czwartek, 19 stycznia 2017

Dzieło sztuki (VII) - zakończenie

Czy jak na porządny, babeczkowy styl przystało, kończymy happy endem? ;-)

            Dzieło sztuki (VII)
Przy śniadaniu Marcin był już znacznie mniej wylewny niż w nocy, pod prysznicem. Ale nie odrywał ode mnie wzroku i mogłam przysiąc, że widać było w nim starannie skrywany zachwyt. W obliczu tego spojrzenie, nie miały znaczenia jego zdawkowe wypowiedzi. Zwłaszcza, że gdy znaleźliśmy się przez moment zupełnie sami, do razu objął mnie i pocałował.
– Straszne miejsce – roześmiał się, bo bardzo szybko musieliśmy przerwać. – Czuję się jak napalony nastolatek polujący na okazję.
– Drżący ze strachu, że ktoś go naleci podczas intymnej sytuacji?
– Coś w tym stylu. – Dał mi prztyczka w nos. – Idę po bagaże rodziców. Bądź gotowa na wyjazd wieczorem.
– Dopiero wieczorem? – jęknęłam z zawodem.
– Trochę mi to zajmie.
– Twoi rodzice nie mieszkają w Poznaniu?
– Ależ skąd. Pod Krakowem.
– I ty chcesz zdążyć jeszcze dzisiaj wrócić? – Zamarłam ze zgrozą. – Chyba będziesz musiał pokonać drogę na azymut, dwa metry nad ziemią.
– Dam radę, wierz mi.
– No dobrze, skoro tak twierdzisz.              
Nadal byłam pełna wątpliwości, ale chyba Marcin wiedział, co mówi. Zresztą, nawet jeśli nastąpiłoby opóźnienie, to po prostu zjawi się następnego dnia. Nie żegnaliśmy się zbyt wylewnie, aby nie wzbudzić podejrzeń. Wymieniliśmy tylko rozbawione spojrzenia, uścisk dłoni i to wszystko.

