wtorek, 16 maja 2017

Ja, Baba! (IV)

            Ja, Baba!
Lena
Jak się człowiek odświeży i naje, to od razu lżej mu na duszy. Chociaż trzeba przyznać, że mina mi się wydłużyła, kiedy przyniesiono dla mnie odzież. Nie powiem, sukienka nawet była ładna, uszyta na bogato, ale bez przesady! Miałam to to na siebie włożyć? Po moim trupie!
– Chcę spodni! – zażądałam stanowczo.
– Spodni? – Służąca wyglądała na mocno spłoszoną.
– Tego co noszą mężczyźni. Do tego lniana koszula, może też być jakiś sznurek do przewiązania w pasie – mówiłam, wysilając pamięć, co do szczegółów średniowiecznej garderoby. – Butów nie trzeba, mam swoje.
– Męski strój? Ale król…
– Biorę to na siebie. No przynieś coś, bo nie będę tu sterczeć na środku pokoju z gołym zadkiem!
Wyszła w pośpiechu, a ja mogłam sobie w końcu wyjrzeć przez malutkie okienko. Niestety, gówno przez nie było widać. Kawałek błękitnego nieba, kawałek muru. I wsio. Zdegustowana tym faktem, przeprałam jeszcze majtki i powiesiłam je na wysokim oparciu bogatego rzeźbionego krzesła. Dziewczyna wróciła, ale miała dość nieszczęśliwą minę.
– Nie bój się – powiedziałam patrząc na nią pobłażliwie. – Przecież łba ci nie ukręcą? Mnie chyba też – zadumałam się, patrząc na rozłożoną na łóżku odzież. Spodnie, coś a la kalesony w zielonym kolorze, lniana, biała koszula, z rozcięciem z przodu, sznurek. Na co dzień się przyda, a od święta ostatecznie mogę założyć tę sukienkę. Bez skrępowania odrzuciłam kawałek płótna, w który byłam owinięta i sięgnęłam po biustonosz. Służąca się spłoszyła, ale w końcu ciekawość zwyciężyła.
– Co to? – spytała wskazując na stanik. – Nigdy czegoś takiego nie widziałam.
– Nowość. Praktyczna – odparłam nieco poirytowana, bo moje majtki właśnie się suszyły, a nic nowego mi nie przyniosła. – Dobra, dziś wyjątkowo założę same spodnie. Mam tylko nadzieję, że nie drapią – mruczałam.
Wszystko leżało na mnie tak, jakby było szyte na miarę. Przewiązałam się jeszcze sznurkiem i z zadowoleniem przejrzałam w wypolerowanej tarczy. Takie ichniejsze lustro.
– Nieźle, nieźle – pochwaliłam, zezując na ciasno opięte pośladki. Przód też mi się podobał, bo rozcięcie dawało całkiem spory dekolt. Na koniec założyłam trampki, niepokorne włosy splotłam w warkocz, ale ponieważ nie miałam ich czym związać, po chwili i tak otoczyły burzą niesfornych loków moją głowę. Machnęłam na to ręką, bo coś ciekawszego miałam w planach niż walkę z własną fryzurą. Nawet jeśli to są moje majaki, ich realistyczność wprawiła mnie w zachwyt. Czas poznać bezkresy własnej wyobraźni.

czwartek, 11 maja 2017

Pałka (IX) - treść płatna

Zbliżamy się do zakończenia. 

