środa, 25 grudnia 2013

Życzenie (całość)


Dostałam w tym roku nauczkę, by przed świętami zaopatrzyć się na przyszłość w więcej tekstów, które będę mogła umieścić w zaplanowanych i same będą się dodawały w określone dni. Teraz wiem, że w takim rozgardiaszu świątecznych przygotowań jest to konieczność i myślę, że na wiosnę będę się mogła pod tym względem poprawić.
Poniżej tekst w całości, nie rozbijałam go już na kolejne posty, bo po co. Wy sobie poczytajcie, a ja idę do męża, bo mam w końcu okazję spędzić z nim cały wieczór, a nie tylko kilka wyrwanych z codziennej rzeczywistości momentów. 
Przyjemności.

Życzenie

- Co byś chciała dostać do czytania na bezludnej wyspie?
- Wytatuowanego marynarza!

Mężczyźni to tchórze!
Do takich to wniosków doszłam, dzwoniąc do kolejnej osoby, by powiadomić ją o odwołanym ślubie.
Moim ślubie!
Tydzień przed wyznaczoną datą, mój narzeczony oznajmił, że nie może się ze mną ożenić. Plótł przy tym jakieś bzdury o niezgodności charakterów, o braku prawdziwego uczucia i tym podobne. A ja, choć potężnie ogłuszona, doskonale wiedziałam o co mu chodzi.
O talent.
Konkretniej o moją karierę, rozwijającą się w zawrotnym tempie, karierę światowej skrzypaczki.
Zżerała go zazdrość…
Kiedy zaczynałam, nikt nie wróżył mi wielkiego sukcesu. Wręcz przeciwnie – to cud, że od razu mnie nie wywalono.  Do szkoły muzycznej dostałam się z listy rezerwowych i już od samego początku podpadłam nauczycielom. Byłam roztargniona, nieuważna, znudzona i mało komunikatywna. Na lekcjach ziewałam lub dłubałam w nosie, pełną piersią oznajmiając, że TO jest nudne!
Skrzypce jako takie podobały mi się, nie powiem, ale bardziej lubiłam swoje lalki. Jakoś jednak przebrnęłam przez ten etap, a gdy zaczęłam grać, to nie było mowy o jakiejkolwiek rezygnacji. Pchano mnie na każdy konkurs, który wygrywałam pozostawiając rywali daleko w tyle. Skrzypce pokochały mnie tak samo, jak ja pokochałem je.
Słowem – miałam nielichy talent.
Akademię Muzyczną skończyłam jednak z niejakim trudem, bo zamiast nauki wolałam seks. Romansu z jednym z wykładowców, o mało co nie przypłaciłam końcem kariery. Za to jego żonę miałam na egzaminie w komisji i szczerze muszę powiedzieć, że słowa „co przeżyjemy, to nasze”, mają w sobie dużo, dużo prawdy.
Na pierwszym przesłuchaniu poznałam wysokiego bruneta o czarującym uśmiechu i manierach prawdziwego dżentelmena. Piotr również grał na skrzypcach. Wkrótce razem świętowaliśmy nasz pierwszy sukces – oboje zostaliśmy członkami elitarnej orkiestry.
Byłam w euforii! Taki wspaniały facet – przystojny, inteligentny, dojrzały emocjonalnie i fizycznie, zakochał się we mnie! WE MNIE! Narwanej awanturnicy o skłonnościach nimfomanki. Świat był piękny, ja zakochana, a wszyscy wokół szczęśliwi, bo mieli cichutką nadzieję, że tym razem diament zyska ostateczny szlif. Słowem – że się ustatkuję.
Rok później ogłosiliśmy zaręczyny. Już wtedy pojawiały się pierwsze zgrzyty, ale chyba nie chciałam ich zauważyć. Ba! Nie dopuszczałam do siebie myśli, że Piotr mógłby mnie zastąpić bezbarwną i mdłą flecistką.
Fakty okazały się jednak bezlitosne. Dokładnie siedem dni przed ślubem oznajmił mi o swym trwającym od ponad pół roku romansie. I takie tam inne. Najgorsza była jednak świadomość, że nagle zrozumiałam skąd niektóre dwuznaczne uśmieszki i nieśmiałe aluzje. Całe nasze otoczenie wiedziało o jego zdradzie. Całe, ale nie ja!
Osłupienie szybko zamieniło się we wściekłość. Pewnie powinnam była utonąć we łzach, słaniać się z rozpaczy czy tym podobne bzdury. Nie, to nie było w moim stylu. W zamian za to wybiłam mu prawą jedynkę i roztrzaskałam na głowie skrzypce.
Popłakałam się dopiero, gdy wyszedł dostojnie trzymając w objęciach resztki instrumentu.