Zostałam sama. No dobrze, niezupełnie, bo w towarzystwie licznej rodziny. Za to wyjeździe większości gości dostałam własną sypialnię. Dobre i to, pomyślałam zakopując się w pościelach. W końcu trzeba było odespać ubiegłą noc.
Kiedy się obudziłam, miałam suche gardło, a żołądek zwinął się w supełek. Szybko wciągnęłam spodnie i zbiegłam na dół, do kuchni. Moja mama uradowana napadem nagłego głodu, od razu postawiła przede mną talerz pełen smakołyków. Pałaszowałam to wszystko, jednym uchem przysłuchując się prowadzonym rozmowom, a w myślach układając sobie listę rzeczy do zrobienia. W końcu niedługo powinien wrócić Marcin. Jaka szkoda, że nie pomyślałam, aby poprosić go o numer telefonu. Z drugiej jednak strony chyba nie ośmieliłabym się pierwsza zadzwonić.
– Chcesz herbaty kochanie?
– Tak – skinęłam głową. Zostałam sam na sam z mamą i postanowiłam trochę wypytać ją o tę całą Melanię i jej syna. – Wiesz, jestem ciekawa tych ludzi, których mi przedwczoraj przedstawiłaś.
– Których? Trochę ich było – roześmiała się lekko. – Jaka szkoda, że Mela i Robert musieli wyjechać. Namawiałam ich, aby zostali, ale ich syn stanowczo oświadczył, że ma do załatwienia ważną sprawę i tylko dziś może ich odwieź.
– No tak – zgodziłam się obłudnie.
– Bardzo mi się spodobał ten Marcin, chociaż taki milczący i skryty z niego mężczyzna. Jaka szkoda, że zajęty – westchnęła, a mnie kawałek ciastka utknął w gardle. – Pytałam Melanię czy to poważne, ale ona powiedziała, że chyba bardzo, bo oznajmił im, iż w przyszłym roku się żeni.
– Kiedy to powiedział? – spytałam słabym głosem, wciąż mając nadzieję, że może mówił o mnie. Też wkurwiające, bo przecież na nic się nie zgadzałam, ale to była i tak ta lepsza wersja rzeczywistości.
– Chyba miesiąc temu, jak tylko ich zaprosiłam i Melania napomknęła mu, że mam córkę w jego wieku, też samotną i też malarkę. Oświadczył wtedy rodzicom, że spotkał niedawno kobietę, która go zauroczyła i prawdopodobnie zostanie jego żoną. Miał ją przedstawić po nowym roku, bo na przerwę świąteczną wyjechała do rodziców, do Austrii.
Z trudem przełknęłam ślinę. Na szczęście moja mama pochłonięta mieszaniem w garnku i własnymi słowami, nie dostrzegła, co się ze mną dzieje. To łajdak, pomyślałam z goryczą. Chyba że… Chyba że powiedział to na odczepnego, aby rodzice nie swatali go z jakąś nieznaną mu babą. Chwyciłam się tej myśli, niczym tonący brzytwy.
– Wiesz mamo – zaczęłam ostrożnie, zastanawiając się ile mogę wyjawić. Ale nie dopuściła mnie do głosu.
– Powiedziałam Melani, że gdyby zmienili zdanie, to przyjedziemy po nich z tatą.
– Do Krakowa? – wyrwało mu się w zdumieniu.
– Do Krakowa? – Tym razem na mnie spojrzała. – Dlaczego do Krakowa?
– Bo tam mieszkają?
– Melania i Robert? Coś ci się pomyliło. Miesiąc temu kupili uroczy domek całkiem niedaleko nas, a przedtem mieszkali w Luboniu. W zasadzie wyjechali, bo ta dziewczyna Marcina nieoczekiwanie wróciła wcześniej, ale zaraz wyjeżdża i chciał się chociaż na chwilę z nią spotkać.
Moja nadzieja zdechła ostatecznie.
– Pewnie ją w końcu im przedstawi.
No tak. A między czasie załapie się na darmowe bzykanko z naiwną idiotką. Forma zemsty za awanturę w galerii? Z pewnością. Nie przewidział jedynie plotkujących bab i tego, że jego mały sekret tak szybko dotrze do moich uszu. A może stwierdził, że i tak niewiele straci? Z tą twarzą pokerzysty, umiał doskonale kłamać. Do Krakowa? Powinnam porządnie obić mu gębę, jeśli w ogóle pojawi się dzisiejszego wieczoru.