            Pałka (IX)
Rozdział 17 – Kaśka
Musiałam uciec z mieszkania Kingi, nim złość we mnie zelżała. Nie chciałam tego pokazać, nie przy Marcinie, nie teraz. Byłam wściekła, ale jakby trochę mniej. Wojtek, który skojarzył mi się z górą mięsa, koncertowo przywalił Marcinowi w nos, ale nie poczułam satysfakcji. Mało z tego! Ledwie powstrzymałam odruch, by pobiec mu na ratunek. Idiotka ze mnie. A myślałam, że jestem twardzielką.
Pod komisariat dotarłam taksówką. Stamtąd swoim autem po Julkę i z nią do domu. Mała usnęła mi w samochodzie, musiałam wnieść ją do mieszkania. Spocona, niczym mysz kościelna i o wiele spokojniejsza, dotarłam do sypialni. W nosie miałam prysznic, nawet makijażu nie chciało mi się zmywać. Znalazłam się w dziwacznym stanie, który ciężko mi było sklasyfikować. Ani nerwowa, nierozradowana, brak odczucia smutku, stłumienie euforii. To ostatnie, buzowało w brzuchu i pod skórą, próbując obudzić radosną nadzieję. Wszystko przez stwierdzenie Marcina, w które moje głupie serce tak bardzo chciało wierzyć. Całowanie się miało być eksperymentem, który pokazał mu, że jest zakochany. Zakochany! Z drugiej strony brzmiało to tak głupio, że aż gryzło się w głowie. Całować się z kimś, żeby sprawdzić, czy kocha się inną osobę? Wiedziałam, że nie daruję mu tego i wrócę do sprawy.
Zrzuciłam z siebie ciuchy, zostawiając je na dywanie przy łóżku. Julkę rozebrałam minutę wcześniej. Nawet się nie przebudziła. W samych majtkach zagrzebałam się w pościeli, a po chwili spałam. Nadmiar sprzecznych emocji przemęczył umysł, więc ten wyłączył się, pomagając nie myśleć.
Kolejny dzień zaczął się koszmarnie, od razu z grubej rury, już w momencie wejścia do pracy.
– Jakiś wkurzony człowiek czeka u Ciebie w gabinecie. – Aśka doskoczyła do mnie, ledwie przekroczyłam drzwi firmy. – Chciałam go posadzić w poczekalni i poczęstować kawą, ale facet jest wściekły, aż mu dym idzie uszami.
– Pytałaś, z jakiego powodu? – Rozpinałam płaszcz, przygotowując się na nieprzyjemności. – Czego chce?
– Pytałam, ale spojrzał na mnie jak na tłuste gówno, wyminął i pomaszerował wprost do twojego gabinetu, nie racząc odpowiedzieć. – Skrzywiła się, wskazując brodą drzwi. – Nie cierpię takich typów. Pewnie nawet kupę robi w formie prostopadłościanów, czyli lepiej niż inni, bo wyżej urodzony. – Ostatnie mówiła ściszając głos, gdy zatrzymałam się przed drzwiami z dłonią na klamce.
– Przynieś mi proszę gorącą kawę. – Zwróciłam się do Asi. – Gdyby mnie dusił, to oblej mu nią twarz i kop w jaja.
– Tak jest. – Zasalutowała, ja weszłam do pomieszczenia.
– Witam pana. – Starałam się uśmiechnąć.

Jeśli chcesz przeczytać więcej, kliknij tutaj!

środa, 10 maja 2017

Ja, Baba! (III)

Tak z ciekawości. Łapka z górę, kto ogląda serial Lucifer!

            Ja, Baba! (III)
Nie odpowiedziałam, ale ona wyraźnie nie oczekiwała odpowiedzi. Szeroko ziewnęła, po czym na powrót zaryła nosem w poduszkę i głośno chrapnęła.
Ja zaś siedziałam w bezruchu, czując narastającą panikę. Tak, tak. Zostałam skazana na wieczne męki, bez możliwości odkupienia grzechów. Będę cierpieć po wieczność, smażyć się… No nie, aż tak źle to nie było. Jeszcze raz ostrożnie się rozejrzałam. Te piekło wcale nie było takie brzydkie. Pokój całkiem spory, łóżko miękkie, zza okna wesoło mrugało do mnie słoneczko. Podrapałam się po nosie, nieco zafrasowana. Zawsze tak robiłam, gdy czułam się niepewnie. Poza tym pewna bardzo prozaiczna potrzeba coraz silniej dawała o sobie znać. W końcu musiałam się ruszyć. Ostrożnie zmieniłam pozycję i zajrzałam pod łóżko. Nic. Żadnego naczynia. Jeszcze raz się rozejrzałam, po czym w ostatecznej desperacji potrząsnęłam ramieniem śpiącej obok dziewczyny.
– Muszę siusiu! – wyjąkałam, gdy w końcu otworzyła jedno oko.
– To idź do łazienki – mruknęła.
– Gdzie?!                  
– Tamte drzwi – machnęła gdzieś w nieokreślonym kierunku.
Dałam jej spokój, bo zrozumiałam, że mam znaleźć pomieszczenie, w którym niewątpliwie znajdować się będzie jakieś wiadro. Podreptałam w kierunku czegoś, co faktycznie przypominało drzwi i weszłam do środka.
Dobrze że nie zemdlałam od razu, bo nad moją głową rozbłysło łagodne światło. A sama izba…
– Dziwne to piekło – powiedziałam zniesmaczona. – Takie czyste i porządne.

poniedziałek, 8 maja 2017

Recydywista (VI) - treść płatna, zakończenie

Tutaj macie link do całości - kliknij tutaj!

