój. Jakoś minęła mi ochota na kłótnie i słowne utarczki, pozostało za to tylko przygnębienie. Po posiłku znów powlokłam się na plażę, lecz bez jakiegokolwiek entuzjazmu. Rozłożyłam się na kocu i spróbowałam zająć się czymś pożytecznym, czyli rozwiązywaniem krzyżówki. Niestety szło mi wyjątkowo kiepsko, umysł pracował na najwyższych obrotach, ale za to tylko w jednym kierunku.
Gdy już odpracowałam wszystkie najbardziej ponure scenariusze, pozamartwiałam się jeszcze trochę i zdecydowałam na powrót. Kiedy dotarłam do apartamentu przez wejście z plaży, Robert wciąż siedział z nosem w laptopie. Na paluszkach przeszłam do sypialni i rzuciłam się na łóżko. Choć to nie była odpowiednia pora, a ja nigdy nie sypiam w dzień, czułam że pęka mi głowa, a oczy same się zamykają. Zresztą, słabo spałam przez ostanie noce. Nawet nie zauważyłam, w którym momencie pogrążyłam się w błogich objęciach Morfeusza.
Kiedy się ocknęłam, za oknem panował już mrok, a zegar stojący na nocnym stoliku wskazywał za pięć dwudziestą drugą. Stękając z wysiłku, rozprostowałam zdrętwiałe mięśnie. Potem poszłam do łazienki i umyłam zęby. Przepadła kolacja i zniknął gdzieś Robert, co bynajmniej nie nastroiło mnie optymistycznie. Za to mogłam wypić swojego drinka…
Po dobrym kwadransie postanowiłam pójść na spacer. Zakluczyłam drzwi i skierowałam się w stronę dyskretnie oświetlonego, hotelowego tarasu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dojrzałam na nim Roberta z Anitką, pogrążonych w rozmowie. Szybko, by mnie nie zauważyli, uskoczyłam w bok i skryłam się w gęstych zaroślach, rosnących nieopodal. Usiłowałam podsłuchać o czym rozmawiali, ale przeszkodziła mi w tym spora odległość i szum morza. Kroczek, po kroczku przesuwałam się coraz bliżej, lecz i tak w końcu musiałam się zadowolić samą wizją, bez fonii. A to, co widziałam, zdecydowanie mi się nie podobało…
Siedziałam w tych krzakach już dłuższą chwilę, z rozpaczą wpatrując się w słodko ćwierkającą parę. Zdawałam sobie sprawę, że za moment zobaczę coś bardzo nieprzyjemnego – nieprzyjemnego dla mnie. Bo przecież widok Roberta całującego inna kobietę, był ostatnią rzeczą, którą pragnęłam ujrzeć.
Rozejrzałam się dookoła, rozpaczliwym wzrokiem poszukując choć niewielkiego kamyczka. Mogłam jeszcze wyłonić się z ciemności i odciągnąć go od tej żmii, ale wiedziałam, że za to by mnie zabił. „No zrób coś kretynko!” – pomyślałam w panice, widząc jak mężczyzna powoli pochyla się, przymierzając do pocałunku.
No i zrobiłam… Rozpacz pozbawiła mnie resztek zdrowego rozsądku, więc uczyniłam jedyne co mi przyszło do głowy…
Przeciągłe, ponure, złowrogie wycie rozerwało nagle panującą ciszę, wstrząsnęło światem i poniosło się po plaży, odskakując echem od nadbrzeża. Zabrzmiało głucho, złowieszczo i tak nieoczekiwanie, że para na tarasie znieruchomiała radykalnie. Wyglądali jakby strzelił w nich grom.
Potem wycie urwało się, bo najzwyczajniej w świecie zabrakło mi tchu…
Może i właśnie wygłupiłam się koncertowo, ale jakby nie było osiągnęłam zamierzony cel – na taras wbiegał Rais, z wyraźnie widocznym na twarzy niepokojem. Wykorzystałam chwilowy moment zamieszania i na czworakach, chyłkiem wycofałam się z krzaków. Chwyciłam buty w dłoń i pędem puściłam się w kierunku apartamentu. Zdawałam sobie sprawę, że to mnie pierwszą Robert będzie podejrzewał, dlatego chciałam znaleźć się tam przed nim i z niewinną miną zasiąść przed telewizorem.