Wyłgałam się bólem głowy i uciekłam na górę. W duchu dziękowałam za osobny pokój, bo będę mogła wypłakać całą złość i zawód. Skuliłam się na łóżku. W moich myślach panował chaos, a biedne, połamane na drobne kawałeczki serce, bolało jak cholera. Jak mogłam tak szybko ulec, jak mogłam pozwolić tak bardzo się zauroczyć? Głupia, wyobrażałam sobie uczucia, których tak naprawdę nie było. A co było? Wyrachowanie, podstęp, pewnie satysfakcja, że udało mu się wyprowadzić mnie w maliny.
To dziwne, ale nagle świat stał się tak pusty, życie tak pozbawione sensu. A jeszcze dziwniejsze było to, że nie potrafiłam z tego powodu płakać. Ból dręczył mnie od środka, wypalał, zabijał. Mijały minuty, godziny, a ja leżałam w bezruchu, walcząc z zalewającą mnie goryczą, czekając na cud. Chciałam, aby jednak przyjechał, mogłabym wtedy wykrzyczeć mu wszystko w twarz. Czy może liczyłam na to, że się wytłumaczy? Powie, że to wszystko fatalny zbieg okoliczności? Pewnie tak, bo w końcu nadzieja umiera ostatnia, ale i moja konała z każdą upływającą chwilą. Za oknem pociemniało. Nadszedł wieczór, którego tak oczekiwałam. Marcina nadal nie było. Minęła dwudziesta, a potem dwudziesta pierwsza, gdy w końcu zrozumiałam, że nie przyjedzie.
Nie miał po co.
Zerwałam się z łóżka, lecz krążenie po malutkim pomieszczeniu ze skośnym dachem, nie przyniosło ulgi. Musiałam się stąd wyrwać, zaczerpnąć powietrza.
Zbiegłam na dół. W pośpiechu, trzęsącymi się dłońmi założyłam buty, sięgnęłam po kurtkę i czapkę, a potem nikomu nic nie mówiąc, wybiegłam na zewnątrz. Szłam przed siebie, nie zważając na mróz, na pruszący śnieg, na panujące dookoła ciemności. Głupio, ale przestałam nad tym panować. Szłam, czując szczypiące pod powiekami łzy.
Jak u licha mogłam być tak głupia, tak naiwna? A tak w ogóle czym on mnie zauroczył? Nadęty sztywniak, bez poczucia humoru. Potknęłam się i upadłam z głośnym jękiem. Noga w kostce bolała jak cholera. Spróbowałam się podnieść, ale nagle zabrakło mi siły. Rozpłakałam się, obejmując ramionami. Ból fizyczny przywołał w końcu łzy, sprawił, że puściły wszelkie tamy. Siedziałam tak, oparta o nagie drzewo, łkając i coraz mocniej dygocząc z zimna. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie próbowałam wstać i wrócić do domu. Było mi wszystko jedno, co się ze mną stanie. Moje życie i tak było beznadziejne. Synek, który umarł. Każdy związek. Praca, której nie znosiłam. I Marcin, który tak mnie oszukał. Jak mam wierzyć, że kiedyś będzie lepiej, skoro za każdym razem musiałam sklejać własne serce?
Leżałam w ciemności, w ciszy, pogrążając się w coraz większej nieświadomości. Nawet gdy tuż obok usłyszałam wyraźne przekleństwo, nie zareagowałam, bo nie miałam już siły. Ktoś podniósł mnie, potem wsadził do ciepłego wnętrza auta, otulił czymś miękkim. Trzaśniecie drzwi, płynny zryw do przodu. W końcu z niechęcią otworzyłam oczy. Oczywiście, siedziałam obok tego, którego spodziewałam się ujrzeć.
I trzeba przyznać, że zacięta, pełna złości twarz Marcina, dziwnie podniosła mnie na duchu.
– Nie ruszaj się. Chyba masz złamaną nogę – powiedział, poprawiając zsuwający się koc. Jednocześnie zręcznie zaparkował samochód na poboczu i dopiero wtedy zwrócił się do mnie przodem, zapalając jednocześnie małe światełko nad naszymi głowami.
– Czyś ty już do reszty zwariowała!? – wybuchnął. – Jaką trzeba być idiotką, żeby wybrać się w taką pogodę na spacer i o takiej porze?
– Głupotę mam we krwi – odgryzłam się, z trudem opanowując szczękanie zębami, chociaż ogrzewanie pracowało pełną parą, a ja byłam owinięta przynajmniej kilkoma kocami.
– Mogłaś zamarznąć! – wrzasnął. – Wiesz, że jeszcze godzina lub dwie i nie byłoby szans na ratunek? Wiesz, z jakim trudem odnalazłem twoje ślady? Normalnie jak bym cię… – zacisnął dłonie w pięści, groźnie mrużąc oczy.
