wtorek, 2 lipca 2013

Spod ciebie to powstanie (I)

Wiem, wiem... Czekacie na Niekompletnych :)
Niestety nadal nie mam dostępu do własnego sprzętu i dysponuję tylko tym, co zdążyłam przegrać na moją mp3. Owszem, całość mam na płycie, ale płyty również nie mam gdzie odtworzyć :(
Dlatego proponuję wam coś zupełnie nowego, jakby z pogranicza horroru, choć oczywiście dla mnie jak zwykle najważniejsze są relacje damsko-męskie i na tym głównie się skupiam.


„Spod ciebie to powstanie”(I)

1.
Mężczyzna stał przy oknie, bezmyślnie wpatrując się w księżycowy krajobraz. Powinien być w żałobie, ale nawet przed samym sobą nie potrafił udawać, że brakowało mu brata. Zbyt mocno oddalili się od siebie przez ostatnie lata, by mógł teraz odczuwać prawdziwy żal. Od dnia samobójczej śmierci ich matki, w Natanielu zaczęły zachodzić powolne, niezauważalne zamiany. Drobne szczegóły nie dawały jednak poznać prawdy, która już od pierwszej chwili powinna być dla niego tak oczywista. Ale to coś zupełnie innego spowodowało, że odsunęli się od siebie, wszelkie kontakty ograniczając do minimum. Teraz już wiedział dlaczego, jednak było za późno by zapobiec złu, które niebawem miało nadejść. Zresztą tak naprawdę dlaczego miałby to robić? Niech inni cierpią tak samo, jak przed laty dwóch samotnych chłopców, których pozbawiono jedynej bliskiej im osoby.
Adam położył zziębnięte dłonie na tafli szkła i w tym momencie znikła pustka w jego oczach, a zamiast tego pojawił się nieprzyjemny błysk, doskonale świadczący o tym, że nie był do końca wolny od myśli o zemście na śpiących spokojnym snem, mieszkańcach miasteczka położonego poniżej. Nataniel zrobił to, co było powinnością ich obu, poświęcając własne życie. W zamian za to on mógł czekać na rezultaty i napawać się cierpieniami ich dawnych oprawców.

