piątek, 16 czerwca 2017

Ja, Baba! (VII)

           Ja, Baba! (VII)
Ginewra
Widok mojego szanownego małżonka zaszokował mnie znacznie bardziej niż cuda i wspaniałości tego świata.
– Witaj Ginewro – uśmiechnął się szeroko, chociaż chyba tylko ja dostrzegłam, ile w tym było obłudy. Mateusz obejrzał się zdziwiony, potem zerknął na mnie.
– Witaj – odparłam krótko.
– Znacie się?
– Stare dzieje – Mordred mnie uprzedził, posyłając jednocześnie ostrzegawcze spojrzenie. – Mam wiadomość od twojej matki.
Zgłupiałam. Moja matka zmarła przy porodzie, ale skoro podróżujemy w czasie, to kto go tam wie? Może też wizytował zaświaty?
– Mów – odparłam krótko.
– To raczej coś, o czym musielibyśmy porozmawiać na osobności. – I bez ceregieli ujął mnie za ramię, wyprowadzając na zewnątrz. Lekko zmieszany Mateusz został w środku, chcąc chyba dać nam okazję do prywatnej rozmowy.
– Chyba już wszystko wiem – oznajmiłam chłodnym tonem. – Dała ci słowo. Więc postarała się usunąć mnie innymi metodami.
– Mam bardzo mądrą żonę – roześmiał się, a mnie ciarki przeleciały po plecach. – Masz rację. Zmusiłem ją, aby mi wszystko wyśpiewała. Nie lubię, gdy ktoś mnie oszukuje, nawet jeśli to jest moja matka – skrzywił się, momentalnie pochmurniejąc. – Niestety, jest mały problem z twoim powrotem.
– Ale ja wcale… – zaczęłam i ugryzłam się w język.
– Nie chcesz wracać? – dokończył za mnie. – Przykro mi, będziesz musiała.
– Mówiłeś coś o problemie? – spytałam ostrożnie.
– No… – mruknął pocierając czoło kciukiem. – Problemem jest to, że moja matka stanęła okoniem. Zaparła się, że nie sprowadzi cię z powrotem i koniec.

