poniedziałek, 28 lipca 2014

On (I)

Od czasu do czasu nudzą mi się te cukierkowe opowiastki o wiecznej miłości. Ile w końcu można rzygać tęczą? Zaraz opublikuję komentarze i zabiorę się za pocztę. Siedzę w pracy, ruch kijowy, pewnie przez pogodę, bo ludzie wolą siedzieć nad jeziorem czy na plaży :-)
Ja na wakacje jadę dopiero 12 sierpnia, oczywiście do Gąsek. Zasięgu tam nie ma, więc przez calutki tydzień będę pozbawiona dostępu do neta :-)))
Oczywiście równolegle będziemy kończyć opowiadanie o wiedźmie i wilkołaku. Mam też prawie gotowy kolejny kawałek Nie umiem, ale Kary nie będzie. Poddałam się na razie, stara wersja wykasowana, a na nową brak natchnienia. Coś ten tekst nie ma szczęścia...

On

opowiadanie erotyczne

Tej nocy wyjątkowo mocno padało. W taksówce, która zajechała pod parterowy dom na przedmieściach, znajdowało się dwóch pasażerów. Mężczyzna w pośpiechu uregulował rachunek i szybko wysiadł, by rozłożyć parasol nad otuloną w płaszcz kobietą. Robił to z wyraźną troską, jakby najważniejsze było przede wszystkim jej dobro.
Ten, który obserwował ich skryty w cieniu, skrzywił się nieznacznie. Miała być jedna osoba. A tymczasem widział dwie. Na dodatek kobieta była w zaawansowanej ciąży. Przez chwilę rozważał sytuację, po czym nieznacznie wzruszył ramionami. Nie takie rzeczy się robiło. Wysunął się zza zasłony, wygodnie rozsiadł na sofie. Tak, by zauważyli go, gdy tylko wejdą do salonu. Obok położył naładowaną broń. Pistolet marki atm z przykręconym tłumikiem. W tym wypadku powinno wystarczyć.
Trzasnęły drzwi wejściowe, rozległ się stłumiony szmer rozmowy.
Nieznajomy siedział na kanapie, ze znudzoną miną, zastanawiając się jakim cudem zapłacono mu tyle kasy za tak proste zlecenie? Gdzie tkwił haczyk?
Tylko że nie powinno go to obchodzić.
Sięgnął po broń.
Dwa głosy, wzburzony damski i spokojniejszy męski, rozległy się znacznie bliżej.
Czekał, rozmyślając na co miałby ochotę. Pizza? Może szybki numerek w najbliższym burdelu? Ziewnął. Jakie to wszystko było kurewsko nudne.
Para weszła do środka, zapalając światło. Tak, jak przypuszczał. Oboje zamarli, wpatrując się z niedowierzaniem w siedzącego w ich salonie nieznajomego. W lufę wycelowanej broni. Na jego twarz, obojętną i tak zimną, że wydawała się martwa.
– Co do…
Rozległ się cichu świst i mężczyzna zwalił się na podłogę. Kula wyżłobiła niewielką dziurę dokładnie pośrodku jego czoła. Kobieta otwarła usta do krzyku. W jej oczach widać było przerażenie. Bezkresny strach. Potem nagle zasłoniła dłońmi ogromny brzuch, jakby w ten sposób chciała ochronić swoje dziecko.
– Proszę! – wyjąkała. – Za kilka dni rodzę.
Zepsuła mu humor. Nie lubił takich spraw. Ale jeszcze bardziej nie cierpiał spraw niedokończonych. No i widziała jego twarz.
Pierwsze przykazanie – żadnych świadków.
Uniósł broń i nacisnął spust. Raz, dwa, trzy razy. Dla pewności. Upadła obok męża, z grymasem bólu na pięknej twarzy. Tak, była piękna. O wyjątkowej, eterycznej urodzie. I te ogromne oczy, koloru nieba przed burzą.
