sobota, 13 września 2014

On (IV)

Jak dla mnie tempo życia nabrało zbyt dużego rozpędu. Pragnę za to głównie podziękować pani minister edukacji, bo dzięki jej super reformie rozpoczętej "od dupy strony" moje dziecię ma maksymalnie zrypany plan lekcji, a ja maksymalnie zrypany harmonogram dnia. Ratujmy ZUS, naśladujmy zachód, dlaczego by nie? Ale należało zacząć od budowy szkół, od zapewnienia dzieciom chociaż znośnych warunków. Nie można tak określić planu, według którego siedmio lub sześciolatek idzie do szkoły w poniedziałek na godzinę 12. Cóż, widocznie pani minister zakładała, że skoro i tak "przyszłość narodu" da nogę za granicę, to do pracy fizycznej zbytnio wykształcenie nie będzie mu potrzebne. Byle umiał się podpisać... 
I klnę się na mój honor, że jak w telewizji pokażą się reklamy, jak to pracująca matka ma dobrze w naszym kraju (kiedyś takie były, raz się natknęłam na to cudo), to przysięgam! Skonstruuję bombę i wysadzę ten cały cyrk w powietrze, dbając, by w środku była pełna obsada rządowa ;-) 
Przepraszam, ale musiałam wyrzucić z siebie tę irytację. Kwadrans temu skończyłam pracę zleconą, szybciutko poprawiłam tekst i zaraz idę spać. Nawet choroba nie "położyła" mnie do łóżka. Pożerałam nurofen jak cukierki, byle chociaż utrzymać się na nogach. Odpocznę w niedzielę. Hipotetycznie, bo dom wygląda jak po przejściu tornada... Dziś daję kontynuację, a jutro pierwszą część czegoś nowego. Potem wykończymy wilkołaki, o ile szara codzienność nie wykończy mnie :-D
Pozdrowionka i udanego weekendu życzę!

