niedziela, 25 grudnia 2016

Dzieło sztuki (II)

Powiem Wam szczerze, że jestem wykończona. Na dodatek wczoraj zmuszona byłam wziąć antybiotyk, bo chyba bym przez święta nie wstała z łóżka. Niewinne przeziębienie przeszło w coś z zatokami. A dziś mieliśmy maraton po rodzinie :-) Za to jutro siesta, jem, leżę, bawię się z dziećmi i może dam jeszcze jeden kawałek Dzieła sztuki? Zobaczymy. Najpierw muszę obejrzeć Kevina ;-)

Jeszcze raz sprawa z Wygraną III. Tak, będzie. Tak, w newsletterze. Tak, w najbliższym czasie. Tak, miał to być grudzień. Niestety plan renowacji strony nie wypalił w czasie z powodu braku odpowiedniej osoby, która by mi w tym pomogła. Z powodu braku dobrego i zaufanego informatyka. Teraz takowy się znalazł, więc mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Jednak nadal nie wiem kiedy.

I jeszcze jedno tak. Tak, weszłam w teksty płatne. Już kilkakrotnie wyjaśniałam powód. Teraz powtórzę krótko - chcę łączyć przyjemne z pożytecznym. I wsio. A że trafiło akurat na 24 grudnia? Przypominam, że na święta nie dawałam ostatnio ekstra opowiadań, za to robiłam to na nowy rok: Sylwestrowa opowieść (2014), Trzy noce (2015). Gdyby nie tekst pisany z Miką, to byłby tylko życzenia, a następnego dnia tekst poniżej. 


            Dzieło sztuki (II)
Podczas jazdy oni dyskutowali zawzięcie, ja milczałam. Musiałam, bo inaczej rozbeczałabym się jak dziecko. Nie byłam profesjonalną malarką, nie skończyłam odpowiedniej szkoły. Po prostu w pewnym momencie zapragnęłam pasję przekuć w coś więcej. Z internetu dowiedziałam się o wystawie dla artystów amatorów, o głównej nagrodzie dla dzieła, które zostanie wybrane. Zgłosiłam się, a oni zgodzili się mnie przyjąć. Niebo stanęło przede mną otworem, ale tylko na chwilkę. Złośliwy los i ten nadęty bufon wszystko zepsuli.
– Jak się czujesz? – spytała z niepokojem Iza.
– Boli mnie głowa – odparłam niechętnie.
– To wszystko moja wina – powiedział przygnębiony Bartek.
– Nie, daj spokój. To fatalny zbieg okoliczności, tylko tyle.
– Może walnę go w ten zakuty łeb i zakopię gdzieś w lesie?
Uśmiechnęłam się blado. Wiedziałam, że żartem chce rozładować sytuację i byłam mu za to wdzięczna. Tak, pana Krytyka to sama chętnie zakopałabym pod jakimś drzewem. Jednak może nie dziś, nie teraz.