Następnie pocięłam suknię, za którą zapłaciłam kilka tysiaków. I podarłam w strzępy welon. Oraz mściwie umieściłam na fejsie zdjęcie Piotra podczas felernej imprezy, gdy spił się do nieprzytomności i wymiotował do butów mojej koleżanki. Raz mu się przytrafiło, ale akurat wtedy udało mi się pstryknąć kompromitującą fotkę telefonem.
Potem zamknęłam się w domu i przestałam odpowiadać na jakiekolwiek próby kontaktu.
Po trzech dniach picia i rozczulania się nad własnym losem, przypomniałam sobie, że mieliśmy wykupiony romantyczny rejs dookoła świata. To miała być nasza podróż poślubna.
Z błyskiem w oku spojrzałam na trzymane bilety. I wbrew wszystkiemu postanowiłam, że akurat z tego nie zrezygnuję. Zmieniło się tylko jedno – popłynę sama.
Mały szczegół, prawda? Okazało się jednak, że nie taki mały…
***
Statek był ogromny. Miałam na nim spędzić, aż całe sto dwadzieścia dwa dni. Sama…
Wzięłam się w garść i rozejrzałam po kabinie. To było istne szaleństwo – apartament z balkonem. Pomyśleć, że zdecydowaliśmy się wydać tyle pieniędzy!
Nie, nie my. Ja. I zrobiłam to, by spełnić życzenie Piotra, który zawsze marzył o takiej podróży. To miał być po części mój prezent ślubny dla niego… Najdroższa opcja na już i tak koszmarnie drogim statku!
A on wolał tą chudą i płaską flądrę, jak jej tam było? Ewa? Klara? Zresztą, nieważne.
Żeby chociaż dupek żołędny oznajmił mi wcześniej, że rezygnuje ze ślubu, to zamieniłabym ten rejs na wycieczkę po fiordach Norwegii.
Zgrzytnęłam zębami w bezsilnej złości. No nic. To było cudowne miejsce, a ja miałam całą torbę tabletek przeciwko chorobie morskiej. Będzie fajnie – przekonywałam samą siebie, lecz bez zbytniego entuzjazmu.
Statek podobał mi się, dlaczego by nie. Czegóż tam nie było? Siłownie, baseny, restauracje, sklepy, tarasy… Wszystko, czego dusza zapragnie.
Pewnie gdybym była tu z Piotrem, to i tak większość czasu spędzili byśmy w łóżku. Jeśli o to chodził, potrafiłam wykrzesać z niego niespożyte siły. Z przekąsem pomyślałam, że dał nogę, bo nie tylko na gruncie zawodowym go przerastałam.
W zasadzie po cholerę chciałam za tego bubka wyjść? No tak, kochałam go przecież.
Po wypłynięciu z portu we Włoszech, pierwsze pięć dni prawie nie wychodziłam z kajuty. W nosie miałam uroki Hiszpanii i Maroka, atrakcje na statku i przystojnych facetów z załogi. Nawiasem mówiąc, zawsze byłam zdania, że mundur, obojętnie jaki, zdecydowanie korzystnie wpływa na wygląd każdego osobnika płci męskiej.
Kiedy już wypłakałam się, wyżaliłam do lustra i odwaliłam trzy piękne, pijackie samotne wieczory, przyszedł czas na zamiany.
Skorzystałam ze spa i z przyjemnością zeszłam na stały ląd w Republice Zielonego Przylądka. A przy obiedzie zaczęłam się rozglądać za męskim towarzystwem.
I tu spotkał mnie bolesny zawód. Pasażerowie przeważnie stanowili pary. W końcu była to wersja rejsu dla zakochanych. Z przerażeniem stwierdziłam, że samotnych kobiet jest na pokładzie kilka, za to nie ma żadnego wolnego faceta!
Rada nie rada, zamiast romansu nawiązałam przyjacielskie stosunki z pozostałymi pasażerkami. Mój wybór padł oczywiście na te, które również pochodziły z ojczystego kraju.
Umówiłyśmy się na wieczorek zapoznawczy.
A potem na kolejne wieczorki, tym razem pijackie.
Kiedy już wypływaliśmy na wody Pacyfiku, zorganizowałyśmy sobie specjalny wieczór, suto zakrapiany szampanem. I owszem, po piętnastej flaszce szampana, można było uznać, że atmosfera zrobiła się bardzo przyjemna, a między nami kwitły prawdziwie siostrzane uczucia.
– Ponad sto dni bez seksu? Czy ja za karę płynę tą piekielną łajbą? – wybełkotała Iza, bezwładnie waląc głową o blat stołu. Była z nas wszystkich najstarsza - ponętna blondynka tuż po traumatycznym rozwodzie. Zostawiła dzieci u rodziców i wykupiła rejs w nadziei na romans niczym z serialu „Statek miłości”.
– Sto? – Jakoś wcześniej o tym nie pomyślałam. - Dlaczego sto? – dodałam z rozpaczą.
– Tyle trwa rejs.
– A załoga?
Trzy pary kobiecych oczu spojrzały na mnie z wyrzutem.