Podszedł bliżej i dla pewności strzelił jeszcze raz. Prosto w brzuch. Potem skierował się do kuchni i wyjął z lodówki uprzednio upatrzoną wódkę. Wrócił i zbadał puls tych, których przed chwilą z zimną krwią zabił. Odczekał jeszcze kilka minut, pociągając z butelki bezbarwny płyn. Mimo wszystko nie podobało mu się to, co zrobił. Prawda, nie miał wyjścia. Ale kobieta w ciąży…
Zaklął cicho i spojrzał na zegarek. Minął kwadrans. Pora się ulotnić.
Starannie zamknął za sobą drzwi.
Potem zniknął w mroku, pośród padającego bez ustanku deszczu.
***
Orina z ponurą miną podziwiała świeżo co wykonany manicure. Postukała palcami w marmurowy blat, jakby wypróbowując jego trwałość, potem przeczesała palcami krótkie włosy. Były czarne, tak ciemne, że wydawały się niemal pochłaniać światło dookoła jej głowy. Wyrazista twarz dziewczyny, o wydatnych ustach, kocich oczach i stanowczo zarysowanych brwiach, przywodziła na myśl osobę niezwykle energiczną, szczodrą i bezpośrednią. Jednak teraz wyglądała na zmęczoną, przygaszoną.
I tak też się czuła.
Ostatnie miesiące okazały się dla niej wyjątkowo trudne. Przeprowadzka, nowa praca, samotne wieczory i dręczące ją wspomnienia. Oparła się o zimną ścianę i zatopiła wzrok w widoku za oknem. Bezlistne drzewa aż za dobrze uświadomiły jej, że wkrótce nadejdzie zima. Wraz z nią święta.
Tym razem nie będzie nikogo, z kim mogłaby je spędzić.
Nikogo.
Zabolało.
Głęboko odetchnęła. Raz i drugi. Zamrugała oczami, by nie pozwolić umknąć łzom. Wiele by dała, by dowiedzieć się prawdy. Domysły to za mało. O wiele za mało, by spokojnie przesypiać noce, by pozbyć się koszmarnych przeżyć.
Miała dziś dzień wolny i ani jednego pomysłu co z nim zrobić. Znów spojrzała na swoje paznokcie. Polizała jeden z nich czubkiem języka i zamarła, gdy rozległ się przeraźliwy terkot dzwonka. Bo przecież nie spodziewała się niczyjej wizyty. Wstała jednak i zmęczonym krokiem, podeszła do drzwi. Zerknęła przez judasza i stwierdziła, że po drugiej stronie stoi jedynie pracownik poczty.
– Witam. Przesyłka dla pani – powiedział mężczyzna, gdy tylko otworzyła.
– Dla mnie? Mieszkam tu zaledwie od pięciu dni – odparła z doskonale wyczuwalną nieufnością.
– Zaraz – zerknął w papiery i wymienił jej nazwisko. – Zgadza się?
– Tak – potwierdziła coraz bardziej zdumiona.
– Proszę tu podpisać.
Złożyła zamaszysty podpis na podsuniętym jej blankiecie i chwilę później otrzymała grubą kopertę, wypchaną czymś miękkim. Wróciła do kuchni i ze zniecierpliwieniem rozejrzała się w poszukiwaniu nożyczek. Mało brakowało, rozdarłaby przesyłkę zębami.
Ze środka wypadły kłębki waty. I niewielka książka, o kieszonkowym rozmiarze. Baśnie Andersena w oryginalnym, duńskim języku. Stare wydanie, jeszcze z połowy ubiegłego stulecia.