Zatrzymaliśmy się pod blokiem, w którym wynajmowałam mieszkanie. Wysiadłam, zapewniając że potrzebna mi jedynie gorąca kąpiel i miękkie łóżko. Potem pomachałam im na pożegnanie i zgarbiona skierowałam się na trzecie piętro bez windy. Gdy byłam już w środku, z niechęcią spojrzałam w kierunku płótna, które miało znaleźć się na wystawie, a które stało oparte o ścianę. Potem podeszłam do lodówki i otworzyłam ją stanowczym ruchem.
– Wina, wina, wina dajcie! – zaśpiewałam dziarsko, po czym wyjęła calutką, jeszcze nieodkorkowaną butelkę.
To nie było zwykłe pocieszenie się. To była stypa, bo właśnie pochowałam swoje marzenia.
                                                                   ***
W końcu zaczął padać śnieg. Dzień przed samymi świętami, cieniutką warstwą pokrył cały świat, który od razu zrobił się piękniejszy. Przynajmniej dla mnie. Odrobinę poprawił humor, wciąż nienajlepszy od pamiętnego wydarzenia w galerii sprzed dwóch tygodni. Ale tylko odrobinę, bo zaraz potem uzmysłowiłam sobie, że święta spędzę co prawda pławiąc się w rodzinnym ciepełku, ale bez faceta przy boku. A tego roku moi rodzice planowali w pierwszy dzień huczną imprezę. Wynajęli leśniczówkę gdzieś na totalnym zadupiu, zaprosili większość krewniaków i kilkoro dobrych, acz dawno niewidzianych znajomych.
Ponuro pomyślałam, że przysięgam, jak któraś z leciwych ciotek spyta kiedy spotkamy się na moim weselu, to ja odwdzięczę się jej pytaniem, kiedy spotykamy się na jej pogrzebie. Normalnie wkurzali mnie z tym małżeństwem nieziemsko. Jedyna nadzieja w tym, że w takim tłumie umknę ich uwadze.
Na miejsce zawiózł mnie Bartek. Po dżentelmeńsku zaniósł mój skromny bagaż na poddasze, do malutkiego pokoiku, który miałam dzielić z kuzynkami i młodszą siostrą, wypił kawę gawędząc z moją mamą i życząc mi dobrej zabawy, odjechał.
Za to ja poczułam, jakbym znalazła się w oku cyklonu. Wigilia przeszła jeszcze ugodowo, ale następnego dnia zapanował prawdziwy Armagedon.
Każdy czegoś szukał. Na parterze, na piętrze, nawet w mysiej dziurze słychać było gwar rozmów. W końcu zrezygnowałam z poszukiwań zacisznego kącika i udałam się na spacer. Raźno maszerowałam przez las w stronę najbliższej wioski. W jedynym zresztą sklepiku kupiłam imbirowe piwo i największą tabliczkę czekolady. Pogawędziłam jeszcze ze sprzedawczynią, a nawet zostałam przy tym poczęstowana gorącą herbatą i w końcu ruszyłam w drogę powrotną. Kiedy dotarłam do leśniczówki, okazało się, że przed domem znajduje się o kilka samochodów więcej, a w środku panuje już Armagedon do kwadratu. Ba! Do sześcianu! Westchnęłam z rezygnacją i wpadłam prosto w ramiona mojej mamy.
– Paulinka! – krzyknęła z ulgą. – Gdzieś ty się podziewała cały dzień? Nie, teraz się nie tłumacz. Za kwadrans podajemy do stołu, przebierz się i zejdź. Co za święta, co za święta! – powtórzyła z zachwytem, popychając mnie z stronę schodów prowadzących na piętro.
Miałam w nosie mój wygląd zewnętrzny, ale nie chciałam robić jej przykrości. Pewnie dlatego wbiłam się w skromną sukienkę z szarej wełny, włosy spięłam w elegancki kok, musnęłam błyszczykiem usta i zeszłam do jadalni. Ponieważ budynek został przystosowany do większych imprez, na dole znajdowała się sporych rozmiarów kuchnia, niewielki salon z kominkiem, połączony z ogromną salą, w której stały właśnie elegancko zastawione dwa długie stoły. Na moje oko zasiadło przy nich jakieś pięćdziesiąt osób. Zajęłam miejsce gdzieś na szarym końcu, bez entuzjazmu konsumując tradycyjne specjały polskiej kuchni. W zasadzie to marzyłam, aby czmychnąć do góry i tam odpocząć od zgiełku i hałasu. Na próżno, bo zaraz gdy skończyłam pojawiła się moja mama, która uparła się przedstawić mi swoich znajomych. Zwłaszcza jedną parę. Biernie reagowałam na te poczynania, wciąż mając nadzieję, że za chwilę uda mi się wymknąć.