            Recydywista (VI)
Szymon stał przed doskonale znaną posesją. Przez chwilę jeszcze się wahał, czy wejść do środka, ale w końcu zwyciężył rozsądek. Po prostu musiał porozmawiać z Tymoteuszem. Brata już miał z głowy, pojawiły się również widoki na niezłą posadę, ale została jeszcze jedna rzecz, chyba najtrudniejsza z całej listy. Lecz nie mógł tego odkładać w nieskończoność. Głęboko odetchnął i przycisnął guzik domofonu przy bramie. Przez chwilę miał nadzieję, że nikt nie otworzy, ale zaraz potem rozległ się cichutki brzęczyk. Wszedł, zatrzasnął za sobą furtkę i bez zwłoki pomaszerował w kierunku domu.
Otworzył mu Tymoteusz. Ponury, wyraźnie nastawiony niezbyt przyjaźnie.
– Czego chcesz? – burknął, nie zdradzając najmniejszej chęci, aby wpuścić nieproszonego gościa do środka.
– Musimy porozmawiać.
– O czym?
– O twojej córce.
– Tak? Chyba ostatnio wyraziłem się dosyć jasno?
– Mnie wszystko jedno – wzruszył ramionami Szymon, chociaż wszystko się w nim gotowało. – Możemy to zrobić tutaj. Miejsce dobre jak każde inne.
Wyjął z kieszeni papierosy i wysupławszy jednego, wsadził go do ust. Jednak nie zdążył zapalić. Tymoteusz zabrał mu go i zgniótł w dłoni.
– Wejdź – powiedział krótko. – Masz kwadrans żeby wyjaśnić, z czym przyszedłeś. I oby to nie było to, o czym myślę.
– A skąd mam niby wiedzieć o czym myślisz?
– Nie pyskuj szczeniaku. Do środka!
Szymon zgrzytnął zębami, ale posłuchał. Bał się jednak, że jeszcze kilka takich tekstów, o tonie głosu nie wspominając, a nie wytrzyma. Wybuchnie i powie temu skurwysynowi, co o nim myśli. Wszedł za Tymoteuszem najpierw do salonu, później na niewielki taras znajdujący się na tyłach domu. Usiadł we wskazanym fotelu i czekał, aż gospodarz zajmie swoje miejsce.

sobota, 6 maja 2017

Ja, Baba! (II)

Krótka przerwa się przydała, bo mi się przez ten czas wyklarowała koncepcja całego opowiadania :-)
A propos przerwy, to nie zdrowie mi zaczęło szwankować, a zdrowy rozsądek i pamięć. Takie wtopy zaliczałam, że samej było mi wstyd za siebie :-) Ale i tak dzięki!

           Ja, Baba! (II)
– Czarownica! – syknął przy tym wściekłym szeptem. – Przeklęta czarownica!
– Nie przesadzaj. To ty mnie obmacujesz.
– Chcesz mnie zwieść na manowce? Niedoczekanie twoje! – Z wyraźnym trudem oderwał rękę od rozpalonej skóry.
Wyjechaliśmy z lasu i konie od razu przeszły w kłus. Trochę ciężko było uwodzić gburka w takiej sytuacji, więc odpuściłam, resztę zemsty odkładając na później. Za to z ciekawością rozglądałam się dookoła. Nagie pagórki, wszechobecna zieleń, po prawej las, po lewej las, za nami las, w oddali na horyzoncie las… Gdzie ja do cholery jestem? Po raz pierwszy poczułam wyraźny, trudny do określenia niepokój. Coś mi strasznie nie pasowało w tym wszystkim.
– Co to za miejsce, w które się udajemy czcigodny rycerzu? – zadałam pytanie mojemu milczącemu i wkurzonemu towarzyszowi.
– Jesteśmy w drodze do Camelot – odparł krótko. – Król zadecyduje, co z tobą zrobić czarownico. Ale łaski to bym nie oczekiwał.
– Taaa… W drodze do Camelot – odpowiedziałam z ironią. Po czym zamilkłam, bo minęliśmy właśnie pas drzew i moim oczom ukazała się ogromna dolina, nad którą górował potężny, kamienny zamek. Zamrugałam zdezorientowana oczami. Co jak co, ale moja wiedza o zamkach i pałacach była dość obszerna i dałabym sobie głowę uciąć, że ta budowla nie znajdowała się w Polsce. Ale w takim razie gdzie??? Gdzie do diabła trafiłam?! Niemcy? Bzdura! Z języków obcych znałam jedynie angielski, nie dogadałbym się. A przecież… Zastanowiłam się. Zaraz, zaraz. Rozumiałam tych ludzi, oni mnie również, lecz to nie był język polski. Raczej coś, czego nie znałam, chociaż znałam. Kurde! Jakie to wszystko popieprzone…
– Najprostsze wyjaśnienie, to puknęli mnie w łeb i mam omamy – wymamrotałam, zachłannie gapiąc się na okolicę. Właśnie wjechaliśmy do jakiejś wioski, zresztą kto wie, może to były tereny podmiejskie? Nieważne. Ogólnie widok przygnębiający. Bród, smród i ubóstwo. Droga pełna błota, małe, przytulone do siebie chatki i ludzie o zmęczonych twarzach. W miarę jak posuwaliśmy się do przodu, droga zmieniła się w kamienny trakt, domy zaczęły przypominać normalne budowle, a mieszkańcy wyglądali na czystszych i mniej dzikich. Tak intensywnie przyglądałam się wszystkim szczegółom, że nie zauważyłam, iż większość spluwa na mój widok. Zresztą nic dziwnego, byłam prawie naga. Poza tym w promieniach zachodzącego słońca moja sukienka skrzyła się i lśniła. W porównaniu do wszechobecnej szarzyzny, byłam jak egzotyczny ptak wśród wróbli. No i te trampki w kolorze soczystej zieleni. Szał ciał i uprzęży!