niedziela, 23 czerwca 2013

Aż do końca świata (I)

Bardzo długo się zastanawiałam czym was tu dziś uraczyć. Jakoś nie mam natchnienia na kolejny przepis, nie mówiąc już o tym, że większość fotek mam na zepsutym dysku zewnętrznym.
Postanowiłam, że zamiast wampirów dam wam demony ;) Ci z was, którzy czytali na pokątnych opowiadanie pt: Sen, być może dostrzegą co łączy te dwa utwory.
Miłej lektury!


           Aż do końca świata (I)

Zakochałam się w demonie
On jest ciemną stroną mej duszy
Ja światłem, które rozjaśnia jego świat

Choć wciąż niepewny, to już całkiem wyraźnie odczuwalny rozejm, trwał od dobrych kilku lat. Wojna zmęczyła nie tylko mieszkańców dolin, ale także i demony. Obie strony z dużym entuzjazmem przystały więc na pokój, kończący przeszło trzydziestoletnie walki.
I właśnie dlatego siedziałam teraz w niewygodnym powozie i podążałam na północ, by swym zamążpójściem przypieczętować pakt pomiędzy dwoma najpotężniejszymi rodami dolin. Nie znałam jeszcze swego przyszłego małżonka, ale mówiono, że był najlepszą partią nadmorskich włości. Tyle oficjalnie. Umiałam słuchać i wyciągać wnioski, więc doskonale wiedziałam, że uznawany był również za największego łajdaka i zdobywcę niewieścich serc oraz cnoty...
Ale o mym losie nie decydowałam ja, lecz moi rodzice, pochodzenie i tytuł. Jeśli będę miała szczęście, to być może uda mi się utrzymać zainteresowanie męża przez rok lub dwa. A potem podzielę los tych samotnych, opuszczonych żon, które pociechy szukają we własnych romansach.
Poczułam smak rozgoryczenia, bo nie takiego życia pragnęłam. Ale wybrano za mnie i na razie musiałam się temu podporządkować.


1.
Zamek był cudowną, strzelistą fortecą z białego kamienia. Otoczony przez lśniącą błękitem rzekę, pełne zieleni sady i parki, bardziej niż jakakolwiek inna budowla, którą widziałam, przypominał legendarne siedziby bogów. Nadmorskie prowincje najmniej ucierpiały podczas wojny, dlatego nie było tu widać tylu zniszczeń, co w stronach, z których pochodziłam. Ze zdumieniem zauważyłam obce w swej inności twarze, należące z pewnością do demonów, które z rzadka wyłaniały się z barwnego tłumu przemierzającego miasto. No tak, słyszałam przecież, że wiele z nich osiedliło się na północy, w porozumieniu z tutejszymi lordami. To jeszcze bardziej niż brak zniszczeń, pokazywało jak słabo mieszkańcy tej części dolin odczuli wojenną zawieruchę.
W środku zamek prezentował się jeszcze lepiej niż na zewnątrz. Pomyślałam, że będę miała o czym pisać w listach do sióstr i matki. Na razie jednak musiałam przejść przez trzymiesięczny okres zaręczyn, co samo w sobie wydłużało tylko moją mękę. Wolałabym od razu podłożyć głowę pod ten topór. Jednak takie były zasady i musiałam je respektować - kolejna sprawa, w której nie miałam nic do powiedzenia. Zastanowiłam się, ile jeszcze podobnych rzeczy będzie w przyszłości?
Po oficjalnym powitaniu, zaprowadzono mnie do mej komnaty. Kiedy tylko się przebrałam, odprawiłam służbę. Chciałam być teraz zupełnie sama, by móc wymknąć się na krótki spacer i wrócić przed wieczornym balem, na którym miałam poznać mego przyszłego małżonka. Z moich ukradkowych obserwacji wynikało, że nie będzie to trudnym zadaniem.
Kiedy już byłam pewna, że uwierzono w moje udawane wyczerpanie podróżą, szybko wygrzebałam z dna kufra, białą niepozorną suknię z czarnym gorsetem. Taką jak nosiło w dolinach tysiące zwyczajnych dziewcząt. Rozplątałam wymyślną fryzurę i pozwoliłam by moje ciemne włosy swobodnie opadły na ramiona. Okutana w kolorową chustę, ukradkiem wymknęłam się z komnaty. Była to właśnie pora obiadu, od którego udało mi się wymigać. Dlatego też bez problemów dotarłam do bramy łączącej zamek z miastem i wesoło pozdrowiwszy zaspanego strażnika, ruszyłam przed siebie. Idąc, podziwiałam niewielkie kamieniczki, małe placyki wypełnione kamiennymi fontannami o wymyślnych kształtach; uśmiechniętych ludzi, wesoło odpowiadających na moje powitanie. Na niedużym straganie, kupiłam ogromną, złocistą brzoskwinię. Niewiele się namyślając upatrzyłam sobie wygodne miejsce pod rozłożystym drzewem, naprzeciw którego biła duża fontanna, a za nią rozciągał się cudowny widok na łąki leżące tuż za granicami miasta. Z westchnieniem ulgi opadłam na zielony kobierzec i zatopiłam zęby w soczystym owocu. Potem pomyślałam, że ta północ może wcale nie będzie taka zła...