Czerwona i zziajana wpadłam do salonu wprost na stojącego pośrodku Roberta...
– No i co masz mi do powiedzenia? – spytał złowróżbnym tonem. Stałam przed nim z opuszczoną głową, niczym zbesztany uczeń przed surowym nauczycielem, w pośpiechu zastanawiając się nad najbardziej wiarygodnym kłamstwem.
– Nic…
– Nic? Nic??? – ryknął ruszając w moją stronę. – Ty mała, cholerna, podstępna suko! Płacę ci nie za utrudnianie, ale za pomoc w odzyskaniu ukochanej. A ty co robisz?! Psujesz wszystko swoimi kretyńskimi wybrykami!
Nie wiem co zabolało bardziej: nazwanie mnie suką czy słowo „ukochana” w odniesieniu do Anity.
– Możesz się wypchać swoją kasą, nic nie chcę! – warknęłam ze złością wyrywając ramię z jego uścisku.
– I nie dostaniesz ani grosza! Masz na to moje słowo! I pakuj walizkę, masz się natychmiast wynosić!
– Wiesz co – stanęłam naprzeciwko i bez wahania odwzajemniłam jego pełne wściekłości spojrzenie. – Sądzę że idealnie pasujesz do tej pustej, zimnej i płytkiej baby. Oboje macie kupę kasy, piękne opakowanie i zupełnie pozbawione ikry wnętrze. Cieszyłabym się gdyby biedny Rais uwolnił się od tej małpy, tak samo jak cieszę się, że i ja nigdy więcej nie będę musiała oglądać twojej zakazanej gęby!
– Więc teraz mam nieciekawe, pozbawione ikry wnętrze?
– Nie ma w was nic spontanicznego, wszystko kalkulujecie na zimno. Nie zdziwiłabym się, gdybyście wyznaczali sobie określone dni w tygodniu na seks czy ilość dozwolonych pocałunków. W nieboszczykach bywa więcej życia!
Zacisnął zęby i obserwował mnie z niezgłębionym wyrazem twarzy. A ze mnie wydzierały się niemal siłą, coraz ostrzejsze słowa.
– „Och kochanie, pchnij o pół centymetra głębiej, bo nie sięga mego punktu g” – drwiąco naśladowałam lekko nosowy głos Anity. – Albo lepiej: „popraw ten loczek, skarbie, bo nie będzie orgazmu”.
– Mam być spontaniczny? Zgoda! – Nieoczekiwanie podniósł mnie w górę i przerzucił przez ramię. Jakoś nie bardzo spodobała mi się ta pozycja, więc energicznie zaprotestowałam, okładając pięściami jego plecy i krzycząc.
Nie zareagował, tylko skierował się do sypialni i rzucił mnie na łóżko. Potem zatrzasnął drzwi, przekręcił klucz i beztrosko wyrzucił go za okno. Nie miałam ochoty czekać na następny ruch, więc zerwawszy się pobiegłam do łazienki. Ale nie zdążyłam, bo w połowie  drogi brutalnie chwycił mnie za włosy, wyrywając z moich ust okrzyk bólu.
– Au! To boli kretynie!
Nie zniżył się do odpowiedzi. Unieruchomił mnie w silnym uścisku ramion i z premedytacją rozdarł bluzkę. W tym momencie zaczęłam się domyślać jego zamiarów...
– Tego chciałaś? – wysyczał.
– Puszczaj! Jesteś zadufanym w sobie głupcem, jeśli sądzisz, że jedyne czego pragnę to seks z tobą!
– A nie? Jak na razie, to niezbyt usilnie protestowałaś.
Nie czekając na odpowiedź, jedną ręką ścisnął mnie za szyję, podczas gdy drugą ściągał ubranie. Usiłowałam go odepchnąć, ale był zbyt silny. Tylko paznokciami rozjechałam mu przedramię, pozostawiając krwawe szramy. Pomimo wściekłości i tego, że z takim zacięciem się broniłam, zamiast strachu czy bólu, odczuwałam coś zupełnie innego. Chwycił mnie za nadgarstki i wykręcił ręce do tyłu, tak że nie mogłam nawet drgnąć.