Trochę to było dziwne. Patrzyłam na niego w zamyśleniu, zastanawiając się, co to wszystko miało znaczyć. Serce nagle przestało boleć, za to zabiło w rytmie odradzającej się nadziei. Oj głupia, głupia pomyślałam, lecz co mogłam poradzić na to, że czułam się tak szczęśliwa, siedząc znów obok tego mężczyzny.
– Jak narzeczona? – spytałam w końcu, przerywając milczenie.
– Jaka narzeczona u licha?
– Ta z Austrii?
– O czym ty bredzisz? – warknął poirytowany. – Nie mam żadnej narzeczonej w Austrii.
– A w Polsce?
– Też nie. Chyba rozumiem – dodał, marszcząc brwi. – Mści się na mnie historyjka stworzona na użytek moich rodziców.
– Aha. Każde kłamstwo ma krótkie nogi – powiedziałam, akcentując poszczególne słowa. – Każde. Na przykład te o nagłym zauroczeniu, czy to o Krakowie.
Nie rozzłościł się, nie zmieszał. Zdjął okulary, zagryzając dolną wargę i wyraźnie widać było, że ma ochotę się roześmiać.
– W pierwszym przypadku wcale nie skłamałem. Trochę ponad dwa tygodnie zauroczyła mnie pewna kobieta. Strasznie pyskata i niezwykle piękna.
– Niby ja? – spytałam z powątpiewaniem. – Jaja sobie robisz, czy co? Kiedy to niby cię zauroczyłam? Podczas naszej kłótni w galerii? Wyglądałeś jakbyś zaraz miał eksplodować. Wściekły, czerwony na gębie, wyglądałeś jakbyś miał eksplodować. Tak nie okazuje się podziwu.
– Pewnie, że byłem wściekły. Ale to nie wyklucza faktu, że nie potrafiłem zapomnieć o twoich oczach i ustach. Potem dowiedziałem się, że jesteśmy zaproszeni na święta do znajomych rodziców. Bardzo chcieli, abym z nimi pojechał, więc się zgodziłem. Lecz kiedy wspomnieli o potencjalnej kandydatce, zełgałem coś na poczekaniu. Przez te dwa tygodnie zastanawiałem się, jak nawiązać z tobą kontakt i nie przypuszczałem, że los sprawi mi taką niespodziankę. Byłem zachwycony, gdy cię ponownie ujrzałem.
– Zachwycony? – Trzeba przyznać, że umiał wprawić w osłupienie. – Miałeś minę zimnej ryby i beznamiętne spojrzenie. Faktycznie, wyglądałeś na zachwyconego.
– E tam. Czepiasz się szczegółów – lekceważąco machnął ręką.
– Marcin! Jakich szczegółów? A co z Krakowem?
– No dobrze, tutaj skłamałem. Chciałem mieć więcej czasu na przygotowanie niespodzianki.
– Owszem, to była niespodzianka – parsknęłam z sarkazmem. – O mało co, nie pękło mi serce.
– Nie przesadzaj, nie w tym wieku. Za to prawie zamarzłaś. Dobrze że sobie czegoś nie odmroziłaś.
– Moja mama! – jęknęłam nagle z przerażeniem.
– Już do niej dzwoniłem – uspokoił mnie, wyciągając dłoń i dotykając policzka. Odtrąciłam ją, bo wciąż nie do końca ufałam jego słowom. – Wszystko wyjaśniłem i umówiłem nas na noworoczny obiad.
– Niby co jej wyjaśniłeś?
– Wszystko. Ucieszyła się i zaczęła szykować listę gości.
Przewróciłam oczyma.
– Nie powiedziałam nawet, że ci wybaczam.
– Nie musisz. Nie ma czego.
– Jak ty mnie irytujesz! Wiesz o tym, prawda?
– Wiem – rozbawiony chwycił kierownicę i ruszył. – Szkoda czasu na rozmowy. Jak dotrzemy do celu, sprawdzimy stan twojej nogi, później weźmiemy gorący prysznic i będziemy się kochać.
– To bezczelne nie pytać mnie o zdanie – zgłosiłam pretensje, wygodnie opierając się o siedzenie. Oczywiście wcale nie czułam się oburzona. Za to byłam szczęśliwa. Tak prawdziwie szczęśliwa, spokojna, błogo rozanielona. Oczywiście dam ja mu jeszcze nauczkę za te przepłakane godziny, ale to później.
– I tak prawie jesteśmy na miejscu. – To mówiąc skręcił w boczną drogę. Na szczęście jaśniejący bielą śnieg rozświetlał mrok i w tej magicznej poświacie ujrzałam mały domek, jakby skulony u brzegu jeziora. Zostałam elegancko wniesiona do środka, ułożona na kanapie przed kominkiem, który zaraz zapłonął złocistym blaskiem. Marcin zdjął kurtkę, zsunął buty i od razu zajął się moją obolałą nogą.
– Znasz się na tym? – spytałam podejrzliwie.
– Tak. Brałem udział w kursie na ratownika medycznego.