2.
Miasteczko – wieś, trzysta dusz najwyżej, było zaledwie małym punkcikiem na ogromnej mapie kraju. Główną ulicę zajmowały domy stojące po obu jej stronach. Niewysokie, bure  budynki o dachach z glinianych płytek, złocone były teraz przez popołudniowe słońce i ozdobione cieniem rzucanym przez niewielkie drzewa. Po bokach, kilka jeszcze bardziej bezbarwnych, równoległych uliczek. W kwadracie sklepików majestatycznie górował nad całością, świeżo pobielony kościół. A wokół tej osady czujnie rozmieszczone gospodarstwa, sady, połacie uprawnej ziemi i lasy. Ta urozmaicona, starannie zagospodarowana okolica, jak i całe miasteczko, wydawała się spokojną przystanią, wolną od chaosu, który rządził resztą świata.
Jedyna droga, która tędy przebiegała, wytyczała sobie szlak przez bagniste łąki i mroczne lasy. Obok biegły lekko już przerdzewiałe tory, prowadzące prosto do niewielkiego dworca, na którym od lat porządku pilnował blady staruszek, o pomarszczonej jak jabłko z zeszłego lata twarzy i oczach wbitych w zmarszczki jak rodzynki w ciasto. Niewielu pasażerów tędy przejeżdżało, jeszcze mniej wysiadało by zostać.
Pewnego dnia, w cieple wieczornego słońca, osobowy pociąg popołudniowy zatrzymał się na peronie i wysiadła z niego tylko jedna pasażerka, z ogromną walizką i nie mniejszym plecakiem. Miała opaloną twarz i burzę czarnych włosów, związanych w niedbały węzeł. Najpierw zawiadowca spojrzał na nią z zaciekawieniem, potem rozpoznawszy, odpowiedział na wesołe pozdrowienie i pomógł przenieść bagaże. Choć nie była tutejsza, to już od wielu lat przyjeżdżała tym pociągiem, by spędzić wakacje u swoich dziadków. Dobrze też wiedział, że tym razem przybyła tu na dłużej. Zamieniła z nim kilka uprzejmych słów, a potem energicznie ujęła rączkę walizki i postawiwszy ją na niewielkich kółkach, pomaszerowała w kierunku rynku. Choć droga była wybrukowana końskimi łbami, maszerowała raźno, jakby sam przyjazd do tego miejsca dodawał jej sił.
Dom był dość obszerny, stojący w pewnym oddaleniu zarówno od samego miasteczka, jak i od głównej drogi. Z dwóch stron otoczony gąszczem żółknących drzew, z trzeciej odcinał się wyraźnie od przyległego lasu. Poza ogrodem, ku zachodowi, rozciągała się niewielka łąka, za którą majestatycznie wznosiło się wzgórze, na szczycie którego widać było poszarzałe i ponure domostwo najbliższych sąsiadów. Po przeciwnej stronie znajdowała się drewniana stodoła i inne zabudowania gospodarskie, wciąż zadbane, choć dawno z nich nie korzystano. Za nimi na łagodnym zboczu ciągnęły się nagie już o tej porze roku pola, dalej połyskiwała ciemna, szmaragdowa ściana lasu.
Furtka wciąż skrzypiała w tym samym, dobrze znajomym tonie, a na progu wygrzewał się ogromny kremowo czarny kocur o mało wdzięcznym imieniu Lucyfer. Od razu poczuła się, jakby wróciła do domu. Dziadkowie przeprowadzili się w te okolice dwie dekady temu i od tego czasu zarówno ona, jak i jej rodzeństwo, spędzali tu każde wakacje. Świadomość, że wystarczy pół godziny jazdy samochodem z zatłoczonego miasta i człowiek znajdzie się w niekończących się lasach pachnących świeżym powietrzem, zawsze podnosiła na duchu. Dlatego bez wahania przyjęła propozycję stażu nauczycielskiego w tutejszym gimnazjum, tym bardziej, że tak naprawdę jako osoba świeżo po studiach nie mogła wybrzydzać. Wpadając w szeroko otwarte ramiona uśmiechniętej babki, nie wiedziała jeszcze, że czeka tu na nią coś o wiele gorszego niż kolejka w urzędzie pracy i zasilanie szeregów bezrobotnych absolwentów. Na razie przez niewielkie obłoczki przeświecało zachodzące jesienne słońce, pozłacając spadziste dachy i otulając miasteczko aurą niezwykłego spokoju. Jednak już całkiem niedługo miało się to zmienić.
3.
W samym centrum domu królowała ogromna kuchnia, o niskim suficie i ścianach z ciemnego drewna. Jej niewielkie okna skierowane były na wschód i na zachód. W kącie przy drzwiach wisiał obraz świętego, który w migoczącym świetle zdawał się żyć i napełniać patrzącego nieokreślonym lękiem. Pośrodku stał duży i solidny stół, wokół którego zbierała się kiedyś liczna gromadka domowników, a teraz stały tylko stare, podniszczone krzesła. Jasne promienie porannego słońca, nadawały wnętrzu przytulności i wesołości. Z kuchni przechodziło się wprost do niewielkiego saloniku, w którym królował kamienny kominek i duża, miejscami przetarta kanapa. Przejmująco skrzypiące schody prowadziły do trzech niewielkich sypialni na górze, o skośnych ścianach, wyklejonych tapetami w delikatne kwiatowe wzory. W jednej z nich, zakopana po czubek nosa w świeżo wykrochmalonej pościeli, błogo pochrapywała ciemnowłosa dziewczyna.
Kiedy w całym domu zapachniało świeżo zaparzoną kawą i apetycznymi bułeczkami, Lena uniosła głowę i leniwie ziewnęła. Słoneczny poranek przywitał ją kuszącymi aromatami i uczuciem szczęścia, które odczuwała każdą, nawet najdrobniejszą cząstką swego ciała. Nawet niewielka trema przed pierwszym dniem pracy znikła gdzieś niepostrzeżenie, ustępując miejsca niezwykłemu przypływowi energii. Nie zwlekając wzięła szybki prysznic i już ubrana zbiegła z głośnym tupotem po trzeszczących, drewnianych schodach.
- Dzień dobry babciu.
- Witaj kochanie. – Starsza pani zerknęła znad okularów na rozradowaną dziewczynę.  – Na piecu stoi świeżo zaparzona kawa, a obok masz całą resztę.
- Pychota - Lena szybkim ruchem wepchnęła sobie jedną bułeczkę do ust.
- Gdzie ci tak spieszno?
- Chciałabym przed pracą odwiedzić Ewę. Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć jej córeczki, a w sumie zostało mi jeszcze sporo czasu do południa.
Marta uśmiechnęła się, ale uwadze Leny nie uszło to, że zrobiła to z niejakim roztargnieniem. Dopiero teraz przyjrzała się uważniej i zauważyła smutek goszczący na twarzy starszej kobiety.
- Czy stało się coś złego?
- Złego? W sumie można byłoby to tak ująć. Pamiętasz tego wątłego blondynka Nataniela, który czasami przychodził do nas po świeże mleko?
- Natana? Owszem, ale przyznam że nie są to zbyt miłe wspomnienia. Zawsze był takim dziwakiem... – dziewczyna skrzywiła się w niejakim obrzydzeniem. Nigdy nie lubiła tego chłopaka, choć przecież nie zrobił ani nie powiedział niczego co byłoby skierowane przeciwko niej. – Pamiętam, że mówiliśmy o nim Szataniel czy jakoś tak.
- Leno!
- No co? A właściwie dlaczego pytasz?
- Jutro jest jego pogrzeb. Dwa tygodnie temu popełnił samobójstwo na oczach kilkorga ludzi zgromadzonych w kościele. To było dość wstrząsające, nie słyszałaś o tym wcześniej?
- Jakoś nie miałam okazji. Dziwne, Natan nie był typem samobójcy, wyglądał raczej jak seryjny morderca...
- Ty akurat wiesz jak wygląda seryjny morderca – odfuknęła ją babka.
- Milczący, stroniący od ludzi, na każdego kto usiłował nawiązać z nim rozmowę łypał spod oka – wyliczała Lena, po kolei prostując palce. – Podsumowując: wzrok dziki, suknia plugawa. Nikt mi nie wmówi, że tak wygląda i zachowuje się normalny człowiek.
- Ani trochę ci go nie żal?
- Może odrobinę. Miał smutne życie i żałosną śmierć.
Nagle jakby ją olśniło.
- Ach! Przecież on miał starszego brata, prawda? Takiego samego odludka, widać to u nich było rodzinne. Widziałam go kiedyś, dawno, jeszcze zanim wyjechał. Wcale nie byli do siebie podobni. Ten drugi, nie pamiętam już jak mu było na imię, sprawiał takie ponure, przytłaczające wrażenie.
- Adam. A ich matka miała na imię Ursula.
- Dlaczego mi o tym mówisz właśnie teraz?
- Bo to takie dziwne. Ona przed siedemnastu laty także popełniła samobójstwo. Choć niektórzy mieli w tej sprawie odmienne zdanie...
Lena zmarszczyła brwi. Nie lubiła plotek, ale co nieco obiło jej się o uszy, zresztą ponura posiadłość Lamerów, będąca ich najbliższym sąsiadem i górująca nad całym miasteczkiem często była przedmiotem niesamowitych opowieści snutych przez okoliczne dzieciaki i młodzież.
- Czy to nie o niej krążyły plotki, że była czarownicą?
- Wymysły, wszystko urojenia rządnych sensacji umysłów. To była spokojna i cicha kobieta, która zamiast schronienia znalazła tu tylko ból i śmierć.
- Cóż, to nie moja sprawa i choć naprawdę trochę żal mi Nataniela, nie mam zamiaru okazywać fałszywego smutku czy skruchy – mówiąc to Lena wstała i odstawiła pusty kubek do zlewu. – Było, minęło, a życie toczy się dalej. Czas na przyjemniejsze sprawy. Wrócę o trzeciej na obiad. – Cmoknęła Martę w policzek i już jej nie było.
Kobieta została sama. Z oddali było słychać miarowe tykanie zegara, który z nieubłaganą precyzją odliczał czas pozostały do końca jej życia. Wzdrygnęła się. Nigdy wcześniej tak nie myślała, ale ostatnio zupełnie się we wszystkim pogubiła. Zniknął spokój, który zawsze jej towarzyszył i uczucie melancholii związane z nadchodzącą jesienią. Zastąpiła je jakaś nieokreślona obawa, strach czający się gdzieś w zakamarkach umysłu i sny, których nigdy nie pamiętała po przebudzeniu, choć wiedziała że powinna. A teraz jeszcze na dodatek pojawił się on. Widywała go tylko z oddali gdy krzątał się po podwórku zaniedbanego domostwa, wielki i ponury, zupełnie nie pasujący do tutejszych warunków. Być może źle zrobiła namawiając Lenę by przyjęła oferowaną jej pracę, ale czym miała uzasadnić swoje obawy? Przeczuciem? Snami, których nie pamiętała? Marta ciężko westchnęła i wstała. Pora odwiedzić dawno niewidzianego sąsiada. Miała niejasne wrażenie, że wszystko to jest w jakiś sposób z nim powiązane, choć nie umiałaby podać najmniejszego powodu dlaczego tak sądzi.
Z trudem wspięła się po stromej ścieżce. Całe szczęście że było sucho, gdyż w przeciwnym wypadku musiałaby wybrać dłuższą i okrężną drogę. Wiedziała, że gospodarz jest w domu. Świadczyła o tym wąska strużka dymu wydobywająca się z komina i wysokie gumiaki stojące przed progiem kuchennych drzwi.
- Witaj Adamie. – Mężczyzna gwałtownie odwrócił się na dźwięk miękko wypowiedzianych słów. Choć minęło tak wiele lat, od razu wiedział do kogo należy ten łagodny, delikatny głos. Nie odpowiedział, tylko z niechęcią skinął głową. Nikt tutaj nie zasługiwał na uprzejme traktowanie z jego strony, nawet stara Marta, stojąca w progu i przyglądająca się z żalem temu co pozostało po niegdyś pięknym i wytwornym domu. I po chłopcu, który czasami siadał na jej progu i z otwartą z wrażenia buzią wsłuchiwał się w niesamowite opowieści jej męża.
- Nie miałam możliwości by powitać cię prędzej, nie chciałam też się narzucać zwłaszcza w tych okolicznościach...
Ponuro się uśmiechnął, ale wciąż nie miał zamiaru udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi. W milczeniu usiadł przy stole i z poszczerbionego dzbanka nalał sobie coś, co wyglądało jak słaba herbata, choć Marta przysięgłaby że na pewno nią nie jest. Nie zrażona podeszła bliżej i zajęła miejsce naprzeciw Adama.
- Ostatnimi czasy nie byliście z bratem zbyt blisko, więc chyba nie bardzo wiesz co się z nim działo przez te lata... – nie było to pytanie, ale proste stwierdzenie faktu.
Spojrzał na nią z ironią.
- A ty wiesz? – W jego ochrypłym głosie brzmiała tłumiona złość i niechęć. – Ktokolwiek z was świętoszkowatych gamoni wie?
Nie zareagowała na obelgę.
- On niechętnie pokazywał się wśród ludzi, nie chciał utrzymywać z nikim kontaktu...
- Nic dziwnego, ja też nie mam ochoty rozmawiać z mordercami naszej matki!
- Adamie, to był wypadek... – Choć bardzo się starała, wyczuł w jej głosie nutkę niepewności.
- Sama w to nie wierzysz. Była samotna, zagubiona, a wy zaszczuliście ją swoimi głupimi przesądami, robiąc z niej czarownicę i kozła ofiarnego dla waszych tłumionych instynktów. – Uderzył w stół zaciśniętą dłonią. Potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikły z jego twarzy wszelkie emocje, rysy twarzy wygładziły się, a w zamian za to Marta dostrzegła w oczach narastającą radość. Pochylił się ku niej i z nieukrywana satysfakcją w głosie powiedział:
- Dobrze że wierzycie w niebo, przyda się to wam po piekle, którego niedługo doświadczycie...
Nie odpowiedziała ani słowem, tylko wstała i wciąż milcząc wyszła, zbyt roztrzęsiona tym co wyczytała w jego oczach. Ten chłopiec, którego znała, zniknął. Pozostał tylko na wpół obłąkany mężczyzna, samotny i chory z nienawiści do całego świata. Tutaj już nie mogła pomóc.