– I jak Alicjo? – wyszeptał mi do ucha. – Udowodnić ci, że potrafię być spontaniczny?
– Jakoś trudno tak określać próbę gwałtu…
– Gwałtu? – Rozbawiłam go tym stwierdzeniem. – Wiesz co myślę… – Wsadził swoją dłoń między moje uda i jeszcze mocniej naparł całym ciałem.
– Nie jestem ciekawa. A teraz puszczaj… – nie dokończyłam groźby, bo poczułam jednocześnie: na pośladkach kształt twardego członka i dłoń pieszczącą moje wilgotne wnętrze. Ciało zareagowało bez udziału umysłu – bezwiednie rozsunęłam uda, by ułatwić mu dostęp. Jęknęłam, protestując przeciwko tej zdradzie, ale Robert odwrócił mnie przodem i władczo przycisnął do ściany.
Przez długą, bardzo długą chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Znikła gdzieś cała złość, a w zamian pojawiło się obezwładniające pożądanie.
I zdumienie.
A potem mnie pocałował. Bez pośpiechu pochylił się i dotknął ustami nabrzmiałych warg, a ja z pasją odpowiedziałam na ten pocałunek. I choć drżałam równocześnie ze strachu i pożądania, to zrozumiałam jedno – tym razem żadne z nas się nie wycofa. Te wszystkie skrajne uczucia stanowiły wybuchową, zniewalającą zmysły mieszankę. A my właśnie podpaliliśmy lont… Bo gdzieś zniknęły wszystkie podziały, cała złość i nienawiść, zostawiając prawdziwych nas, bezbronnych, niepotrafiących się oprzeć lawinowo narastającemu pożądaniu. Każdy gest był pieszczotą, każde dotknięcie wyzwalało coraz to większą rozkosz, każdy pocałunek dowodem na to, że nadeszło to, co nieuniknione.
I właśnie to było tak cudowne!
Celebrując każdą sekundę, pieściłam ustami jego wargi, dłońmi wodząc po twarzy i szyi, delikatnie, aby poczuć rozkosz tego dotyku. Ciepło drugiego ciała, doskonale wyczuwalna nabrzmiała gotowość jego męskości, sprawiały, że jednocześnie pragnęłam i spełnienia, i tego, aby ta chwila mogła trwać wiecznie.
Kiedy odrobinę się odsunął, ujmując w dłonie moją twarz i zatapiając pełne mrocznego pożądania spojrzenie w oczach, drżącymi rękoma zaczęłam rozpinać jego koszulkę, by później zsunąć ją z jego ramion.
Słowa były zbędne. Tylko zraniłyby panującą między nami ciszę, zniszczyły czar, który sami stworzyliśmy.
Nawet nie wiem, kiedy pozbył się spodni, pozostając w samej tylko bieliźnie, która aż nazbyt wyraźnie uwydatniała, jak był podniecony. Bez odrobiny nieśmiałości uklękłam przed nim, całując najpierw twardy i umięśniony brzuch, a potem schodząc coraz niżej. Otoczyłam ręką pulsującą męskość, potem zacisnęłam ją i przesunęłam kilkakrotnie w górę i w dół. Kiedy zaczęłam pieścić czubkiem języka, usłyszałam cichy jęk. I wtedy nagle, nieoczekiwanie objęłam całego członka wargami, wsuwając sobie tak głęboko jak to tylko możliwe, niemal po same jądra. Tym razem to nie był tylko cichy jęk. I nie tylko on odczuwał tę rozkosz.
Wplótł palce w moje włosy, podążając za rytmicznymi ruchami głowy. To trwało zaledwie moment, bo nie bardzo byłam przyzwyczajona do tego typu pieszczot i poczułam zbyt szybkie zmęczenie. Chyba zrozumiał, bo nagle przerwał, a potem podniósł mnie i przez chwilę z satysfakcją wpatrywał się w moje szeroko otwarte, pełne pożądania oczy.
