wtorek, 18 lipca 2017

Ja, Baba! (XVI) - zakończenie

Czyli kończymy Babę. Potem Obcego. A później jadę na wakacje i odezwę się po powrocie :-)


            Ja, Baba! (XVI)
Ginewra
Im dłużej o tym myślałam, tym szybciej dochodziłam do wniosku, że wcale nie chcę wracać. Bo i po co? Oficjalnie do męża, który mnie nie kochał i zdradzał na potęgę? Do teściowej, która gdyby mogła, zamieniłaby mnie w przydrożny pył? No, był jeszcze Artur, ale jakoś nie byłam przekonana o jego wielkiej miłości. Raz dwa pocieszy się jakąś dziarską dziewką i o mnie zapomni. Poddani się nie zmartwią, bo nie potrafiłam dać ich władcy następcy. Może jedynie ojciec trochę się powścieka, ale bynajmniej nie z powodu przypływu uczuć rodzicielskich. Raczej dlatego, że to pokrzyżuje jego plany polityczne.
Jeśli jednak miałabym zostać, to przede mną masa problemów. Po pierwsze muszę Mateuszowi wyznać prawdę. Tylko jak to zrobić i jakimi argumentami poprzeć własne słowa? I nagle mnie olśniło. Morgana mi pomoże! Tego mogłam być pewna, bo w końcu chciała się mnie pozbyć. Zakłopotałam się. Bo niby jak miałam się z nią skontaktować?
Kolejne trzy dni i dwie noce szybko minęły, lecz Mateusz nie zadawał zbyt wielu pytań, bo zainteresowany był czym innym. Mną konkretnie. Potem zaczął delikatnie przebąkiwać, że skoro i tak u niego mieszkam, to może pojedziemy po moje rzeczy i wprowadzę się na dłużej. Nawet zaczął robić miejsce w szafie na moją odzież. Na razie udawało mi się sprowadzać rozmowę na inny temat, a w zasadzie zastępować ją wyuzdanym seksem, lecz nie na długo. Musiał w końcu nadjeść dzień, gdy spytał wprost.
– Więc… – zaczęłam niepewnie. – Sama nie wiem…

– Czego nie wiesz? – uniósł pytająco brwi. – Ciągnie nas do siebie od pierwszego spotkania. Wprowadzisz się do mnie, złożysz pozew o rozwód i po kłopocie. Chyba że nie chcesz? – Przy ostatnich słowach wyczułam wyraźne napięcie.
– Chcę – zaprzeczyłam energicznie. – Tylko że… Mam taką małą tajemnicę i nie wiem, w jaki sposób ją przyjmiesz.
– Mów.
Siedzieliśmy na kanapie, on w rozluźnionej pozie, ja prawie całkiem naga, przytulona do jego ramienia. Naprawdę nie wiedziałam, od czego zacząć. Kochanie, jestem z przeszłości, konkretnie z czasów arturiańskich, chociaż tak naprawdę w mojej rzeczywistości nikt o Arturze nie słyszał. Tyle czasu miałam na przygotowanie, a nadal nie wymyśliłam niczego przekonywującego.
– Czy możemy wrócić do tej rozmowy jutro? – spytałam, patrząc na niego błagalnie. – Obiecuję, że wszystko ci powiem.
– Jutro? – wyglądał na zdziwionego. – Dobrze, skoro tak wolisz. A teraz – pocałował mnie namiętnie. – Teraz zajmiemy się czymś innym.
Kolejna doba upłynęła mi na wymyślaniu różnych bzdur. W końcu za najlepszy uznałam argument o mężu brutalu, od którego uciekłam nie zabierając prawie niczego. Widziałam podobną historię w pudle z ruchomymi obrazkami, którą Mateusz nazywał telewizorem. Jednak okazało się, że Bóg wysłuchał chyba moich cichych modłów, bo gdy piłam poranną kawę po wyjściu Mateusza, pojawiła się Morgana.
– Z nieba mi spadłaś! – rozczuliła się.
– Tego bym nie powiedziała – odparła z przekąsem. – I nie myśl, że wracasz.
– Nie chcę! Wcale nie chcę wracać. Wolę zostać.
Przez chwilę przyglądała mi się podejrzliwie.
– Jak to zostać?
– Poznałam mężczyznę… No, sama wiesz jak to jest. Mam tylko mały problem, bo niby co mam mu o sobie powiedzieć?
Usiadła naprzeciwko, patrząc na mnie z namysłem. Widać było, że jest szalenie zadowolona z takiego obrotu sprawy. Cóż, jej knowania odniosły sukces, ale miałam to chwilowo w poważaniu. Najważniejsze było moje życie i moja przyszłość.