Orina usiadła i wciąż niepomiernie zdziwiona, wpatrywała się w zawartość tajemniczej przesyłki. Tajemniczej, bo nie znała nazwiska nadawcy. Adresu również nie kojarzyła. Czyżby ktoś zrobił jej kawał? Zamyślona, obracała w dłoniach książkę, przekartkowała ją. Na samym początku była krótka dedykacja, wypisana pięknym, kaligraficznym wręcz pismem. Z wysiłkiem przeliterowała słowa. Zabrzmiały niezwykle obco. Nie posiadała słownika polsko-duńskiego, ale od czego miała internet? Jednak wzruszyła ramionami, odkładając to na później. Teraz musiała się zastanowić, co zrobić z wolnym dniem.
Mogła zatopić się we wspomnieniach, po raz kolejny obejrzeć te same zdjęcia, wypić kilka mocnych drinków. Ale do diabła, nie powinna tego robić! Nie może pozwolić, by jej życie składało się z pracy i suto zakrapianych alkoholem chwil wolnych. Była już ubrana, wystarczyło założyć buty i kurtkę, przewiesić przez ramię małą torebeczkę. Potem, całkowicie instynktownie wsunęła w kieszeń przysłaną książkę. Wyszła na zewnątrz i głęboko zaciągnęła się ostrym, chłodnym powietrzem. Energicznie pomaszerowała do parku, odprowadzana czujnym spojrzeniem dwóch par męskich oczu.
Tego jednak już nie zauważyła.
***
W skupieniu obserwował pająka, uwięzionego pod szklaną kopułą salaterki. W zasadzie nie chciał go skrzywdzić. Robił to z nudów. Często myślał, że i zabijanie było sposobem na spędzanie wolnego czasu. Lekarstwem na szarość codziennego dnia.
Spojrzał na nagie, poplątane gałęzie drzew za oknem. Lubił ten widok. Wnosił do jego umysłu odrobinę spokoju. Nawet teraz, gdy niedługo spadnie pierwszy śnieg, było w nim coś kojącego, coś bezgranicznie smutnego.
Wstał i przeciągnął się, szeroko ziewając. Był nagi. Panujący w mieszkaniu chłód zupełnie mu nie przeszkadzał. Nie przepadał za ogrzanymi pomieszczeniami. Za letnimi upałami również.
Sięgnął po leżącą na oparciu krzesła koszulkę. Potem po sprane dżinsy. Nie przejmował się czymś takim jak bielizna. Na bose stopy wciągnął ciężkie, wojskowe buty. Dopił kawę i zarzucił obszerny, czarny płaszcz. Zatrzasnął drzwi i bezszelestnie zbiegł po schodach. Nie wziął ze sobą pistoletu, bo tym razem uznał, że nie będzie mu potrzebny. Zresztą, sam w sobie był śmiertelną bronią.
Po drodze odwiedził piekarnię i kupił cały bochenek świeżego chleba. Odłamał kawałek i żując go, bez pośpiechu podążył w kierunku parku. Wąską ścieżką, pośród bezlistnych drzew, wprost ku niewielkiemu stawu. Kiedy tylko nie był zajęty kolejnym zleceniem, zjawiał się tu codziennie. Bez względu na pogodę, zawsze wczesnym rankiem, gdy ludzi było niewielu albo wcale. Postawił kołnierz płaszcza, jakby to miało ochronić go przed przejmującym chłodem i podszedł prosto do metalowej barierki, znajdującej się tuż nad nieruchomą taflą wody.
Ptaki jakby wyczuły, że zbliża się ich żywiciel. Kilka kaczek kolebiąc się na boki dreptało już na niskich nóżkach w jego stronę, podpływały również dwa majestatyczne łabędzie.
I wtedy spostrzegł, że ma towarzystwo. Z wąskiej alejki wynurzyła się idąca wolnym krokiem, niska dziewczyna. Choć nie, nie była niska. Raczej zgarbiona, pochylona. Ze wzrokiem utkwionym w drogę, którą szła. Ręce trzymała w kieszeniach sportowej kurtki, kolorowa, włóczkowa czapka, prawie zasłaniała jej oczy. Końcówka niedbale owiniętego wokół szyi szala, wlokła się za nią, pogłębiając wrażenie smutku i beznadziejności.