– Nie wiesz, że taki marynarz ma w każdym porcie inną?
Błękitnooka, ciemnowłosa Marta z pewnością wiele wiedziała na temat zdrady. Zdążyła opowiedzieć nam pełną pikantnych szczegółów, historię swego związku. Jej facet miał nie jedną, a siedem kochanek. I czwórkę nieślubnych pociech.
No i była jeszcze cicha, skryta Ewa. Trochę bojaźliwa i nieśmiała, ale wszystko to utonęło w morzu alkoholu. Miała ogromne świetliste, szare oczy, rude włosy i idealnie nadawała się na odtwórczynię roli głównej Ani z Zielonego. Przynajmniej jak dla mnie.
I właśnie ona przypomniała nam o mało przyjemnym szczególe.
– Załoga unika jakichkolwiek relacji z pasażerami jak ognia. Po takim numerze wylatują z pracy…
Smętnym wzrokiem zapatrzyłam się w kieliszek, podpierając dłońmi kiwającą się głowę.
– Sto dni? A gdzie ci wszyscy muskularni, napakowani testosteronem marynarze? Z całą masą tatuaży na ciele i zabójczym uśmiechem?
– W filmach… – wyrwało się Izie.
– Ja chcę jednego! – wyjęczałam przeciągle, mierzwiąc włosy. – Potrzeba mi prawdziwego mężczyzny, nie takiego jak ten pizdokleszcz, który mnie porzucił!
– Pizdo co? – znów udało mi się je zaskoczyć.
– Takie moje prywatne określenie – wyjaśniłam.
– Nawet dobre.
– I pasuje do niektórych facetów.
– Marynarza! – wycharczałam, a potem podniosłam się z miejsca, usiłując utrzymać równowagę. – Idę szukać! – oznajmiłam godnie.
– Wiki, daj spokój. Jeszcze zrobisz sobie gdzieś krzywdę – Ewa usiłowała mnie powstrzymać.
– Nie ma mowy. Gdzie są kwatery załogi? – zaczepiłam nieco zdumionego naszym zachowaniem kelnera. A że był to miły i młody chłopak, grzecznie objaśnił mi drogę, nie zadając zbędnych pytań. Kiwałam potakująco, choć niewiele z tego co mówił, docierało do mego zamroczonego alkoholem umysłu.
– Idę uprawiać seks – wybełkotałam i potknęłam się o własne nogi. Na szczęście od upadku uratowało mnie oparcie najbliższego krzesła.
Do dziś uważam za cud, że udało mi się nie tylko dojść, ale i trafić w pożądane miejsce. Wstyd tylko wspomnieć w jakim stanie tam dotarłam. Po drodze miałam przymusowy postój pod jakąś rozłożystą palmą i lekko zanieczyściłam zawartość jej donicy.
Zgubiłam też buty. I całe szczęście, bo zabiłabym się na tych dziesięciocentymetrowych obcasach. W wąskim korytarzu wisiało lustro. Z nieufnością się w nim przejrzałam i odruchowo przygładziłam włosy. Z jednej strony, z tyłu nadal dziwnie sterczały. Makijaż mi się rozmazał, ale uznałam, że wyglądam przez to bardziej drapieżnie. Butelkę od szampana, którą o dziwo, cały czas ściskałam w dłoni, rzuciłam za siebie. Potem zebrałam myśli, które mimo mych starań były jakieś takie… rozmyte?
Dobra. To chyba tutaj? Ale które drzwi?
Ruszyłam do przodu, głośno recytując wyliczankę zapamiętaną z dzieciństwa. Bęc wypadło na piąte po prawej. Nie namyślając się wiele, nacisnęłam klamkę i znalazłam się w małej, klaustrofobicznie ciasnej kajucie.
Na wąskiej koi spał mężczyzna. Dodam, że półnagi, zaledwie ubrany w bokserki. Leżał na plecach, z jedną dłonią pod głową, druga zwisała mu, leżąc prawie na podłodze.
Boże! Dzięki za ten dar.
Był idealny!
Tak duży, tak umięśniony i tak wytatuowany, że na tę chwilę stanowił całkowite spełnienie moich marzeń. Włosy miał obcięte prawie przy skórze, śniadą cerę i sporą wypukłość pomiędzy nogami.
Z chichotem postanowiłam sprawdzić, jak sporą. Bardzo ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi, aby zbyt szybko go nie obudzić. Czułam się niczym mała dziewczynka, planująca zabawnego psikusa.
W zasadzie nie wiem, co wtedy myślałam. Jak widać, chyba niewiele. Moja inteligencja została w drugiej butelce wypitego łapczywie szampana, mózg przeszedł w tryb awaryjny, a do głosu doszły wszelkie pierwotne instynkty. Oraz nieopanowana wesołość.
Na palcach podkradłam się bliżej. Niestety nie zdołałam dotrzeć do celu. Potknęłam się o rozrzucone na podłodze buty. I wpadłam wprost na śpiącego faceta, waląc go głową prosto w brzuch. No dobrze, przyznam się, trafiłam prosto twarzą pomiędzy jego nogi.