– Tak ci na mnie zależy? – zadrwiłam. – To coś nowego.
– Zależy mi na władzy i sojuszu z twoim ojcem. Na razie ogłosiłem, że ukryłaś się w klasztorze, gdzie chcesz odpokutować za swoje grzechy – dodał złośliwie.
Nie odpowiedziałam. Za moimi plecami pojawił się Mateusz. Opiekuńczo położył dłonie na moich ramionach. Widać nie wytrzymał.
– Wszystko w porządku? – spytał cicho.
– Tak – skłamałam, posyłając Mordredowi ostrzegawcze spojrzenie. – Sprawy rodzinne.
– Rodzinne – potwierdził mój małżonek nieco szyderczo. – Pamiętaj! Spotkamy się, jak uda mi się przekonać mamę.
Odwrócił się na pięcie i po prostu odszedł.
– Kto to był? – Mateusz posłał mi zaciekawione spojrzenie.
– Mój kuzyn – skłamałam gładko. – Nie lubimy się zbytnio i widujemy tylko z rzadka.
– Strasznie zaborczy typ – mruknął.
Posłałam mu kose spojrzenie. Nie wyglądał mi na wojownika. Zaraz, zaraz, przecież jego siostra mówiła coś o tym, że leczy ludzi? Medyk? Miła odmiana po tych wszystkich rycerzach, którym tylko walki, zabijanie i chędożenie było w głowach. No, to ostatnie znacznie niżej.
– Co teraz? – spytałam
– Właśnie nie wiem – stropił się. – Twoja kuzynka nie odbiera telefonu, nie ma jej w domu. Wygląda to tak, jakby ślad po niej zaginął. Mojej siostry nie chcę tym martwić, więc chyba zgodzisz się, abym to ja się tobą zaopiekował? Na szczęście wziąłem sobie kilka dni wolnego.
– Zgodzę się, zgodzę.
– W takim razie – błysnął bielą zębów. – Zapraszam na obiad laleczko. Zjemy, porozmawiamy, a potem zobaczymy co dalej. Może Lena się znajdzie?
Milczałam, bo dopadło mnie dziwne uczucie, że ta Lena odegra w moim życiu bardzo ważną rolę. Lecz Mateusz wcale nie przejął się moim milczeniem. Objął mnie w pasie, pociągając za sobą. Po raz kolejny znalazłam się w tym świecie pełnym chaosu, ale w uścisku ramion silnego mężczyzny, nie było tak źle. Albo zaczęłam się przyzwyczajać. Poza tym musiałam milczeć, chociaż chciałabym zadać swemu towarzyszowi tysiące pytań. Z pewnością zaczęłabym od daty.
– Kościół! – odezwałam się nagle uradowana. - Pójdziemy tam?
– Jesteś wierząca?
– Oczywiście. Nie jestem żadną poganką – dodałam surowym tonem, a Mateusz dziwnie poczerwieniał na twarzy. – A ty?
– Ja? Cóż… Ja… – jąkał się, wyglądając na kogoś, kto ma sporo do ukrycia. – Jasna cholera! Dobrze, przyznaję się. Jestem ateistą.
– A co to za dziwo? – skrzywiłam się z niesmakiem.
– Nie wiesz? Taki człowiek, który nie wierzy w boga. Żadnego.
– Jak to tak, żadnego? – Aż przystanęłam na środku ulicy. – W jakiegoś musi – dodałam z mocą.
– Dziwna z ciebie dziewczyna. Wchodzimy?
Skinęłam ruchem głowy. Kościół, chociaż przypominał te z mojego czasu, to jednak był zupełnie inny. Tylko krzyż pozostał uniwersalny. Uklękłam i zatopiłam się w modlitwie, za to Mateusz najwyraźniej nie wiedział, co ze sobą zrobić. Najpierw stał, potem usiadł obok mnie, na końcu też ukląkł. Za to wtedy ja wstałam.
– Skończyłam – oświadczyłam pełnym satysfakcji głosem. – Teraz mogę stawić czoła przeciwnościom.
Takie złe te przeciwności nie były. Zjadłam przepyszny posiłek w towarzystwie czarującego mężczyzny, który przez cały ten czas bawił mnie rozmową. I wyraźnie okazywał, że mu się podobam. Jednak gdy skończyliśmy, wyjął coś dziwnego z kieszeni, przyłożył do ucha, a potem spochmurniał.
– Lena nie odpowiada. Na pewno nie masz kluczy do jej mieszkania?
Zaprzeczyłam ruchem głowy, chociaż tak do końca to nie bardzo wiedziałam, o czym on mówi.
– Cholera! – zaklął. Potem spojrzał na mnie z namysłem. – Nie chcę zawracać głowy siostrze, więc chciałbym ci zaproponować nocleg u mnie. Bez żadnych podtekstów, zgoda?
– Dobrze.
I znów zmieniliśmy miejsce pobytu. Jego dom okazał się przestronny, jasny, z doskonałym widokiem na całe miasto. Westchnęłam z zachwytem, przylepiając nos do szyby. Zapadał już powoli zmrok i wśród budynków dawało się zauważyć setki złocistych punkcików. Mało brakowało, a spytałabym się, skąd tyle ognisk. Na szczęście w porę ugryzłam się język. Mój uprzejmy i jednocześnie zmieszany gospodarz, zaprowadził mnie do niewielkiej komnaty.
– Szału nie ma, ale łóżko jest wygodne. I dam ci swoją koszulkę do spania. Aha. I świeże ręczniki. Jolka dzwoniła do rodziców Leny. Też nie mają z nią kontaktu. Chyba jednak to coś bardziej poważnego – mówił, podając mi coś białego i puszystego.