Nagle podniosła głowę i spojrzała prosto na niego.
Nawet nie drgnął, choć poczuł się zaskoczony intensywnością tego spojrzenia. Spodziewał się raczej łez czy zagubienia.
Spojrzała i ponownie pochyliła głowę. Jakby w ogóle ją nie interesował. Być może także szukała samotności i nie w smak było jej jakiekolwiek towarzystwo? Wybrała miejsce na przeciwległym końcu małego pomostu. Również oparła się o barierkę i zapatrzyła w dal.
Zaciekawiła go. Jej obojętne zachowanie, twarz, oczy.
Właśnie, oczy.
Były niezwykle piękne, lekko skośne, błyszczące, choć nie potrafiłby określić ich koloru. Zielone? Niebieskie? A może i to, i to?
Ukradkiem zerknął w bok. Jakby wyczuwając jego zaciekawienie, zmarszczyła brwi. Ich zdecydowane ciemne łuki nadawały twarzy wyrazistości, charakteru. Usta miała pełne, szerokie, teraz w kolorze bladego różu. Policzki zaczerwienione od mrozu, nos prosty i zgrabny. Szczegóły nie prezentowały się ciekawie, ale całość sprawiała intrygujące wrażenie.
Rzucał przed siebie kolejne kawałki pokruszonego pieczywa. Skądś nadleciało jeszcze kilka wróbli. Ptasia ferajna zaczęła toczyć bitwę o każdy okruszek chleba.
Znów zapatrzył się w profil stojącej nieopodal kobiety. Gapił się bezczelnie, bez żadnego skrępowania, nie przejmując się tym, co mogłaby pomyśleć. Chłonął każdy szczegół, najmniejszy nawet detal, ze zdumieniem rozmyślając nad tym, jak bardzo mu się podobała ta niezwykła twarz.
Nagle gwałtownie się odwróciła i spojrzała na niego ze złością.
– Nie masz nic ciekawszego do roboty? – spytała najwyraźniej poirytowana okazywanym jej zainteresowaniem.
Nie odpowiedział. Nie poruszył się. W tym samym tempie i z tą samą precyzją, odrywał kawałeczki pieczywa i rzucał je przed siebie.
– Pytałam, czy nie masz nic ciekawszego do roboty! – dała krok do przodu, zaciskając dłonie w pięści. Naprawdę wyglądała na zagniewaną. Pochyliła się i podniosła z ziemi kamień. Później rzuciła nim z wściekłością. Z głośnym pluskiem wpadł do wody, płosząc część ptasiego towarzystwa.
Taka rozzłoszczona także wyglądała pięknie.
Lekko się uśmiechnął. Prawie niezauważalnie. Wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. Cierpliwie policzył w myślach do dwudziestu i znów spojrzał w jej kierunku. Stała w miejscu, wbijając ręce w obszerne kieszenie kurtki, z pochyloną głową i wciąż zmarszczonym czołem. Skrzywił się, bo dostrzegł dwa nikłe cienie pomiędzy bezlistnymi gałęziami drzew. Ktoś śledził ją czy też polowano na niego?
W tym samym czasie Orina recytowała w duchu soczystą wiązankę przekleństw. Wybrała to miejsce, bo pragnęła odrobiny samotności. W zimowy poranek nie powinna była spotkać tu żywej duszy. Skąd u diabła wziął się ten facet?
Nie wyglądał zwyczajnie, o, nie! Raczej jak z jakiegoś pieprzonego filmu o super bohaterach. Trochę więcej niż średniego wzrostu, o półdługich, rozwichrzonych włosach opadających na szerokie ramiona, nieco przysłaniających spaloną słońcem szczupłą twarz. Poza tym jedno oko zakrywała czarna przepaska. Melodramatycznie, oceniła, wydymając wargi. Jednak być może faktycznie jej potrzebował? Do tego ten długi, czarny, skórzany płaszcz. Z wysokim kołnierzem, widocznie podniszczony.