Jęknęłam ja, wrzasnął on.
A potem rozpętało się piekło.
Zerwał się z łóżka, klnąc w jakimś nieznanym mi języku. Ja siedziałam na podłodze, wciąż oszołomiona, ale i zachwycona roztaczającym się przede mną widokiem. Przynajmniej dopóty, dopóki nie napotkałam wściekłego wejrzenia czarnych oczu.
– No co? – powiedziałam odruchowo po polsku. – To przez ten bałagan…
Na dłuższą chwilę go zatchnęło. Stał, wytrzeszczając na mnie oczy i masując obolałe miejsce, w które z takim impetem przywaliłam.
Ponownie zachichotałam.
– Nie martw się – machnęłam beztrosko ręką. – Jak spuchnie idź do lekarza i poproś, aby odjął ból, a zostawił fason…
– Możesz mi wyjaśnić, pokręcona babo, co tu robisz?
Zastanowiłam się. Mój angielski nie był zły, ale te słowa zabrzmiały tak bardzo swojsko. Nawet za bardzo.
– Dziwnie mówisz.
– Schlałaś się tak, że ojczystej mowy nie poznajesz?
– No co ty? To po polsku? – wytrzeszczyłam oczy niepomiernie zdumiona tym faktem.
– Nie, po murzyńsku! – warknął jeszcze bardziej rozzłoszczony. No faktycznie, może tylko akcent miał nieco dziwny, ale reszta była bez zarzutu.
Nagle przypomniało mi się, w jakim celu szukałam faceta.
– Przyszłam uprawiać seks – powiedziałam, przybierając zachęcający wyraz twarzy i głupawo mrugając rzęsami. Chyba nie wyszło, tak jak zamierzałam, bo wyraźnie wzdrygnął się nieco wstrząśnięty. – Masz duży sprzęt? – upewniłam się jeszcze, usiłując wstać.
Wiązanka przekleństw jaką wyrecytował, nie nadawała się do powtórzenie w żadnym towarzystwie. Nawet w tym nieprzyzwoitym. Słuchając tego jednym uchem, złapałam równowagę i stanęłam naprzeciwko, zadzierając głowę do góry. Jak nic, miał prawie dwa metry wzrostu, tak że czułam się przy nim niczym krasnal.
– Jakie muskuły – zachwyciłam się nie zważając na niechęć, malującą się w ciemnych oczach. – Daj pomacać?
– Kurrrrwa! Odczep się ode mnie pijana kretynko! I wynocha z mojej kajuty!
– Dlaczego?
– Bo śmierdzisz na odległość i wyglądasz jak podstarzały koczkodan!
– Yyy… - Przysunęłam dłoń do ust i chuchnęłam. Potem ją powąchałam marszcząc nos. – Nic nie czuć.
Zacisnął zęby i sięgnął po leżące z boku spodnie. Od razu zapatrzyłam się na cudownie kuszącą wypukłość pomiędzy jego nogami.
– Dobra. Ubiorę się i odprowadzę na górę. Powiesz mi tylko gdzie. I wspaniałomyślnie nie złożę skargi.
– Chcę seksu! – jęknęłam z rozpaczą, wciąż uporczywie wlepiając wzrok w jego krocze.
– Ile wypiłaś? – spytał domyślnie, wciągając koszulkę.
– Hm… Nie wiem. Chyba dużo? I co z tego?
– Nieważne. Idziemy – chwycił mnie w pasie i energicznym ruchem przerzucił przez ramię. Od razu poczułam tęsknotę za pewną doniczką z egzotycznym kwiatkiem.
– Niedobrze mi…
Zaklął szpetnie. Potem postawił mnie z powrotem na ziemi.
– Jak wytrzeźwiejesz, to sobie jutro porozmawiamy – oznajmił groźnie.
– Masz tu łazienkę?
– Tam…
Nie skończył jeszcze, a ja rzuciłam się w kierunku wskazanych drzwi. Wyszłam po dłuższej chwili, zdecydowanie mniej radosna i z pewnością znaczniej bardziej zielona.
– Chcę do łóżka! – wyjęczałam i padłam prosto na stojącego z niewzruszoną miną faceta.
Tu urwał mi się film.
Powoli odzyskiwałam świadomość własnego ciała. Potem stwierdziłam, że jest mi bardzo, ale to bardzo niewygodnie.
Na próbę otwarłam jedno oko. Następnie drugie. I zastanowiłam się, dlaczego wszystko dookoła tak wiruje?
Z jękiem podniosłam się do pozycji siedzącej.
– O matko! Gdzie ja jestem? - skierowałam pytanie w bliżej nieokreśloną przestrzeń.
Pomieszczenie było małe, bez okna, z dwoma wąskimi łóżkami. Gdzieś tam mignęło dziwaczne wspomnienie. Stawało się coraz bardziej wyraźne. I bardziej…
Musiałam do łazienki. Teraz, natychmiast.
