niedziela, 8 stycznia 2017

Dzieło sztuki (V)

Wyjątkowo elektryzujący kawałek - https://www.youtube.com/watch?v=Hu9r5v7IgRo. Od 4;44 prawdziwy rarytas. Gdyby jeszcze ten dj nie gadał...
To plus padający śnieg (bo w momencie gdy dodaję post, akurat pada), ciepła aromatyczna herbata, cisza, spokój, śpiące maleństwo w łóżeczku, drugi skarb w pokoju obok... Więcej takich chwil!!! Wyncej!!!!!! 
A! Zapomniałam o grzesznej konsumpcji pierniczków ;-)

           Dzieło sztuki (V)
Milczał, ale niezakłopotany, lecz zdumiony moją szczerością. Przestał być nawet tak nieznośnie wyniosły.
– Zaskoczyłaś mnie – odezwał się w końcu niechętnym tonem. – Sądziłem, że jesteś płytką babą, która za wszelką cenę usiłuje złapać jakiegoś biedaka, aby zawlec go przed ołtarz. A kiedy jej się to nie udaje, pluje jadem i bluzga przekleństwami.
– Kiepskie wrażenie na tobie wywarłam. Chociaż zdaje się nie przeklinam?
– Nie, ty akurat nie – wyprostował się, z uwagą patrząc w moje oczy. – A to były bardzo piękne słowa, chociaż nie jestem właściwą osobą, aby je docenić.
– Pewnie nie. Zresztą normalnie nie rozmawiam z ludźmi w ten sposób.
– Czyli szczerze?
– Ludzie rzadko kiedy chcą szczerości. A powodem mojej musi być reszta bąbelków z szampana – zażartowałam. Trochę było mi głupio, bo w końcu otwarłam się przed kompletnie obcym facetem. Który zrobił coś bardzo nieoczekiwanego. Ujął moją dłoń w obie ręce i podniósł ją do ust. Delikatnie pocałował, pieszcząc koniuszkami palców i nie spuszczając wzroku z mojej zarumienionej twarzy. A ja zmieszałam się do tego stopnia, że wyrwałam ją z jego uścisku.
– Muszę… muszę do łazienki – zełgałam na poczekaniu.
– Nie musisz. – Zachował spokój, chociaż wyraźnie wyglądał na rozbawionego. – Ale idź, jak chcesz.
– Czy ty lubisz wprawiać mnie w zakłopotanie?
– Nic mi o tym nie wiadomo. Za to uwielbiam ten rumieniec na twoich policzkach. Nigdy nie sądziłem, że coś tak banalnego, może jednocześnie tak podniecać.
I wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że on najzwyczajniej w świecie mnie podrywa. Jak mężczyzna kobietę. Te komplementy elektryzowały, chociaż były wypowiedziane tak beznamiętnym tonem. Umknęłam w popłochu do toalety, bo musiałam odetchnąć, oswoić się z myślą, która dopiero co przyszła mi do głowy. Z przekąsem uśmiechnęłam się do swego odbicia w lustrze. Kto by pomyślał! Znienawidzony pan Krytyk i ja, w przytulnej knajpce na odludziu, przy kubku herbaty, rozmawiający na tak osobiste tematy. Tak, to było nieco dziwne, chociaż musiałam przyznać, że Marcin zyskiwał przy bliższej znajomości. Głęboko odetchnęłam. Co powinnam zrobić? Jak zareagować? W zasadzie nie czułam się na siłach, by wejść w nowy związek. Tyle ich już było… Niektóre kończyły się po pierwszym spotkaniu, inne gdy wypaliła się namiętność. Przez te wszystkie lata czułam jednak, że czegoś mi brakuje. Umiałam nawet powiedzieć czego. Miłości. Szczerej, prawdziwej miłości. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że znajomość z Marcinem mogłaby być tym, czego szukałam. Spryskałam twarz zimną wodą. Wytarłam ręce w papierowy ręcznik. Pora wracać. Czeka nas jeszcze długi spacer.
Kiedy siadałam przy stoliku, Marcin kończył właśnie rozmawiać przez telefon. Interesy, wyjaśnił niechętnie, a mnie nie wypadało pytać o szczegóły.
– Napijesz się czegoś jeszcze? – spytał uprzejmie.
– Nie, dziękuję. Wolałabym wrócić do domu.
– Jak chcesz – wzruszył ramionami.
Tym razem niewiele rozmawialiśmy. Ja czułam się zmęczona, a Marcin wyglądał jakby nagle pożałował tego, że powiedział więcej niżby chciał. Podziwiałam go za to, że bezbłędnie trafił z powrotem, chociaż wcale nie wracaliśmy po własnych śladach. Jakby miał coś w rodzaju wewnętrznego kompasu. Oczywiście w leśniczówce po staremu panował chaos, chociaż kilka osób już wyjechało i zrobiło się zauważalnie luźniej. Stanęłam na progu, rzucając za siebie spojrzenie pełne żalu. Było tak pięknie, że aż bolało porzucenie tych skrzących się wspaniałości na rzecz ciepłego, przytulnego wnętrza.