Wszystkie myśli rozwiały się, rozmyły, pozostawiając teraz czysto fizyczne pragnienie. Zarzuciłam ramiona na jego barki, każdy pocałunek był coraz odważniejszy, coraz bardziej dziki. Nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się na łóżku, ale ciężar muskularnego męskiego ciała, przygniatający mnie do pościeli był najcudowniejszą rzeczą, jakiej doświadczyłam w całym moim życiu. Teraz całą sobą błagałam o spełnienie.
Pieszczoty stawały się coraz bardziej chaotyczne, ruchy coraz bardziej niecierpliwe. Odrobinę się uniósł i nie przerywając pocałunku, kolanem rozsunął moje uda. Potem jednym, stanowczym ruchem zanurzył się w wilgotnym wnętrzu. Tak bardzo tego pragnęłam, że nawet ból, który nadszedł, nie był, aż tak okropny. Tylko na moment mnie sparaliżował, potem jednak zaczęła nad nim górować coraz bardziej odczuwalna rozkosz.
Gdzieś tam w głębi umysłu poczułam zdziwienie. Ale szybko zniknęło, rozpłynęło się w narastającej ekstazie. Robert jakby zrozumiał, że jestem gotowa na dużo więcej i gwałtownie przyspieszył, z jękiem wciągając powietrze. Jak przez mgłę widziałam jego twarz, półprzymknięte oczy, malującą się w nich zapowiedz nadchodzącego orgazmu. I nie przypuszczałam, że może mieć to aż taki wpływ na moje spełnienie. Niemal półprzytomna, tak bardzo pragnęłam by skończył…
Brakowało nam tchu, lecz nie byliśmy w stanie nawet odrobiny zwolnić. Ekstaza, która nadeszła wydarła z moich ust ochrypły krzyk, który zmieszał się z głośnym jękiem szczytującego mężczyzny. Czułam ciepły strumień jego nasienia, zmieszanego z moją krwią i spływający po wewnętrznej stronie ud. Czułam świszczący oddech tuż przy mojej twarzy i ciężar bezwładnego ciała.
To wszystko było mi wcześniej zupełnie nieznane, obce, a teraz okazało się tak wspaniałe. Na dodatek Robert podniósł głowę i wciąż próbując uspokoić oddech, czule mnie pocałował. W jego oczach już widziałam zapowiedź następnych razy i ani odrobiny skruchy, za to co zrobił.
– I co teraz? – Pomimo wszystko czułam się troszkę nieswojo.
– Trzeba cię obmyć – roześmiał się i z niemałym wysiłkiem wstał.
Spojrzałam w dół. Nawet nie chciałam myśleć, co powiedzą o nas hotelowe pokojówki. Spróbowałam usiąść, ale przeszkodził mi w tym przeszywający ból. Głośno jęknęłam.
– Boli? – Usiadł przy mnie z mokrym ręcznikiem w dłoni.
– Teraz tak.
– A wcześniej nie? – Delikatnie zaczął obmywać moje zakrwawione uda.
– Wcześniej nie miałam czasu o tym pomyśleć…
Zaczął się śmiać. Potem chwycił mnie w niemal niedźwiedzi uścisk, wyrywając z moich ust nieśmiały protest.
– Od teraz będzie coraz przyjemniej – wyszeptał mi do ucha. – A teraz idź po prysznic, a ja postaram się tu zrobić porządek.
Grzecznie pokuśtykałam do łazienki. Kiedy wyszłam spod natrysku, zostałam czule opatulona porannikiem i zaniesiona do czystego już łóżka. Byłam tak zmęczona, że nawet nie chciało mi się pytać, jak to zrobił. Robert przytulił się do mych pleców z taką siłą, że poczułam jego mocno bijące serce. Zasnęłam w mgnieniu oka, podczas gdy on szeptał mi do ucha jakieś niezrozumiałe słowa. Pewnie coś o miłości, ale przysięgam, że nie byłam w stanie w tej chwili zrozumieć ich sensu. 