– Dobrze że nie powiedziałeś, iż studiowałeś medycynę.
– Nie, to byłoby niepotrzebne, skoro nie zamierzałem zostać lekarzem.
– A ratownikiem zamierzałeś?
– Nie, ale to praktyczne umiejętności. I przestań zrzędzić – upomniał mnie łagodnie, niezwykle delikatnie badając lekko spuchniętą kostkę. – Przyłożymy lód i nic ci nie będzie.
Patrzyłam na pochyloną głowę Marcina i pojawiło się przemożne uczucie, aby zatonąć w jego ramionach. Przypomnieć sobie, jak było mi dobrze, gdy mnie całował. Zapomnieć o ostatnich godzinach.
– Marcin – zaczęłam z wahaniem. Wszystko ułożyło się w logiczny ciąg, ale nadal gdzieś w głębi mej duszy czaił się strach. – Chcę być pewna, że mówiłeś prawdę. Zbyt wiele raz doznałam zawodu, zbyt wiele razy ktoś mnie oszukał. Jeśli to zemsta…
Podniósł głowę, ale nie widać było w jego oczach gniewu. Przeciwnie, zauważyłam malującą się w nich prawdziwą powagę.
– To nie zemsta. Wiem, jak się czuje ktoś, kogo zdradziły najbliższe mu osoby.
– Twoja narzeczona, prawda? I kto jeszcze?
– Mój brat.
– Co? – Pewnie musiałam mieć pełną niedowierzania minę, bo krzywo się uśmiechnął i usiadł obok, na kanapie.
– Przyrodni. Ojciec był świeżo po rozwodzie, gdy poznał mamę. Mimo to, Adam był dla mnie kimś najbliższym, prawdziwym wzorem, któremu zawsze chciałem dorównać. Jego zdrada… – zacisnął usta w pełnym goryczy grymasie. – Bolała znacznie bardziej niż jej.
– Przykro mi.
– Niepotrzebnie. Jest takie stare powiedzenie, że kto przestał być przyjacielem, nigdy tak naprawdę nim nie był. Te słowa można również odnieść do mojej sytuacji.
– Ile ty w zasadzie masz lat?
– Wystarczająco, aby pamiętać bardzo niegrzeczną dziewczynkę, która latem biegała całkiem nago – zaśmiał się, wstając. – Odgrzeję kolację, otworzę wino, ale najpierw przyniosę lód.
– Zaczekaj! – Chwyciłam jego dłoń. – Najpierw mnie pocałuj.
Nie zaprotestował. Wziął na kolana i całował z takim zapałem, że moje ciało zapłonęło niczym pochodnia. Nawet noga przestała dokuczać. Musiałam jednak wyjaśnić jeszcze jedną rzecz.
– No dobrze – odsunęłam się, kładąc palec na jego zaborczych wargach. – Wybaczam ci, ale pod jednym warunkiem.
– Stawiasz warunki? – zakpił. – Poczekaj do jutra, wtedy zobaczymy.
– Taki malutki, maluczki waruneczek.
– Malutki? Niby jaki? Gwiazdka z nieba? Wycieczka dookoła świata?
– Niezłe, ale chodziło mi o coś innego.
– Przyznaj się, poderwałaś mnie, bo chciałaś zyskać aprobatę uznanego krytyka? – powiedział, ale jednocześnie miałam świadomość, że wcale w to nie wierzy.
– To ty mnie podrywałeś!
– Uhm – wymruczał, pochylając się z zamiarem kontynuowania pocałunku. Wykręciłam głowę i wtedy to dostrzegłam.
– Marcin! Co to ma być?
– To? Przecież wiesz. Twój bohomaz.
– Ale co on tutaj robi?
– Zabrałem ze sobą, żeby nikt go nie zniszczył. Za miesiąc nowa wystawa, damy go za główną atrakcję.
– Zwariowałeś! – powiedziałam ze zgrozą, jednocześnie czując, że on naprawdę przestaje nad sobą panować. Chyba muszę zapomnieć o kolacji, aby zaspokoić całkiem inne potrzeby.
– Ja? Nie. – Spojrzał mi głęboko w oczy. – To prawdziwie magiczne dzieło sztuki. Jak tylko się z tobą ożenię, powiesimy je w salonie, na zaszczytnym miejscu.
Pomyślałam, że biorę sobie niezwykle upartego faceta, który za wszelką cenę będzie starał się postawić na swoim. I pomyślałam też, że tym razem naprawdę warto zaryzykować. Lecz tak naprawdę nie brałam pod uwagę porażki, bo to, co do siebie czuliśmy było naprawdę wyjątkowe.
– Jak się ożenisz?
– Tak. Kocham cię Paulinko.
Pierwszy raz usłyszałam swoje imię w jego ustach. I pierwszy raz ktoś tak szczerze, bez wstydu i zakłopotania, powiedział mi, że mnie kocha.
A najpiękniejsze było to, że prawdopodobnie będzie jeszcze wiele „takich razy”.