4.
Pierwsze tygodnie upłynęły Lenie na zapoznawaniu się z nową pracą, spotkaniach z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i wyprawach na grzyby. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, nakazującemu po pierwsze nie włóczyć się samemu po lasach, a po drugie nie zbierać więcej niż powinno, bo jeszcze należy to wszystko później wyczyścić, pokroić, zasuszyć lub zamarynować. W tym na szczęście pomagała babka, która nie miała już co prawda ochoty na całodzienne piesze wyprawy, ale za to w zupełności starczało jej sił na zapełnianie półek w spiżarce. Potem nadeszły ponure deszczowe dni i większość mieszkańców miasteczka gdy tylko nie musiała, nie wystawiała nawet czubka nosa na zewnątrz. Nawet lekcje toczyły się jakby w zwolnionym tempie, a z każdego kąta szkolnej sali powiewało nudą i rozleniwieniem. Właśnie w taki szary, nieciekawy dzień, kiedy uczniowie zajęci byli rozwiązywaniem zadań, a Lena stojąc przy oknie w zadumie wpatrywała się w hulający za oknem wiatr, jej wzrok przyciągnął ponury mężczyzna, stojący pod apteką. Jak zwykle pani Helena zrobiła sobie obiadową przerwę, ale on widocznie nie był tutejszy i nie wiedział o tym. Teraz był więc zmuszony do oczekiwania w dokuczliwie zacinającym deszczu. Bez skrępowania wpatrywała się w jego sylwetkę, zastanawiając się kim może być ten skulony pod niewielką markizą, niechlujnie ubrany człowiek. Miejscowość nie była zbyt duża, przez te wszystkie lata Lena zdążyła poznać, choćby tylko z widzenia, wszystkich jej mieszkańców. Nie była to również pora wakacyjna, jednak musiał należeć do nielicznych okolicznych letników, przynajmniej do takich doszła wniosków. Workowata kurtka przeciwdeszczowa nie do końca zdołała zamaskować jego szerokich, umięśnionych ramion i wąskich, zgrabnych bioder. Choć teraz zgarbiony, było widać, że jest wysoki i postawny, a kiedy lekko odchylił kapotę, by zerknąć w głąb ulicy, zauważyła mokre kosmyki kruczoczarnych włosów i silne, opalone dłonie. Wbrew wszystkiemu poczuła narastającą ciekawość. Jeszcze bardziej przysunęła się do tafli okna, niemal uderzając o nią nosem i starając się wypatrzyć więcej szczegółów. Ale on ponownie skulił się na progu apteki, jakby usiłował pozostać niewidocznym dla przypadkowych przechodniów, którzy tylko rzucali w jego kierunku zatrwożone spojrzenia i w popłochu oddalali się w głąb ryneczku. To ją zastanowiło, bo wyglądało na to że nie jest tak zupełnie obcy, jak jej się z początku wydawało. Teraz na przykład miejscowy pijaczek, który normalnie nie przepuściłby okazji wyżebrania od przypadkowego turysty kilku złotaków, trwożnie się przeżegnał i w pośpiechu odkuśtykał w kierunku karczmy. Zaintrygowana odsunęła się od okna. Kim był ten mężczyzna, że miejscowi unikali go i traktowali jak zadżumionego?  Jedynym, który prowokował takie reakcje był Nataniel, ale on nie żył już od dobrych paru tygodni. Chyba że... Lena gwałtownym ruchem otwarła okno i wystawiła głowę  na zewnątrz, nie zważając na wściekle zacinający deszcz i wiatr. Przyszło jej na myśl jeszcze jedno nazwisko. Adam Lamer. Wiedziała że stanowił całkowite przeciwieństwo brata pod względem wyglądu, a ostatnio dotarły do niej plotki, że na jakiś czas postanowił zamieszkać w starym domu na wzgórzu. Kiedy zniknął z ich miasteczka miała zaledwie osiem lat i spotkała go tylko raz, najzupełniej przypadkowo. Dość wysoki, wątły, o nieprzyjemnym i przeszywającym spojrzeniu oczu w nieokreślonym kolorze, nie wywarł na niej pozytywnego wrażenia, jedynie dziwne uczucie pełne niepokoju i strachu. Nigdy nie zaprzątała sobie głowy tą rodziną, z wyjątkiem tych chwil przy ognisku gdy straszyli się nawzajem niezwykłymi i krwawymi opowieściami o duchach i niewyjaśnionych zniknięciach. Jak zwykle początek temu dawały ponure opowieści o rodzinie Lamerów, zazwyczaj wyssane z palca, ale przez to wcale nie mniej przerażające. Dziś na samo ich wspomnienie na ustach Leny zagościł uśmiech rozbawienia, który zamarł gdy spojrzała w dół na ponurą postać skulona na progu budynku. Może i ponosiła ich wtedy wyobraźnia, ale nawet teraz niechętnie wybrałby się w sąsiedzkie odwiedziny do tego ponurego gmaszyska i jego gospodarza. Drgnęła, gdy w sali rozległ się dźwięk dzwonka. Po wyjściu uczniów spakowała swoją torbę i wciąż zamyślona, wolnym krokiem pomimo ulewnego deszczu, wróciła do domu. Kiedy już osuszyła włosy ręcznikiem i ogrzała zziębnięte dłonie przy kominku, stanęła na progu kuchni i odważyła się zadać niecodzienne pytanie.
- Babciu, czy dom Lamerów stoi teraz pusty?
Marta krzątająca się po dookoła pieca, spojrzała na nią uważnie. Zdziwiło ją nagłe, nie dające się ukryć zainteresowanie ze strony wnuczki.
- Dlaczego pytasz?
- Chyba widziałam dziś starszego brata Nataniela. I nie powiem żeby był to przyjemny widok...
- To zawsze był trudny temat. Cała ich rodzina jest nie tylko nietypowa, ale też jakby z góry skazana na życie w smutku i samotności. Ursula przeprowadzając się tutaj z wielkiego miasta, miała nadzieję to zmienić, ale to nie okazało się takie proste. Przywiozła ze sobą zbyt wiele złych wspomnień, cierpienia i obcości, by mogła stać się jedną z nas. Ja... – Marta zawahała się. To co wiedziała, zostało jej powierzone w wielkim zaufaniu i tajemnicy. Być może dlatego jako jedyna nigdy nie umiała osądzić Ursuli i odwrócić się od niej tak jak cała reszta. – Było jej bardzo ciężko; samotna, załamana po stracie najbliższych, miała tylko tych dwóch chłopców, a oni mieli tylko ją. Byli jedynym powodem, który dawał jej siły do życia.
- Nie rozumiem. To dlaczego się zabiła? Nie wiedziała jak wielką robi im krzywdę?
Starsza kobieta przymknęła oczy i z cichym westchnieniem odchyliła głowę do tyłu.
- Przepraszam Leno, ale nie mogę. Może innym razem, teraz nie jestem w stanie opowiedzieć ci wszystkiego tak jak powinnam. Proszę cię tylko o jedno – unikaj Adama...
- No cóż – Lena roześmiała się głośno, próbując zamaskować niepokój odczuwany od chwili gdy go ujrzała. – To nie będzie zbyt trudne zadanie. Zresztą wcale nie mam ochoty na jakiekolwiek spotkanie z tym dziwakiem.
- Ale na wszelki wypadek pamiętaj o moich słowach.
- Nie ma sprawy – Lena beztrosko ziewnęła i wstała z fotela. – Koniec poważnych rozmów, idę spać, bo jestem nieziemsko wymęczona...