– Co masz powiedzieć? Niech pomyślę…
– Prawdę?
– Zgłupiałaś? Sądzisz, że ci uwierzy? – spojrzała na mnie z litością. Lecz zaraz potem rozjaśniła się niczym słoneczko. – Wiesz co Ginewro? To nie taki zły pomysł. Lecz najpierw ja go przygotuję do tej rozmowy. Jesteś pewna, że nie przestraszy się i nie zrezygnuje?
– Tak – zarumieniłam się. Akurat tego byłam stuprocentowo pewna. Powiedzmy, że połączyło nas nie tylko kiełkujące uczucie, ale i znacznie więcej.
– No dobrze. To ja znikam, aby zrealizować swój kolejny niecny plan. Powodzenia! – rzuciła na odchodnym i zniknęła.
Czekałam kilka godzin obgryzając paznokcie z nerwów. W końcu rozległ się chrobot klucza i do mieszkania wszedł Mateusz. Minę miał dziwną, włosy wzburzone i wyglądał na potężnie ogłuszonego. Ale przytulił mnie i pocałował. Potem podszedł do lodówki i wyjął z niej butelkę wódki. Dał kilka łyków, zakasłał i oparł się o kuchenny blat.
– Takiego wyjaśnienia się nie spodziewałem – odezwał się rozweselony.
– Cóż… Bywa.
– Nadal mam wrażenie, że ta baba to zręczna hipnotyzerka. Rozmawiałem z Leną.
– Moją zamienniczką?
– Na to wychodzi.
– I co?
– Nic. Też nie chce wracać. Zakochała się w twoim mężu i to chyba z wzajemnością.
Dobrze że siedziałam, bo ugięły się pode mną kolana.
– W Mordredzie? – spytałam osłupiała. – A cóż ona w nim widzi?
– Mnie do Leny też nigdy nie ciągnęło, chociaż Jolka od lat usiłowała nas zeswatać. Wciąż trudno mi zrozumieć… – pokiwał głową z niedowierzaniem. Znacznie później dowiedziałam się, jakich argumentów użyła Morgana. Podeszłam do Mateusza, który wyglądał na zadumanego i przytuliłam się. Odważnie spojrzałam mu w oczy, a moja dłoń powędrowała w dół.
– Mam ochotę abyś solidnie mnie zerżnął – wyszeptałam mu na ucho, błądząc koniuszkiem języka po miękkim płatku.
– Trzeba przyznać, że uczysz się błyskawicznie – roześmiał się, zaciskając palce na mojej pupie. – Chodź, pokażę ci dziś coś nowego.
I pokazał. Tego dnia, kolejnego. Wkrótce zapomniałam o swej nudnej egzystencji w zimnym, ponurym zamczysku, u boku niewiernego męża. Czasami czułam ogromną chęć, aby poznać tę kobietę, dzięki której znalazłam się w tym świecie. Ciekawiło mnie, jak potoczyły się jej losy. Lecz dopiero kilka lat później, gdy świat obiegła wiadomość o nietypowym znalezisku archeologicznym, dowiedziałam się, że była równie szczęśliwa, jak ja. Trochę mnie to zdumiało, bo jak można u diaska być szczęśliwym, mając za teściową tak wredną babę jak Morgana? Ale tylko trochę.

Lena
Moczyłam się w ogromnej bali pełnej aromatycznej wody. Zioła miały zbawienny wpływ na moje ciało, które, co tu dużo gadać, było obolałe po dzisiejszym dniu. Złośliwie też zastanawiałam się, czy Mordred nie ma podobnego problemu. Zrobiliśmy to pięć razy pod rząd. A nie, sześć. Zapomniałam o tym numerku w drodze powrotnej. Wypompowałam go do ostatniej kropelki spermy, ale ten głupek miał tak rozanielony wyraz twarzy, że aż poczułam się zaniepokojona. Co będzie, jeśli nie pozwoli mi wrócić? Z drugiej strony, przestało mi się spieszyć do domu.
Dotknęłam dłonią obolałej cipki i aż syknęłam z bólu. Zresztą, co mnie nie bolało…
Kiedy już przebrałam się w worek pokutny służący jako koszula nocna, zjadłam coś i obejrzałam w wypolerowanej tarczy służącej za lustro, stan mojej szyi. Wtedy ktoś załomotał do drzwi. Potem, nie czekając na pozwolenie, wszedł do środka.
– Co ty?... – zaczęłam po staremu z oburzeniem, ale nie dał mi skończyć. Przekręcił potężny klucz w zamku, po czym dopadł mnie jednym susem i powalił na łóżko. Najgorsze, że doskonale wyczułam, jak bardzo było podniecony.