 

29 komentarzy:

  1. Babeczko,twoje opowadania stawiają na nogi z samego rana. To zakończenie jest genialne! A bohaterowie trafili idealnie w mój gust, zadziorni i zawsze chcący postawić na swoim. Cieprpliwie będę czekać na kolejne takie opowiadania ;*
    Buziaki,Zuza

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobało mi się to opowiadanie - jest takie ciepłe. Które z opowiadań dodasz teraz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz dodam nowe, z którego z pewnością wiele osób się ucieszy :-)

      Usuń
  3. Bardzo przyjemne opowiadanie, super sie czytalo :-) fajny,zimowy klimat.bohaterowie tez ciekawi. bardzo regularnie Babeczko zamieszczasz teksty i to jest swietne :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo skoro zmieniłam podejście do bloga z hobbystycznego na bardziej profesjonale, to muszę regularnie zamieszczać teksty :-)
      No, i mam czas :-) Mało go, ale zawsze.

      Usuń
  4. Ktos kiedys napisal ze Twoje opowiadania to nie sa "wyzyny".zdenerwowalo mnie to bo masz duzy talent i jednym tchem czyta sie teksty. tak potrafisz napisac ze na maksa rozbudza to wyobraznie i niektore opowiadania sprzed pol roku do dzis mam w pamieci.a "spod ciebie to powstanie"to juz w ogole mistrzostwo bylo :-D albo to opowiadanie o chatce w gorach gdzie gineli bohaterowie.chyba groza i kryminal w polaczeniu z romantyzmem najlepiej Ci wychodza! pozdrawiam i licze teraz na cos w mroczniejszych klimatach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pisałam o tych wyżynach :) i miałam na myśli opowiadania, które od dłuższego czasu górują na blogu czyli te takie zwykle opowiastki o miłości, seksie, skrzywdzeniu itp ;) jezeli chodzi o demoniczne opowiadania babeczki to z chęcią kupiłabym wydanie papierowe bo pisanie mrocznej fantastyki, nawet bez erotyki wychodzi Babeczce mistrzowsko ;) Pulina

      Usuń
  5. Fajnie Babeczko, fajny ten Marcin, może gbur ale nie jakiś gideon cross, normalny facet jakiego można można spotkać w życiu 😊

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak zwykle super:) dziwię się tylko, że nie ma żadnych wcześniejszych komentarzy?? I pięknie proszę o następna część Uzurpatora :)

    Sylwia

    OdpowiedzUsuń
  7. W końcu happy end! ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. Były dwie części bezpłatnego ... Może teraz dwie części Uzurpatora, co ? Uwielbiam to opowiadanie :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękny prezent na urodzinki! Pozdrawiam-Paulina :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Trochę hurtowo odpowiem, bo u mnie znów wirusy szaleją i nie mam czasu, aby spokojnie usiąść przy kompie ;-)
    Uzurpator będzie za chwilę i to dwie części, tylko poprawię pisownię i daje.
    Co teraz? Nie wiem. Zobaczymy w przyszłym tygodniu.
    A za komentarze dziękuję, dobrze że się odzywcie, nie zniechęcając częstym brakiem reakcji z mojej strony :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry za błędy, ale tak to jest pisać z telefonu :-D