5.
Przyglądała się śpiącemu dziecku z niezgłębionym wyrazem twarzy, jednak jej oczy stawały się coraz bardziej puste. Już dawno zniknął z nich wyraz miłości i czułości, a w zamian za to pojawiło się dziwne rozkojarzenie. Gdyby tak spróbowała... Zobacz jak to jest – szeptał jakiś nieznany glos w jej głowie - tylko odrobinę, troszeczkę... W zamyśleniu wzięła do ręki niewielką poduszeczkę, delikatnie gładząc ją dłonią i wyczuwając każdą wypukłość i załamanie materiału. Nie wiadomo dlaczego sprawiło jej to dziwną przyjemność. Oblizała zaschnięte wargi, wyczuwając na nich dziwny metaliczny posmak. No tak, prawda, przez przypadek przygryzła sobie górną wargę. Jeszcze raz wysunęła czubek języka, z niewytłumaczalna rozkoszą smakując własnej krwi. Nigdy w życiu tak się nie czuła.
„To dopiero początek, dalej będzie jeszcze wspanialej”– kusił nieznany głos w jej umyśle. „Możesz poczuć czym jest władza, moc dawania i odbierania...”
Gdzieś w oddali pojawił się słaby odruch protestu, jakby jakaś jej cząstka uwolniła się spod hipnotycznego szeptu, wiedząc co tak naprawdę się wydarzy. Ale Ewa nie dopuściła jej do siebie, odpychając gdzieś w głąb swego jestestwa, rozkoszując się emocjami, które przepływały przez jej ciało. Przecież chciała tylko zobaczyć jak to jest, zakosztować zupełnie nowych wrażeń. Powolnym ruchem pochyliła się nad łóżeczkiem i opuszkami palców pogładziła puch na główce niemowlęcia. Maleństwo niespokojnie się poruszyło. Czuło zapach matki, ale nie jej obecność, tylko kogoś kompletnie obcego i bardzo złego. Cichutko zakwiliło, lecz zanim zdołało rozpłakać się na dobre, Ewa przyłożyła do jego twarzy poduszkę i mocno ją przycisnęła. Jej oczy miały dziwnie szklisty wyraz, a na twarzy zagościł okrutny uśmiech, gdy patrzyła na przedśmiertne drgawki swego jedynego dziecka, które jeszcze kilka minut temu utulała do snu z tak wielką miłością. Oddychała coraz szybciej z narastającą rozkoszą, na sam koniec odchyliła głowę do tyłu i z jej ust wydobył się głośny jęk. Potem na wpół przytomna osunęła się obok łóżeczka i martwego ciałka córeczki. Chwila oszołomienia minęła, a za chwilę miała do niej dotrzeć świadomość tego co uczyniła...

