poniedziałek, 19 czerwca 2017

Ja, Baba! (VIII)

            Ja, Baba! (VIII)
Lena
Mordred wytłumaczył mi wszystko bardzo szczegółowo. Na samym początku nie traktowałam jego słów poważnie, nadal wierząc, że to sprawka mojej upiornej podświadomości. Lecz kiedy wróciłam do komnaty i położyłam się na łóżku, pojawiły się wątpliwości. A jeśli mówił prawdę? To, że jego matka była czarownicą, wiedział każdy na zamku. Walnęłam się pięścią w czoło. I postanowiłam zrobić jedno. Dobrze się bawić, obojętnie czy to jawa, czy też sen. Chociaż z drugiej strony, gdyby to wszystko było iluzją, mogłabym zrobić rzeczy, o których zawsze skrycie marzyłam, odstawiając własne zasady moralne na boczny tor. Niektóre grzeszki popełniane w wyobraźni potrafiłam sobie wybaczyć. W prawdziwym świecie było inaczej. Westchnęłam. Trudno, zachowam ostrożność. Zwłaszcza w obecności Mordreda, który działał na mnie, a w szczególności na moją seksualność, niczym czerwona płachta na byka.
Wczesnym rankiem wyszłam na zewnątrz, bo potrzeba zaczerpnięcia świeżego powietrza stała się zbyt paląca. Oczywiście, pierwszym na co się natknęłam, były te ryjące prosiaki, co strasznie mnie zdegustowało. Drugą był zachmurzony, posępny Lacelot, z zacięciem polerujący swój miecz.
– Piękny poranek – zagaiłam rozmowę, ale najwidoczniej nie miał ochoty na konwersację, bo tylko się skrzywił. – Szykujesz się do walki?
– Jutro odbędzie się turniej – mruknął.
– Jutro? – zainteresowałam się gwałtownie. – Co jest przewidziane w programie?
– Pojedynek na kopie, potyczki na miecze, strzelanie z łuku i walka wręcz.
– Te kopie to nie, ale walką wręcz bym nie pogardziła.
Mało brakowało, a spadłby z pieńka, na którym siedział.

– Ty? – odezwał się w końcu szyderczo. – Niewiasta? Daruj, ale zrobiłbym z ciebie mokrą plamę.
– Założymy się?
– Nie. Nie będę wykorzystywał swej niewątpliwej przewagi.
Osz ty! Nie namyślając się dłużej, zwaliłam gada z pieńka. Wylądował prosto w gustownym błotku, które znajdowało się tuż obok. I chyba bardzo nie spodobał mu się taki obrót sprawy. Zerwał się na równe nogi, ociekając burą breją i dysząc żądzą zemsty.
– No chodź – powiedziałam złośliwie. – Będziesz mógł zrobić ze mnie mokrą plamę.
Chyba postanowił dać nauczkę nieposłusznej babie, bo odłożył miecz i ruszył na mnie z głuchym warkotem. Niestety, miał pecha, bo do takiej szarży byłam znakomicie przygotowana. Po kilku sekundach znów leżał na ziemi, tym razem na plecach, a ja triumfująco postawiłam stopę na jego piersi.
– Teraz przeproś – zażądałam dumnie. Jednak Lancelot wcale nie zamierzał się poddać, a ja nie doceniłam przeciwnika. Kolejne kilka sekund i teraz ja leżałam na plecach, a on na mnie, z całej siły zaciskając palce na moich nadgarstkach i patrząc na mnie z góry z narastającą furią. Co prawda dałabym radę uwolnić się bez problemu, lecz nieoczekiwanie to wszystko zaczęło mi się podobać. No i miał śliczne oczy, chociaż takie chmurne.
– Za nic nie będę przepraszał! – warknął.
Zatrzepotałam rzęsami, a potem z premedytacją przesunęłam czubkiem języka po dolnej wardze. Trzeba było widzieć jego spojrzenie! Pochylił się jeszcze bardziej i czort wie, czy w końcu by mnie nie pocałował, gdyby tuż obok nie dało się słyszeć pełne irytacji syknięcie.
– Co to niby ma znaczyć? – Mordred nie wyglądał na zadowolonego. Nic dziwnego, znów tuż pod bokiem wyrastała mu konkurencja.
– Trenujemy – odparłam pogodnie, podczas gdy gburek pomógł mi się podnieść. – Przed jutrzejszym turniejem. Chcę zostać rycerzem.
Obaj spojrzeli na mnie z wyraźnym politowaniem.
– No co? – oburzyłam się. – Trzeba jakoś zapracować na miskę strawy.
– Możesz to zrobić o wiele przyjemniejszy sposób – powiedział władca, posyłając mi wymowne spojrzenie.