      Usuń
  11. Kocham happy endy, jeśli to Twój styl, to fantastycznie! ;)
    Btw. Bardzo ciekawy rozdział, mnóstwo interesujących niuansów, choć... zdaje się, że zawiesiłaś trochę głos w końcówce? ;) dawaj ciąg dalszy i rozwiej wszelkie watpliwosci! :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Wspaniałe opowiadanie, wspaniale, że będą razem, tacy zakochani :3

    OdpowiedzUsuń
  13. Hehe świetne, coś dla nich xd

    CO JA ZROBIĘ

    No i co ja zrobię
    Że z tobą tak mi dobrze
    Że twym oddechem się zdobię
    Zapominam o kobrze

    Co ja zrobię
    Że bez ciebie żyć nie mogę
    Bo wtedy duszę się w sobie
    A gdy znikasz, zapadam w trwogę

    Co ja zrobię
    Że tęsknię jak oszalała
    Że szybciej znajdę się w grobie
    Niż bym o tobie zapomniała...

    OdpowiedzUsuń
  14. Addendum ;)


    PAULINA W LESIE

    A jeśli już za późno
    Jeśli pociąg odjechał
    Jeśli pies był na szynach
    I pociąg go rozjechał -

    A jeśli wnętrzności
    Dawno rozbryzgane
    Bo co miało być zawsze w miłości
    Jest już niekochane -

    A jeśli to wszystko to był jakiś żart
    I nic już nie istnieje
    Bo duszę porwał czart -
    To niech już szumią nade mną knieje...

    OdpowiedzUsuń
  15. W LESIE

    A jeśli już za późno
    Jeśli pociąg odjechał
    Jeśli pies był na szynach
    I pociąg go rozjechał -

    A jeśli wnętrzności
    Dawno rozbryzgane
    Bo co miało być zawsze w miłości
    Dawno niekochane -

    A jeśli to wszystko to był jakiś żart
    I nic już nie istnieje
    Bo duszę porwał czart -
    To niech już szumią nade mną knieje...

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie ma czegoś takiego jak kurs ratownika medycznego, by zostać ratownikiem medycznym trzeba ukończyć studia, dzięki kursowi można zostać ratownikiem kwalifikowanej pierwszej pomocy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A! Właśnie miałam na myśli taki krótki kurs pierwszej pomocy. Więc piszesz, że to się inaczej nazywa? Dzięki, zaraz zmienię, niech nie odstaje od realiów. Pozdrawiam, Babeczka

      Usuń
  17. Piękne. Popraw tylko zdanie - Zbyt wiele raz doznałam zawodu, zbyt ... - brakuje "y". Lubię takie teksty :) bo nie wiem jak to nazwać. Książka jako tradycjonaliście kojarzy mi się inaczej. O może eliteratura czy epowieść. Nie ważne pisz dziewczyno te piękne rzeczy. Wyciskaj z nas łzy. Może i ja kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  18. To opowiadanie jest idealnym odreagowaniem po TOB - normalni ludzie, z normalnymi emocjami:) Prosta historia o miłości: dwoje ludzi się spotyka, coś zaiskrzy, fluidy przepłyną i już wiedzą, że chcą siebie nawzajem. Banalne? Nierealne? Takie rzeczy się nie zdarzają? Myślę, że zdarzają się częściej niż nam się wydaje. Mnie bardzo się podobało - dowcipne, nie przekombinowane, pełnokrwiste postacie i jaka ładna scenka pod prysznicem:)Romantyczne, ale nie ckliwe - słodyczy w sam raz.

    OdpowiedzUsuń
  19. Skleroza nie boli - zapomniałam zapytać, jakiż to "maluczki waruneczek" chciała postawić Paulina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodziło mi po głowie, żeby zawiesił na ścianie w swoim mieszkaniu pechowe dzieło sztuki ;-)

      Usuń
    2. He, he, dobre! Znaczy się, że trafił swój na swego:)

      Usuń
  20. Kochana Babeczko, tej części brakuje w spisie "babeczek". Tam kończy się na VI- przy którym podałaś, ze to zakończenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już nic nie zmieniam, bo wkrótce ruszy nowa strona.

      Usuń