– Po obiedzie możemy pójść na kolejny spacer – odezwał się Marcin, jakby domyślając się moich rozterek. – Przyda się, bo nie wiem jak twoja, ale moja matka usiłuje wepchnąć we mnie górę jedzenia. Twierdzi, że słabo wyglądam.
– Ty? – spojrzałam na niego rozbawiona. – Fakt, tężyzną fizyczną nie grzeszysz.
Zmrużył oczy. A potem bez ostrzeżenia chwycił mnie na ręce, kopniakiem otworzył drzwi i wniósł do środka. I dalej, na samą górę, nie zważając na to, że buty i kurtki powinniśmy zostawić na dole. Nie protestowałam, w duchu dziękując za to, że nie mieliśmy świadków naszego efektownego wejścia.
– Zwróć honor – zażądał, stawiając mnie przed drzwiami pokoju. Nie wyglądał, aby pokonanie tych dwóch pięter stanowiło dla niego jakikolwiek problem.
– Przyznaj się! – Dźgnęłam go palcem w pierś. – Jesteś robotem, przybyłym na ziemię w imię pokoju, aby wybadać nasze ludzkie słabości.
– Nie przesadzaj. Aż tak ciężka nie jesteś.
– Nie przesadzam. Na kulturystę nie wyglądasz, poza tym jaki człowiek potrafi zachować przez tak długi czas niewzruszony wyraz twarzy? Nie jesz, nie śpisz, nie pijesz, tylko cały czas analizujesz, unicestwić tę planetę czy nie?
Nie wyglądał na obrażonego moim dziwacznym poczuciem humoru.
– A co z seksem? – spytał podchwytliwie.
– Z seksem?
– Wiesz, obok jedzenia, picia i spania, to podstawowa czynność gwarantująca przetrwanie gatunku.
– Widzisz! Miałam rację, jesteś robotem! Kto normalny użyłby tak bezbarwnego, brutalnego opisu?
– Ja. – Pochylił się, jednocześnie obejmując mnie w pasie i całując. Miał chłodne policzki i gorące wargi. Przed oczyma stanęła mi ostatnia noc. Tym razem to nie było delikatne muśnięcie. Przymknęłam oczy, delektując się dotykiem, smakiem i zapachem jego ust. Chłonęłam przyjemność wszystkimi zmysłami, całkowicie oddając się we władnie jednocześnie nowych i doskonale znanych uczuć. Czułam narastający żar w dole brzucha, słabość w całym ciele, szaloną ochotę na więcej niż pocałunek. Czułam jego język badający wnętrze moich ust, jego odrobinę leniwe ruchy. I ogromny żal, gdy to przerwał.
– Dobrze że ten dom jest pełen ludzi – zażartował, ale doskonale widziałam, z jak wielkim trudem oderwał się od moich warg. Roześmiałam się cicho, wycofując do sypialni. Bezczelnie zatrzasnęłam drzwi przed nosem znieruchomiałego Marcina. Skoro on mnie prowokował, ja również mogłam to zrobić.
Po raz kolejny dokładnie przyjrzałam się zawartości torby, którą ze sobą przywiozłam. Wybrałam sprane dżinsy i puszysty, biały sweterek. Prosty, nierzucający się w oczy, przynajmniej dopóty, dopóki się go nie założyło. Bo głęboki dekolt w szpic seksownie odsłaniał rowek między piersiami, wręcz prowokując do niegrzecznych myśli. Wstyd przyznać, ale właśnie o to mi chodziło. Chciałam wyjąć jeszcze z czeluści torby białe, ciepłe i włochate skarpety, gdy mój wzrok padł na ciemny prostokąt. Przygryzłam wargi, aby się nie roześmiać. Pamiętny bohomaz, przez który cierpiałam męki upokorzenia i zawodu. Przywiozłam go na prośbę siostry i całkowicie o tym zapomniałam. A teraz mogłam wykorzystać…
Z płótnem w objęciach zeszłam na dół. W jadalni pełno było ludzi, a po korytarzach i salonie biegała spora gromadka dzieci, czyniąc iście piekielny hałas. Weszłam do kuchni i w duchu pogratulowałam sobie szczęścia. Przy okrągłym stole siedział Marcin zajadając pierogi, tuż obok stała jego i moja matka zawzięcie o czymś dyskutując. Tuż przy oknie siedzieli ojcowie, oboje zaczytani w rozłożonych płachtach gazet. Teoretycznie obecni, jedynie ciałem, a nie duchem.
– Paulinka! – ucieszyła się moja mama, sięgając po talerz. – Chodź dziecko, zjesz coś, bo słabo wyglądasz.
– Ja słabo? Powinnaś odwiedzić okulistę – zakpiłam, ale usiadłam przy stole, dokładnie tuż naprzeciwko Marcina. Obraz położyłam tuż obok, nie był na tyle duży, aby się nie zmieścić. Dopiero wtedy na niego spojrzałam.
Poczerwieniał, krztusząc się pierogiem. Nic dziwnego, ja na widok upiorów przeszłości też bym się zmieszała. Za to moja mama, na co po cichu liczyłam, od razu zainteresowała się bohomazem.