– Niech walczy jak chce – warknął Lancelot, chwytając mnie za ramię. – Przyda się trochę świeżej krwi w drużynie, bo chłopaki gnuśnieją.
Mordred uśmiechnął się drapieżnie.
– Dobrze. Akurat przy tobie jest bezpieczna. Chyba że te wizyty u zielarki przyniosły efekt?
Gburek poczerwieniał tak, aż mu uszami para poszła. Godnie się przy tym nadął, nie zamierzając odpowiedzieć. Tak w ogóle tych dwoje łączyły dość dziwne stosunki. Wzajemny podziw, ale i niechęć. Nie miałam ochoty wnikać w szczegóły, bo jakaś świnia trącała mnie ryjkiem, cicho pokwikując.
– Bo każę cię przerobić na schabowe! – zagroziłam jej. Uniosła łeb i tak litościwie spojrzała mi w oczy, że mało brakowało, a zadeklarowałabym zostanie wegetarianką. – No żartowałam, ale zmykaj stąd, pókim dobra.
Pochrząkując oddaliła się w kierunku krewniaków, a mnie ktoś puknął w ramię.
– Chcesz walczyć? To chodź.
– Gdzie?
– Przecież nie trenujemy tutaj – mruknął gburek. – Sam jestem ciekaw, co z tego wyniknie.
Posłusznie podążyłam tuż za nim. Pod murami miasta rozbito kilka namiotów. Tam też znajdował się plac do ćwiczeń. Chłopcy trenowali z zapałem, niektórzy w samych porciętach, ocierając pot z czoła, bo upał panował jednak nieziemski. Zauważyłam też kilka grupek kobiet, który stały na uboczu, chichotały i w ogóle zachowywały się tak kretyńsko, że zaczęłam się wstydzić za własną płeć. Irytacja wywołała we mnie wolę walki i zwycięstwa. Już ja im pokaże, że baba też może być rycerzem. Przyszła mi na myśl Joanna d’Arc, ale zaraz potem się zreflektowałam. To całkiem inna epoka była.
Kruszenie kopi sobie darowałam. Walkę na miecze również, bo broń okazała się pioruńsko ciężka. Za to z ciekawością przypomniałam sobie zasady strzelania z łuku. Bawiłam się w to kiedyś jako nastolatka, później przerzuciłam się na strzelnicę i teraz te treningi zrobiły swoje. Po kilku mało udanych próbach, wreszcie załapałam o co w tym chodziło i od razu na horyzoncie zamajaczyło zwycięstwo. Napięłam cięciwę, wypuściłam strzałę i utknęła ona w samiutkim centrum tarczy.
– Ślepa kura też czasem znajdzie ziarno – mruknął Lancelot. Nie wdając się z nim w dyskusje, posłałam do celu jeszcze kilka strzał. Tylko jedna utknęła kilka centymetrów dalej.
– Przeproś – zażądałam.
– Za co? Kilka ziaren też czasem znajdzie – wzruszył ramionami. – Zobaczymy jak będzie na konkursie.
– Ach tak? – zmrużyłam oczy. – Założymy się, że wygram?
– Ty? Nie żartuj. Ale jak chcesz, to możesz wystartować. Publiczności przyda się odrobina rozrywki.
Mało brakowało, a kopnęłabym go w przyrodzenie. Z zemsty oczywiście. Co za debil! Na sześć strzałów, pięć wyjątkowo celnych, a ten mi tu bredzi coś o ślepej kurze i ziarnach. Idiota. Pokazałam jeszcze język oddalających się plecom Lancelota, gdy tuż obok usłyszałam śmiech. Zerknęłam w tę stronę i ujrzałam rozbawioną twarz Gwaina.
– Od kiedy ma kłopoty z kobietami, to chodzi ciągle poirytowany. I rozgniewany.
– A od kiedy ma te kłopoty?
– Cztery, może pięć lat? Dokładnie nie wiem, bo ja dołączyłem do drużyny zaledwie przed rokiem. Ponoć od pierwszej chwili, gdy się pojawił, on i Ginewra wpadli sobie w oko. Niestety, królowa szybko zorientowała się, że ta miłość może być jedynie platoniczna. Równie szybko się odkochała i znalazła sobie zastępcę.
– Wszyscy na zamku o tym wiedzą?
– Tak.
– Biedny Lancelot – oparłam ze współczuciem. – Nic dziwnego, że wciąż chodzi taki zachmurzony.
– Wy, kobiety – Gwain roześmiał się głośno. – Mam wiadomość od króla. Dla ciebie, że masz na siebie uważać. Dla reszty, że jak ci spadnie chociaż włos z głowy, to władca się z nimi policzy.
– A potrenujesz ze mną? – spytałam z nadzieją w głosie. – Lancelot dał drapaka, a chciałbym spróbować swych sił w walce wręcz.
– Potrenuję, dlaczego by nie.