2.
Usiadłem w głębokim cieniu gęstych krzewów. Wolałem pozostać mało widoczny. Jako człowiek, byłbym jedną z wielu podobnych twarzy. Jako demon, budziłbym strach wymieszany z szacunkiem. Ale ja byłem mieszańcem, rzadko spotykanym dziwadłem. A takich nie chcieli u siebie ani ludzie, ani demony. Zrzuciłem torbę z ramienia i wyjąłem z niej czerstwy już chleb i kawał suszonego mięsa. Ukradłem to jakiemuś kmiotkowi, którego napotkałem na mej drodze. Musiało starczyć na dziś i jutro, potem znów będę musiał zatroszczyć się o prowiant. Robiłem to niechętnie, ale duma nie pozwalała mi prosić o pomoc. Lepiej było już zostać złodziejem. Właśnie silnym ruchem zębów oderwałem kęs mięsa, kiedy zobaczyłem tę dziewczynę. Choć nie była uderzająco piękna, to przyciągnęła moją uwagę, w jakiś przedziwny niewymuszony sposób. Niewysoka, o bardziej krągłej niż szczupłej figurze, ale mnie zauroczyły te wszystkie kobiece wypukłości jej ciała. Długie, czarne włosy, tańczyły wokół twarzy o miękkich rysach dziecka, ogromnych ciemno szarych oczach i delikatnie wykrojonych ustach. Siedziała pod rozłożystym drzewem i zajadała się ogromnym owocem. Widziałem jak uśmiecha się sama do siebie, jak odwraca twarz w kierunku świecącego słońca i pozwala by lekki wietrzyk rozwiewał jej włosy. Było w niej tyle nieokiełznanej radości, tyle szczęścia i energii, że nie mogłem oderwać oczu od tego widoku. Nie mogłem oderwać wzroku od niej. Zapomniałem o głodzie, o zmęczeniu, o tym jak bardzo nienawidziłem wszystkich ludzi. Znieruchomiały, zapatrzyłem się w świetliste oczy i usta pełne uśmiechów. Kiedy wstała i wolnym krokiem skierowała się w stronę centrum miasta, zerwałem się i ukradkiem podążyłem za nią. Nie chciałem by mnie spostrzegła, zbyt dobrze wiedziałem, że nie budzę przyjaznych uczuć wśród ludzi. Szła coraz wolniej, jakby zmuszając się do podążania wybraną trasą. Dotarliśmy w ten sposób aż do bram zamku. Tam pozdrowiła strażnika i znikła za ogromnymi, okutymi żelazem drzwiami. Przez chwilę wahałem się, a potem uległem nieznanemu impulsowi i rozejrzawszy czy nie będę miał przypadkowych świadków, wdrapałem się po bocznej ścianie wieży. Musiałem to zrobić ostrożnie, aby nikt mnie nie zauważył. Ryzykowałem właśnie chłostę i kilku tygodniowe więzienie. Sama wspinaczka nie stanowiła dla mnie najmniejszego problemu, w końcu odziedziczyłem bardzo wiele po moim ojcu. Kiedy tylko upewniłem się, że ukazała się po drugiej stronie muru, ześlizgnąłem się z powrotem. Nie czas teraz na myszkowanie po lordowskich włościach. Wiedziałem jednak, że przyjdę tu wieczorem, kiedy na zamku większość służby będzie zajęta organizowaniem balu. Wtedy będę miał doskonałą okazję, by dowiedzieć się czegoś więcej o dziewczynie, która tak mnie urzekła.