– Znów? – jęknęłam. – Wszystko mnie boli!
– Wszystko? – spoglądał na mnie drwiąco, opierając się na wyprostowanych ramionach. – Wątpię. Znajdzie się sposób.
– Coś ty brał, że jeszcze możesz?
– Nie uwierzysz, ale nic.
– Mamusia nie pomogła?
Nieznacznie się zachmurzył.
– W tych sprawach wolę nie prosić jej o pomoc. Źle to by się mogło skończyć, zwłaszcza dla mnie.
– Jesteś pod maminym pantoflem – zadrwiłam.
– Niby ja? – Ciemne oczy zabłysły gniewem, górna warga lekko się uniosła, jak u zwierzęcia, które przygotowuje się do ataku. Poza tym było w nim coś tak pociągającego, fascynującego, że z miejsca poczułam podniecenie. Leżałam na łóżku, przygnieciona silnym ciałem, posyłając mu prowokujące spojrzenia. Doskonale wiedziałam, co miał na myśli, mówiąc o innych sposobach i już czułam niepokojące mrowienie. – Zaraz ci pokażę, kto tu rządzi!
Oczywiście stawiłam słabo markowany opór. To było bardziej podniecające niż normalna gra wstępna. W końcu przycisnął mnie brzuchem do łóżka, zdarł ze mnie ubranie i chwycił w obie ręce moje pośladki. Potem rozsunął je i językiem dotarł do dziewiczej dziurki. Pieścił mnie dłuższą chwilę, a ja po raz kolejny odpływałam. Wiłam się, pojękiwałam, wypinałam pupę, aby ułatwić mu dostęp. O seksie analnym sporo wiedziałam, jednak nigdy nie miałam okazji go spróbować. Do teraz. Drżałam, kiedy włożył tam pierwszy palec. Zanurzał go powoli, delikatnie, jednocześnie pokrywając drobnymi pocałunkami moje pośladki. Gdy już pierwszy palec się rozgościł, dołączył do niego drugi. Powinno boleć, ale byłam tak podniecona, że prawie nie odczułam tego bólu.
– Podoba ci się? – wyszeptał, podciągając moje biodra ku górze i zajmując pozycję za moimi plecami. – Widzę, że tak, nie zaprzeczaj.
– Nie mam zamiaru! – wystękałam, bo ogromny, twardy jak granit członek, torował sobie właśnie drogę pomiędzy moimi pośladkami. Krzyczałam, gdy zaczął powoli się zanurzać. Wiłam się, zacisnęłam palce na szorstkim materiale przykrycia, ale on wchodził we mnie nieustępliwie, do samego końca. Tak przynajmniej mi się wydawało.
Z tego co się działo potem, niewiele pamiętam. Uderzenia, każde kolejne jakby mocniejsze, jakby szybsze. Jego ciało przytulone do mojego, palce zaciskające się na krtani, inne pieszczące moją szparkę. Głośny oddech i mokre pocałunki. Szaleństwo, które zakończyło się jeszcze większym szaleństwem, gdy doprowadził mnie do orgazmu, a zaraz potem sam wytrysnął w ciasnym wnętrzu mojej pupy.
Opadłam na łóżko. Byłam tak oszołomiona, że dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie coś ważnego.
– Wcale tak bardzo nie bolało – powiedziałam zdumiona, patrząc na Mordreda leżącego tuż obok. Wyglądał jak gladiator po śmiertelnym pojedynku, a włosy to chyba miał całkiem mokre.
– A chciałabyś aby bolało? – zerknął na mnie z zaciekawieniem.
– No nie – ziewnęłam. – Wykończyłeś mnie.
– To zaśnij – odparł, gładząc mnie kciukiem po policzku. – Jutro znów będziemy to robić. I pojutrze. I przez cały kolejny tydzień. Albo miesiąc.
– Wariat – mruknęłam, zamykając oczy. Nie miałam nawet siły, aby się okryć, nie mówiąc już o czymkolwiek innym. Szybko zasnęłam, śniąc tym razem o czymś niezwykle przyjemnym. Gdy się obudziłam, za oknem szalała burza, a pomiędzy moimi rozchylonymi udami rytmicznie poruszała się głowa Mordreda. Nie pytałam głupio, co robi, tylko zaczęłam kręcić biodrami, pieścić własne piersi i cicho wzdychać. Chociaż przysięgałam sobie, że ogłoszę trzydniowy strajk, to teraz czułam wyłącznie rozkosz. Lecz on nie zamierzał tym razem wyłącznie dawać. Wytyczając ustami szlak po brzuchu, na dłużej zatrzymał się przy piersiach, a na końcu dotarł do mych nabrzmiałych warg. Wpił się w nie, penetrował w dzikim szale, jednocześnie drażniąc mnie czubkiem swego kutasa. W końcu sama uniosłam w górę biodra, sprawiając, że zanurzył się w mym wilgotnym, gorącym wnętrzu.
