sobota, 31 grudnia 2016

Dzieło sztuki (IV)

Na ten Nowy Rok, aby więcej i dłuższych tekstów było, tego życzę sobie i Wam!

            Dzieło sztuki (IV)
Wślizgnęłam się pod kołdrę z zamętem w głowie. A kiedy zasnęłam, śniło mi się coś niezwykłego, coś czego nie mogłam złapać, co znikało, gdy tylko znalazłam się na wyciągnięcie ręki. Męczyłam się tak, aż do przebudzenia.

I dopiero wtedy poczułam wstyd. Z głośnym jękiem wtuliłam twarz w poduszkę. Jezu! Jak mogłam? A może po prostu to był sen? Zwariowany, nierzeczywisty sen? Jak ja mu spojrzę dziś w oczy? Pomyśli że miał rację mówiąc, iż jestem radykalną desperatką. Zaraz, zaraz… Uniosłam głowę. Przecież on również był podniecony. Na powrót przytuliłam się do poduszki. Leżałam tak, całkiem sama, bo reszta pewnie zeszła już na śniadanie, rozmyślając o tym, co wydarzyło się w nocy. Nie potrafiłam wyciągnąć jednak żadnych wniosków. Westchnęłam, z niechęcią wyplątując się z kołdry. W ciemności, w ciszy i po szampanie, wszystko wydawało się o niebo łatwiejsze. Nadszedł ranek i musiałam stawić czoła ponurej rzeczywistości.
Jednak tym razem zwróciłam uwagę na to, co ubieram, starannie wykonałam makijaż, włosy zwinęłam w kok, wypuszczając kilka kosmyków, aby sprawić niezamierzone wrażenie nieładu. Dopiero kiedy lustro powiedziało mi, że wyglądam naprawdę dobrze, pomaszerowałam na dół. Serce biło mi jak oszalałe, dłonie spociły się pod wpływem silnych emocji, a w gardle zaschło. Lecz nade wszystko pragnęłam kawy. Świeżo parzonej, aromatycznej, gorącej. Kiedy poczułam jej zapach, powrócił spokój. I zaraz potem zniknął, bo przy kuchennym stole siedziała moja mama wesoło gawędząc z Marcinem. Przy czym on nie wyglądał na zadowolonego.
– Cześć – odchrząknęłam. Chciałam szybko przygotować sobie kawę i umknąć, zanim moja szanowna rodzicielka nie wymyśli czegoś głupiego. Niepotrzebnie.
– Och, całkiem zapomniałam! – wykrzyknęła, zrywając się od stołu. – Miałam ojcu zanieść szklankę wody. Przepraszam was kochani…
Osłupiałam. Szklankę wody? Po co? Spojrzałam na nią podejrzliwie, ale posłała mi promienny uśmiech i faktycznie wyszła. Cóż, zostaliśmy sami, lecz byłam pewna, że nie na długo.