Uniosła głowę i ze złością spostrzegła, że znów się na nią gapi. Nawet lekko uśmiecha, jakby rozbawiony jej gniewem.
– Palant – wymruczała pod nosem, otulając się ramionami i odwracając bokiem. Irytacja powoli mijała. W końcu to było publiczne miejsce, każdy miał prawo tu przebywać. Nie zaczepiał jej, nie zagadywał. Jedynie się gapił.
Chociaż… Może powinna stąd pójść? Może to jakiś zboczony popapraniec, któremu w tej chwili przychodzą do głowy dziwaczne myśli?
Ukradkiem zerknęła w bok. Nieznajomy tym razem patrzył się prosto przed siebie, nadal karmiąc zgromadzone ptactwo. Przez chwilę podziwiała jego czysty profil. Zanotowała kilka szczegółów, na które poprzednio nie zwróciła uwagi. Brązowe włosy, przetykane jaśniejszymi pasmami, chyba siwizny. Prosty, niezwykle kształtny nos. Zapadnięte policzki i kilkudniowy zarost. Szare, nijakie ciuchy. I ta intrygująca opaska na oku. Oryginalny typ. Niecodziennie spotyka się ludzi, którzy swą osobą przyciągają uwagę niczym magnes. Orina nie była jednak bynajmniej w nastroju do zawierania jakichkolwiek znajomości. Wystarczało jej problemów, które już miała. A każda znajomość z kolejnym mężczyzną, dawała pewność, że tych problemów może jeszcze przybyć.
Zwłaszcza z kimś, kto wyglądał jak nieznajomy.
Westchnęła, decydując się na powrót. Ani razu nie obejrzała za siebie. Szła, z ponurą zadumą wpatrując się w żwirową alejkę pod swoimi nogami, wsłuchana w chrzęszczący piasek. Nie zauważyła dwóch mężczyzn, podążających jej śladem. Dopiero kiedy jeden z nich złapał ją za ramię, spojrzała zdumiona.
– Co…
Silne uderzenie prawie pozbawiło przytomności. Upadła na wilgotną trawę, czując w ustach metaliczny posmak krwi. Oszołomiona, wpatrywała się w dwie obce twarze. Pełne okrucieństwa, całkowicie jej nieznane.
Jeden z nich wyjął coś zza paska spodni i dziewczyna zamarła, z przerażeniem wpatrując się w okrągły wylot lufy pistoletu.
– Gdzie to jest? – spytał ze spokojem.
– Co?
– Przesyłka od twojej siostry.
Przesyłka?
Książka! olśniło Orinę. Baśnie Andersena, tak chętnie czytane w dzieciństwie. Zimowe wieczory przy kominku, gorące kakao i dwie dziewczęce głowy pochylone nad grubym, podniszczonym tomiszczem. Ale przecież to niemożliwe…
– Moja siostra nie żyje od pół roku – odparła zdławionym głosem. – Nie mogła mi nic przysłać.
– A poranna paczka?
Skąd u diabła o tym wiedzieli? Czyżby była śledzona?
– Nic prócz waty w niej nie było. Zresztą, nadawcy również.
– Łżesz!
Zacisnęła zęby, zmrużyła oczy.
– Nawet gdyby powiedziała prawdę i tak mnie zabijecie.
– Od prawdy zależy jakość twojej śmierci. – Jeden z nich uśmiechnął się, wyraźnie dając do zrozumienia, że będzie potrafił się nią odpowiednio zająć.
– Wal się! – syknęła.
Nie zdążył uderzyć jej ponownie. Czyjeś ramię zacisnęło się wokół jego szyi i rozległ się trzask łamanych kości. Coś głośno chrupnęło. Zanim drugi z napastników zdążył zareagować, potężne uderzenie pozbawiło go życia, roztrzaskując mu podstawę czaszki. Zwalił się bezwładnie na ziemię, tuż obok skamieniałej ze zgrozy dziewczyny.