– To była moja najlepsza przyjaciółka. Wiesz, taka od serca – trajkotała jak najęta moja matka, ciągnąc mnie w kierunku grupki osób stojących tuż obok kominka. – A tak w ogóle to mam dla ciebie niespodziankę.
Zanim pomyślałam, że nie chcę żadnych niespodzianek, stanęłam oko w oko z trzema obcymi osobami. Dwoje z nich, to było małżeństwo w średnim wieku, zaś trzecia…
– Ty?! – wymsknęło mi się z niedowierzaniem. – Co ty tu robisz?
Przechylił głowę na bok, mierząc mnie beznamiętnym spojrzeniem.
– Pamiętasz Marcina Paulinko? No nie, zbyt mali byliście. Miałaś wtedy chyba z trzy latka. To było takie gorące lato, że przez prawie cały czas latałaś nago… - rozczuliła się moja mama. Za to ja poczerwieniałam jak piwonia.
– Kto to niby jest? – spytałam słabym głosem.
– Syn Melani i Roberta. Spędziliśmy razem niejedne wakacje, kiedy byłaś jeszcze malutka. Potem wyemigrowali do ameryki i trochę nam się urwał kontakt. A całkiem niedawno okazało się, że wrócili już kilka lat temu. Na dodatek ich syn jest wykładowcą na Akademii Sztuk Pięknych. A ty malarką. No zobacz, co za wspaniały zbieg okoliczności!
Miała całkowitą rację co do zbiegu okoliczności. Jedynie nie nazwałabym go wspaniałym. Spojrzałam na milczącego mężczyznę. Też nie wyglądał na zachwyconego, chociaż z pewnością umiał lepiej nad sobą panować. Gapił się na mnie zimnym, rybim spojrzeniem, nieznacznie wykrzywiając usta. Miał na sobie błękitną koszulę i grantową marynarkę, na nosie nieśmiertelne okulary.
– Nie jestem malarką – oświadczyłam słabo. Pan Krytyk czyli Marcin uśmiechnął się szyderczo, jakby chciał przyklasnąć moim słowom. – Chciałabym być, ale ostatnio mam prawdziwego pecha.
– No właśnie, właśnie – moja mamusia zamachała rękoma i dodała z wymuszonym oburzeniem. – Paulinka brała udział w wystawie dla amatorów malarzy i zdarzyła jej się bardzo nieprzyjemna przygoda.
– Na wystawie? – łagodnie zainteresowała się pani Melania. – Ja myślę, że powinna pokazać swoje prace Marcinowi. Zna się na tym jak mało kto w kraju. Odkrył już kilka niewątpliwych talentów.
Dobrze że w tym momencie nie widziała miny swojego syna. Parsknęłam śmiechem, a potem postanowiłam wziąć byka za rogi.
– Wie pani – westchnęłam smętnie, przybierając zabiedzoną minę. – Na tej wystawie był pewien krytyk, wredny, nadęty bufon, który nie chciał przyjąć moich tłumaczeń. Poprosiłam kolegę, aby dostarczył mój obraz do galerii, a on wziął płótno zabazgrane przez moje siostrzenice.
– Pewnie Bartek – domyśliła się błyskawicznie mama.
– Owszem, Bartek, ale to nie jego wina. Chciałam zabrać obraz i wycofać się, aby uniknąć dalszej kompromitacji, ale wtedy pojawił się on.
Trzy pary oczu spojrzały na mnie z autentycznym współczuciem, czwarta z nieukrywaną niechęcią. A ja zastanowiłam się, kiedy ten dupek żołędny straci swoją pokerową minę.
– Wielki pan krytyk, co to na co dzień straszy biednych studentów, a od święta wyżywa się na pozostałej części świata. Bardzo nieuprzejmy – dodałam, zastanawiając się, co by tu jeszcze nawymyślać. – Typowy sztywniak, bez odrobiny poczucia humoru. I brzydki, miał taki kartoflowaty nos – zerknęłam na Marcina, który gwałtownie poczerwieniał. W duchu zatarłam ręce. Długo nie wytrzyma. Albo wybuchnie, albo odejdzie pod byle jakim pretekstem.
– Musisz koniecznie porozmawiać z moim synem, prawda kochanie? – Pani Melania pogładziła mnie po ramieniu, patrząc na znieruchomiałego Marcina. – On ci pomoże i pewnie nawet odkręcicie całą sytuację.
Obróciłam się, stając oko w oko z wrogiem. Wróg miał żądzę mordu w oczach. Ja rozbawienie.
– Że też tacy ludzie w ogóle zajmują się sztuką. – Moja mamusia dolała oliwy do ognia. – Większość z nich krowy powinna pasać…