Pierwsze drzwi były zamknięte. Drugie prowadziły do łazienki. Wpadłam tam, skorzystałam z potrzebnego sprzętu, po czym spojrzałam w lustro…
Na mój głośny, przenikliwy wrzask, do środka wpadł jakiś obcy facet. A ja wyłam nadal, wpatrując się we własne odbicie. Po czym spojrzałam na przybyłego mężczyznę i krzyk zamienił się w przeciągły jęk. O kurza jego twarz!
Jęczałam nadal, uświadamiając sobie to co widzę obok, a przede wszystkim to, co widzę w lustrze. Włosy miałam z jednej strony silnie ulizane, z drugiej sterczące we wszystkie strony świata. Koszulkę poplamioną czymś czerwonym, a na spodniach widniała ogromna plama dokładnie w okolicach krocza. Nie muszę dodawać z czym się to kojarzyło. Ale najgorsza była twarz. Dziwny, bladozielony odcień na tle którego rażąco odbijało się tysiące drobniutkich kropeczek, szminka w intensywnym kolorze czerwieni, rozmazana nie tylko wokół ust, ale i na całej dolnej części mego upiornego oblicza. Makijaż oczu przypominał maskę, a na dodatek sztuczne rzęsy z jednego oka odkleiły się i na powrót przykleiły tuż pod nosem, sprawiając wrażenie jakbym zapuściła niesymetrycznego wąsika…
A po mojej prawej stronie wysoki, muskularny facet, w nieskazitelnie białym ubraniu tak silnie kontrastującym z ciemną opalenizną. Na dodatek upiornie przystojny.
Jęki to za mało. Walnęłam więc głową w lustro dla podkreślenia miotających mną uczuć. A ten skubaniec zaczął się bezczelnie śmiać, krzyżując ramiona na piersi.
– Zamknij się! – wrzasnęłam pełną piersią.
– Bo co?
– Bo przestaniesz być tak nieskazitelnie wymuskany! – zagroziłam.
– Już się boję – odparł drwiąco. – Skoro doszłaś do siebie, to zabieraj dupę i wynocha.
Zerknęłam w lutro i stwierdziłam, że choć były to brutalne i nieuprzejme słowa, to faktycznie powinnam się jak najprędzej ewakuować.
– Idę sobie! – oświadczyłam godnie. Jeszcze tylko odkleiłam resztki rzęs spod nosa i schowałam do kieszeni. Miałam ochotę mściwie przykleić je na plecach nieznajomego, ale jakoś nie chciał się odwrócić tyłem. O dziwo, tuż pod moimi nogami leżały buty. Hm… Myślałam, że je zgubiłam? Cóż, dodadzą odrobinę prestiżu.
– Damy przodem – przepuścił mnie szarmancko przez drzwi. Ale ileż było radochy w jego głosie.
– A żebyś wiedział mięśniaku – po czym nagle uświadomiłam sobie jak wyglądam. I że aby dostać się do swojej kwatery, będę musiała przejść w tym stanie przez kilka pokładów, napotkam setki ludzi…
Nie! Nigdy w życiu!
Miotnęłam się do tyłu, z zamiarem powrotu do łazienki i choć częściowego zmycia z twarzy tego szkaradzieństwa. Zapomniałam tylko, że za plecami mam rozbawionego mężczyznę i cudownie smukłym, szpiczastym obcasem wdepnęłam prosto w jego stopę. Od razu przestał być tak rozbawiony.
– Kurrrrwwwwa! – wysyczał wściekle. – Co robisz idiotko?
– Muszę się umyć – oznajmiłam, z satysfakcją przyglądając się jak podskakuje na jednej nodze. Nie był znów, aż takim twardzielem. Cofnęłam się do łazienki i nie oglądając za siebie, trzasnęłam drzwiami. Z drugiej strony dobiegł do moich uszów kolejny wściekły wrzask, a następnie pikantna wiązanka przekleństw. Chyba szedł za mną i przywaliłam mu tymi drzwiami prosto w nos…
Kiedy już choć w nikłym stopniu zaczęłam przypominać istotę ludzką, wyprostowałam plecy i przybrałam odpowiednio lekceważącą minę. Przystojniak czy nie, nie będzie się mi tu wymądrzał!
Siedział na łóżku delikatnie obmacując obolałą twarz. Gdy wyszłam, obrzucił mnie nienawistnym spojrzeniem.
– Skończyłaś?
– Tak.
– Dobra, a teraz wynocha! I żebym nie musiał tego po raz kolejny powtarzać!
– Phi! Co bardziej boli? – spytałam i teraz jad skapywał z moich ust. – Nóżka czy nosek?
Zacisnął zęby i dłonie, tak kurczowo, że aż pobielały mu kłykcie.
– Jak ja bym cię!... – w ciemnych oczach wyraźnie malowała się żądza mordu.