– Spałeś jeszcze? – spytałam, nadal odwrócona do niego plecami.
– Nie.
– Aha – mruknęłam, nie wiedząc, co mogłabym jeszcze powiedzieć. Może coś o pogodzie, pomyślałam z wisielczym humorem. Zalałam kawę i chwyciwszy kubek w dłoń, postanowiłam, że wypiję ją w pokoju obok. Lecz nigdzie nie poszłam, bo niespodziewanie chwycił mój łokieć.
– Siadaj – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Odchrząknęłam z zakłopotaniem, ale posłuchałam. Dziś miał na sobie ciepły sweter i zwykłe dżinsy, włosy zmierzwione, oczy lekko podpuchnięte. Nie wyglądał już na totalnego sztywniaka, chociaż minę miał wyraźnie niezadowoloną.
– Usiadłam. I co dalej? – spytałam ostrożnie.
– Nic.
– To dlaczego kazałeś mi zostać?
– To dlaczego chciałaś uciekać?
Zarumieniłam się. Czyżbym była aż tak przewidywalna? Kurczę! Przecież ten dom był pełen ludzi. Dlaczego nikt z nich nie pojawi się w tej pieprzonej kuchni? Niepewnie spojrzałam na Marcina. Brązowe oczy mierzyły mnie beznamiętnie, a usta ułożyły się w grymasie niezadowolenia.
– Przepraszam za wczoraj – szepnęłam. – Za dużo szampana i trochę mnie poniosło.
– Aha.
– Wyjeżdżacie dzisiaj?
– Nie.
– Nie jesteś zbyt rozmowny.
– Nie.
– Dlaczego? – powoli traciłam cierpliwość. Siedzi naprzeciwko tylko się gapiąc i udziela lakonicznych odpowiedzi. Po co kazał mi zostać, skoro nie ma ochoty na rozmowę? Co mu chodzi po tym zakutym łbie?
– Moja mama usiłuje nas zeswatać – rzuciłam, mając nadzieję na jakąś reakcję. I słusznie. Nieoczekiwanie parsknął śmiechem.
– Moja również – dodał rozbawionym głosem.
– Czyli jesteś aktualnie wolny?
– Powiedzmy. A ty? Kim był ten osiłek?
– Bartek? To przyjaciel, zaręczony z moją przyjaciółką Izą. Ona również była na wystawie.
– Niska, pulchniutka brunetka?
– Tak.
– Dziwny wybór – mruknął, mrużąc oczy. – Na jego miejscu wolałbym ciebie.
Zamurowało mnie. On wolałby mnie? Serio? To ci nowość…
– Nie jesteśmy z Bartkiem kompatybilni w tych sprawach – odparłam. – No wiesz, jak minus z minusem, albo plus z plusem.
– Jesteś matematykiem?
– Nie – westchnęłam. – Nudną księgową.
– Na pewno nie nudną – dopił kawę i wstał. – Nie z tym temperamentem.
– Dlaczego czuję się nieswojo słuchając twoich komplementów?
– Bo ludzie zawsze czują się nieswojo, gdy słyszą o sobie prawdę.
– Ty też?
– Nie.
Był niezwykle pewny siebie. Balansował gdzieś na granicy wiedzy o własnej wartości, a zarozumialstwa.
– Idę na spacer. Masz ochotę mi potowarzyszyć?
Zakrztusiłam się.
– Na spacer? – powtórzyłam. – Ja?
– Nie rozumiesz ojczystej mowy?
– Ro… rozumiem. W sumie to przyda mi się trochę ruchu.
– Czekam przed domem.
I wyszedł. Przypomniało mi się to, co o nim słyszałam. O narzeczonej, która porzuciła go w dniu ślubu, w zasadzie przed ołtarzem. Może to jest powód jego oziębłości? Strach przed tym, że zaufa i ponownie zostanie wystawiony rufą do wiatru? Może. Dopiłam kawę, zjadłam kawałek sernika i pomaszerowałam po buty. Okuta aż po sam czubek nosa, wyszłam na ganek. Marcin stał oparty o drewnianą kolumienkę, najwyraźniej zamyślony
– Jestem. Gdzie idziemy?
– Przed siebie.
– Nie zabłądzimy? – spytałam z niepokojem.
– Nie żartuj – w końcu na mnie spojrzał. – Musielibyśmy bardzo się o to postarać.
Potaknęłam głową, chowając ręce do kieszeni. Nie padało, za to w blasku słońca śnieg lśnił niczym diamentowy dywan, grubą warstwą przykrywając cały świat. Przejrzyste i ostre powietrze upajało niczym wino. Wdychałam je delektując się każdym haustem i co chwila się potykając.
– Ależ pogoda! – oznajmiłam głosem pełnym zachwytu, po czym wylądowałam z nosem w śniegu. Parsknęłam ze złością, słysząc śmiejącego się Marcina.
– Chodź! – podniósł mnie bez najmniejszego problemu. – Chwyć mnie za ramię, bo inaczej co chwila będziesz lądować w jakiejś zaspie.
– Zagapiłam się.
– Co takiego jest na niebie, że się w nie zagapiłaś?
– Nie w niebo. – I tu mnie podkusiło. – Gapiłam się na twój tyłeczek.
Zmrużył oczy. A potem pochylił się i szepnął:
– Nie prowokuj mnie.
Wolałam nie pytać dlaczego. Bez słowa wsadziłam rękę pod jego ramię i ruszyliśmy dalej. Czułam, że policzki płoną mi czerwienią. Tyłeczek? Jak mogłam! Ależ obciach. I zamiast czerpać przyjemność z wycieczki, zaczęłam się zamartwiać własną głupotą. Za to Marcin milczał.
– Ciekawe gdzie dojdziemy? – W końcu przerwałam ciszę.
– Do ośrodka nad jednym z jezior.