Marcin sapnął, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem. Mierzyliśmy się wzrokiem, a że byliśmy prawie podobnego wzrostu, po prostu patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Na szczęście mojej mamie przypomniało się, że musi koniecznie przedstawić im jakąś koleżankę, więc pociągnęła za sobą panią Melanie i pana Roberta, puszczając oczko i życząc mi dobrej zabawy.
Dobrej? Akurat!
– Życie potrafi być złośliwie – stwierdziłam filozoficznie po dłuższej chwili milczenia.
– Nic nie dorówna tobie. – W końcu się odezwał, ale bynajmniej nie serdecznym tonem. – Nadęty bufon? Sztywniak? Kartoflowaty nos?! – ostatnie słowa prawie wykrzyczał.
– Ciszej – rozejrzałam się z niepokojem. – Należy ci się pochwała, za zachowanie zimnej krwi.
– W dupie mam twoje uznanie! – syknął.
– Mam pomysł. Weźmiemy po widelcu, albo po chochli i udamy się w ustronne miejsce na zewnątrz, aby tam stoczyć pojedynek.
– Nie drwij! To nie jest śmieszne.
– Bo mówiłam, że jesteś sztywniak, bez poczucia humoru. Spontaniczny jedynie wtedy, gdy to sobie zaplanujesz.
– Nie ma planowanej spontaniczności, To oksymoron.
– Rany boskie! – mruknęłam, kierując się do wyjścia. Nie widziałam ani sensu, ani potrzeby prowadzenia dyskusji z tym kretynem. Nie miałam na to ochoty. Przez chwilę czułam rozbawienie, ale już mi przeszło. Energicznie otworzyłam drzwi prowadzące do piwnicy, pstryknęłam włącznikiem światła i ostrożnie stawiając stopy na wąskich stopniach, zeszłam na dół. Gdzieś tutaj stało kilka butelek szampana. Zerknęłam w górę. Owszem, ktoś ułożył je na najwyższej półce. Ucieszyłam się, wyciągając rękę z zamiarem przywłaszczenia sobie jednej sztuki. I wtedy ktoś odtrącił moje ramię.
– Co robisz? – Tupnęłam nogą, patrząc na niego z wściekłością. – Po co tu za mną przylazłeś? Nie mamy sobie nic do powiedzenia i szkoda marnować czas w twoim towarzystwie.
– Bo jesteś nudną, ograniczoną babą, której chłopa do towarzystwa musi organizować mamusia.
Poczerwieniałam, niemal krztusząc się własną śliną.
– Posłuchaj mnie! – Dźgnęłam go palcem w pierś. – Moja mama ma różne pomysły. Nie odpowiadam za nie. Za całe zło tego świata również. Za to, że rzuciła cię laska pod ołtarzem, także.
– Skąd?... – Na chwilę stracił swój kamienny wyraz twarzy.
– Moja mamusia ma syndrom tak zwanego swobodnego przepływu informacji. Gada, nawet jeśli wie, że nikt jej nie słucha. O wszystkim, o wszystkich. Wystarczyło skojarzyć kilka faktów. Zresztą, nie dziwię się dziewczynie. Kto by chciał taką drętwą kłodę?  Założę się, że ty nawet seksu nie uprawiasz spontanicznie, tylko sprawdzasz co chwilę, czy ci się akcja z wypisanymi punktami zgadza.
Zgrzytnął zębami w bezsilnej wściekłości. Jednocześnie dał krok do przodu, zmniejszając panujący między nami dystans do niebezpiecznego minimum. Przyznam, że poczułam strach. W końcu nie znałam człowieka. Ukatrupi mnie, porzuci gdzieś kącie. Zakopanie odpadało, bo ziemia była zbyt zmarznięta. Chociaż to mało pocieszające.
Zza grubych szkieł oczy błyszczały mu niechęcią i złością, ale twarz miał niczym maskę. Nieruchomą, zastygłą w grymasie gniewu. Ja jednak straciłam ochotę na złośliwe potyczki słowne. Chciałam wziąć flaszkę szampana i udać się na strych, do swojego malutkiego pokoiku. Napiję się, popłaczę, potem pójdę spać. Do żadnej w tych czynności nie było potrzebne mi towarzystwo.
– Oddaj butelkę i odsuń się – powiedziałam suchym głosem. Zaprzeczył ruchem głowy, a potem… Wystarczyły trzy sekundy, a byłam przyparta do zimnego, wilgotnego muru, unieruchomiona, z rękoma skrępowanymi nad głową. Najpierw poczułam zaskoczenie, bo facet nie wyglądał na osiłka, a mięśnie miał chyba ze stali. Później nie miałam już czasu na takie rozważania, bo bydlak zaczął mnie całować. Brutalnie miażdżył moje wargi, siłą wpychając język do środka, uniemożliwiając jakąkolwiek reakcję obroną.