– Och! – westchnęłam. Oplotłam go nogami, krzyżując je na rytmicznie poruszających się plecach, ramiona rozrzuciłam na boki i z zamkniętymi oczyma przyjmowałam kolejną dawkę ekstazy. Nigdy wcześniej nie lubiłam klasycznej pozycji, uważając ją za nudną i mało satysfakcjonującą, lecz nagle zaczęła mi się podobać. Przygnieciona silnym, spoconym męskim ciałem, rżnięta w coraz szybszym tempie, bez możliwości jakiegokolwiek sprzeciwu, czułam się taka bezbronna, taka… Nie umiałam do końca określić tego słowami, ale podniecało to mnie tak bardzo, że szybko doszłam. W miłosnym szale kąsałam jego barki, rozkoszując się rozlewającym po całym ciele orgazmem. Potem pozwoliłam, aby i on dotarł do celu. Wbijał się we mnie z wściekłością. Widziałam jego wykrzywioną twarz, zaciśnięte kurczowo zęby, czułam pot kapiący z czubka nosa. Czasami łapczywie zgniatał moje ust, brutalnie wpychając do środka język. Raz czy dwa, skaleczył delikatne wargi, lecz to nie było ważne.
– Mocniej! – zażądałam. – Rżnij mnie mocniej! O, tak! – krzyknęłam, wyginając ciało. Mordred nie dał się dwa razy prosić. Czegoś takiego nie da się opisać słowami. Poruszał się w mnie niczym młot pneumatyczny, dostarczając zarówno bólu, jak i rozkoszy. A kiedy doszedł, odchylił głowę do tyłu, głośno charcząc. Potem dobił jeszcze raz i drugi, tryskając kolejnymi porcjami nasienia, a na końcu padł, dysząc i opływając potem.
– Cudownie – wyszeptałam mu do ucha. Z trudem odwrócił głowę i pocałował mnie.
– Tak – potwierdził. – I zapomnij o tym, że pozwolę ci odejść.
Te słowa powinny mnie zaniepokoić, ale sprawiły jedynie, że poczułam ulgę. Przez kolejne dni i noce, uprawialiśmy dziki, namiętny seks, w każdym miejscu i o każdym czasie. I coraz bardziej pomysłowy. Jego siły witalne wydawały się być niewyczerpane. Było nam obojętne czy ktoś się o tym dowie czy nie. Totalnie obojętnie. Raz zrobiliśmy to na tronie, a zdarzyło się i na przyjęciu dla jakiś super ważnych gości. Za tym drugim razem, skryliśmy się po prostu za rogiem, bo nie dalibyśmy rady dotrzeć do komnaty. Często musiał zasłaniać mi usta ręką, aby moje krzyki nie roznosiły się po całym zamku i nie siały zgorszenia. Chodziłam niewyspana i obolała, bo ledwo co zaleczyłam jedne otarcia, to pojawiały się nowe. Wszystko inne prócz seksu przestało się liczyć. Obok tego pojawiła się niezwykła potrzeba bliskości, zwłaszcza gdy Mordred zasypiał zmęczony, a ja przyglądałam mu się w ciszy. Czasami przyłapywałam go na tym samym. I chociaż nadal nie nasyciliśmy się sobą, to pocałunki były dłuższe, bardziej namiętne, bardziej czułe. Poza tym zasypiałam w jego objęciach i w jego objęciach się budziłam. Jakby bał się mnie z nich wypuścić.
Potem zjawił się Mateusz. Przyprowadziła go Morgana. Wytłumaczyli mi, co postanowiła moja zmienniczka, a ja słuchałam tego w milczeniu. Jasne że chciałam wrócić, bo jednak średniowiecze nie miało tych udogodnień, co dwudziesty pierwszy wiek, lecz jednocześnie coś siłą trzymało mnie tutaj. Powoli zaczęłam podejrzewać co. W końcu westchnęłam i powiedziałam Mateuszowi, aby dbał o swoją ukochaną. Tak, ukochaną, bo ślepy by zauważył, że chłop się zabujał. Zadowolona Morgana poklepała mnie po ramieniu, po czym zniknęła razem z niespodziewanym gościem. A ja skierowała się do komnaty Mordreda.
