poniedziałek, 5 czerwca 2017

Ja, Baba! (V)

Za pewnych powodów nie będzie w następnych dwóch tygodniach zbyt wiele się działo na blogu. Nie osobistych, a technicznych. Powiem tylko, że dziś Baba, jutro Pałka. 

            Ja, Baba! (V)
Ginewra
Człowiek to jednak zadziwiająca istota, pomyślałam, obserwując strumień gorącej wody wydobywający się z czegoś dziwnego, co przymocowane było do ściany. Nie uciekłam, nie zemdlałam, nie zaczęłam spazmować, jak na przyzwoitą damę przystało. Metodycznie, małymi kroczkami zaczęłam badać pomieszczenie, w którym się znalazłam. Chyba zaczęłam też rozumieć znaczenie polecenia „wykąp się”.
A potem przepadłam. To było coś tak cudownego, że nie da się tego opisać słowami. Mgiełka z tysiąca kropelek, otulająca moje ciało, spłukująca całą niepewność i strach. Siedziałam tak długo, aż pomarszczyła mi się skóra na koniuszkach palców. Dopiero wtedy odcięłam dopływ wody, poprzez naciśnięcie takiej dziwnej wajchy, po czym zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Nie mogłam sterczeć nago, pośrodku komnaty. Tuż obok zauważyłam coś jakby płótno, tylko takie puszyste i miękkie. Po chwili stwierdziłam z zadowoleniem, że doskonale pomagało osuszyć całe ciało. Gorzej z włosami, ale zawinęłam je w drugą sztukę i po kłopocie. Potem spojrzałam w lustro i potężnie westchnęłam.
Nic, a nic z tego nie rozumiałam. To musiały być potężne czary… Czary? Parsknęłam ze złością. Morgana! Ta wredna małpa, która była moją teściową, z pewnością maczała w tym palce. Głowę dam, że to jej sprawka, tym bardziej, iż nieznany był mi potężniejszy od tego babsztyla mag. To musiała być ona. Tyle razy słyszałam, jak mamrotała, że usunie mnie z tego świata. Mordred wymógł na niej przysięgę, że nie zagrozi memu życiu, więc widać znalazła inny sposób. Przeniosła mnie „gdzieś”. Gdzie? Nie miałam bladego pojęcia! To jakiś dziki, barbarzyński, zupełnie nieznany kraj… Drgnęłam, bo całkiem niedaleko rozległ się dźwięk dzwona. W pośpiechu dopadłam okna i wtedy zauważyłam poczerniałe ze starości mury kościoła. Tak, bo to musiał być kościół.
– Dzięki ci, dobry Boże – wymamrotałam. – Widać ten kraj nie jest aż tak barbarzyński, jak myślałam.