– Do ośrodka? – zdziwiłam się. – O tej porze chyba jest zamknięty?
– Niezupełnie. Mają tam restaurację i hotel. Wstąpimy na grzane wino i wrócimy z powrotem.
– Dobrze znasz te okolice? – zerknęłam na jego czysty profil.
– Tak. Jako dziecko przyjeżdżałem tu z rodzicami na wakacje. Dwa razy byliśmy na święta właśnie w tym hotelu. To moja mama podsunęła twojej pomysł z leśniczówką.
– Nie zabrałam portfela.
– Ja zabrałem.
– No dobrze – westchnęłam. – Może być grzane wino.
Faktycznie, wkrótce naszym oczom ukazał się duży, rustykalny budynek. Weszliśmy do środka i od razu otuliło nas ciepło, zapachy przygotowywanych potraw. Trzeba przyznać, że wnętrze wyglądało na niezwykle przytulnie. Marcin pomógł mi zdjąć kurtkę, po czym poprowadził mnie do stolika na uboczu. Za oknem było widać zamarznięte jezioro, na horyzoncie ciężkie, śnieżne chmury, a my wygodnie rozsiedliśmy się w fotelach, popijając grzańce. Na dodatek ten kącik był tak usytuowany, że całkowicie zniknęliśmy z ludzkich oczu, mając widok jedynie na dwa puste, sąsiednie stoliki.
– Przyjemnie tu – odezwałam się zamyślona. – I tak spokojnie.
– Musiałem wyjść. Tam panuje istny chaos.
Uśmiechnęłam się.
– Też tak myślę. Lubię rodzinne święta, ale tym razem… To zbyt wiele, nawet jak na mnie. Już ta dwunastka dzieci potrafi doprowadzić do szału.
– Nie lubię dzieci – mruknął. Nie patrzył na mnie, a na widok za oknem. – Są głośne, marudne i roszczeniowe.
– Skąd wiesz? Masz jakieś?
– Broń boże! – Aż się wzdrygnął. – Nigdy w życiu. A ty?
– Co ja?
– Czy masz dzieci?
– A wyglądam? – przygryzłam wargi. – Nie mam. Ale miałam.
– Miałaś? – Po raz pierwszy wyglądał na tak solidnie ogłuszonego. Pewnie sądził, ze zadał pytanie retoryczne. – Nic nie mówiłaś.
– Tak, miałam – uśmiechnęłam się ze smutkiem. – Synka. Żył dwadzieścia minut.
– Przepraszam, nie wiedziałem – odparł cicho.
– Nie musisz. Już dawno się z tym pogodziłam. Ciąża nie była planowana, a szanowny tatuś dał drapaka, zostawiając pieniądze na skrobankę. Powiedział przy tym, że umywa ręce i jeśli urodzę, to mam sobie radzić sama. Byłam młoda, lecz postanowiłam zatrzymać dziecko. Na początku wszystko było dobrze, ale potem zaczęło się psuć. Mniej więcej w połowie ciąży lekarze powiedzieli mi, że dziecko, nawet jeśli się urodzi, to będzie tak zdeformowane, że nie ma szans na przeżycie. – Mocno zacisnęłam dłonie na kubku z kawą, Wspomnienia, chociaż tak odległe, przywoływały echo tamtego cierpienia. – Ja jednak nie zgodziłam się na aborcję. Bałam się, ale nie Boga, bo w niego nie wierzę. Po prostu bałam się, tak jak każdy człowiek, gdy czeka go coś, co tak naprawdę przerasta jego siły.
– Pozbycie się zdeformowanego płodu było by bardziej racjonalnym wyjściem – powiedział suchym tonem.
– Czyżby? – spytałam z ironią. – Kiedy Kubuś się urodził, potwornie bałam się wziąć go w ramiona. A potem… Potem przeżyłam najpiękniejsze dwadzieścia minut mojego życia. Najpiękniejsze i najbardziej bolesne. Trzymałam go, a on patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi oczyma, tak mądrze, jakby wiedział, co mu jest pisane. Ssał piąstkę i patrzył, a ja śpiewałam mu kołysankę, tuliłam w ramionach, mówiłam jaki jest piękny, jaki cudowny. Bo był. Całowałam jego główkę, maleńkie rączki, blade policzki i czułam, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. A potem zamknął oczka i po prostu przestał ssać piąstkę. Wiedziałam że umarł. Umarł w moich ramionach, zasłuchany w mój głos, otoczony miłością. Bolało, potwornie bolało, ale czy moje cierpienie jest aż tak ważne w obliczu tego, co mogłam podarować swemu dziecku? Naprawdę uważasz, że lepiej zrobiłabym, poddając się zabiegowi, pozwalając, aby wyrwali go z mego ciała, spod serca, a potem zostawili aby umarł? Na zimnym blacie zabiegowego stołu, samotny, otoczony obcymi, obojętnymi głosami? To według ciebie jest ta bardziej humanitarna wersja?
– No… – zakłopotał się. – Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób.
– Wiele osób nie myśl – powiedziałam ze smutkiem. – Zbyt wiele. I przez to tracimy swoje człowieczeństwo. Przez brak wyobraźni, przez obojętność, przez przyjmowanie norm, które narzucają nam inni. Przez wygodę. A macierzyństwo, rodzicielstwo wymaga poświęceń.
 Milczał, ale niezakłopotany, lecz zdumiony moją szczerością. Przestał być nawet tak nieznośnie wyniosły.
 