Tym razem nie powitał mnie z entuzjazmem. Siedział tuż przy oknie, taki trochę zaniedbany, ponury. Serce we mnie zamarło, bo powód mógł być tylko jeden. Chciał powrotu swej prawowitej małżonki, a matka pokrzyżowała mu plany. Podeszłam bliżej, a wtedy spojrzał na mnie ze złością.
– Po co przyszłaś? – wybuchnął. – Nie potrzebne mi pożegnania. Zwłaszcza gdy uwierzyłem że…
Zaklął i rzucił o ścianę kielichem, który trzymał w ręce. A ja o mało co, nie wybuchłam śmiechem. Co za cymbał grzmiący!
– Może jednak pożegnalny seksik? – drażniłam go, podchodząc bliżej.
Za kielichem poleciał dzban oraz kilka bardzo niecenzuralnych słów.
– Przecież chciałeś odzyskać Ginewrę. A mnie posłać do diabła.
– Chciałem. Ale mi przeszło – warknął. – Gdyby to nie była moja matka, to kazałbym ją ukatrupić i po problemie.
Posługiwał się skrótami, lecz dokładnie wiedziałam, o co mu chodzi.
– Czyli wolisz, abym została? – drążyłam temat, przekrzywiając głowę na bok.
– Tak.
– To poproś – zażądałam.
Sądziłam że znów się wkurzy, bluzgnie przekleństwem, a on tylko wstał, podszedł i padł na kolana, wtulając twarz w mój brzuch. Objął mnie przy tym w pasie z taką siłą, aż jęknęłam protestująco.
– Proszę! – powiedział unosząc głowę. – Zostań ze mną.
Pierwszy raz widziałam na jego obliczu taką szczerość. W tym sensie był jakby nagi, zupełnie bezbronny. I do tego patrzył na mnie tak błagalnie, bez drwiny, kpiny czy tego ukrytego żaru, który wyzwalał we mnie bestię żądną seksu. W zadumie przeczesałam zmierzwione ciemne włosy, przeciągnęłam palcami po zarośniętym podbródku, po spierzchniętych ustach. Był słodki, kiedy tak klęczał i błagał samym wzrokiem o decyzję, która już tak naprawdę zapadła.
– W zasadzie to rozmawiałam z Morganą.
– Lena! – Podniósł się i oparł czoło o moje czoło. – Musisz zostać. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.
– Chyba seksu? – zakpiłam, chociaż wcale nie było mi do śmiechu.
– To też – odparł niecierpliwe.
– Mógłbyś mnie zmusić do zostania.
– Po co? Chcę… – pocałował mnie czule w czubek nosa. – Chcę abyś została, ale nie pod przymusem. Dobrowolnie. Czy to w ogóle możliwe?
– Całkiem możliwe – uśmiechnęłam się wzruszona. Ależ go wzięło! Jeszcze kilka dni i posypią się deklaracje miłości, chociaż na razie takie słowa nie chciały mu przejść przez gardło. – Powiedziałam jej, że zostaję. Nie chcę wracać, moja zmienniczka również, więc równowaga zostanie zachowana i…
Przestał słuchać już przy pierwszych słowach. Twarz mu pojaśniała, a potem zaczął mnie całować.
– Będziesz moją królową… Moją prawdziwą królową! – szeptał czule. – I do końca życia będziemy uprawiać szalony seks.
– A twoja mamusia? – spytałam niewinnie.
– Coś wymyślę, aby dała nam spokój. Ważne…
Ktoś z całej siły załomotał do drzwi. Mordred nie wypuścił mnie z ramion, tylko niechętnie rozkazał:
– Wejść!
– Królu nasz! – Pachołek najwyraźniej był przerażony. – Straszne nieszczęście nas spotkało!
– Idź z tym do mojej matki. Jest specjalistką od nieszczęść – dodał szorstko. Pomyślałam, że będę miała przechlapane z taką teściową, gdy sługa załamał ręce i wycharczał:
– Toć właśnie w jej sprawie przychodzę. Potknęła się o koszyk z wełną, który ktoś pozostawił u szczytu schodów. Zleciała prawie na sam dół i niestety – załkał – nie żyje.
Mordred zdrętwiał, a ja z ulgą zdążyłam jeszcze pomyśleć o szczęściu, które mnie spotkało. Co jak co, ale wyczucie czasu zły los miał idealne. Potem pomyślałam, że będę musiała pocieszać ukochanego mężczyznę przez dłuższy czas i bardzo mi się spodobała perspektywa tak okrutnego losu. A na samym końcu błysnęła mi myśl, że być może piekielnie namolna baba zrobiła to specjalnie…