3.
Suknia zaręczynowa była tak sztywna i niewygodna, że niemal wpadłam w panikę. Jak miałam wytrzymać w tym krawieckim arcydziele cały wieczór? Jakby tego było mało, stanowiła wyjątkowe połączenie najbardziej nie twarzowego koloru i kroju, jaki mógłby być dla mnie stworzony. Moje długie, wijące się w lokach włosy, zaczesano na czubku głowy w sztywny kok. Obwieszona klejnotami, wyglądałam niczym strojny strach na wróble. I jak ja miałam w czymś takim oczarować jakiegokolwiek mężczyznę? Do całości kazano założyć mi jakieś okropnie niewygodne pantofelki, które cisnęły tak, że niemal nie mogłam uczynić kroku. Na szczęście podstępem udało mi się zamienić je na miękkie, skórzane botki. Spod sukni i tak nie były widoczne, więc nie musiałam obawiać się kompromitacji.
Z bijącym sercem i opuszczonymi skromnie oczyma, zeszłam po szerokich schodach. Wiedziałam, że przypatruje mi się wiele krytycznych par oczu. I mój przyszły małżonek.
Lord Ayron okazał się wyjątkowo przystojnym mężczyzną. Miał w oczach coś takiego, że przestałam dziwić się jego sławie pogromcy kobiet. Lekko pogardliwy uśmieszek na ustach dodawał uroku, ale chłód w spojrzeniu był niczym zgrzyt ostrza na szkle.
Nie spodobał mi się. Bywa czasem tak, że niektóre osoby wywołują u nas natychmiastową antypatię. I tak też było w tym przypadku. A ja miałam zostać za trzy miesiące jego żoną! Poczułam jakby coś zimnego i mokrego przesunęło się po moich plecach. Narastająca panika uczyniła z mojej twarzy maskę zastygłą w uprzejmym i wymuszonym grymasie. Poza tym zbyt dobrze dostrzegałam jego brak zainteresowania dla mojej osoby. Zmierzył mnie spojrzeniem od góry do dołu i szepnął coś na ucho złotowłosej piękności stojącej tuż obok. Potem oboje roześmiali się, jakby z dobrego kawału. Jej dłoń poufale spoczęła na jego ramieniu, jakby chciała od samego początku dać mi do zrozumienia, czego mogę się spodziewać.
Oczywiście przedstawiono nas sobie. Doczekałam się nawet uprzejmego ukłonu i kilku zdawkowych komplementów. Choć na zewnątrz zachowałam spokój, w środku czułam narastającą wściekłość. Nie oczekiwałam wiele, ale powitanie przyszłej małżonki z kochanką przy boku, to była już jawna zniewaga. Nie chciałam i nie mogłam puścić tego płazem.
Goście podzielili się teraz na mniejsze grupki. Ja zostałam sama z kielichem pełnym wina w dłoni. Czułam dominujące uczucie upokorzenia. Byłam tu nikim, klaczą rozpłodową mającą zadbać o kontynuacje rodu. Do tego, ze względu na moje pochodzenie i tytuły nadawałam się znakomicie. Nawet kolacja nie poprawiła mi humoru. Siedziałam co prawda na honorowym miejscu, ale po lewej ręce lorda Ayrona, który kompletnie mnie ignorował. Cała jego uwaga skupiała się na tej złotowłosej piękności i co rusz wznosił toasty na jej cześć. I jak widać nikomu nie przeszkadzało moje poniżenie. Nikt nawet nie okazał zakłopotania z powodu zaistniałej sytuacji.
– Czy mogę zamienić z panem kilka słów na osobności milordzie?
Zdziwiony spojrzał prosto na mnie. Był już nieźle wstawiony, ale obojętnie wzruszył ramionami i skinął głową. Uprzejmym gestem wskazał mi drogę i wyszliśmy na tyły ogrodu. Tutaj wstęp mieli tylko właściciele, dlatego mogliśmy liczyć na dyskrecję.
Popatrzyłam hardo w jego oczy. Potem dumnie uniosłam głowę.
– Wiem, że nasz ślub to tylko przykry obowiązek…
– Skąd u ciebie pani tak spostrzegawczość? – Drwina w jego głosie była bardzo wyraźna.
Nie miałam ochoty na słowne utarczki.
– Stawiam sprawę jasno. Nie pozwolę się traktować z tak jawnym lekceważeniem jak przed chwilą. Twoja kochanka musi odejść.
Zaczął się śmiać. Wtedy nie wytrzymałam. Wymierzyłam mu siarczysty policzek. I nie zdołałam trafić. Chwycił moją rękę i boleśnie wykręcił.