– Żegnam! – oznajmiłam dostojnie i wyszłam.
Kwadrans później beztrosko pluskałam się w wannie, popijając doskonale przyrządzoną kawę i sok ze świeżej pomarańczy. Życie zdecydowanie zrobiło się weselsze. Wrócił optymizm i pozytywne nastawienie do świata.
Zachmurzyłam się dopiero przy suszeniu włosów, bo gapiąc się w lustro przypomniałam sobie własne odbicie sprzed kilku godzin.
Moim odwiecznym problemem życiowym, zanim jeszcze spotkałam Piotra, był niesamowity, wręcz chroniczny pech do facetów. Co tu dużo mówić, tęskniłam za dużym, bardzo dużym mężczyzną, silnym jak tur, odważnym jak lew, ze zniewalającym uśmiechem i potężnymi muskułami. Inteligencja pożądanego obiektu schodziła na plan dalszy, najważniejsze były umiejętności łóżkowe.
Niestety, ku mojemu nieutulonemu żalowi, takie typki zwiewały już po pierwszej wymianie zdań. Dosłownie. Jeden nawet o mało co, nóg sobie nie połamał.
Często z rozpaczą zastanawiałam się dlaczego. W końcu doszłam do wniosku, że chyba nie odpowiadała im rola zwierzyny łownej. Przecież nie byłam pokracznym potworem, ani zdesperowaną babą poszukująca męża. Ja chciałam seksu! Wyuzdanego, dzikiego i namiętnego. 
To dlaczego oni uciekali?!
Najpierw każdy dębiał na mój widok. Większość, gdyby mogła, to z pewnością by i zarżała. Z błyskiem przystępował do podboju, a potem dawał dyla i tyle go widziałam.
Ha! Żebym chociaż była brzydka. Ale nie, tu matka natura obdarzyła mnie, aż nazbyt szczodrze. Nie zamierzam udawać fałszywej skromności, mam lustro i wiem, co w nim widzę.
Twarz o kształcie serca, z małą, lekko szpiczastą brodą, otaczały ciemnokasztanowe włosy, na co dzień rozdzielone po środku owalnego czoła i ściągnięte z tyłu w surowego koka. Czasem drobne kędziory wymykały się na twarz, łagodząc nieco surowość fryzury i wtedy – jak wielokrotnie słyszałam – przywodziłam na myśl madonny ze starych płócien. Czy raczej przywodziłabym, gdyby nie ogromne, bursztynowe oczy, pełne niemaskowanych pragnień i nadające mej twarzy wieczny wyraz głodu, usta.
Tak, zdecydowanie pasowałam na stronę dominującą w związku. I co z tego, skoro to ja chciałam być zdominowana! Chciałam być malutka, słaba, bezbronna i rozpieszczana. Noszenia na rękach także nie wykluczałam.
Piotr co prawda nie był odpowiednim kandydatem jeśli chodzi o me ukryte pragnienia, ale przynajmniej udało mi się w nim zakochać. Choć przyznaję, siłą nie grzeszył, raczej był wątły i blady.
I taki delikatniutki. Czuły. Ble! Jakże mogłam chcieć za niego wyjść?
Ten marynarz… Tak, ten byłby odpowiedni. Że też musiałam zrobić z siebie taką zdesperowaną kretynkę! No, zdesperowana to w sumie byłam, ale na pewno nie kretynka.
A może uda mi się to jakoś odkręcić?
Potrzebowałam pilnej narady w babskim gronie. W pośpiechu narzuciłam na siebie pierwszą lepszą sukienkę, spod łóżka wygrzebałam rzemykowe sandałki i wybiegłam, kierując się w stronę jadalni.
Dziewczyny siedziały przy stoliku i wyglądały na porządnie skacowane.
– Cześć – rzuciłam radośnie, zajmując miejsce tuż obok.
– Wiki? Coś ty robiła przez całą nockę?
Trzy pary oczu patrzyły na mnie pytająco.
– Znalazłam marynarza – powiedziałam tajemniczo. – I to takiego, że ho, ho! Istne ciacho!
– Mów! – zachłannie zażądała Iza.
– Bardzo duży, bardzo męski i… No wiecie. Niezły sprzęt – mrugnęłam okiem, nalewając sobie soku.
– Bzykałaś się z nim?
– No nie – przyznałam z niejakim zakłopotaniem. – Najpierw potknęłam się i walnęłam go głową w przyrodzenie. Później obrzygałam mu łazienkę. A na końcu padłam niczym trup i obudziłam się późnym rankiem.
Usłyszałam potrójny jęk.
– To się nazywa podryw – stwierdziła z goryczą Iza. – Jak mogłaś zachować się tak kretyńsko?
– Właśnie o to chodzi, że nie wiem. Chyba za dużo wypiłam. Musicie mi pomóc! – oznajmiłam z naciskiem. – Chcę to odkręcić.
– Niby jak?