Nieznajomy z pomostu przykucnął, wpatrując się w przerażoną Orinę. Tylko jedna myśl tłuka się po jej głowie. Zabił ich. Tak po prostu zabił.
– Dlaczego? – jęknęła, kuląc się w oczekiwaniu na cios, który i ją pozbawi życia.
Silna męska dłoń ujęła jej ramię i zmusiła do wstania. Nogi jej dygotały, ręce drżały, a serce biło tak szybko, jakby lada chwila miało wyskoczyć z piersi.
Nie odpowiedział. Spojrzał w dół, na dwa ciała, potem ponownie na nią. Nie wydawał się być wzburzony czy zdenerwowany. Raczej obojętny. Z bliska zauważyła, że jego oko było szaroniebieskiego koloru. Zauważyła też dołeczek w brodzie. I faktycznie pasma siwizny we włosach. Małą szramę na lewym policzku.
– Dlaczego? – powtórzyła, tym razem starając się opanować drżenie głosu.
– Źle zrobiłem?
Nie tego się spodziewała. Raczej tłumaczeń, pytań, a może i wybuchu złości. Lecz czy źle zrobił?
– Zabiłeś ich?
Wzruszył obojętnie ramionami. Puścił ją, choć nadal stał tak blisko, tak niebezpiecznie blisko. Pachniał czymś przyjemnym, czego nie mogła określić żadnym słowem. Odrobinę tytoniem i alkoholem. Odrobinę tajemnicą. Głos również miał niezwykły. Niby spokojny, wyprany z wszelkich emocji, a jednak z nutą rozbawienia. O głębokiej barwie, wywołującej w jej ciele dziwny dreszcz. Gdyby nie strach to nawet uznałaby, że jest fascynujący. Intrygujący.
– Nie wiem kim byli – powiedziała bezradnie. – Powinnam chyba udać się na policję? Tylko co mam powiedzieć?
Wyglądał, jakby przestało go to interesować. Nie odpowiedział, tylko pochylił się i sięgnął po leżącą broń. Zatknął ją sobie za pasek spodni i odwrócił się, z zamiarem odejścia. W pierwszym momencie, chciała go zatrzymać. Później zrezygnowała. Dygocząc z emocji i zimna, patrzyła jak zniknął za zakrętem.
Nagle dotarła do niej straszna prawda.
Dwa trupy. Ktoś, kto zabił tych osiłków w kilka sekund, prawie bez problemu. Pytanie o książkę, którą dostała pocztą.
Dlaczego właśnie o to?
Co niezwykłego było w tej książce? Prócz tego, że niemożliwym było, by dostała ją od siostry, która zginęła pół roku temu. W tragicznych okolicznościach, wraz z mężem. Policja jak dotąd ani trochę nie wyjaśniła tej sprawy. Zbywali ją okólnikami, mamili obietnicą rozwiązania zagadki. Ale ona wiedziała, że nie mieli pojęcia, jak zabrać się do rozwiązania problemu.
Orina biegiem ruszyła w kierunku domu. Wydał jej się jedynym schronieniem, azylem do którego musiała dotrzeć jak najszybciej. Nie poszła więc na najbliższy komisariat, tak jak przed kilkoma minutami chciała zrobić. Za to zatrzasnęła za sobą drzwi, zasłoniła rolety i rozdygotana skuliła się na tapczanie. Wciąż słyszała ten charakterystyczny trzask. Złamał kręgosłup tego dryblasa, jak inni łamią zapałki. Bez najmniejszego wysiłku, bez najmniejszego wahania. Nie żeby żałowała napastników, ale po co ich zabijał? Nie mógł ogłuszyć? Pozbawić przytomności, by uciekła w bezpieczne miejsce?
Wciąż trzęsącymi się dłońmi, wyjęła z kieszeni małą książeczkę. Przekartkowała ją. Z dokładnością przyjrzała się okładce.