– Posłuchaj mnie teraz wyraźnie, córeczko potężnego tatusia! I lepiej zapamiętaj moje słowa. Jak sama słusznie zauważyłaś, jesteś tylko przykrym obowiązkiem. Gdybym miał cię wziąć za kochankę, to chyba tylko z braku czegokolwiek lepszego...
Oburzona szarpnęłam uwięzione ramię. Ale on przybliżył swoją twarz i zmusił mnie bym spojrzała w jego pełne chłodu i pogardy oczy.
– Dlatego wrócimy teraz na przyjęcie i będziesz się zachowywać jak przykładna, potulna narzeczona. Za to obiecuję ci, że noc po ślubie będzie należała tylko do ciebie.
– Za bardzo sobie pochlebiasz – syknęłam. – Gdybym miała wybierać, to wolałabym kogoś mniej pijanego, zużytego i bardziej męskiego.
Wymierzył mi siarczysty policzek. Jak widać nie lubił takich słów.
– Zaraz pokażę ci jak jestem męski. – Jedną dłonią szarpną dekolt mojej sukni. I podniósł rękę, by wymierzyć kolejne uderzenie. – A krzycz sobie, myślisz że ktoś…
Nie zdążył dokończyć tych słów. Coś rozdzieliło nas i z potworną siłą rzuciło nim o twardą ziemię. Zaskoczona patrzyłam na ogromnego mężczyznę, który właśnie rozprawiał się z jego lordowską mością, waląc w jego szlachetne oblicze. Potem odwrócił się w moją stronę. Tylko przez ułamek sekundy czułam strach, potem zniknął, a ja wpatrywałam się zafascynowana w mojego obrońcę. Dość wysoki, muskularnie zbudowany, o ciemnej połyskującej skórze i krótko obciętych srebrzystych włosach. Surowe rysy twarzy, mocno zarysowana szczęka i wąskie, mocno zaciśnięte wargi. I najcudowniejsze oczy, jakie zdarzyło mi się ujrzeć. Lekko skośne, w niezwykle ciemnej oprawie, o kolorze doskonale wypolerowanego srebra i wąskich, pionowych źrenicach. Teraz już wiedziałam, że nie był człowiekiem.
– Na przyszłość nie daj sobą tak pomiatać – głos miał lekko schrypnięty, jakby nieprzywykły do mówienia. Potem odwrócił się zamierzając odejść.
– Zaczekaj! – Odruchowo złapałam rękaw jego ciemnej koszuli. Nie mogłam pozwolić tak po prostu mu zniknąć. – Zabierz mnie ze sobą.
Jego brwi uniosły się w górę w niemym zdumieniu. Sama byłam zaskoczona swoimi słowami, ale zaledwie je wypowiedziała, to poczułam, że naprawdę chciałabym, aby zabrał mnie ze sobą.
– Proszę! Nie chcę tu zostać.
Przez chwilę wpatrywał się we mnie w milczeniu. Potem na jego twarzy ukazał się wyraz rozbawienia, zupełnie niepasujący do tej dziwacznej sytuacji.
– Chcesz ze mną iść tak ubrana?
Teraz już rozumiałam, dlaczego się uśmiechał.
– Ależ skąd! – Zaczęłam ściągać biżuterię, nie patrząc nawet gdzie ją rzucam. Zajęło mi to dobrą chwilę.
– Masz może nóż?
Podał mi niewielki, ale wystarczająco ostry sztylet. Z furią przecinałam wszystkie te wiązania i tasiemki. W końcu pozbyłam się tej koszmarnej konstrukcji i pozostałam tylko w lekkiej, spodniej halce. Noc była ciepła, więc nie obawiałam się, że zmarznę. Nie ruszył się z miejsca by mi pomóc, tylko z ciekawością przyglądał.
– Czy teraz już lepiej? – spytał, gdy tylko z westchnieniem ulgi rozpuściłam włosy.
O nie! Jeszcze musiałam coś zrobić. Odwróciłam się w kierunki jego lordowskiej mości, który właśnie odzyskiwał przytomność. Potem wymierzyłam mu potężnego kopniaka.
– Teraz już lepiej – powiedziałam z satysfakcją. Nieznajomy nie był zaskoczony moim czynem. Wręcz przeciwnie, wyglądał na jeszcze bardziej rozbawionego.
– Znikamy stąd. Zanim zauważą jego szlachetność tarzającego się w trawie z podbitym okiem i wybitymi zębami...
Chwyciłam jego silną i jednocześnie chłodną dłoń. Pociągnął mnie za sobą przez ciemny gąszcz, sobie tylko wiadomym szlakiem. Musiał widzieć w ciemnościach znacznie lepiej ode mnie. Szybko dotarliśmy do wysokiego muru.
– I co teraz? – Nigdzie nie zauważyłam żadnej drabiny czy liny. Choć przy blasku księżyca, mogłam po prostu to przeoczyć.
– Nie są nam potrzebne – szeptem odpowiedział na moje niewypowiedziane pytanie. – Musisz tylko mi zaufać.
Zaufałam. I to był pierwszy krok, który uczyniłam w kierunku zupełnie szalonej przyszłości.