25 komentarzy:

  1. Wspaniała część, bardzo mnie poruszyła... Mimo wszystko dziekuje że dałaś radę wrzucić jeszcze dzisiaj, Szczęśliwego Nowego Roku :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Mnóstwo doskonałych pomysłów i czasu do ich spisywania! :)

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystkiego najlepszego Babeczko w Nowym Roku:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szanuję Cię za to co poruszyłaś w tym rozdziale choć kompletnie nie zgadzam się z takim uogólnieniem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest uogolnienie. To poklosie tego co przeżyłam, historii kobiet, których miałam okazję wysłuchać i tych, które miałam okazję przeczytać. To emocje, które szalały we mnie prawie dwa lata temu. Zresztą to wtedy powstał ten kawałek :-)

      Usuń
  5. Bardzo fajny kawałek na rozpoczecie roku. Taki nie przeslodzony...zycze owocnego w natchnienie roku 2017!!!! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten tekst o aborcji strasznie podjechał mi polityką ostatnich miesięcy :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo proszę, nie sprowadzaj ludzkich tragedii do tej farsy, którą mieliśmy okazję obserwować kilka miesięcy temu. Poza tym przyszło ci do głowy, że prawie siedem miesięcy ciąży obgryzałam paznokcie i wyłam do poduszki, bo nie wiedziałam czy urodzę zdrowe dziecko? I że ten tekst jest również pokłosiem tego, co wtedy czułam, tego, co myślałam? Wyboru, na który się zdecydowałam. Tyle i tylko tyle...

      Usuń
  7. Babeczko w Nowym Roku życzę Ci wszystkiego najlepszego. Zdrówka, miłości, pociechy z latorośli 😊 i weny twórczej oraz spełnienia wszystkich marzeń. A tekst jest świetny. Fragment bardzo mnie poruszył. Dziękuję bardzo. Paula

    OdpowiedzUsuń
  8. Rozbeczalam się....;) swietne

    OdpowiedzUsuń
  9. "wypuszczając kilka kosmyków, aby sprawić niezamierzone wrażenie nieładu" - chyba miało być "zamierzone" Babeczko.;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Totalnie nie zgadzam się z twoim poglądem na aborcję. Dla mnie płód to nie dziecko. Nigdy nie zdecydowałabym się na donoszenie zdeformowanego dziecka.

    Lily

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój blog to nie miejsce na to abym stawała po którejś ze stron. Ale powiem ci szczerze, że łatwo jest powiedzieć "nie" gdy nigdy nie było się w takiej sytuacji. Łatwo jest powiedzieć "nie" gdy nie nosi się pod sercem dziecko. I to nie jest tekst o aborcji, ale o trudnych wyborach. Napisany z autopsji, bo mnie też łatwo się kiedyś mówiło "jak będzie źle to usunę"...

      Kiedy byłam w szpitalu, aby przeprowadzić zabieg amniopunkcji, leżały ze mną na sali różne kobiety. W tym jedna, której lekarze nie dawali żadnych szans. Płód był bardzo zdeformowany. Słyszałam jak całą noc cicho łkała do poduszki... Widziałam ile bólu miała w oczach. I jestem ostatnią, która zmuszałaby kogokolwiek do czegokolwiek, bo tak jest moralniej(jedna ze stron) lub wygodniej (druga ze stron). Wbrew wszystkiemu to bardzo trudna decyzja, bardzo bolesna i bardzo osobista.