 6.
Wyjątkowo szara i ponura tego roku jesień, szybko odeszła. Powoli ziemię pokrył biały puch, najpierw nieśmiało i delikatnie, potem coraz mocniej, aż w końcu gruba pierzyna śniegu i trzaskający mróz, oznajmiły mieszkańcom miasteczka, że zima już na dobre zagościła w ich stronach. Biel zakryła cały brud, wielu przyniosła odrobinę spokoju i ukojenia, a miejscowym dzieciakom frajdę i okazję do śnieżnych szaleństw.
Nie pierwszy zresztą raz Lena przekonała się, że czas jest rzeczywiście najlepszym lekarstwem. Po kilku tygodniach znów mogła się uśmiechać, bawić i być szczęśliwa. Często myślała o zmarłej przyjaciółce, ale więcej w tym było melancholii niż łez i bólu, który tak intensywnie odczuwała w pierwszym okresie. Ale wciąż zastanawiały ją powody, dla których Ewa mogła zrobić coś takiego. Analizowała każde słowo wypowiedziane w ich ostatniej rozmowie, każdy najdrobniejszy nawet gest. Owszem, przyjaciółka wyglądała na zmęczoną i lekko podenerwowaną, ale można to było zrzucić na karb nieprzespanych nocek. Nic jednak nie wskazywało na to, że miała jakiekolwiek problemy...
Z westchnieniem ulgi zamknęła klasę, ciesząc się na wizytę całej rodziny i święta spędzone w jej gronie. Nie wiedziała dlaczego, ale właśnie ten czas kojarzył jej się z mnóstwem zapachów: aromatem pierniczków, świeżością choinki, wonią kościelnego kadzidła. I z miłością. Zagryzła wargi. Dobrze wiedziała dla kogo te święta będą trudne i bolesne. Ale nie umiała pomóc, bo żadne słowa nie potrafiły cofnąć czasu i odwrócić biegu wydarzeń. Wracając do domu, zamyślona spojrzała na skraj lasu. Na tle bieli ostro odcinała się wysoka, mroczna sylwetka jej tajemniczego sąsiada. Pierwszy raz widziała go z tak bliskiej odległości. Zazwyczaj przemykał obok jak cień, z rzadka opuszczając swój dom. Okutany w ciepły szal, z czapką tak mocno nasuniętą na oczy, że widać mu było zaledwie czubek nosa, brał właśnie kolejny zamach na podstawione polano. Było w jego ruchach tyle tłumionej złości, że Lena przystanęła zdziwiona i zapatrzyła się w ten niezwykły obraz. Pochylił się i układając na pieńku kolejny kawałek drewna, spojrzał prosto w jej kierunku. Nawet z tej odległości nie mogła nie zauważyć, jego twarzy wykrzywionej w grymasie niechęci i niezwykle jasnych oczu, w oprawie tak ciemnej, że wydawała się być raczej dziełem jakiegoś szalonego makijażysty. W pośpiechu odwróciła się i niemal biegiem dotarła do ośnieżonej furtki, która jak zawsze znajomo zaskrzypiała. Wpadła do domu i zamykając drzwi, oparła się o nie plecami, usiłując uspokoić bijące jak szalone serce. Jeśli nawet przez chwilę odczuwała współczucie z powodu jego samotności, właśnie jej przeszło. Ten człowiek budził strach i jak mało kto nie zasługiwał na czyjeś zainteresowanie.
Święta były pełne radości i śmiechu. Zmęczona Lena wtuliła się w fotel stojący obok kominka i z rozkoszą zaczęła ogrzewać zziębnięte dłonie i stopy. Nawet nie przypuszczała, że długi spacer w mroźne popołudnie, może tak wymęczyć. Dlatego nie skorzystała już z zaproszenia pójścia na grzane wino, wolała w spokoju wypić herbatę przed kominkiem w towarzystwie plotkującej matki i babki. Irena właśnie z udawaną grozą opowiadała Marcie o ostatnich wybrykach Marka, syna jej męża z pierwszego małżeństwa. Obie wybuchały przy tym zaraźliwym śmiechem, bo miał on jak mało kto, skłonności do pakowania się w różne kłopoty. Lena przysłuchiwała im się przez chwilę, a potem pogrążyła we własnych myślach. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że zmieniły temat rozmowy, a ich głosy przybrały poważny, niemal smutny ton.
- ...było o tym głośno nawet w lokalnych wiadomościach, morderstwo nie było może tak brutalne, ale wybór ofiary już tak.
- Jeremiemu musi być teraz ciężko. Za jednym zamachem stracił i syna i wnuka. Zawsze był trochę niepoczytalny, ale przecież nikt by mu czegoś takiego nie życzył. Nawet trochę żałowałam, że wyjechał w świat, bo zawsze wnosił do towarzystwa wiele humoru.
- To tak jak z naszą Ewunią. Karolinie i Stefanowi również trudno się pogodzić z tym co się stało.
- Mamo – Irena z niepokojem spojrzała na Martę. – O czymś jeszcze muszę ci powiedzieć. Pamiętasz może Pawła, siostrzeńca naszego wójta?
- Trudno byłoby zapomnieć o największym rozrabiace wśród naszej młodzieży – uśmiechnęła się do swoich wspomnień. – A dlaczego pytasz?
- Jego żona popełniła miesiąc temu samobójstwo. Zabiła siebie i ich nienarodzone dziecko.
- Niemożliwe! – w głosie Marty zabrzmiała prawdziwa zgroza. Rozbudzona na dobre Lena gwałtownie wyprostowała się w fotelu. To już zakrawało na ironię losu. Co łączyło tych ludzi poza tym, że wszyscy pochodzili z tych samych stron? No i nie powinna zapominać o Natanielu. Tak naprawdę to on był pierwszą ofiarą., tylko nie umiała sobie odpowiedzieć na pytanie, czy tak wielki zbieg okoliczności jest możliwy. Według statystyk tylu ludzi odbiera sobie codziennie życie, że być może doszukuje się czegoś co tak naprawdę jest tylko fatalnym przypadkiem.
- Zabiła się na jego oczach. Podobno po prostu wjechała prosto w drzewo, samochód walnął w nie z ogromną siłą i uległ samozapłonowi. Paweł od tego czasu milczy, nie wypowiedział jeszcze ani jednego słowa.
Starsza z kobiet w zadumie pokręciła głową. Lena pomyślała, że babka zapomniała wspomnieć jeszcze o starym drwalu, który mieszkał po drugiej stronie lasu. Co prawda jego śmierć oficjalnie uznano za wypadek przy rąbaniu drzewa, ale miejscowi i tak wiedzieli swoje. Ogarnięta nagłym uczuciem strachu przed czymś nieuniknionym, dziewczyna bezpowrotnie pożegnała błogi nastrój tego dnia. Dopiero huczny sylwester i lejący się strumieniami szampan, zdołały go przywrócić. Powrót do pracy powitała z ulgą, bo pozwolił jej choć częściowo zapomnieć o nurtujących problemach i pytaniach na które nie umiała udzielić odpowiedzi. Aż do dnia, kiedy zdarzył się ten wypadek.

7.
Mniejsza z dziewczynek pociągnęła go za rękaw.
- Ale ja nie chcę. Wolę wrócić do domu. Reszta chyba także?
- Tchórze jesteście – jasnowłosy malec z czerwonym od mrozu nosem z pogardą spojrzał na otaczająca go grupkę dzieci, trzy dziewczynki i dwóch chłopców. – Nasz wujek mówił, że kiedy był mały, wciąż tak się bawili z rodzicami, nawet wtedy kiedy żyła jeszcze ta wiedźma Ursula.
- Ojej – pisnęła jego siostra. – Tak miała na imię czarownica z malej syrenki...
- No widzisz Zosiu! Nie chciałabyś zobaczyć domu prawdziwej wiedźmy? – kusił Bartek. – Co może nam się stać? Ona i jeden z tych jej pokręconych synów nie żyją, a ten drugi pojechał gdzieś i z pewnością szybko nie wróci.
Pozostałe dzieci z zapałem mu potakiwały, tylko ona miała jeszcze wątpliwości.
- No dobrze, ale ostrzegam że jeśli coś mnie wystraszy to uciekam do domu.
- Zuch dziewczyna – brat poklepał ją po ramieniu i żartobliwie uszczypnął w policzek. – Zobaczysz, będzie super fajowska zabawa...
Maluchy chichocząc brnęły przez zaspy śnieżne. Chciały dotrzeć do celu od strony lasu, tak aby nikt nie mógł ich zauważyć. Powoli wśród nagich pni drzew, zaczęły majaczyć kontury ponurego domostwa Lamerów. Jasnowłosy brat Zosi, za wszelką cenę pragnący wykazać się męstwem, tak jak jego ulubieni bohaterowie filmowi, dodatkowo ubarwiał podróż, przystając co chwilę i w milczeniu marszcząc brwi. Czasem przykładał palec do ust, nakazując rozbawionemu towarzystwu zachować ciszę. Dość szybko znaleźli się na tyłach posiadłości, potem ułożyli się na śniegu i z wahaniem spoglądali na zrujnowany taras. Do ich uszu docierały jakieś upiorne dźwięki; to zawieszone na sznurku stare puszki, wygrywały szaloną melodię w tak hulającego wiatru.
- I co teraz? – spytał z namysłem jeden z pozostałych chłopców.
- Zakradnę się tam i zerknę przez okno...
- Może wracajmy już do domu? – Zosia pociągnęła go za rękaw. Powoli naprawdę zaczynała się bać.
- To potrwa tylko chwileczkę... – słowa utknęły mu w gardle i chłopiec znieruchomiał. Pozostałe dzieci spojrzały w tą samą stronę co on. Cała piątka zamarła na sekundę po czym z narastającym wrzaskiem rzuciła się w stronę skąd przyszli. Uciekali na oślep, nie dbając o kierunek, wciąż mając przed oczyma to coś, co przed chwilą zobaczyli.