– Zniknęła? – Zmarszczyłam brwi. Coś dziwnego przyszło mi do głowy. Pamiętam pewną kłótnię Morgany i Mordereda. On był wściekły, bo ona nie chciała rzucić jakiegoś czaru. Bredziła coś o równowadze sił i o tym, że jeśli jakaś rzecz zniknie, to musi ją zastąpić inna. A co jeśli na moje miejsce trafiła ta biedna Lena? Nie zaginęła, tylko siedzi pewnie gdzieś w zamkowych lochach, albo jęczy leżąc pod Mordredem w jego łożu? To drugie tylko w przypadku, gdy byłaby ładna, bo ten drań żadnej pięknej kobiecie nie przepuści. Mój małżonek miał dość wyrafinowany gust.
– No nie martw się, miewa szatańskie pomysły. – Mateusz podszedł bliżej i kciukiem pogładził mnie po policzku, patrząc z dziwną łagodnością. – Jeśli jednak nie pojawi się na ślubie, to będzie znak, że naprawdę stało się z nią coś złego. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, kto mógłby zaatakować Lenę i jeszcze wyjść z tego żywym?
– Jest czarownicą? – wyrwało mi się.
– Czarownicą? Nie, skąd – zaczął się śmiać. – Ale ma tupet, odwagę i całkiem niezłe umiejętności, dzięki którym wychodziła cało z różnych opałów.
Nie miałam pojęcia jak jest rodzaj żeński od rycerza. Rycerka? Dałam więc spokój charakterowi nieznanej mi kobiety. Bardziej frapowało mnie to, czy mogłabym szczerze porozmawiać z Mateuszem. Jak zareaguje na moje słowa? Pewnie pomyśli, że jestem szalona. Niedobrze. Zerknęłam na niego spod opuszczonych rzęs. Podobał mi się. I to bardzo. Był całkowitym przeciwieństwem mojego męża, Artura czy Lancelota. Czyli najważniejszych dotychczas mężczyzn w moim życiu. Trochę przypominał Gwaina, jednego z rycerzy mego małżonka, ale w przeciwieństwie do rudowłosego Mateusza, tamtego wyjątkowo nie cierpiałam. Z wzajemnością. To właśnie Gwain odkrył moją tajemnicę i wyśledził spotkania z Arturem. Oczywiście nie umiał trzymać języka za zębami i bardzo szybko cały kraj obiegła plotka o zdradzie królowej. Mordred był wściekły, Lancelot toczył pianę z ust, pomstując na moją niewierność i na wstyd, jaki spotkał jego ukochanego władcę. Pewnie też żałował po cichu, że to jego nie wybrałam, lecz to akurat byłoby absurdalne. Jego męskość miewała pewne kłopoty.. hm, natury technicznej. Oczywiście, to także wywęszył Gwain, co o mały włos nie skończyłoby się pojedynkiem na śmierć i życie.
– Zamyśliłaś się. – Mateusz pochylił się nade mną, dłonią pieszcząc policzek i szyję. – Czy mogę powiedzieć, że jesteś jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie spotkałem?
– Możesz – pozwoliłam łaskawie. Do komplementów byłam przyzwyczajona, a jednak ten był inny, bardziej szczery, bardziej naturalny. – A czy ja mogę się wykąpać? – spytałam z ciekawością, już czując dreszczyk ekscytacji na myśl o tym cudownym, orzeźwiającym strumieniu wody.
– Proszę. Tam jest łazienka – wskazał na prawo. – Jakby co, będę w salonie.
Wymoczyłam się za wszystkie czasy. Przebrałam w coś dziwnego, co na dodatek było strasznie kuse i z ledwością przykrywało moją pupę. Potem poczułam głód. Po chwili wahania, udałam się do tego salonu. Mateusz siedział przy okrągłym stole, przed nim stało coś dziwnego, jakby książka, tylko otwarta nie w tą stronę, co powinna. Podeszłam bliżej, przyglądając mu się podejrzliwie. Co on u licha miał na twarzy? A właściwie na nosie? W tym momencie podniósł głowę i napotkał mój zaciekawiony wzrok.
– Tak, przyznaję się – roześmiał się. – Noszę okulary. Głodna?
– Owszem – odparłam z ulgą. Za to on patrzył teraz dokładnie na moje nogi. Spoważniał, a później westchnął.
– Zaraz coś przygotuję, powiedz mi tylko co…
Przerwał mu dziwny dźwięk. Przenikliwy, nawet powiedziałabym, że natarczywy. Mateusz zerwał się z krzesła, odstawiając równocześnie kubek trzymany w dłoni.
– O w mordę! Całkiem zapomniałem! – I ruszył w kierunku drzwi, którymi tu weszliśmy. Po czym uchylił je, wpuszczając do środka obcego mężczyznę.
A ja zamarłam. Przybysz miał kasztanowe, falujące włosy, oczy w tym samym kolorze, twarz niezwykle harmonijną, sylwetkę doskonałą. Po jego ustach błąkał się uśmiech pełen rozbawienia. Był tak idealny, że patrzenie na niego sprawiało niemal fizyczny ból. Momentalnie zapomniałam o swojej nieciekawej sytuacji, o Mordredzie, Arturze i całej reszcie tej hałastry. Nawet o Mateuszu. Zapomniałam o wszystkim, pogrążając się w dziwnym stanie. Patrzyłam i patrzyłam, a oni rozmawiali. Nawet nie wiem, na jaki temat. W końcu jednak nieznajomy zwrócił na mnie uwagę. I kiedy podszedł bliżej, aby się przedstawić i przywitać, ja jak ostatnia kretynka zemdlałam.
Z wrażenia.

1 komentarz:

  1. Babeczko, bardzo podoba mi się to
    opowiadanie. Genialne! Czekam na więcej ;) Dominika

    OdpowiedzUsuń