      Z drugiej strony pamiętam wizytę u mojego ginekologa, który opowiedział mi historię jednej z ciężarnych. Płód zdeformowany, co potwierdziło kilku ginekologów i badania w szpitalu. Matce zaproponowano usunięcie ciąży. Nie zgodziła się. Z każdym usg było coraz lepiej i urodziło się... zdrowe dziecko. Mój ginekolog powiedział, że trzyma kartę tej pacjentki w specjalnym miejscu, bo to bardzo niezwykły przypadek. Okazało się, że zawinił jakiś wewnętrzny stan zapalny, tłumaczył mi obszerniej, ale ja trochę niekumata w tych tematach ;-) Dla niedowiarków, namiary do ginekologa na priva. Można zadzwonić i samemu porozmawiać, żeby nie było, że zmyślam.

      Co do terminów płód v dziecko. To tylko nazwy dla pewnego etapu naszego rozwoju. Umowne nazwy. Ludzkie określenia na punkciki z osi czasu. Każdy z nas był kiedyś zygotą, płodem, dzieckiem. Każdy z nas umrze. Każdy z nas ma swój początek i swój koniec. Jedni po prostu kończą swoje istnienie na etapie kilku komórek, inni dożywając setki. Być może niektórych urażę, ale sensem naszego istnienia w skali wszechświata jest przekazywanie kodu genetycznego. Może słaba jestem z biologi, ale zdaje się że następuje to ździebko wcześniej niż przy narodzinach? ;-D

      Życie można przerwać w każdym momencie. Od naszego sumienia, norm moralnych jakie wyznajemy zależy jedynie, co uważamy za morderstwo, a co za pozbycie się kłopotu. I od razu dodam, że nie uważam, iż kiedy kobieta usunie ciążę, to od razu skazać ją na stos bo to suka, a kiedy urodzi chore dziecko, to na piedestał i wielbić. To naprawdę trudny wybór, ciężka decyzja, w obu przypadkach. I dlatego walka pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami aborcji będzie trwała jeszcze bardzo, bardzo długo...

      Usuń
    2. Jak się podjęło taką decyzję już raz z czystym sumieniem można powiedzieć nie.

      Moja przyjaciółka stwierdziła, że gdyby wpadła usunęłaby to samo siostra. Gorzej, że w naszym kraju człowiek musi ukrywać się jak złodziej. Kombinować albo robić "wycieczkę" za granicę...

      Lily

      Usuń
  11. Bo "walka" nie jest potrzebna.
    Jak napisałaś - starczy oddać decyzję matce.

    OdpowiedzUsuń
  12. Babeczko jestem z miejscowości oddalonej trochę od Poznania ale nie wyobrażam sobie rodzic w mojej miejscowości... wiem ze trochę nie na temat ale możesz podać mi namiar na ginekologa oraz w jakim szpitalu rodziłas?

    OdpowiedzUsuń
  13. JAK TAM WSPÓŁPRACA Z INFORMATYKIEM ? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dołączam się do pytania;)

      Usuń
  14. babeczko a ja chciałam zyczyc ci Szczęśliwego Nowego Roku, trochę spóźnione ale szczere ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Kiedy kolejna część?

    OdpowiedzUsuń
  16. Babeczko! Wszyscy czekają na Twoje aktualne zdjęcie!

    OdpowiedzUsuń
  17. Kiedy kolejna część Dzieła Sztuki ? Nie mogę się doczekać :D pozdrawiam ;)

    M.

    OdpowiedzUsuń
  18. Kiedy kolejna część? Bo już nie mogę się doczekać. Gratuluje twórczości!

    OdpowiedzUsuń
  19. Co dzień wchodze i wychodzę z kwitkiem.... dlaczego!!!! Stalo sie cos babeczko? mam nadzieje,że nie:( dodasz dziś coś może dzieło sztuki Tak bardzo prosze....

    OdpowiedzUsuń
  20. Babeczko, proszę, dodaj kolejny tekst, bo już nie mogę się doczekać. Wchodzę na Twojego bloga kilka razy dziennie :-)
    S.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.