4.
Kiedy tylko zapadł zmierzch, wdrapałem się po murze i bez najmniejszego problemu go przeskoczywszy, wylądowałem na miękkiej trawie. W oddali słychać było muzykę i szum głosów. Skierowałem się prosto na tyły ogrodu, nie chcąc natknąć się na któregokolwiek z gości. I wtedy usłyszałem burzliwą rozmowę dwóch osób, mężczyzny i kobiety. Zaciekawiony odsunąłem gałęzie i zobaczyłem obiekt mych poszukiwań. Ależ ona wyglądała w tej dziwacznej i okropnej sukni! W jednej chwili zrozumiałem też, że nie jest zwykłą służącą – tamten strój stanowił tylko doskonałe przebranie. I poczułem ogromny zawód. Potem moją uwagę przykuł mężczyzna, zarozumiały i wydelikacony typek, w którego głosie było słychać tyle pogardy.
Uderzył ją! Nie pomyślałem o konsekwencjach, tylko rzuciłem się w jego kierunku i wymierzyłem mu silny cios. Ogłuszony padł na ziemię, a ja spojrzałem na dziewczynę.
– Na przyszłość nie daj sobą tak pomiatać.
Odwróciłem się zamierzając odejść.
– Zaczekaj! – chwyciła skraj mojego rękawa. – Zabierz mnie ze sobą.
Tym razem udało jej się mnie zaskoczyć. Choć musiała zauważyć, że nie jestem człowiekiem, to jednak nie widziałem w jej oczach strachu. Tylko desperację. Była piękna pomimo tego durnego stroju, dziwiłem się, że ten facet, któremu przed chwilą zdrowo przyłożyłem, tego nie zauważał. Potem wyobraźnia podsunęła mi widok jak przerzucam ten strojny pakunek, jaki stanowiła, przez mur…
– Chcesz iść ze mną tak ubrana?
Od razu zrozumiała, co mnie tak rozbawiło. Poprosiła o nóż, a ja przyglądałem się jak zrzuca z siebie tą całą biżuterię, suknię i z westchnieniem ulgi rozpuszcza włosy. Kiedy nie patrzyła, wsunąłem ukradkiem do kieszeni dwie złote brosze i jeden pierścień. Uznałem, że z pewnością przyda nam się potem trochę gotówki.
– Czy teraz już lepiej? – spytałem.
Zacisnęła usta i odwróciła się w kierunku leżącego na trawie typka, który właśnie zaczynał powoli dochodzić do siebie. Potem wymierzyła mu solidnego kopniaka, w pewne bardzo wrażliwe miejsce.
– Teraz już lepiej – satysfakcja w głosie była aż nazbyt dobrze wyczuwalna. Wyciągnąłem w jej kierunku rękę, którą chwyciła bez najmniejszego wahania. W ciemnościach widziałem doskonale, dlatego bez problemu dotarliśmy pod mur. Bez trudu odgadłem jej myśli, ogrodzenie było wysokie na kilka metrów, nie widać było nigdzie żadnej liny czy drabiny.
– Musisz mi zaufać – powiedziałem. Zrobiła to bez najmniejszego oporu. Dla mnie wspinaczka po takim murze nie był żadnym problemem, nawet z ciężarem na plecach. – Obejmij mnie za szyję i nie puszczaj cokolwiek by się działo.
– Przefruniesz nad nim? – spytała z powątpiewaniem.
– Nie mam skrzydeł. Ale są inne sposoby.
Bez zbędnych słów otoczyła moją szyję ramionami i przytuliła się do pleców. Jedwabiste włosy otarły się moją twarz. Jej zapach był oszałamiającą mieszanką aromatu dojrzałych owoców i kobiecego ciała.
Wylądowałem po drugiej stronie muru. Podziw w jej oczach bardzo mi pochlebił. Ale wciąż mieliśmy mało czasu.
– Musimy uciekać z miasta. Im prędzej tym lepiej.
– Może wcale nie będą nas gonić? – w tych słowach usłyszałem ton goryczy.
– Zależy jak ważny był ten, któremu przyłożyłem.
Przez chwilę szliśmy w milczeniu.
– To był lord Ayron…
Aż przystanąłem zdumiony.
– On? No to mamy duże kłopoty – powiedziałem złowieszczo.
– Nie jestem dla niego nikim ważnym
– Ty może nie, ale jego zraniona duma będzie dopominała się zadośćuczynienia. Musimy natychmiast uciekać w kierunku wschodu.
– Dlaczego akurat tam?
– Bo ze wschodnimi prowincjami tutejsza władza pozostaje w niezbyt dobrych stosunkach. Mamy szansę dotrzeć do równin i tam z pewnością nie będą nas szukać.