Po cichutku, prawie że na paluszkach, opuściłam łazienkę, kierując się do pokoju, który wskazał mi Mateusz. Była to ogromna sypialnia, z równie wielkim łożem. Po prawej wisiały ubrania, po lewej znajdowało się ogromne okno. Aż mi oczy wyszły na wierzch, bo tak wielkiego kawałka szkła, o takiej czystości, jeszcze nigdy nie widziałam. Usiadłam i gapiłam się bezmyślnie na panoramę nieznanego miasta, aż w końcu przypomniały mi się pewne słowa. Mateusz spytał, czy dostałam imię na cześć królowej z legendy. Małżonki władcy Brytów. Legendy? W takim razie to niekoniecznie musi być inny kraj. Może po prostu zmieniłam tylko czas… O mało nie zemdlałam, gdy ta myśl pojawiła się w mojej głowie, lecz z drugiej strony wiedziałam do czego zdolna jest Morgana. Nasz obopólna niechęć była wręcz patologiczna i nie do pokonania. Słowa danego synowi dotrzymała, nie zrobiła mi krzywdy, a jednocześnie sprawiła, że nie będę potrafiła wrócić do domu.
– Co za wredne, paskudne, sparszywiałe babsko! – wywarczałam, energicznie zrywając się z miejsca. – Otruję tę maszkarę, jak będę miała okazję! Przysięgam!
Niestety, na razie się na to nie zanosiło. Postanowiłam stawić czoła rzeczywistości, ale najpierw musiałam się ubrać. Odzieży było co niemiara, niestety, wszystko jakieś kuse, wąskie, takie rozpustne. Skrzywiłam się, przypominając sobie jak były ubrane te kobiety. Widocznie ogólne rozpasanie w stroju to teraz norma. Cóż, nogi mam niezłe…
Mateusz uprzejmie zapukał, a potem wszedł, podczas gdy ja krygowałam się w lustrze. W błękitnej, zwiewnej sukience było mi do twarzy, miałam jedynie mały problem z bielizną. Co ja miałam u licha założyć pod spód? Głowiłam się nad tym, rozczesując długie, aksamitne pukle, gdy pojawił się mój dzisiejszy opiekun. Najpierw zamarł z zachwytu, później jego wzrok powędrował na moje nogi i widać było, że go z lekka przytkało. Lecz tym razem bynajmniej z zachwytu. Raczej wyglądał na zdziwionego i zakłopotanego.
– Coś nie tak? – spytałam ostrożnie, podążając za jego wzrokiem.
– Nieee… – wyjąkał. – Tylko… Jakby ci to powiedzieć? Jesteś zwolenniczką… Cholera! – Przesunął ręką po twarzy. – Natura, ekologia i takie tam rzeczy, co?
– Natura? Ekologia? – przyglądałam mu się podejrzliwie. – Jaka ekologia u licha?
– No… – wił się jak piskorz. – Sama wiesz…
– Nie, nie wiem. – Zirytował mnie. – Mów normalnie. Nie cierpię takiego kręcenia.
– Ekhm… No więc… Nie przeszkadzając ci, że są takie długie? – wyrzucił w końcu z siebie z desperacją.
– Długie? Niby co jest długie? Włosy? – Nawinęłam sobie jeden kosmyk na palec. – To źle?
– Nie te – chrząknął. – Te niżej…
O co mu u licha chodziło? Pochyliłam się, oglądając własne łydki. No faktycznie, były owłosione. Co w tym dziwnego?
– A co niby mam z nimi zrobić? Zapleść warkoczyki?
Biedak, poczerwieniał z zakłopotania. Widać było, że desperacko walczy o zrozumienie z mojej strony. I chyba wpadł na dobry pomysł, bo nagle przestał się spinać, szeroko się uśmiechając.
– Włóż buty. Pójdziemy tam, gdzie Jolka.
– Swoich nie mam, a te są wszystkie za duże – wskazałam z irytacją, na wcale pokaźną kolekcje obuwia.
– Może trampki? Są wiązane – powiedział, wybierając białe ciżemki o dziwnym fasonie. – Usiądź i podaj nogę.
Faktycznie, było lepiej. I wygodnie. Szarmancko przepuścił mnie w drzwiach i znaleźliśmy się na ulicy… To cud, że nie skamieniałam i nie udławiłam się z emocji. Hałas, gwar, kolory i ruch. Wszystko obce, kompletnie nieznane. Ludzie, niektórzy bardzo dziwacznie poubierani. Cała masa ludzkich głów, mknąca gdzieś przed siebie. Powozy bez rumaków, podobne do tego, w którym zemdlałam. Tyle rzeczy, których nie potrafiłam nawet opisać, bo brakowało mi słów.
– Przyjechałaś ze wsi? – ostrożnie spytał Mateusz, chwytając mnie za ramię i prowadząc w niewiadomym kierunku. – Przepraszam, może to chamskie pytanie, ale masz bardzo dziwny wyraz twarzy. Jakbyś nigdy wcześniej nie była w takim miejscu.
– Ze wsi – mruknęłam. Oj, żebyś ty wiedział jakie ja mam myśli! To by dopiero było!