8.
Poranne wieści wstrząsnęły prawie każdym w miasteczku. Odnaleziono zaledwie czworo z piątki zaginionych dzieci, brakowało najmłodszej Zosi, a jej roztrzęsiony brat nie umiał powiedzieć co się z nią stało. W końcu udało im się ustalić, że dzieciaki zakradły się na tyły posiadłości Lamerów i tam coś śmiertelnie ich przeraziło. Potem każde z nich pamiętało już tylko fragmenty ucieczki, zimno i strach towarzyszące im aż do odnalezienia przez starszych po upływie tych kilku godzin. Zanim w miasteczku zaczęły krążyć najbardziej nieprawdopodobne wersje tych wydarzeń, przybyli na miejsce policjanci z pobliskiej komendy, zdołali ustalić, że Adama Lamera na pewno nie było na miejscu wydarzeń, bo o tej godzinie przebywał akurat u swojego adwokata. Za milczącą zgodą ponurego gospodarza przeprowadzono niewielki rekonesans i ze zdumieniem odkryto, że dzieci musiała przerazić ogromna postać wypchanego niedźwiedzia, stojąca z niewiadomych przyczyn na zewnętrznej werandzie. Reszty dokonała ich bujna wyobraźnia i panika, która dodała im skrzydeł podczas ucieczki. Ciało dziewczynki wyłowiono po żmudnych poszukiwaniach z pobliskiego jeziora.
Lena westchnęła czytając obszerny artykuł na temat ostatnich wydarzeń w miejscowym dzienniku. Wszystko było takie oczywiste, takie proste do wyjaśnienia, jednak żadne z dzieci wciąż nie potwierdziło tego, co zaszło tuż przed ich paniczną ucieczką na oślep. Kiedy cierpliwie tłumaczono im, że nikt nie ma im tego za złe, z pewnością niejeden z dorosłych także wziąłby nogi za pas, konsekwentnie milczały. Tylko raz najstarszemu chłopcu, którego siostra zginęła tamtego tragicznego wieczoru, wyrwało się coś o duchach i upiorach. Jednak został potraktowany z tak łagodną pobłażliwością i lekką naganą, że nigdy już nie nawiązał do tego tematu, zresztą nikt go już więcej o to nie pytał. Wszystko to wiedziała od pogrążonego w rozpaczy Piotrka, ojca małej Zosi, który był przecież bliskim przyjacielem jej przyrodniego brata Marka.
Dziewczyna w zamyśleniu przygryzała końcówkę trzymanego w dłoni ołówka. Siedziała właśnie w malutkiej, przytulnej kawiarence, zresztą jedynej w promieniu kilku kilometrów, z okien której rozciągał się malowniczy widok na zamarznięte jezioro i zaśnieżone pomosty. Wydawać by się mogło, że limit nieszczęść przypadających na niewielką w sumie miejscowość, został już wyczerpany. Jednak miała nieprzyjemne przeczucie, że to zaledwie początek. I dużo bardziej niż ono nurtowało ją pytanie dlaczego tak się działo? Czyżby samobójcza śmierć Nataniela Lamera była drobnym kamyczkiem, który wywołał tą lawinę? Nie umiała dojść do żadnego konkretnego wniosku, choć na kartce papieru, która leżała przed nią obok filiżanki z kawą, było zapisanych kilka różnorodnych pomysłów. Bzdurnych – dodała w myślach Lena, krzywiąc się podczas ich ponownego czytania. Gdyby wierzyła w jakiekolwiek zjawiska nadprzyrodzone, powiedziałaby że to czary. Ale jej trzeźwy i realistyczny umysł, energicznie zaprotestował przeciwko takim przypuszczeniom. Niechętnie doszła do wniosku, że musi porozmawiać jeszcze z jedną osoba. Z Adamem Lamerem. Wzdrygnęła się na samą myśl. Nie wiedziała, że przewrotny los bardzo szybko da jej okazję, by ją przeprowadzić, bowiem na horyzoncie, ukazała się mroczna i wysoka sylwetka, idąca od strony centrum miasteczka.
Mężczyzna szedł z pochyloną głową brzegiem jeziora. Niechętnie opuszczał granice swojego domostwa, ale zabrakło mu kilku ważnych rzeczy, które można było jednak bez problemu kupić w tutejszym sklepie. Kątem oka zauważył jak otaczają go z wszystkich stron, pięciu miejscowych dryblasów o ponurych minach i surowo zaciśniętych ustach. Żaden z nich nie dorównywał mu wzrostem, choć w piątkę stanowili zagrożenie, którego nie powinien był lekceważyć.
- Cóż was skłoniło, że zamiast modłów w towarzystwie zakłamanych tutejszych ciot, wybraliście się na ten przyjemny spacerek? – drwina w jego głosie dałam im podstawy do pierwszego ciosu.
- Śmiej się szatański pomiocie – Piotr wymierzył mu kolejnego kopniaka, nie zważając że skulona u jego stóp postać, nie ma już najmniejszych szans na obronę. – To za moją córkę, bo nie wierzę, że nie maczałeś w tym palców...
Adam pomimo bólu roześmiał się chrapliwie. To rozjuszyło ich jeszcze bardziej. Bez opamiętania wymierzali kolejne ciosy, zagrzewając się przy tym soczystymi przekleństwami.
- Przestańcie do cholery! - Milena wpadła pomiędzy nich, oddzielając oprawców od ich ofiary. – Czyście już do reszty powariowali, w biały dzień napadać na niewinnego człowieka? Odepchnęła rękę Piotrka, który usiłował odsunąć ją na bok. Potem z wściekłością spojrzała mu w oczy.
- Niewinnego? – prychnął któryś za jego plecami.
- Nie powinnaś się do tego mieszać – odpowiedział jej z wahaniem w głosie. – To nie jest ani twój przyjaciel ani twoja sprawa.
- Wstydź się! W piątkę napadać na kogoś, komu nie daje się nawet cienia szansy na obronę. Uważasz się za lepszego od niego, a zachowujesz jak dzikie zwierze, które nawet ciężko jest porównać z człowiekiem...
- Marek przyznałby mi rację.
- Ale nie ja! A teraz wynocha stąd zanim powiadomię policję.
Pozostała czwórka zerknęła na Piotrka nieznacznie się cofając. Tylko on pozostał niewzruszony na swoim miejscu i wbił w nią harde spojrzenie.
- Nie ma sprawy, załatwimy to innym razem. Może ten tam odwdzięczy ci się wieszając cię na haku w spiżarni – roześmiał się ze swojego niezbyt wybrednego dowcipu, odwrócił na pięcie i już go nie było. Reszta poszła w jego ślady. Jeszcze przez moment obserwowała jak się wycofują, a kiedy znikli na dobre, powoli odwróciła się do siedzącego na ziemi Adama. Z bliska jego twarz, pomimo obficie krwawiącego nosa, rozciętej i opuchniętej wargi oraz powoli ukazujących się siniaków wyglądała na jeszcze bardziej fascynującą, niż mogłaby się tego spodziewać. Splunął krwią, a potem delikatnie obmacał językiem zęby, sprawdzając czy są wszystkie. Przez tą chwilę przyglądała mu się w milczeniu, notując każdy szczegół jego twarzy. Miał zbyt surowe rysy, by uznać go za urodziwego, ale w połączeniu z jasnoszarym kolorem oczu, ciemną karnacją i rzęsami jakby posmarowanymi kawałkiem węgla, fascynował i przyciągał wzrok w jakiś nie wytłumaczalny sposób. Wrażenie to pogłębiały, pół długie, rozwichrzone włosy i kilkudniowy zarost. Lena przyklęknęła i z zakłopotaniem się uśmiechnęła.
- Najlepiej by było gdyby mógł zbadać cię lekarz.
- Po co? – spojrzał na nią lekceważąco. – Zagoi się i bez tego...
- Pokaż – zsunęła rękawiczkę i delikatnie dotknęła jego twarzy. Syknął i gwałtownie odsunął głowę. Nie wiedziała tylko czy było to spowodowane bólem, czy też niechęcią przed fizycznym kontaktem. Potem z głośnym jękiem podniósł się na nogi i chwycił za prawy bok.
- Naprawdę myślę, że jakaś mała konsultacja by się tu przydała...
- Ja jestem lekarzem głupia!
- O ile dobrze kojarzę, to weterynarzem. Poza tym pszczoły i szczury to nie to samo co ludzie? – spokojnie zniosła jego pełne złości spojrzenie.
- Skąd wiesz?
- To małe miasteczko. Mnie za to ciekawi dlaczego nie próbowałeś się przed nimi bronić?
Nie odpowiedział na jej pytanie, tylko zmrużył oczy.
- Marta jest twoją krewną?
- Tak. Jestem Lena – jej wyciągnięta dłoń zawisła w powietrzu. Patrzył na nią podejrzliwie, jakby nigdy wcześniej nie spotkał się z takim zachowaniem. Przez chwilę panowało pomiędzy nimi milczenie, potem dziewczyna odchrząknęła z zakłopotaniem. Nie miała zamiaru tak łatwo się poddawać.
- Ty jesteś Adam, prawda? Skoro nie chcesz pomocy fachowca to chociaż podwiozę cię do domu, w końcu i tak mam po drodze.
Nie odpowiedział tylko ostrożnie poruszył lewą ręką i z jego ust wydobył się zduszony syk. Potem niechętnie skinął głową. Lena w milczeniu pozbierała do torby rozsypane zakupy i skierowała się w stronę swojego niewielkiego autka. Pokuśtykał za nią i bez słowa zajął miejsce obok. W milczeniu dojechali do skrzyżowania na skraju wioski i tam, krętą drogą dotarli do ponurego domostwa, którego dach uginał się pod ciężarem śniegu, a ciemne okna ziały pustką i smutkiem. Lena uśmiechnęła się mimo woli, bo uświadomiła sobie właśnie jak bardzo dom może przypominać właściciela. Ten w którym mieszkała był jasny i słoneczny, a z każdego kąta wyzierała radość i wspomnienia wszystkich przeżytych szczęśliwych chwil. Domostwo Adama było tak samo jak on niedostępne, ciche i tajemnicze. Oraz zaniedbane, dodała w myślach, obserwując jak jej pasażer wysiada i nawet się nie pożegnawszy, kieruje ku zrujnowanemu gankowi. Ale ona nie po to pokonała swój strach, aby poprzestać tylko na widoku kilku zasp śniegu i okien, na których mróz wymalował abstrakcyjne obrazy. Dopiero kiedy trzasnęła drzwiami auta, obrócił się i spojrzał na nią z wrogością.
- Nie zapraszałem cię.
Westchnęła. Nie ułatwiał jej sprawy.