Link do części III - klik

         On (IV)
– Nic z tego nie rozumiem. Kto to przysłał? I skąd wiedział, że będę u ciebie?
– Nie wiem. Ty mi powiedz.
– Mam wrażenie jakby ktoś realizował dziwnie zawiły i bezsensowny plan odnośnie mojej osoby. Nawet spotkanie z tobą, wtedy nad stawem z kaczkami, nie było przypadkowe. Czy było?
– Było. To nie – wskazał na papier w jej dłoni.
Sięgnęła po sweter i niezdarnie go założyła. Przeczesała palcami wzburzone włosy, usiłując uspokoić rozszalałe serce i zamęt w umyśle. Naprawdę przestała cokolwiek z tego rozumieć.
– Przez chwilę sądziłam, że mnie zabijesz.
– Ja?
– Tak.
Poczuł się zawiedziony. Przez ostatnie godziny nieustanie ratował ją z kłopotów, być może i sam się w nie wpakował, a ona jedynie się bała.
– Nie zrozum mnie źle – Orina bez problemu odgadła jego myśli. – Ale czuję się tak strasznie zagubiona. Mam ochotę skulić się gdzieś w kąciku i płakać, płakać aż do utraty tchu.
Chciała dodać, że jego ramiona również nie byłyby złe, ale zabrakło jej odwagi. Mężczyzna bardzo długo milczał. Siedział, wpatrzony w ostrze noża w ciszy, zastanawiając się, co powinni teraz zrobić. W zasadzie najrozsądniejszym wyjściem byłaby zmiana miejsca. Szkoda. Polubił swoje mieszkanko. Wstał i podszedł do kąta, gdzie leżała torba z bronią. Spakował ją, gdy dziewczyna spała. Nie dlatego, że bał się, iż użyje jej przeciwko niemu, ale nie lubił, gdy ktoś grzebał w jego zabawkach. Postawił ją tuż przy drzwiach, potem podszedł do szafy i wyjął z niej kolejną torbę, choć tym razem mniejszą.
– Pakujemy się? – spytała w końcu.
– Tak.
– Sądzisz, że wiedzą gdzie jesteśmy?
– Ktoś na pewno wie.
– Autor tego listu?
– Tak.
– Boże! Powiedziałbyś coś więcej niż „tak”.
– Spakuj się. – W jego głosie dosłyszała rozbawienie.
To było to „coś więcej”? Super. Bez słowa wrzuciła do torby swoje nowe rzeczy, upychając je tuż obok jego ciuchów, wciągnęła na nogi buty i chwyciła wiszącą na oparciu krzesła kurtkę. On stał już gotowy, obserwując ją z pozoru beznamiętnym wzrokiem. Doskonale jednak wiedział, że to nie była odpowiednia chwila na początek romansu czy choćby zwyczajny podryw. Cała ta sprawa śmierdziała na odległość. Musiała mieć tajemniczego opiekuna i równie tajemniczych prześladowców. Był stuprocentowo pewny, że dziewczyna nie miała o niczym najmniejszego pojęcia. Lecz to wszystko nie było przypadkowe. Ktoś umiejętnie pociągał za odpowiednie sznureczki, naprowadzając ich na trop małymi okruszkami wiedzy. Książka. List. Co będzie następne?
Za to ani przez moment nie pożałował swojego udziału. Bardzo dobrze, że spotkali się wczorajszym rankiem, bo inaczej kto by się o nią zatroszczył? Uśmiechnął się i wymierzył żartobliwego pstryczka w nos zdumionej dziewczyny.
– Idziemy – wskazał drzwi do łazienki.
– No co ty? Niby którędy?
– Moje wyjście ewakuacyjne.
Chwycił jej chłodną dłoń i pociągnął za sobą. Ile pozostało im czasu? Być może jeszcze nikt nie wiedział, gdzie się znajduje dziewczyna, a być może wiedział.
– Jak w prawdziwym amerykańskim filmie sensacyjnym – uśmiechnęła się krzywo. – Ciekawe kto i kiedy wszczepił mi to świństwo pod skórę?
Nie znał odpowiedzi, więc nawet się nie odezwał. Gdy znaleźli się w łazience, odsunął szafkę, odsłaniając znajdujące się za nią niewielkie drzwi. Potem wetknął jej do kieszeni latarkę.
– Dokąd to prowadzi?
– W dół.
– A torby? Są dość sporych rozmiarów.
– Ty pierwsza.
– Irytujesz mnie, wiesz o tym? – Z niezadowoloną miną, zaczęła schodzić po trzeszczącej drabinie. Schodziła i schodziła, ostrożnie stawiając stopy na śliskich od wilgoci szczeblach, w duchu zastanawiając się, czy to się kiedyś skończy. Jednak gdy nareszcie dotknęła nogą czegoś twardego, prostokąt światła nad jej głową, zamienił się w maleńką kropkę. Poczuła, że czoło zrosił jej pot. Cholera! Wysoko. Zadarła głowę i zauważyła podłużny przedmiot, w równym tempie opuszczający się w dół. Wymacała dłonią latarkę i zapaliła ją. Pierwsza torba wylądowała u jej stóp. Domyśliła się, że powinna uwolnić linę. Po kilku minutach do pierwszej, dołączyła druga. Zaraz potem drabina zaczęła ponownie trzeszczeć. Poczuła niechętny podziw, szło mu to o wiele sprawniej i zgrabniej niż jej. W końcu stanął tuż obok.
– Sam to wykopałeś czy już było?
– Było – zdecydował się odpowiedzieć po namyśle. Nie wspomniał, że musiał wprowadzić kilka udogodnień i że właśnie ten szyb, zdecydował o wyborze lokum.
– Gdzie jesteśmy?
– Tunel skręca w prawo.
– To raczej nietrudno zauważyć. Mam wziąć część bagażu?
Spojrzał na nią pobłażliwie i bez problemu chwycił obie torby. Miała wrażenie, że gdyby musiał, poniósłby i ją.
– Ty przodem.
No tak. W końcu miała latarkę. Zastanawiała się, dokąd prowadzi podziemne przejście i kto je zbudował? Dom był stary, z pewnością jeszcze sprzed wojny, być może twórcami tunelu byli powstańcy? A może ten, kto go wybudował, miał powody, by w ten sposób się zabezpieczyć? Kto wie. Pewnie jeszcze kilka dni temu, byłaby prawdziwie podekscytowana taką wędrówką, lecz teraz, w obliczu całej tej sytuacji, wobec faktu, że ktoś zaszył w jej dłoni maleńki biochip, takie rzeczy przestały być ważne.
Zatrzymała się gwałtownie przed solidnie wyglądającą kratą. Za nią widać było gęste zarośla. Ustąpiła miejsca swemu towarzyszowi i po chwili oboje oddychali mroźnym, świeżym powietrzem.
– Sądzisz, że takie środki ostrożności są potrzebne?
– Nie wiem.
– Błagam! Powiedz coś więcej.