– Co to jest? – spytała, stawiając przede mną talerz z porcją pierogów. – Masz kochanie, to specjalność naszej rodziny, a ja wiem, że uwielbiasz pierogi.
– To? – Machnęłam widelcem. – Powód mego nieszczęścia, pamiętne dzieło rąk Majki i Alinki.
– Cudowne! – Moja mama, jako babcia była całkowicie bezkrytyczna. Gdyby obie wnuczki, nawiasem mówiąc, przypominające momentami bestie z piekła rodem, podpaliły dom, to z pewnością zachwycałaby się wysokością płomieni. – Ja nie wiem, jak można było coś takiego skrytykować? Przecież widać, że to dzieło wyjątkowo uzdolnionych dzieci. Prawda Melanio? Sama popatrz!
Obie panie zajęły się komplementowaniem dziecięcych gryzmołów, a Marcin wyglądał jakby za chwilę miał go szlag trafić. Tym bardziej, że od razu zażądały, aby i on pochwalił dzieło. Co z tego, że był specjalistą, uznanym krytykiem, surowym wykładowcą akademickim? Byłam pewna, że zabraknie mu odwagi, aby przeciwstawić się zachwyconej babci oraz własnej matce, która widać była tego samego chowu, co moja. Zresztą, niechby tylko spróbował! Puściłam do niego oczko, ale nie spotkałam się ze zrozumieniem. Zza grubych szkieł błysnęły złością pociemniałe oczy. Nie przejmując się tym, zabrałam się do pałaszowania zachwalanych pierogów. Za to wzrok Marcina przesunął się w dół i utkwił dokładnie w jednym punkcie. Nie muszę dodawać jakim. Niestety zbyt długo nie napawałam się zwycięstwem, bo moja mamusia przystąpiła do akcji dywersyjnej pod kryptonimem „karmienie”. Nieśmiałego tłumaczenia, że same pierogi wystarczą, nie przyjęła do wiadomości. Na szczęście wybawiła mnie liczna rodzina, co chwila zaglądająca do kuchni. Wymknęłam się ukradkiem, zabierając ze sobą kubek z kawą, a zostawiając Marcina, który z nieco otępiałym wyrazem twarzy konsumował kolejny kawałek karpia. Oczywiście nie było gdzie odetchnąć. W końcu znalazłam w miarę ustronny kącik pod schodami, ale nie cieszyłam się samotnością zbyt długo.
– Idziemy na spacer! – warknął Marcin tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Ubierz się.
– Tu jest ciepło, wygodnie i nie wypiłam kawy – zgłosiłam uzasadnione pretensje. – Poza tym myślałam, że się na mnie obraziłeś?
Tylko na mnie spojrzał, lecz za to jak! Było widać, że wściekły jest nieziemsko, chociaż w zasadzie nie rozumiałam dlaczego. Przez niewinny żart z „dziełem sztuki”? Bez przesady.
– No dobrze – zgodziłam się z oporem. – Ale daj chociaż wypić kawę.
– Za pięć minut przed domem.
I zniknął. Pokazałam język jego plecom, lecz z drugiej strony sama miałam ochotę na małą przechadzkę. Mimo że udało mi się wyrwać z rąk karmicielki, to i tak zjadłam za dużo. Spacer z Marcinem przyniósłby więc same korzyści, a na zewnątrz byłam przecież bezpieczna. Puknęłam się w czoło. Bezpieczna? Niby przed czym?
Zanim wyszłam, minął prawie kwadrans. Byłam przygotowana, że nie zastanę go na zewnątrz, lecz nie bardzo mnie to zmartwiło. Najwyżej przejdę się sama. Jednak czekał, ponuro zapatrzony w zachodzące słońce, w złoto i purpurę, nieregularnymi plamami rozlewające się po bieli śniegu.
– Jestem – oznajmiłam dziarsko. – Rundka dookoła domu czy masz inny pomysł?
– Zawsze się spóźniasz?
– Szukałam butów. Nie wiadomo dlaczego, ktoś je upchnął w spiżarni.
– Idziemy – rozkazał i ruszył, nie czekając aż za nim podążę. – I daj spokój z tym nieszczęsnym obrazem. Spal go, wyrzuć, cokolwiek. Zresztą sądziłem, że już to zrobiłaś?
– Siostra prosiła mnie, abym zostawiła na pamiątkę. Chociaż ma już kilka pudeł „takich” pamiątek.
– Przywiozłaś ze sobą też coś swojego? – spytał, przystając, abym mogła go w końcu dogonić.
– A po co? – Wsunęłam rękę pod jego ramię, uśmiechając się promiennie. – Smakowały ci pierożki? A bigosik? – podstępnie zmieniłam temat.
– Tak – mruknął, ruszając do przodu.
– A jak tam tężyzna fizyczna po takim karmieniu? – pokpiwałam. – Gotowy do kolejnej walki w imię sztuki? To dlatego pytasz, czy coś ze sobą przywiozłam?
– Nie! – Gwałtownie przystanął, a sekundę później przycisnął mnie do pobliskiego drzewa z taką siłą, aż jęknęłam protestująco.