cdn...

31 komentarzy:

  1. Jak nic dostanę zawału!! I z emocji i jeśli zaraz nie przeczytam, co będzie dalej... Babeczko dziękuję Ci za to, że się z nami dzielisz tym, co piszesz. I za to, że dodajesz opowiadania częściej niż było w planie, to cudowne. Nie przestawaj i w miarę możliwości czasowych rozwijaj swój talent! ;) piszę z telefonu więc za możliwe literówki przepraszam. Pora się przedstawić, jestem stosunkowo nową czytelniczką, ale wiem, że będę nią już na stałe. Jeszcze raz Ci dziękuję i pozdrawiam, Asia B ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja usłyszałam w wiadomościach, usiadłam i się popłakałam.
    W momencie kiedy tyle razy dziękowało się komuś po zamknięciu książki, ten ktoś nie jest już obcy.
    I dlatego właśnie czuję się jakby coś mi zabrano. Nie dociera do mnie, że Pani Joanna nic już dla nas nie napisze...
    Czuję, że reaguje zbyt emocjonalnie ale serducho boli i smutek jest ogromny.

    Dobrze jest przeczytać coś od Ciebie, Babeczko:)
    Na ukojenie smutku, "stara", dobra "Wygrana", najlepsza.
    Pozdrawiam,
    LIA.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wstaję rano, starym zwyczajem łączę się z netem przez telefon, sprawdzam min. Twój blog i oto jest moja ukochana "Wygrana" ;-) Tak się zaczytałam ze nie miałam już jak zjeść śniadania aby nie spóźnić się do pracy ;-) ale co tam, Alicja jest ważniejsza ;-) I aż mi żal że została już tylko jedna część ;-(

    Uwielbiam każde Twoje opowiadanie, nawet te które nie najlepiej się kończą ;-)

    S.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zakochałam się w ''Wygranej'' i szkoda, że niedługo koniec... Ale lepiej, żebyś skończyła z takim lekkim niedosytem czytelników, niż żeby wszyscy byli już znudzeni perypetiami Roberta i Alicji... Ale proszę Cię, dodaj dzisiaj kolejną część, bo zwariuję!

    OdpowiedzUsuń
  5. Po porodzie moje libido spadło do zera. 4 lata moj biedny mąż narzekal, że jestem "oziębła" i cierpliwie czekał... Odkąd czytam Twoje opowiadania przestał narzekać, no jedynie czasem- że jest obolały :-) Dziękuję Babeczko. AJ

    OdpowiedzUsuń
  6. Jejku babeczko kocham to opowiadanie!! Jest niesamowite tak jak ty!! <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Za pochwały wielkie dzięki, ostatnia część w przyszłym tygodniu :-)))
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  8. ;> ej a zgodnie z rozpiską to nie powinno być jutro ?:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinno być. To co dałam dzisiaj ;-)

      Usuń
    2. Mam nadzieje że jednak może jakimś cudownym zbiegiem okoliczności ostatnia cześć pojawi się w tym tygodniu ;-)

      S.

      Usuń
  9. proszę daj ostatnią jutro :D prosze proszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się podpisuję pod tą prośbą;)

      Usuń
  10. Babeczko mam nadzieje ze zmienilas troche zakonczenie bo z tego co pamietam te na "pokątnych" nie bylo chwalone :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo było szczęśliwe. Tam część czytelników, wolałaby pełne łez i rozpaczy "the end". A ja akurat w tym tekście przewidziałam "happy end"... ;-)

      Usuń
    2. uff... ;-) od razu mi lepiej, gdy wiem że będzie dobrze ;-)

      S.

      Usuń
  11. Ja też podpisuję się pod tym aby ostatnia część pojawiła się jutro. Ostatnio dodawałaś kolejne części dość często i czekanie na ostatnią do przyszłego tygodnia wydaje się być udręką ;-( proszę, nie katuj nas tak ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam sie w pełni :D też chciałabym zakończenie jutro, ale oczywiście Babeczko you're the boss!:D

      Usuń
  12. o super lubię dobre zakończenia :) zwłaszcza jesienią, kiedy już jest zimno i ponuro:) a Twoje opowiadania zawsze poprawiają nastrój!