Uśmiechnął się krzywo. Potem mrugnął żartobliwie i pochyliwszy się musnął ustami jej wargi. Miał na to cholerną ochotę już od dobrych kilku godzin. Za to dziewczyna odskoczyła do tyłu jak oparzona, spoglądając na niego z nietajoną złością.
– Co robisz?
– Nic. Idziemy dalej.
Z rozpaczą pomyślała, że nie tylko sytuacja, w jakiej się znalazła, wykończy ją psychicznie. On również. Milczący, tajemniczy, pojawił się jak duch i przypuszczała, że jak duch potrafiłby zniknąć. Nie mogła mu na to pozwolić, przynajmniej nie teraz. Nie mogła także zgodzić się na kilka innych rzeczy. Te pełne buntu rozważania, przerwało ostrzegawcze syknięcie. Spojrzała zdziwiona na swojego towarzysza, później powędrowała za jego wzrokiem. Przed zrujnowanym domem z czerwonej cegły, stały trzy lśniące czernią lakieru samochody. Wokół nich kręciło się kilkoro potężnie zbudowanych, łysych twardzieli, w długich, czarnych płaszczach. Mało brakowało, a parsknęłaby śmiechem. Co to do diabła ma znaczyć? Przecież to żaden cholerny amerykański film, a jej życie.
– Zostaliśmy uprzedzeni w ostatnim momencie.
– Nie wierzę w zbiegi okoliczności. – Mężczyzna przyglądał się temu ze zmarszczonymi brwiami.
– Całe zdanie. Brawo – mruknęła, w roztargnieniu rozglądając się dookoła. – I co teraz? Sądzisz, że nie mam drugiego takiego cuda w sobie?
– Nie wiem.
– A można to jakoś sprawdzić?
– Można.
– Jak? – cierpliwie kontynuowała temat, podczas gdy on oceniał szanse na ucieczkę. Owszem, wydostali się z domu. Jednak nie wątpił, że za chwilę ich tropem podąży cała wataha. Zaś oni tkwili w gęstych, nagich zaroślach, a ich jedyną drogą ucieczki była w górę zbocza nasypu torów kolejowych. Każdy by ich zauważył. Nieznacznie się skrzywił. Zabrakło kilkunastu sekund, by udało im się ulotnić w siną dal.
– Później – odparł niecierpliwie. Sprawdził broń umocowaną na specjalnej uprzęży, zasłoniętą długim płaszczem. Potem wyjął jeden pistolet z torby. Sprawdził go i podał dziewczynie.
– Mam to wziąć?
– Tak.
– Zwariowałeś? Nie mam zielonego pojęcia o broni!
– Tak się odbezpiecza, tak zabezpiecza, tak naciska spust i zabija – dokonał krótkiej prezentacji. Zwrócił uwagę, ze wzdrygnęła się przy ostatnim słowie. Ale wzięła pistolet i schowała go za paskiem spodni.
– Sam nie wystrzeli? – spytała z niepokojem.
– Nie. Ja biorę torby. I biegiem pod górę. Mamy kilka sekund zanim zaczną strzelać.
– Strzelać? – pobladła. Za strachu nie skomentowała nawet długiej, jak na jego możliwości wypowiedzi.
– Tak na serio?
– Uhm – odparł. – Dasz radę?
– A mam wybór?
Jego mina wystarczyła za odpowiedź. Pchnął ją w górę, a przerażona Orina zaczęła wdrapywać się po dość stromej ścianie. Gdy usłyszała ostrzegawczy okrzyk, wiedziała, że ich zauważono. Do szczytu brakował zaledwie metr, gdy usłyszała tuż obok swojej głowy cichy świst. I wtedy poczuła też mocne pchnięcie w plecy. Ale nawet kiedy znalazła się po drugiej stronie, nie zwolniła. Jęcząc z bólu, zjechała na siedząco, na sam dół. Kilka sekund później tuż obok pojawił się jej towarzysz. Usta miał surowo zaciśnięte, na twarzy dziwny grymas.
– Tam! – wskazał na zaparkowany po drugiej stronie ulicy, ciemnoszary samochód. Dobiegli do niego jednocześnie, choć on był przecież obarczony bagażem. – Prowadź!
Rzucił jej kluczki i wpakował się na tył. Orina spojrzała na niego zaskoczona. Ale trwało to zaledwie ułamki sekundy. Od pośpiechu zależała jej wolność oraz życie. Nie było czasu do namysłu. Błyskawicznie znalazła się na siedzeniu kierowcy, ruszając z piskiem opon. Spodziewała się pogoni, czystego szaleństwa, ale o dziwo, bez przeszkód udało im się wyjechać za miasto. Dopiero wtedy odetchnęła i zaczęła myśleć bardziej racjonalnie.
– Nie gonią nas?
– Nie.
– Jesteś pewien?
– Nie.
– Faktycznie, doskonale opisałeś mi naszą obecną sytuację – powiedziała z sarkazmem. – A może zdradzisz chociaż, gdzie mam jechać?
– Trasą na Piłę.
– Dobre i to. Dlaczego?
– Zmienimy samochód.
– Przezorny zawsze ubezpieczony? – zerknęła w lusterko, łapiąc jego spojrzenie. Krzywo się uśmiechnął, lecz nie odpowiedział. – Często to robiłeś?
– To pierwszy raz.
– Naprawdę? Wcześniej nie było potrzeby?
– Nie.
– Dlaczego?
– Dbałem, by zabić wszystkich świadków.
Ta lakoniczna odpowiedź mocno ją speszyła. I przeraziła. Zacisnęła dłonie na kierownicy, by nie wypowiedzieć słów, które cisnęły się jej na usta. W końcu zawdzięczała mu życie. Nie powinna aż tak bardzo wybrzydzać. Morderca czy nie, musi być wdzięczna za ocalenie własnego dupska.
Swoją drogą, to takie dziwne.
– Zdecydowałeś się mi pomóc, bo?
– Mówiłem już.
– Ciekawię cię. Tak, pamiętam. Coś poza tym?
– Tak.
– Bardzo szczegółowo to wyjaśniłeś – prychnęła. – Cóż za elokwencja!
Tym razem to on się zirytował. Oparł się o tylne siedzenie, przymykając oko i próbując pokonać narastający ból. Zerknął na profil dziewczyny, która w skupieniu prowadziła auto po krętej drodze. Irytacja zniknęła. Ta wyrazista twarz, pełna życia, różnorakich emocji. Była naprawdę cudowna. Przypomniał sobie leciutki pocałunek, który tak ją rozzłościł, a jego podniecił. Nie potrafił jednak słowami opisać tego, co go w niej intrygowało. Co przyciągało uwagę, nie pozwalało zapomnieć czy pozostać obojętnym. Pierwszy raz w życiu, pierwszy raz wobec drugiego człowieka, pierwszy raz wobec kobiety. A ponieważ uwielbiał ją wyprowadzać z równowagi, odezwał się nieco kpiąco:
– Ma być bardziej szczegółowo?
– Też jestem ciekawa.
– Tak? W porządku. Chcę cię przelecieć.