Niestety, dał mi takie fory, że nawet bez specjalnych umiejętności skopałabym mu dupsko. Byłam coraz bardziej rozdrażniona, bo na dodatek starał się zawsze, abyśmy wylądowali na ziemi. On plecami, ja na nim. I oczywiście wtedy pchał łapska gdzie nie trzeba, śmiejąc się przy tym głośno. Lancelot nie wracał, reszta przyglądała się nam z zaciekawieniem, a ja czułam się coraz bardziej niezręcznie. W końcu miałam do wyboru, albo przywalę dowcipnisiowi, tak że się ziemi nie podniesie, albo opuszczę plac boju. Wybrałam to drugie, bo jednak lubiłam Gwaina i szkoda mi było haratać mu buźkę. Wymawiając się zmęczeniem i głodem, uciekłam do zamku. Po drodze przyglądano mi się nieco podejrzliwie, aż w końcu zarzuciłam kaptur na głowę i miałam spokój. Dziwni ludzie. Baba w spodniach zwracała uwagę, ale facet w pelerynie w taki upał nie. Dotarłam na miejsce, dysząc jak po maratonie, po czym zrzuciłam nakrycie i uciekłam do kuchni.
– Wody! – wycharczałam od progu. Krzątającym się kobietom powypadały różne rzeczy z rąk, ale szybko się uspokoiły, widząc że to tylko ja. Napiłam się, najadłam, odpoczęłam w głównej komnacie, gdzie niezmiennie panował przenikliwy chłód, po czym nabrałam ochoty na powrót. Kto wie, może dopadnę Lancelota? Z rozmarzeniem wspomniałam chwilę, gdy leżałam na ziemi, a on na mnie, z taką dziwną miną. Szybko przebrałam się w świeżą koszulę, po czym wyszłam na dziedziniec i zażądałam konia. W ten sposób przemknęłam się przez miasto i po raz kolejny zjawiłam się na placu boju. Tylko że na moje przybycie mało kto zwrócił uwagę, bo wszyscy pochłonięci byli walką pomiędzy dwoma mężczyznami. Jeden z nich posturą przypominał niedźwiedzia i chociaż widziałam go już kilkakrotnie, to nie znałam jego imienia. Drugim był Mordred. Jednak nie sam fakt walki pochłonął moja uwagę. Panowie od pasa w górę byli nadzy. Już ten niedźwiedziowaty był niezły, a sam władca… Cicho gwizdnęłam z podziwem. Biodra miał wąskie, ramiona szerokie. Mięśnie prężyły się i napinały pod skórą o wyraźnie ciemniejszym odcieniu. Poza tym był strasznie kudłaty. Kędzierzawe włosy porastały mu tors, nawet było ich trochę na ramionach. Półnagi facet to dla mnie żadna nowość, półnagi umięśniony facet także, bo na treningach sporo się takich naoglądałam. Ale taki zarośnięty… Na dodatek emanowała od niego czysta pierwotna siła i co tu dużo ukrywać, erotyzm. Zagapiłam się tak, że zapomniałam nawet zsiąść z konia.
Tymczasem panowie krążyli wokół siebie, aż w końcu wzięli się za bary. Niedźwiedziowaty, chociaż solidniejszej postury, padł wreszcie na murawę, dysząc z wysiłku. Mordred otarł dłonią czoło, ujął się pod boki, po czym z góry patrzył na swojego rycerza, także próbując uspokoić oddech.
– Nieźle – pochwalił go. Potem podniósł głowę i spojrzał na resztę. – Kto następny?
Z zaciekawieniem zerknęłam na spory tłum i mało brakowało, a parsknęłabym śmiechem. Jak w kiepskiej komedii, nagle każdy z nich udawał, że jest zainteresowany czymś innym. Zeskoczyłam w końcu z tego konia i wysunęłam się przed szereg. A jakże!
– Ja – powiedziałam z uśmiechem.
– Ty? – powiedział kpiąco. – Daruj, bab nie biję.
Po czym sięgnął po dzban z winem i wypił wszystko duszkiem. Poczekałam aż skończy, po czym rzuciłam prowokacyjnie:
– Tchórz.
Otarł usta i skrzywił się. Za to ja, stojąc teraz o wiele bliżej, mogłam podziwiać wszystkie szczegóły jego idealnej sylwetki, odwzajemnić pełne mroku spojrzenie czarnych oczu.
– Daj spokój Leno. Gdybyśmy jeszcze byli sam na sam – uśmiechnął się lubieżnie – to miałoby jakiś sens.
– Czyli nie chcesz?
Nawet później nie rozumiałam, jak on to zrobił. Moje doświadczenie w walce wręcz było ogromne, poza tym miałam niezły refleks i całkiem sporo sprytu. Niejednemu dałam w kość. Lecz Mordred… Zrobił to tak szybko, że nie zdążyłam nawet jęknąć, a już leżałam na ziemi, a on siedział na mnie okrakiem, w żelaznym uścisku więżąc moje ramiona.