5.
Nie zaprzeczyłam. Też słyszałam, że niewielu zapuszcza się na równiny, jałowe pustkowie, prawie w ogóle niezamieszkane. Zresztą czy mieliśmy jakikolwiek wybór? Nawet do domu nie mogłam wrócić, ale on?
– A góry? Przecież masz tam pobratymców?
Parsknął.
– Wierz mi, że bylibyśmy tam tak samo niemile widziani, jak i tutaj.
– Dlaczego? W końcu jesteś demonem?
– Tylko w połowie. Moja matka była zwykłym człowiekiem, tak jak ty.
– Bardzo ci dziękuję za ten wątpliwy komplement – parsknęłam.
– Nie o to mi chodziło – powiedział z nieoczekiwaną łagodnością w głosie. Potem otworzył przede mną jakieś niskie drzwi. – Wejdź. Zgarnę tylko moje rzeczy i ruszamy w drogę. Twoim ubraniem zajmiemy się później, dobrze, że chociaż buty masz odpowiednie.
Spojrzałam w dół, na miękkie trzewiki i wyobraziłam sobie ucieczkę w tych niewygodnych pantoflach na wysokim koturnie. Dobrze, że udało mi się dokonać tej ukradkowej zamiany.
– Pójdziemy pieszo?
– Mam konia. Udźwignie nas oboje, ale będziemy musieli jechać odrobinę wolniej. – Zarzucił niewielką torbę na ramię.
Koń stał w stajni obok. Parsknął z radością na widok swojego właściciela. Jego srebrzysta grzywa wręcz świeciła w balasku księżyca. Był równie oryginalny jak jego pan.
– Nie znam się na tym, ale nigdy nie widziałam podobnego okazu.
– Dostałem go od ojca – mruknął mężczyzna. – Pochodzi z gór.
W oczach miałam dwa znaki zapytania. Postanowiłam, że gdy tylko nadarzy się okazja zmuszę go do opowiedzenia całej historii. My ludzie, tak naprawdę niewiele wiedzieliśmy o demonach. Krążyło mnóstwo pogłosek, plotek, niesamowitych krwawych opowieści i innych bzdur. I wyłowić z tego prawdę było niezwykle trudno.
Posadził mnie przed sobą. Długa suknia halki nie była co prawda najwygodniejszym strojem do podróży konnych, ale podciągnęłam ją wystarczająco wysoko, by zbytnio nie przeszkadzała. Widziałam, jak ukradkiem obserwował moje poczynania. Potem na dłuższa chwilę zagapił się na prawie całkiem nagie nogi.
– Jedziemy? – wykręciłam głowę do tyłu i spojrzałam na niego. O Bogowie, jakie on miał cudowne oczy! Bez słowa skinął głową.
I tak w świetle nadchodzącego poranka, opuściłam miasto, otoczona silnymi ramionami pół demona, pół człowieka. Z pewnością nie tego spodziewałam się, przybywając tu zaledwie dobę temu. Ale dla mnie było to o wiele lepsze, niż perspektywa zostania lordowską małżonką.