link do części V - klik

14 komentarzy:

  1. A nie możemy najpierw dokończyć tego? To mi się tak podoba!
    AW

    OdpowiedzUsuń
  2. Babeczko kochana, święta jesteś. We wtorek mam urodzinki czy noglabym liczyć na kolejna część z twojej strony?:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana Babeczko,mam podobnie,mok syn ma siedem lat i zrypany plan lekcji..paranoja.A te ich darmowe podręczniki do pierwszej klasy niech sobie wsadzą głęboko..Już to widzę jak mój syn wracając zima późno do domu zasiada z "usmiechem" na twarzy do lekcji.

    OdpowiedzUsuń
  4. No i kończyć w tym momencie? :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Daaaawno nie komentowałam, wybacz. Ale śledzę i czytam! :) Piła to moje miasto rodzinne, aż nie mogę się doczekać kolejnej części :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dasz dziś kolejną cześć? Proooszeee
    Zły omen

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetne, świetne, świetne! Ja chcę kolejną część :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Super! Tylko błagam Cię! Szybciej dodawaj części ><

    OdpowiedzUsuń
  9. Absolutnie genialne, tyle się da napisać, usycham żeby się dowiedzieć co dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzisiaj przypadkiem tu zajrzalam i czuje, ze będę wchodzić regularnie. Świetnie piszesz oby tak dalej, pozdrowienia z zakopanego :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja chcem już ciąg dalszy:) Ciekawość mnie zżera :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Babeczko prosimy o kontynuacje tego! :(

    OdpowiedzUsuń
  13. Zbieram szczenę. I po stokroć dziękuję Annie Valettcie za link do tego bloga.

    OdpowiedzUsuń
  14. cudowone jest to opowiadanie:)czekammna kolejna czesc:D

    OdpowiedzUsuń