– Prosiłem, odpuść – mruknął, pochylając się nade mną. – Sądzisz że nie wiem, co potrafisz? Doskonale wiem. Za to ty nie zdajesz sobie sprawy, z kim masz do czynienia.
Wszelkie słowa uwięzły mi w gardle. Był tak blisko, że nie tylko czułam żar jego ciała. W ciemnych oczach widziałam też słabo maskowane podniecenie. A potem nagle wstał i bez problemu także i mnie postawił na nogi.
– Dziś wieczorem  – szepnął, łaskocząc oddechem płatek mojego ucha. – Przyjdź.
– To rozkaz?
– Prośba – chociaż nie widziałam jego twarzy, byłam pewna, że się uśmiecha. Poza tym kręciło mi się w głowie, a w całym ciele czułam obezwładniającą słabość. Miałam ochotę zamknąć oczy i przytulić się do jego boku, zaciągnąć się zapachem męskiego ciała i potu. Wielu spotkałam facetów w swoim życiu, ale nigdy tak erotycznej bestii. Z każdym spotkaniem byłam pod coraz większym wpływem jego siły przyciągania. Pierwszy pojawił się niepokój. Wczoraj wieczorem pożądanie. A teraz…
Zamroczona odwróciłam się, wycofując na skraj obozowiska. Patrzyłam jak zakłada koszulę, jak wciąga buty, patrzyłam tylko na niego. Jak zaczarowana…
Kurwa! ryknęło coś we mnie strasznym głosem. Zaczarowana? Dupek żołędny miał mamuśkę czarownicę i z pewnością sam też posługiwał się magią. Erotyczna siła przyciągania? Gówno, a nie siła! Ten palant uwodził mnie za pomocą czarów. Wpiłam paznokcie w delikatną skórę wnętrza dłoni, po czym umknęłam w gęstwinę leśną, która znajdowała się po prawej stornie obozowiska. Przebiegłam prawie pół kilometra, gdy w końcu nagły skurcz zmusił mnie do zatrzymania. Oparłam się plecami o drzewo i zamknąwszy oczy, usiłowałam uspokoić oddech.
– Już dobrze – usłyszałam tuż obok cichy szept. Silne palce przesunęły się po moim zaczerwienionym policzku, potem powędrowały w dół. A ja zamarłam przerażona, wpatrując się w czarne, nieprzeniknione oczy Mordreda.
– Skąd?...
– Widziałem, w którym kierunku uciekałaś. Dlaczego?
– Popieprzony czarownik! – warknęłam, odtrącając jego dłoń.
– Ja? – zaczął się śmiać.
– Pewnie że ty! Mamusia maczała w tym palce czy masz naturalne zdolności?
– Mamusia? Myślisz, że rzucam czar na kobiety, aby zwabić je do swego łoża?
– Raczej jestem tego pewna.
– Bo?
– Kilka powodów by się znalazło – odparłam zgryźliwie. Jednocześnie starałam się zwyciężyć pewną pokusę. Oczywiście, przegrałam. Uniosłam ramiona, ujmując jego szczupłą twarz w obie dłonie. Przesunęłam palcami po szorstkich policzkach, jedną ręką przeczesałam kędzierzawe włosy, drugą obrysowałam zaciśnięte wargi. – Jak przestaniesz mącić mi w głowie swoją lub nie swoją magią, to mogę rozważyć twoją kandydaturę.
– Ach, możesz?
– Tak.
– A jeśli to nie magia? – spytał cicho, świdrując mnie bacznym spojrzeniem. Jednocześnie dał krok do przodu, przyciskając mnie w dość jednoznaczny sposób do drzewa za moimi plecami.
– To magia – powtórzyłam z naciskiem. - Nigdy dotychczas tak mi nie odbiło. A teraz odsuń się, chcę wrócić do swej komnaty.
– Dobrze – skinął głową jakby zamyślony. – Ale najpierw…
Znów mnie pocałował. Zamknęłam oczy i drżąc z rozkoszy, odwzajemniłam pocałunek. Było mi wszystko jedno, magia czy nie magia. Prężyłam się jak kotka, jednocześnie wściekła i nieziemsko rozanielona. A kiedy oderwał się od moich ust, mało brakowało, a ogniście bym zaprotestowała.

– Załatwię sobie anty czar – zagroziłam, przybierając jak najbardziej odpychający wyraz twarzy. Nie wiem, czy to go zniechęciło, ale na pewno rozbawiło. Roześmiał się, a potem zostawił mnie przy drzewie, rozdartą pomiędzy tym, czego chciało moje ciało, a na co pozwalał umysł.