Nagle Ewa zaczęła się śmiać. Najpierw spojrzałyśmy na nią z wyrzutem, później dołączyłyśmy.
– Wiki! Dawno się tak nie uśmiałam – Marta usiłowała otrzeć oczy, nie rozmazując makijażu. – Pewnie, że coś wymyślimy. Najpierw musisz nam go jednak pokazać.
– Kurczę! Nie mam pojęcia jaką fuchę ma na tym okręcie? Zaczaimy się w korytarzu.
– I co? Jak przyjdzie walniemy go patelnią w głowę?
– Nie, nie! – Iza popukała się palcem w czoło. – Wiki, wracaj do kajuty i ubierz się jakoś tak… Seksownie. Wiesz, bielizna, pończoszki, buty na wysokim obcasie…
W tym momencie ponownie kwiknęłam ze śmiechu. A kiedy wytłumaczyłam im dlaczego, nasz stolik dawało się słyszeć w całej jadalni.
– Najpierw wam go pokażę. Idziemy?
Wszystkie, jak na komendę, zerwałyśmy się z miejsca i chichocząc niby nastolatki, przekradłyśmy się do części dla załogi.
Kiedy po godzinie bezproduktywnego czekania i wzajemnej wymiany doświadczeń życiowych, już miałyśmy zrezygnować, w wąskim korytarzu ukazał się pożądany obiekt naszych zainteresowań.
Wszystkie cztery wystawiałyśmy głowy zza rogu, wlepiając w niego zachwycone spojrzenia. Chyba to wyczuł, bo spojrzał w naszą stronę i aż się otrząsnął.
Zwłaszcza na mój widok.
– Co to niby ma być? – spytał z groźbą w głosie, podchodząc bliżej. – Nie piłem, ale zamiast jednej napalonej kretynki, widzę cztery!
– Przystojny, ale gbur – oceniła Iza prostując się. – Wiki, ty się lepiej zastanów.
– Faktycznie z takiego może być niewiele pożytku – potwierdziła Ewa z cichym westchnieniem.
– Już nie mówiąc, że dzielenie się z całą żeńską częścią załogi masz gwarantowane – dodała Marta.
– Myślicie? Szkoda! Ale chociaż na jeden numerek może by się nadawał?
Przedmiot naszych rozważań nadął się i gwałtownie poczerwieniał.
– Posłuchajcie mnie drogie panie – niemal wypluł te słowa. – Jestem żonaty i nie mam ochoty na żadne przygodne romanse. Zrozumiano? Zwłaszcza z takimi jak ta – wskazał mnie dłonią.
– Co masz przeciwko mnie? – spytałam z narastającą furią, ujmując się pod boki.
– Jesteś typ radykalnie napalonej desperatki. Nie dociekam powodów. Po prostu mówię, że nie mam ochoty. I tyle. A teraz wybaczcie – uniósł w górę ręce. – Praca czeka.
Zostałyśmy same, w milczeniu mierząc się wzrokiem.
– Muszę się napić – odezwałam się pierwsza markotnym tonem. – Czegoś wysoko procentowego i w dużej ilości.
– Chodź! – Dziewczyny współczująco objęły mnie w pasie i zaciągnęły do najbliższego punktu z drinkami.
Po godzinie roniłam gorzkie łzy nad podłym losem i zastanawiałam się, czy z tej podróży marzeń, nie wrócę przypadkiem jako nowy członek AA.
Ale po następnym drinku stało się to dla mnie kompletnie obojętne.
***
Obudziło mnie słońce, palące moją twarz.
Niemrawo otwarłam oczy i rozejrzałam się dookoła.
Później ponownie je zamknęłam i otwarłam.
– Cholera! – powiedziałam na głos z prawdziwą rozpaczą. – Aż tyle chyba nie wypiłam?
– Owszem, wypiłaś – odezwał się tuż obok, pełen jadu męski głos.
Zmieniłam pozycję, przekręcając się z pleców na brzuch. Piasek był ciepły i przyjemny, ale fala, która mnie podmywała, działała niezwykle irytująco.
Tuż obok mnie, ponuro zadumany, siedział znajomy marynarz, obejmując kolana ramionami.
– Pamiętam, że szalałyśmy na pokładzie wykonując jakieś dziwne wygibasy. A potem – zastanowiłam się. Umysł stawił dziwny opór i po chwili zrozumiała, że po prostu więcej nie pamiętam. – A potem chyba poszłam spać – dodałam niepewnie.
Zgrzytnął zębami nawet na mnie nie spoglądając.
– Schlałaś się prawie do nieprzytomności i usiłowałaś utopić. Pewnie nie wiesz, jak bardzo żałuję, że ci na to nie pozwoliłem!
– Utopić? – aż poderwało mnie do pozycji siedzącej. – Jak to utopić?
– Nie wiem czy znalazłaś mnie przypadkiem, czy też specjalnie, teraz to już nie ważne. Przez ciebie znaleźliśmy się w prawdziwych tarapatach.