6.
Nie myślałem, że to będzie takie trudne. Czułem jej bliską obecność każdym nerwem mego ciała. Owiewał mnie delikatny zapach, czasem powiewające włosy łaskotały w twarz. Na początku siedziała sztywno, potem jednak rozluźniła się i oparła o moją pierś. Otoczyłem ramieniem smukłą talię i po chwili ujrzałem jak jej powieki opadają i dziewczyna pogrąża się w niespokojnej drzemce. Nic dziwnego, miała za sobą wyjątkowo burzliwą noc. Ciekawiło mnie, kim była? Na myśl, że najprawdopodobniej jedną z kochanek lorda, którą porzucił, gdy już wystarczająco się z nią zabawił, poczułem smak goryczy w ustach. Nie pasowała mi do tej roli.
Jechaliśmy mało uczęszczanym szlakiem przez las. Tak było bezpieczniej, bo z pewnością wysłana za nami pogoń podążała głównym traktem. Dlatego wybierałem mało znane i ledwie widoczne dróżki. I tak będziemy musieli zahaczyć o najbliższe miasteczko, uzupełnić prowiant i kupić dla niej jakieś normalne ubranie. Na wpół nagie, zgrabne nogi, które przez cały czas miałem na widoku, stanowiły dla mnie nie lada wyzwanie. Choć unikałem zerkania na nie z całych sił, to i tak, co raz mój wzrok wędrował w tym kierunku. Nie mogłem oprzeć się pokusie i delikatnie pogładziłem je dłonią. Ponieważ dziewczyna nie poruszyła się, moja ręka coraz śmielej wędrowała w górę, a ja rozkoszowałem się aksamitną miękkością jej skóry. Była cudowna... Czułem jak podniecenie zaczyna ogarniać całe moje ciało. Musiałem zakończyć tą zabawę. Ale kiedy już chciałem przerwać, delikatnie i stanowczo położyła na niej swoją rękę.
– Nie przerywaj – wymruczała z wciąż jeszcze przymkniętymi oczyma.
Skoro tak. Powolnym ruchem poprowadziła moją dłoń po skórze, kierując ją do wnętrza ud. Cichutko jęknęła, gdy ustami przylgnąłem do jej szyi. To już nie była niewinna zabawa. Dobrze wiedziałem, że gdy przekroczymy pewien punkt, ja nie będę w stanie się powstrzymać... Miałem przecież w sobie znacznie więcej z demona, niż czasem chciałbym przyznać.
– Musimy skończyć. Zbliżamy się do miasteczka – wyszeptałem na ucho. Jednocześnie dotarłem właśnie do jej gorącego i wilgotnego wnętrza. Naprężyła całe ciało i szerzej rozsunęła nogi, jakby chciała ułatwić mi dostęp do najbardziej intymnych zakamarków.
– Nie, proszę! – cichutko pojękiwała, wijąc się pod moim dotykiem.
Najchętniej spełniłbym tą prośbę. Ale zbyt krótką trasę pokonaliśmy przez ostatnie kilka godzin. Trzeba było zdobyć zaopatrzenie, ubranie, a potem zaszyć w ostępach leśnych i ukradkiem kierować się na wschód. Pewnie nawet nie przypuszczała, jak wiele kosztowało mnie przerwanie tych pieszczot. Kiedy zeskoczyłem z konia, patrzyła na mnie z zarumienioną twarzą i pociemniałymi z pożądania oczyma. Potem pomogłem także zejść i jej.
– Głupio się zachowałam – odwróciła zawstydzony wzrok. - Przepraszam, nie chciałam się narzucać…
– Nie narzucałaś się – odparłem krótko.
– Akurat!
Uśmiechnąłem się i ująwszy jej dłoń, położyłem na mojej stwardniałej męskości.
– Powiedziałem prawdę. Ale być może nie zdajesz sobie sprawy z grożącego nam niebezpieczeństwa? Powinnaś też wiedzieć, jak wiele jest we mnie obcych emocji, takich, które potrafią przerazić zwykłego człowieka.
– Może tak, może nie – powiedziała filozoficznie, poprawiając zadartą sukienkę. – Musisz coś zrobić… – Zrobiła nieokreślony ruch wskazujący na dolną część mego ciała. – Jest zbyt… hm, widoczny…
Spojrzałem w dół. Teraz już wiedziałem, dlaczego nagle poweselała, a w jej oczach migotały psotne chochliki.
– Nieźle mnie urządziłaś. Ale zanim dojdziemy do murów miasteczka, będzie po wszystkim. Tylko łaskawie proszę, abyś szła za mną.
Tym razem otwarcie się roześmiała, a moja wściekła mina nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia.
Ale posłuchała i potulnie podreptała za moimi plecami.