I nic.
Potarła kciukiem rozpalone czoło. Potrzebowała czegoś na uspokojenie. Tym razem nie sięgnęła po alkohol. Skrupulatnie odmierzyła dwie białe pigułki i popiła je wodą. Dopiero kiedy zasypiała, uświadomiła sobie, że mogą po nią przyjść, kiedy będzie spała. Cichutko jęknęła, ale na nic więcej nie miała już siły. Zamknęła oczy i odpłynęła w słodki niebyt.
Kilka godzin później, pod niskim blokiem, pomalowanym w nieciekawy odcień zieleni, zaparkował duży, sportowy wóz.
– To miała być prosta robota. Ale jak zwykle twoi ludzie wszystko spartaczyli. – Chudy, żylasty mężczyzna zaciągnął się papierosem i nieco uchylił okno od strony pasażera.
– Ktoś jej pomaga – burknął dryblas siedzący tuż obok i z trudem mieszczący swe wielkie cielsko pomiędzy kierownicą, a oparciem fotela. Sapnął z irytacją i wyjął z kieszeni czekoladowego batonika.
– Ktoś?
– Przecież to dziewczątko nie złamałoby karku nawet wiewiórce, a co dopiero mówić o dwóch dorosłych, wyszkolonych najemnikach.
– A jednak dwa zimne trupy to niezaprzeczalny fakt.
– Mówiłeś, że ponoć jest w niej coś niezwykłego?
– Taaa… Ale nie to.
– Jest w domu czy zniknęła?
– Namierzyliśmy jej komórkę. Powinna być w środku.
– Dobra, czekamy na sygnał i zaczynamy akcję. Na wszelki wypadek wyślę więcej ludzi pod każde możliwe wyjście.
– I zaznacz, że maja ją przyprowadzić żywą.
Dryblas pokiwał głową. Nie podobała mu się ta robota. Zwykła dziewczyna okazała się jakimś cholernym siłaczem, który załatwił dwóch jego ludzi. Zerknął na zegarek. Jeszcze trzy godziny. Zrobi swoje i jak najszybciej się ulotni.
Tymczasem nieświadoma niczego Orina wynurzała się powoli z odmętów snu. Przebudzenie należało raczej do gwałtownych. Usiadła na kanapie, wyprostowana, o nerwach napiętych do granic wytrzymałości. Rozejrzała się po mieszkaniu, w którym panował półmrok, a blask ulicznych latarni sączył się przez szczeliny w roletach.
Ponieważ przed zażyciem tabletek zdążyła się przebrać w piżamę, nie miała na sobie nic poza nią. Bała się zapalić światło. Cholernie się bała. Tylko mała lampka w narożniku nieco rozpraszała ciemności.
Co dalej? Może jednak powinna była pójść na najbliższy posterunek?
Czy nadal ją śledzą? I kim byli „oni”? Kim był on?
Nie, z pewnością nie czekał tam na nią specjalnie. Nikt, nawet ona sama nie wiedziała, że skieruje się tego dnia do parku, w ustronne miejsce z pomostem i stawem pełnym wygłodniałego ptactwa. Nie czuła się zbyt dobrze. Wirowało jej w głowie, niepokój wwiercał się w umysł, dłonie drżały, a kolana niebezpiecznie uginały przy każdym kroku. To nie był żaden durny film, to nie wyobraźnia spłatała jej figla. Na jej oczach zabito dwoje ludzi. Nieważne kim byli, że chcieli zrobić jej krzywdę. Zabito ich. Dwa trupy leżały teraz w parku, rozsiewając wokół siebie odór śmierci. A może ktoś ich już znalazł? Matka, która wybrała się na spacer z wózkiem? Pijaczek, podążający niepewnym krokiem w poszukiwaniu kilku groszy na kolejną flaszkę? Nieważne. Byli martwi. Zabito ich na jej oczach.