- Zapomniałeś siatki z zakupami – to mówiąc, podeszła bliżej, udając że nie słyszy jakby ostrzegawczego skrzypienia desek pod stopami, ani nie zauważa słów, które dopiero co wypowiedział. – Poza tym jeśli masz jakieś bandaże i coś do dezynfekcji, opatrzę ci rany, zwłaszcza te na przedramieniu.
Zmrużył oczy i nie odpowiadając, szerokim gestem zaprosił ją do środka. Było w tym tyle drwiny, jakby właśnie przed chwilą odczytał wszelkie jej obawy i strach, a teraz zamierzał to wykorzystać.
- Skoro tak to pani przodem...
Wchodząc do środka, usiłowała nie dostrzegać jego złośliwego spojrzenia i nawet kiedy z hukiem zatrzasnął za nią drzwi, nie obejrzała się, tylko ze spokojem podeszła do stołu stojącego pośrodku holu. Odłożyła zakupy i jak gdyby nigdy nic, zdjęła najpierw czapkę i szalik, a potem kurtkę. Potem rozejrzała się dookoła. Ściany, niegdyś zapewne białe, teraz straszyły nieregularnymi plamami i łańcuchami pajęczyn, dziury w przetartym i brudnym dywanie ukazywały poczerniałą ze starości podłogę, a dwie nędzne lampki wiszące po przeciwnych stronach, dodatkowo potęgowały to wrażenie zaniedbania, nieomal całkowitej ruiny i grobowej atmosfery.
„Cudownie” – pomyślała Lena. Znalazła się we wzorcowym domu duchów, a za plecami miała potencjalnego psychopatę.
- Drzwi na prawo prowadzą do kuchni – aż podskoczyła na nieoczekiwany dźwięk jego głosu tuż za swoimi plecami. – Tam chyba będę miał jakieś środki opatrunkowe. Skoro już tak bardzo chcesz się zabawić w pielęgniareczkę...
To nie słowa, ale ton w jakim były wypowiadane, doprowadził ją do szewskiej pasji. Z furią pchnęła drzwi i znalazła się w przysłowiowej stajni  augiasza.
- O Boże! - jęknęła ze zgrozą.
- No co? Zapomniałem posprzątać – burknął mężczyzna i stanowczym ruchem zmiótł bałagan z najbliższego krzesła.
- O tak! Chyba przez ostatnią dekadę albo coś koło tego...
- Nie mam czasu na głupoty. Spełniaj swój miłosierny uczynek i wynocha.
- Gościnny jesteś. – Dwoma palcami ostrożnie podniosła jakąś szmatę w nieokreślonym kolorze i pociągnęła nosem – Nie masz tu przypadkiem jakiś sympatycznych żyjątek?
- Nie mam – burknął. – To jest wódka do dezynfekcji, bandaż i chusteczki. Tylko tyle, więc bierz się do roboty i pomóż mi z przedramieniem. Resztą zajmę się później sam.
- Muszę umyć ręce. Masz mydło? O ile oczywiście wiesz co to jest...
- Na prawo. Wodę też mam...
Pokręciła głową z rezygnacją i usiłując ominąć co większe plamy na podłodze, podeszła do okna, pod którym znajdowała się szafka ze zlewem. Stary kran trzeszczał i rzęził, jakby były to jego ostatnie chwile, ale umyła ręce i o dziwo, nawet wytarła je w nowiutki ręcznik, wiszący tuz obok. Adam siedział już na krześle, obserwując ją z mieszanką widocznej niechęci i starannie skrywanej ciekawości. Ciężko było mu jednoznacznie stwierdzić czy jej duże marzycielskie oczy były bardziej brązowe, czy też zielone. Twarz miała upstrzoną malutkimi złotymi piegami, a delikatnie zarysowane brwi nadawały jej wyraz niemego zapytania, który sprawiał, że poczuł nagle dziwną ochotę do udzielenia na to nieme pytanie odpowiedzi. Ciemne, niemal czarne włosy, były splecione w niedbały węzeł na karku, z którego teraz, pod koniec dnia, wymykały się wijące w nieładzie kosmyki. Przyciągała uwagę jak magnes, w przedziwny niewymuszony sposób.
Kiedy podeszła do niego, zauważyła, że nie zdjął jeszcze kurtki, ale na stole było już sporo wolnego miejsca, stała też butelka alkoholu i leżały jakieś niewielkie paczuszki. Widocznie rany na lewym boku naprawdę mu dokuczały,
- Najpierw musimy to z ciebie zdjąć – zabolało, bo zauważyła jak się skrzywił. - Okey, wierzch już mamy, teraz sweter i koszula. Poczekaj, nie tak szybko, mogę ci przecież pomóc.
- Sam sobie poradzę – warknął.
- Ale będzie cię bardziej bolało... – zaczęła i nagle zamilkła, wpatrując się w obnażonego do pasa mężczyznę. Takiego widoku raczej się nie spodziewała. Miał idealnie wyrzeźbione ciało, założyłaby się, że same mięśnie, bez grama zbędnego tłuszczu. Ciemny zarost delikatnie pokrywał piersi, schodząc cienką smuga w dół brzucha i znikając na skraju spranych dżinsów. Bardziej wyglądał na katalogowego modela, niż na kogoś, kogo jak morowej zarazy unikało całe miasteczko. Poczuła, że nagle zaschło jej w gardle i z trudem przełknęła ślinę.
- Co się tak gapisz? Jest zimno, nie będę tak siedział wiecznie – jego opryskliwy ton wyrwał ją spod wpływu tego hipnotyzującego widoku. Postanowiła skupić wzrok na sinofioletowym siniaku, widocznym na prawym boku i długiej szramie, pokrytej zaschniętą krwią na lewym przedramieniu. Z pierwszym nic nie mogła zrobić, ale ranę delikatnie przemyła i osuszyła papierową chusteczką. Przez cały ten czas starała nie patrzeć na jego twarz i ignorować muskularne przedramię, które dotykała. Była zła sama na siebie, ale nic nie mogła poradzić na to, że wzbudzał w niej takie, a nie inne emocje.
- Au! – aż podskoczył, kiedy nieostrożnym ruchem musnęła zraniony bok. – Zrób tak jeszcze raz a...
- A co? – spokojnie spojrzała w jego gniewne oczy. – Skręcisz mi kark, a zwłoki zakopiesz w ogródku? Zresztą proponowałabym zostawić je gdzieś w kąciku kuchni, z pewnością nikt by nie zauważył – ostatnie słowa wypowiedziała już w wyraźnym rozbawieniem. – Przynajmniej nie do pierwszych porządków...
- Śmiej się, śmiej. Upchnę cię w spiżarce i może nawet porządki cię ominą...
Po raz pierwszy od kiedy spotkali, znikło nieprzyjemne napięcie, które panowało między nimi. I po raz pierwszy udało jej się uchwycić błysk poczucia humoru w jego oczach. Spojrzał na nią bez wrogości, z uśmiechem błąkającym się gdzieś w kącikach ust. Ale to było jeszcze gorsze, bo w jakiś niewyjaśniony sposób odmieniło całą jego twarz. Zamiast skulonego ponuraka, siedział teraz przed nią cholernie interesujący mężczyzna, co prawda trochę zaniedbany, ale to tylko dodawało mu seksapilu. Wciąż stała obok, z jedną ręką opartą na stole, w drugiej trzymając nie rozpakowany bandaż, w panice zastanawiając się co powinna teraz zrobić.
- Co się stało? – chyba jednak zaczął się domyślać, co się z nią dzieje, bo delikatnie wyjął z jej dłoni opatrunek i kpiąco powiedział:
- Dalej sam sobie poradzę. Dasz radę wrócić samodzielnie do domu?
- Co?! A tak. Zamyśliłam się trochę i nie słyszałam o co pytałeś – miała tylko nadzieję, że rumieniec powoli wypełzający jej na policzki, nie był tak wyraźny jak myślała. Splotła dłonie i zerknęła w dół, na siedzącego przed nią mężczyznę. Ich spojrzenia na moment się skrzyżowały, czarne źrenice zatopiły się w zielonych oczach, a potem Lena gwałtownie się odwróciła i niemal biegiem uciekła do holu. Miała gdzieś co pomyśli o tym Adam, chciała tylko stąd uciec i zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Jeszcze czapka... – Niemal wyszarpnęła ją z jego dłoni, wymruczała niewyraźne podziękowanie i pomachała na pożegnanie ręką, nawet się nie odwracając. Wypadła na zewnątrz jak gdyby goniło ja stado demonów i z ulgą powitała mroźne powietrze, które ochłodziło jej rozpalone policzki.
Kiedy odjeżdżała w tylnym lusterku wciąż widziała jego nieruchomą postać stojącą na ganku, w niedbale zapiętej koszuli i z gołą głową. Choć to do niej nie podobne, nie umiała zapanować nad paniką, która ją ogarnęła i pochłonęła niczym fale wzburzonego oceanu. Wiedziała, że ta wizyta będzie ryzykowna, ale nigdy by nie przypuszczała, że w ten właśnie sposób. No cóż, Adam okazał się bardzo pociągającym facetem, choć udawało mu się to znakomicie ukrywać. Pochłonięta dziwnymi i niezbyt wesołymi myślami, omal nie staranowała kota, który miaucząc wybiegł jej na spotkanie. Drążącą dłonią podrapała go za uchem, z ulgą wsłuchując się w znajome mruczenie, jak zawsze dodające otuchy. Jednak dopiero kubek grzanego wina  przywrócił jej spokój ducha i pozwolił na jasne przemyślenie dzisiejszych wydarzeń. Było jej głupio, że zachowała się niczym nieopierzona nastolatka, silnie reagująca na odrobinę męskiego ciała. A na samym końcu nieomal salwowała się ucieczką. Nawet nie chciała wiedzieć, co on sobie o niej mógł pomyśleć. Zaoferowała swoją pomoc z ciekawości, mając nadzieję, że uda jej się czegoś dowiedzieć o tym człowieku, co być może pozwoliłoby dopasować kilka elementów zagadkowej układanki. W zamian za to odkryła, że drzemią w niej nigdy wcześniej nie odkryte emocje, o których tak naprawdę nie chciała wiedzieć. Najgorsze była jednak świadomość, że on doskonale zdawał sobie sprawę z  tego co się z nią dzieje. Stąd ten kpiący uśmieszek i ton wyższości w głosie.
- A niech to... – resztę przekleństwa wymamrotała szeptem pod nosem. Nakryła się kołdrą aż po czubek głowy, tak jak zwykła czynić to w dzieciństwie, gdy czegoś się bała lub czuła się zakłopotana. Sen przyszedł o wiele szybciej niż się spodziewała, pozwalając zapomnieć o wszystkich nurtujących ją problemach.