16 komentarzy:

  1. Niezły kawałek, w kilku momentach nieźle sie uśmiałam albo zmroziło mnie całkowicie, albo jedno i drugie ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też jęknęłam protestująco, widząc że to koniec i dalszy ciąg przyciskania do drzewa nieco się odwlecze:)
    Bolesną przeszłość Pauliny już znamy i ciekawa jestem bardzo, co ukrywa Marcin. Bo że ukrywa, to jestem pewna - nie, żeby jakieś tam wielkie tajemnice, ale swoje prawdziwe ja chociażby, tudzież powód ucieczki jego narzeczonej sprzed ołtarza.Zdaje się, że facet lubi rządzić. Mam nadzieję, że Paulina nie pozwoli sobą dyrygować i nie da się wykorzystać napalonemu panu krytykowi. Mimo, że sama też się napaliła:)
    Historia ciekawie się rozwija - podoba mi się.

    OdpowiedzUsuń
  3. Babeczko miej serce! Jak można przerwać w takim komencie?! ;_;

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja zawsze jęczę protestująco,, kiedy kończy są w takich momentach!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja zawsze jęczę protestująco,, kiedy kończy są w takich momentach!

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam te chwile wieczorem kiedy mogę odetchnąć przy nowym fragmencie tylko dlaczego takie krótkie:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Stanowcza kobieta.. Swietny kawalek, czekamy na wiecej. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Proszę o więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Super już nie mogę się doczekać kolejnej części....:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Już nie mogę się doczekać 😈
    Przepraszam ale w tekście przed opowiadaniem wkradła się literówka taka drobna w słowie "Wyncej" zamiast więcej. Taka drobnostka ale to wina złośliwych chochlików. Ahhh... te niedobre stworki😁

    OdpowiedzUsuń
  11. Twoje opowiadania są miłą odskocznią od normalnego życia. Dziękuję. Marzę, by choć jedna z Twoich historii ziściła się w moim życiu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektóre są z "życia wzięte" więc szansę są... ;-)

      Usuń
    2. ...dlatego trzeba codziennie wstawać z myślą, że może przydarzyć się coś miłego ;) Pisz Babeczko, pisz. Bo masz talent

      Usuń
  12. Kiedy Uzurpator? :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedy następna część? ;)

    OdpowiedzUsuń