7.
Weszliśmy do miasteczka, przez jedną z czterech bram. Nie było duże, kilkaset dusz zaledwie, lecz dość okazałe. Cały czas podążałam posłusznie z tyłu, podziwiając umięśnioną sylwetkę mego towarzysza, szerokie barki, wąskie biodra, no i co tu dużo mówić... Szalenie seksowne pośladki. Świetnie rozumiałam, dlaczego chciał abym szła za nim, a nie na odwrót. Na samo wspomnienie jego ręki pieszczącej najbardziej intymne obszary mego ciała, dostawałam gęsiej skórki. I żałowałam, że musiał przerwać. Ale przed nami długa droga i z pewnością skłonię go, aby skończył, to co zaczął.
W niewielkim sklepiku byliśmy jedynymi klientami. Wybrał dla mnie raczej praktyczny niż ładny strój – proste ciemne spodnie, białą lnianą koszulę i kamizelkę z jakiejś miękkiej i przyjemnej w dotyku skóry. Potem wypchnął mnie na zaplecze abym się przebrała. Kiedy wróciłam, kupiec z zadowoleniem oglądał dużą złotą broszę, a mój towarzysz kończył właśnie pakowanie zapasowego odzienia. Na moje zdumione spojrzenie, odpowiedział wzruszeniem ramion.
– Możemy iść dalej. Im szybciej stąd wyjedziemy, tym lepiej.
– Gdzie teraz? – Koszula miała trochę za długie rękawy, wiec w końcu zdecydowałam się odrobinę je zawinąć.
– Na targ.
Wyszliśmy na ulicę i skierowaliśmy się w głąb miasteczka.
– Czy to była…?
– Tak. – Jego odpowiedź była zwięzła i prosta. – Oni nie zbiednieją, a my nie musimy się troszczyć przez jakiś czas o pieniądze.
– Dużo tego zabrałeś?
Gwałtownie przystanął i chwyciwszy mnie za ramiona, spojrzał z wściekłością w oczy.
– Wystarczająco, aby twój arystokratyczny tyłek nie ucierpiał od niewygód, jakich doświadczają zazwyczaj prości ludzie!
– Przepraszam – zakłopotana przygryzłam wargę. – Nie chciałam cię urazić. Dlaczego zakładasz, że jestem szlachcianką?
Puścił mnie i ponownie ruszył przed siebie.
– Byłaś jego kochaną?
– Nie, skąd. Narzeczoną.
– Że co?! – Tym razem zatrzymał się w miejscu i ryknął te słowa tak głośno, że wszystkie pobliskie gołębie poderwały się do lotu. – Chcesz mi powiedzieć, że zwinąłem jednemu z najpotężniejszych lordów przyszłą małżonkę?
– Tak jakby… I zapomniałam się przedstawić. Jestem Laila, najmłodsza córka lorda południowych dolin.
– O bogowie! – jęknął i chwyciwszy się za głowę, oparł się o słup latarni. – To nawet ucieczka na równiny nam nie pomoże...
– Nie histeryzuj. – Beztrosko poklepałam go po ramieniu. – Zbyt mocno przyłożyłeś Ayronowi, abyśmy teraz mogli wrócić i grzecznie przeprosić.
Milczał nadal wpatrując się w ziemię pod stopami.
– Jak mogłaś mi nie powiedzieć? – spytał cicho.
– Nie pytałeś. Poza tym ja naprawdę nie chciałam zostać żoną tego łajdaka.
Dopiero teraz spojrzał mi w oczy. W jego wzroku nie dostrzegłam ani odrobiny strachu, jak mogło wskazywać zachowanie, tylko mrożący krew w żyłach lodowaty chłód.


link do części II - (klik)

3 komentarze:

  1. Bardzo mi się podobało, dosyć długie, ale dopracowane :).

    Zapraszam do mnie;
    szmaragdovva.blogspot.com >dopiero zaczynam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chętnie w wolnej chwili sobie zajrzę :) i dam znać o swojej obecności ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygnaniec to pierwsze skojarzenie. :) Drugie to shrek ratujący Fionę z zamku otoczonego wrzącą lawą, pilnowanego przez smoka. ;P. A ogólnie jak zwykle super.

    OdpowiedzUsuń