Wzdrygnęła się. A potem zamarła, bo w mieszkaniu zapanowała ciemność. Absolutny mrok, nie pozwalający odróżnić żadnych szczegółów. Rzuciła się w kierunku rolet. Namacała sznureczek i podciągnęła je do góry z głośnym furkotem. Ale to nic nie dało. Za oknem panowały równie nieprzeniknione ciemności. Całe osiedle było w nich pogrążone. Nie paliło się światło w ani jednym oknie, ani jedna uliczna latarnia nie rozjaśniała tej absolutnej czerni.
Co to miało znaczyć?
W tym samym momencie usłyszała cichutki chrobot przy zamku drzwi wejściowych. Znieruchomiała, czując, że serce zaczyna galopować w szaleńczym tempie. Nie miała wątpliwości, że groziło jej niebezpieczeństwo. Prze chwilę mignęła myśl, by dodatkowo zabarykadować wejście ciężką szafą na ubrania, ale potem z rozpaczą uświadomiła sobie, że mieszka na parterze. Co to za problem dostać się do środka przez balkon.
Powinna uciekać. Najlepiej przez kuchenne okno. Bez namysłu, ruszyła prawie na oślep w kierunku jaśniejszego prostokąta. Nie zapomniała jednak o książce. Skoro to ona była przyczyną tego całego zamieszania, musiała być cenna.
Starając się nie robić hałasu, pomalutku uchyliła jedno skrzydło i wspięła na parapet. Na całym osiedlu było słychać zaniepokojone głosy mieszkańców. Błyskały światła latarek i świec. Orina przerzuciła nogi na zewnątrz i dopiero teraz uświadomiła sobie, że jest boso, ubrana jedynie w piżamę. Lecz nie miała czasu do namysłu. Odetchnęła i zeskoczyła, mając nadzieję, że lądowanie z tak niewielkiej wysokości nie okaże się bolesne.
I nie było, bo wpadła prosto w czyjeś ramiona. Chciała krzyknąć, ale męska dłoń zakryła jej usta i ktoś wyszeptał do ucha:
– Cicho!

link do części II - klik

14 komentarzy:

  1. Zapowiada się bardzo interesująco :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Popłakałam się jak czytałam jak On zabił na początku tą parę ;(;(;(

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem mile zaskoczona tym początkiem, zupełnie w innym stylu. Mimo że czuję że historia jest smutna i w ogóle to liczę na szczęśliwe zakończenie :) już polubiłam bohaterów szkoda by było ich nieszczęśliwiać :) Magda

    OdpowiedzUsuń
  4. Moje klimaty :)
    To mówiłaś że kiedy następna część ? :D
    Em.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajnie się czyta takie dopracowane opowiadanie, widać, że włożyłaś w nie sporo pracy :) Mam nadzieję, że bohaterowie nie będą się kłócili i obrażali przez większość czasu :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta kobieta w ciąży, którą On zabił na początku okaże się jej zmarłą siostrą?

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapowiada się bardzo interesująco. Już czekam na kolejne części.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  8. Intrygujące :) podoba mi się, mój styl. Czekam na więcej! Pozdrawiam N. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wow. Dobre. Nawet bardzo.przepraszam za to , co zaraz napisze, ale nie spieprz tego. To może być bestseller. Prawdziwy hit. Ma klimat.pozdrawiam.marek

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo interesujące opowiadanie...cos w stylu "Czas poświęcony..." Ten bohater ma coś z Bastiana

    OdpowiedzUsuń
  11. Babeczko, z jaką częstotliwością będą pojawiały się nowe części? Jadę na wakacje i nie wiem czy potrzebuje wykupić internet w telefonie czy akurat zdążę wrócić :P
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło matko! Raz na tydzień na pewno, z wyjątkiem dni od 12 do 18, bo kto wie, czy będę miała zasięg.

      Usuń