    OdpowiedzUsuń
  13. Do Anonima - komentarz usunęłam, bo uważam, że jest niesprawiedliwy i oszczerczy. Mam pamięć wzrokową, więc przyznaję się bez bicia, iż niektóre zdania mogą brzmieć podobnie, tym bardziej, że Chmielewską czytam nałogowo od dwudziestu lat. Naprawdę sądzisz, że piszę moje teksty obłożona cudzymi książkami i składam je z cudzych cytatów? Serio???
    To trudno. Mam dla ciebie dobrą radę - nie zaglądaj tu i nie czytaj mnie. Nawet proponuję, byś zgłosił/zgłosiła mnie za naruszenie własności intelektualnej. Podać jeszcze jacy pisarze mnie inspirują? Będzie łatwiej - Wójtowicz, Sandemo, Musierowicz, Mrożek, Bułyczow, Żeromski, Norton, King, Howard, Doyle, Poe, Lem, mity i legendy polskie, biblia...
    To dla ułatwienia pracy :-)

    Mogłabym zmienić kontekst tego fragmentu. Mogłabym, ale mi się nie chce. Bo uważam, że brzmi dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  14. Z przykrością muszę oznajmić, że mam wrednego trola. Od tej pory wszystkie komentarze będą się ukazywały po uprzedniej moderacji.
    Do Szanownego Trolla! Zgłaszaj sobie gdzie chcesz. Życzę powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  15. Aha. I zgłoś mnie jeszcze za używanie słowa "kucgalopkiem"... Jak znajdę coś jeszcze, to napiszę.

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej :) uwielbiam Twoje opowiadania, prawie przy każdym beczę. Można powiedzieć że mam podobnie jak Alicja, zakochana beznadziejna w przyjacielu który jest w związku bo ,,musi". Wysłuchiwanie czasem godzinami o jego narzeczonej jest najgorszą chwilą w dniu ale jak go nie widzę chociaż przelotnie w ciągu dnia to umieram. Huh... zwierzenia na forum przed obcymi ludźmi ,,zawsze spoko" Przepraszam za żale ale musiałam się rozpisać a nie mam komu się wygadać. Co do trolla olej go ciepłym moczem jak to się mawia. :) Twoje opowiadania są świetne, w niektórych momentach przesłodzone, ale potrzeba czasem takiego zakończenia w szarym dniu. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O narzeczonej? Do boju kobito!!! Polecam: kombinowanie, knucie, wyglądanie niczym miss z okładki, itd... Wszystkie chwyty dozwolone. Również alkohol, choć po tym skutki różne...
      A jak się nie uda? No cóż... Podleczyć serducho i ruszać w świat. Wiem, co mówię. Też tak robiłam :))) Oj, kombinowało się, kombinowało, że hej!

      Usuń
  17. Hejterow olac. Zawsze sie znajdzie. A co do inspiracji to kazdy jestt wypadkowa tego co przezyl przeczytal i wlasnych doswiadczen, a ludzi na swiecie jest za duzo, telefon tez wymyslono dwa razy i ludzkosc to przezyla wiec opowiadania tez przezyja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie. Ja niedługo przestanę cudze książki czytać ze strachu... :-)

      Usuń
  18. jestem nowa i bardzo lubie czytac Twojego bloga:)pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi i mam nadzieję, że wpadniesz na kolejną część Wygranej :-)

      Usuń
  19. "z drugiej jednak miałam do czynienia z facetem, a z nimi nigdy nic nie wiadomo." - super!!

    OdpowiedzUsuń
  20. Ale to było boskie:
    – Robercie! Ja ciebie również! Skąd u ciebie ta wstrzemięźliwość?
    Kurcze, chyba uzależnie się od kruchych ciastek z cukrem... XD Tylko nie wiem co dalej ... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się ostatnio uzależniłam od zielonej herbaty w każdej postaci...

      Usuń