link do części II - klik

4 komentarze:

  1. piękne... tylko najchętniej przeczytałabym już zakończenie chociaż jednej z tych histori bo mam wrażenie, że zamiast bliżej jest nam do nich coraz dalej.

    Nie mniej jednak, cieszę się, że autorka myśli o swoich czytelniczkach i nie zostawia w potrzebie nawet jeśli występują problemy natury technicznej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś pisałam wyłącznie dla siebie, teraz piszę i dla was :)))
    Niekompletnych dam całość, łącznie z zakończeniem...

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam większość opowiadań, które zamieściłaś na blogu. Są podobne do siebie, a jednak zupeł nie inne. Mimo wszystko, w głowie zrodziło mi sie pytanie: dlaczego niemal wszystkie główne bohaterki Twojej prozy są dziewicami, mają kręcone włosy, złote piegi, buńczuczny, zaczepny charakter i są niepoprawnymi romantyczkami? Powiem szczerze, że dopadł mnie lekki zawód, gdy po raz kolejny przeczytałam: "Emocje, których jeszcze nie znałam". Nie myślałaś o wprowadzeniu jakiegoś urozmaicenia? Piszesz świetnie, lekko i zwiewnie. Niemniej, brniesz w określony schemat, który sprawia, że po czasie Twoja literatura robi się przewidywalna, nieco nudnawa. Bardzo lubię Twoje opowiadania, odkąd dorwałam pierwszą część "Wygranej" na portalu Pokątne.pl. Wielka byla moja radość, gdy wpadłam w sidła Twojego bloga, bo czytam przed snem i niejednokrotnie zdarzyło mi sie stracić poczucie czasu. ;)
    Niemniej, jak napisałam wyżej, czuje się nieco zawiedziona i rozczarowana regułą, której uparcie się trzymasz.
    Pozdrawiam serdecznie!
    M.

    OdpowiedzUsuń
  4. No taaak. Coś czuję, że się dziś nie wyspie :-) powiem tylko tyle, że nie zgadzam sie z panią wyżej. Moim zdaniem takie przedstawienie postaci mowi więcej o autorce niz wszystkie opowiadanoa razem wzięte! Jeśli tak kteujesz swoją postać, to musisz znac kogos o takich cechach charakteru i go cenić bądź tworzyć na własne podobieństwo... Przynajmniej z charakterem:-)

    OdpowiedzUsuń