– Jesteśmy! – Z widoczną ulgą otworzył szklane drzwi i wepchnął mnie do środka. Tym razem powitał mnie chłód, spokój i rzewna muzyka gdzieś w tle.
– Gdzie jest Jolka? – Niewysoka, prześliczna blondyneczka, ubrana w coś niezwykle schludnego, posłała mu szeroki uśmiech.
– Masaż, spa i sauna. Piętro wyżej – wyjaśniła, jednocześnie dyskretnie omiatając mnie wzrokiem. – Czegoś potrzebujesz Mateuszu?
Ten ton głosu! Odwróciłam głowę, by nie zauważyła mojej miny. Jak nic, była zauroczona przystojnym rudzielcem. On chyba nią nie bardzo, ale umiejętnie to ukrył.
– Masz czas? Przyprowadziłem ci przypadek beznadziejny – wskazał na mnie. Nic nie odpowiedziałam, bo zapowietrzyłam się z oburzenia. – Dziewczyna dopiero co przyjechała do miasta i… Sama wiesz. Potrzebowałaby pomocy.
– Diament. – Blondyneczka okrążyła mnie dwa razu, uważnie się przyglądając. – A każdy diament potrzebuje szlifu. Mam trzy godziny wolnego, myślę, że dam radę. Niestety, nie mogę dłużej, bo świętujemy z Marcinem piątą rocznicę ślubu.
– Rozumiem. Zrób, co możesz – Mateusz pomachał nam ręką i już go nie było.
– Jakim cudem udało ci się zachować tak doskonale owłosione nogi? – spytała z pełnym zgrozy niedowierzaniem. – Zanim użyjemy wosku, to chyba będę musiała je obciąć.
I zaczęły się tortury. Przyznam, że momentami bardzo przyjemne. Kiedy indziej niezwykle bolesne. Nie protestowałam zbytnio, ale za to zadawałam dużo pytań. Blondyneczka miała na imię Matylda i wyjaśniała mi wszystko z widocznym zaangażowaniem. Ta bardzo bolesna część, to wosk. Ta przyjemna, to maseczka na twarz. To drugie znałam, jednak tym razem zachwycił mnie zapach oraz to, że nałożona tak cudownie chłodziła skórę. Poza tym, za to, co ta kobieta zrobiła z moimi paznokciami u rąk i stóp, zasługiwała na pół królestwa. Między czasie oglądałam sobie dziwne księgi, pełne tak realistycznych, że aż prawdziwych obrazów. Było w nich też sporo znaczków, których znaczenia nie potrafiłam odczytać, ale same obrazki wystarczały. Oczy wyłaziły mi na wierzch i zrozumiałam też wiele rzeczy. Trzy godziny później Matylda postawiła mnie przed lustrem, patrząc na mnie triumfująco.
– Idealnie! Padnie na twój widok na kolana, więc to wykorzystaj!
– Na kolana? Wielu… – odchrząknęłam. Bo niby co miałam powiedzieć? Że to żadna nowość dla mnie? Przecież przed królową większość padała na kolana. – Myślisz?
– Takie ciacho! – westchnęła. – Gdyby nie miała męża, to nie zastanawiałabym się ani sekundy.
Przypomniałam sobie Artura. Jedyne czego mu brakowało, to rozum. Wszystkiego innego miał w nadmiarze. Później Lancelota. I mojego małżonka.
– Ciastek to ja ci mam pod dostatkiem – mruknęłam. – Wierz mi, w nadmiarze wywołują jedynie niestrawność.
– Coś w tym jest – zaczęła się śmiać. – No dobrze, Ginewro. Wróć do domu i przebierz się w coś seksownego. Tylko nie zapomnij o bieliźnie, jak teraz.
Już wiedziałam, co miała na myśli. Lektura zrobiła swoje. No i przyznam, że bez nadmiaru owłosienia czułam się o niebo lepiej. Jakbym nagle zrzuciła jedną warstwę skóry. Ten świat miał swoje zalety. Zasępiłam się nagle, lecz nie zdążyłam wpaść w ponure rozważania, bo szklane drzwi, przez które tu weszłam, otworzyły się, ukazując zaciekawioną i uśmiechniętą twarz Mateusza. Chciałam odwzajemnić ten uśmiech, lecz gdy ujrzałam mężczyznę za jego plecami, moja twarz zastygła w grymasie zaskoczenia, a serce zatrzepotało ze strachu. Bo ten mężczyzna był moim prawowitym małżonkiem i ostatnią osobą, jaką spodziewałam się tu spotkać.

4 komentarze:

  1. Skok w przeszłość to jednak jest prostsza sprawa, bo to wszystko już było, gdzieś o tym słyszeliśmy, a przy odrobinie wysiłku damy radę się wpasować w tamtą rzeczywistość.
    Ale podróż w przyszłość to już całkiem inna para kaloszy... Przynajmniej do takiego dochodzę wniosku czytając o przygodach Ginewry :D
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filmowy przykład to "Goście, goście" :)

      Ola

      Usuń
  2. A czy blog nie obchodzi jakoś na dniach 4 urodzin ? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy możemy się spodziewać kolejnej części? 🤔😍

    OdpowiedzUsuń