 

22 komentarze:

  1. Nieeeee... W takim momencie? Jak ja uwielbiam takie bohaterki. Twarde z ostrym językiem romantyczki. Tylko proszę o dość ciekawy happy end 😈

    OdpowiedzUsuń
  2. No żesz, w takim momencie???

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale suupeer!!! Już nie mogę doczekać się następnej części :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Już? Coś krótko...

    OdpowiedzUsuń
  5. babeczko obiecuje ze prędzej ja cie zakatrupię i zakopie gdzies w lesie jak będziesz mi tak konczyla w takich momentach ;) oczywiście opowiadanie wręcz zajebiste
    ps. nie martw się co do choroby ja miałam wczoraj prawie 40 stopni goraczki wiec w te swieta nie jesteś sama:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tekst fajny, bohaterka taka twoja 'babeczkowa', ale... Jeśli mówisz czytelnikom, że dostaną 'dłuższy' kawałek do przeczytania, to radzę dopisać O WIELE więcej tekstu, niż tylko te 1500 - 2000 słów (tak na oko licząc), które dzisiaj dostaliśmy :). Nie chcesz chyba wyjść na osobę niesłowną, jak pewna inna blogerka, prawda ;)?

    Pozdrawiam,
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny tekst Babeczko. A ty Monika przestań już jęczeć bo to jest nudne.zachowujesz się jak rozkapryszona dziewczynka - " za mało tekstu, obiecałaś, ktoś nie pisze". Weź się ogarnij.

      Usuń
    2. Droga Moniko, załóż bloga, zacznij pisać i dopiero wtedy krytykować.

      Usuń
    3. Nie jestem roszczeniowa. Babeczkę szanuję, jej opowiadania bardzo lubię, a to nie była krytyka, tylko uwaga na przyszłość. No bo niech ktoś mi powie, że gdy czyta o 'przygotowanym dłuższym kawałku', to nie liczy na miłą, odprężającą lekturę, która trochę trwa ;). Stety, opowiadania Babeczki są wręcz uzależniające i człowiek chce więcej i więcej :D. Nie krytykuję Babeczki, bo wiem, że ma dzieci i własne życie, często nie ma zapewne czasu na popierdzenie w stołek za przeproszeniem, więc ładnie proszę o zluzowanie ;).

      Pozdrawiam,
      Monika

      Usuń
    4. jednak porównanie babeczki do innej blogerki co rzeczywiście nie jest slowna to nie jest odpowiednie, babeczka wywiazuje się z umowy, w ostateczności z krótkim opóźnieniem bądź kawałkiem, a nam to nigdy się nie dogodzi nawet jak by babeczka zrobila fragment na 3 godziny pisania to czesc by pisala ze za mało, a czesc ze jednak przesadzila, wiec odpuść dziewczyno takie komentarze

      Usuń
    5. Nie odpuszczę i nie dlatego, żeby zrobić komukolwiek na złość :). Czy ja porównałam Babeczkę do kogokolwiek, czy tylko zapytałam, czy chciałaby być do kogoś porównywana, na dodatek z internetowym odpowiednikiem uśmiechu z oczkiem, jakby ktoś nie wiedział - ";)"? Nie miałam nic złego na myśli, wiem, że Babeczka jest słowna i stara się jak może, by nam dogodzić, po prostu nie wszyscy biorą z niej przykład i tyle :D.

      Pozdrawiam,
      Monika

      Usuń
  7. O nie , nie w takim momencie. Jak mogłaś w tym momencie przerwać. Babeczki tu podwórku.

    OdpowiedzUsuń
  8. babeczko fajne opowiadanie.przypadlo mi do gustu.jednak widze ze bardzo duzo negatywnych komentarzy ostatnio,same roszczenia ludzie maja.... kawalek wcale nie taki krotki,a platnych tekstow wcale nie musza kupowac,ich wybor,wiec po co narzekaja.bardzo lubie twoje opowiadania.pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. A propo odnośnie tekstów płatnych. Drażni mnie już to jęczenie o to, że teksty są płatne, ze w Wigilię wrzuciłaś płatny tekst. Ludzie ogarnijcie się wreszcie! Ja wiem (bo kiedyś sama pisałam) jak to jest tworzyć coś. A jeszcze gdy do tego dochodzą codzienne obowiązki, to tym bardziej. Więc albo przestańcie marudzić, albo czytać! End of story!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie :-)
      Powiem Ci Jo, że jestem w zszokowana takim zachowaniem. Serio! Przyjść na czyjś blog i obrażać piszącą?
      Skąd się bierze taka roszczeniowość?

      Usuń
    2. Sama ironicznie podsumowałaś swój wczorajszy zakup :)

      Usuń
    3. Mika Kamaka , to jest polskość po prostu. Takie strasznie typowe dla naszego społeczeństwa. Nie powiem, sama byłam zaskoczona wprowadzeniem tekstów płatnych. Ale doskonale rozumiem powody i nie mam nic przeciwko temu. I stwierdziła, że jeśli mi odpowiada jakiś tekst, to sobie go kupię. Pieniądze czasami wydaję na totalnie niepotrzebne mi rzeczy, a tu? Tutaj poczytam coś miłego :)

      Usuń
  10. Mój udział w dyskusji - wieczorem :-D
    Nie lubię pisać na komórce, a na razie mój komp ma wychodne i wróci dopiero za jakąś godzinę...

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak pisałam w poprzednim poście - podsumuję, piszemy dalej! Jeeezzzuuu! Jak ja to kocham robić :-D

    OdpowiedzUsuń
  12. Czy tylko ja widzę kiepską wersję inspiracji Bridget Jones? :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mi jeszcze napiszesz, w którym miejscu... A! Chyba wiem! Swatajaca mamusia :-) Taka jak moja własna, więc pewnie to moja rodzicielka była inspiracją dla BJ ;-)

      Usuń