sobota, 17 czerwca 2017

Transakcja (II) - treść płatna

           Transakcja (II)
Iza zerknęła na nią z namysłem. W głosie koleżanki było tyle zawziętości, tyle złości, że nie podejrzewała, aby tamta kłamała. A więc pan prezes to przystojny drań? Ciekawe, czy Inkę bolało bardziej, to że przystojny, czy to że drań? Zresztą, co ją to obchodziło? Była prawie na samym dole piramidy pracowniczej. Na dodatek na pół etatu i sezonowo, bo nie wiedziała jeszcze, jak jej się ułoży plan w przyszłym roku akademickim. Być może będzie musiała znaleźć sobie inną pracę, taką, która zgra się z wykładami na uczelni. Miała jednak nadzieję, że piąty rok będzie pod tym względem bardziej elastyczny.
– Bądź na stanowisku o jedenastej.
– Czyli tutaj? – spytała ironicznie.
– Iza! I najlepiej żebyś wyglądała na mocno zajętą, zrozumiałaś?
– Niby czym? Ostrzeniem ołówków?
– Przygotuję ci coś do tego czasu – zapewniła Inka na odchodnym.
Wyszła i Iza znów została sama. Po cholera miała wracać do pustego biurka, na którym nie było nawet komputera? Zerknęła na to, co zostało jej do zrobienia. Do końca dnia powinna zdążyć. Poza tym, chyba nawaliła klima, bo w pomieszczeniu zrobiło się niesłychanie duszno i gorąco. Mimowolnie rozpięła bluzkę, najpierw o jeden guzik, potem o dwa kolejne. Zdjęła też marynarkę i buty. Były prawie nowe i codziennie cierpiała z tego powodu. Tutaj nie musiała się przejmować, że ktoś ją zobaczy. Podśpiewywała sobie pod nosem najnowszy przebój ulubionego zespołu, z aprobatą zerkając na malejący stosik dokumentów. W końcu nie wytrzymała duchoty i szeroko otworzyła okno. Nagły powiew wiatru strącił kilka kartek leżących na stole. Niektóre sfrunęły na podłogę, inne za ciężkie biurko, stojące tuż obok. Iza sapnęła z oburzeniem. Odsunęła stół, przyklękła, ale to nie zdało rezultatu. W końcu prawie przytuliła policzek do podłogi i ze zmarszczonymi brwiami, spróbowała wydobyć kartki spod biurka. Było dość niskie, ale na szczęście wąskie. Najwięcej problemów sprawił jej ostatni dokument. W końcu wydobyła go triumfalnie, a następnie wstała, poprawiając wzburzoną fryzurę i przekrzywione ubranie.
I wtedy za jej plecami ktoś chrząknął.

Błyskawicznie odwróciła się, a potem zamarła zaskoczona. W drzwiach stał obcy mężczyzna, a za jego plecami widziała kilka zaciekawionych twarzy.
Iza spąsowiała. Po pierwsze wypinała się jego kierunku w dość mało elegancki sposób. A po drugie… Znała go! To przecież był ON, mężczyzna ze sklepu i z pamiętnego, deszczowego popołudnia. Trochę inny, jakby bardziej surowy, ale to przecież on! Nie powinna się dziwić jego chłodnemu zachowaniu, w końcu to miejsce pracy. Spłoszona rzuciła okiem na zegar wiszący nad drzwiami. No tak. Kwadrans po jedenastej. Oczywiście zapomniała.
– To Iza. – Do pokoju wepchnęła się kobieta, która była jej kierownikiem. – Nie jest pełnoetatowym pracownikiem.
Nieznajomy milczał, mierząc ją krytycznym spojrzeniem. Co najdziwniejsze, wyglądał, jakby wcale jej nie poznawał. Iza poczuła oburzenie. Przecież ją pocałował! Wygadywał takie rzeczy, że… A teraz nie poznawał? To drań! Dobrze że wtedy nie dała się nabrać i uciekła.
– Dlaczego pani wygląda tak niechlujnie? – spytał ostrym tonem.
Spojrzała w dół, na nazbyt głęboki dekolt. Na bose stopy. Z rozpaczą pomyślała o włosach, którym z pewnością gimnastyka pod biurkiem nie posłużyła.
– Gorąco jest – wyrwało się jej mimo woli.
– Gorąco? – Wyciągnął rękę i nacisnął guzik na panelu klimatyzacji. Nad ich głowami rozległ się cichy szum. – To nie jaskinia człowieka pierwotnego, tutaj mamy kilka rzeczy, które ułatwiają życie.
– Chciałam włączyć, ale nie działała – tłumaczyła się, czując, jak po raz kolejny się rumieni.
– Chciała pani? Dobrze że to tylko ksero – prychnął. – Do obsługi bardziej skomplikowanych urządzeń niech pani się lepiej nie zabiera.
I w tym momencie, maszyna za plecami, dotąd pracująca bez zarzutu, dziwnie się zakrztusiła. Potem było słuchać jeszcze cichu brzdęk, głośniejszy warkot, po czym coś pękło z hukiem, a z boku pokazał się siwy dym.
– To nie ja – powiedziała słabo Iza, gapiąc się na cholerną kserokopiarkę. No miała kiedy nawalić, doprawdy!
Mężczyzna, który był chyba zapowiedzianym przez Inkę szefem-draniem, patrzył na nią w milczeniu, potępiająco. Te kilka osób za jego plecami również.
– Przysłać kogoś z techników – rzucił w przestrzeń. – A ją zwolnić.
– Że co?! – Izę aż zatchnęło z oburzenia. – Za co?
– Za głupotę.
– Wypraszam sobie! – zaperzyła się. Co za cholerny drań! Wziąłby ją na masce? Cudownie smakowała? – To zemsta?
– Zemsta? – zamarł w pół obrotu, marszcząc brwi.
– Za to, że uciekłam po pocałunku! – warknęła, ujmując się pod boki. O nie, nie da się tak po prostu wywalić.
– Po pocałunku?! – Teraz dla odmiany poczerwieniał i on. – Nie znam pani i wcale nie mam ochoty poznać. Proszę nie rzucać nieuzasadnionych insynuacji, bo oprócz zwolnienia wręczę pani pozew o zniesławienia. Zrozumiano?

Jeśli chcesz przeczytać więcej, kliknij tutaj!