– W tarapatach? Bo ja wiem? Ładnie tu.
Gdyby wzrok mógł zabijać, powinnam była od razu paść zimnym trupem. Nie, pomyłka! Ciepłym trupem. W końcu to były tropiki.
– Spędziłem trzy godziny holując w kole ratunkowym nieprzytomną kretynkę! W końcu udało mi się dopłynąć do tej wysepki, małej i niezamieszkanej. Zanim ktokolwiek nas odnajdzie, ba!, zanim w ogóle zaczną nas szukać, minie kilka dni!
Wbrew tym ponurym prognozom, poczułam się szczęśliwa. Położyłam się na brzuchu i oparłszy podbródek na dłoniach, spojrzałam na niego figlarnie.
– Będziemy się kochać?! – specjalnie postarałam się, aby w mym głosie zabrzmiał entuzjazm.
Dziwne, że mnie od razu nie udusił. Zerwał się tylko z miejsca i gotując ze złości, uciekł na znaczną odległość. Tam usiadł i ponuro zapatrzył w bezkresny horyzont oceanu.
– Żartowałam! – krzyknęłam, również się podnosząc. Nawet na mnie nie spojrzał, gdy podeszłam bliżej.
– No, żartowałam. Nie dąsaj się. Co teraz?
– Teraz cię uduszę i zjem! – warknął.
Znacząco poklepałam się po pupie.
– Samo mięsko, zobacz!
– Możesz sobie iść gdzieś indziej? Wkurzasz mnie!
– Ale ja serio pytam się – co teraz? – Usiadłam tuż obok niego. – Wiesz, mam świetny pomysł. Skoro nie ma tu żywego ducha, w końcu raz w życiu mogłabym się opalać nago.
– Jestem ja.
– Ty jesteś nieczuły na moje wdzięki – oznajmiłam beztrosko, ściągając przez głowę kieckę. – Poza tym mogę pójść w inną część plaży.
Zerknął na mnie z ironią.
– Teraz już wiem, dlaczego tak świetnie utrzymywałaś się w wodzie. Ile kosztowały?
– Ile co kosztowało?
– Cycki. Chociaż moim skromnym zdaniem, wzięłaś za duży rozmiar.
– Ty mnie nie obrażaj. Są naturalne.
– Ta, pewnie – odparł kpiąco.
To wampir jeden! Miałam tyle wad, że nie musiał wymyślać dodatkowych.
– Są naturalne! – warknęłam ze złością. Potem uśmiechnęłam się triumfująco i jednym ruchem ściągnęłam biustonosz. – Chcesz sprawdzić?
Trochę go zatkało. Patrzył na mnie z ukosa, ze wzrokiem wlepionym w całkiem nagi biust. Może i mnie nie lubił, ale zauważyłam też niechętny podziw.
– Lepiej zacznijmy myśleć o nieciekawej sytuacji w jakiej się znaleźliśmy.
– A tam – machnęłam ręką. – Zorientują się, że nas nie ma i zawrócą. Albo przyślą wojsko. Uratuje mnie jakiś przystojny, seksowny porucznik… - rozmarzyłam się nagle.
– Albo stary rybak pływający na kutrze – dodał złośliwie mój towarzysz. – Jemu też się odwdzięczysz robieniem laski?
– Cicho zboczeńcu – z powrotem ubrałam sukienkę, ale biustonosz po krótkiej chwili namysłu, odłożyłam obok. – Idziemy na rekonesans? Chyba najważniejsze to znaleźć wodę? Tak przynajmniej robią w filmach amerykańskich.
Prychnął z pogardą.
– Wyspa nie jest duża. Brzegiem trzy godziny marszu dookoła. Dwa kilometry stąd jest mały wodospad i słodka woda. Widziałem jadalne owoce. Nie zauważyłem groźnych drapieżników, więc przynajmniej o to nie musimy się martwić.
– Ej! Niezły jesteś – stwierdziłam z uznaniem. – A na rybki umiesz polować?
– Ryby się łowi kretynko.
– Nie jestem kretynka, tylko Wiktoria. – Podałam mu rękę. – A ty?
– Skąd wiesz, że mam ochotę cię poznać?
– Sam powiedziałeś, że spędzimy tu kilka dni. Głupio by mi było wołać – hej facet. Wolałabym po imieniu.
– A ja wolałbym, żebyś w ogóle mnie nie wołała.
– Dobra, sama cię jakoś nazwę. Na przykład gburek? Co ty na to?
– Mam na imię Artur – burknął.
– Ty patrz, ale się rymuje! Gburek-Arturek!
Gwałtownie odwrócił się w moją stronę.
– Posłuchaj namolna babo z silikonami…
– Są prawdziwe! – wrzasnęłam ze złością i zamachnęłam się biustonoszem. Idealnie trafiłam w środek twarzy, po czym moja broń obronno-zaczepna została mi odebrana.
– Nie obchodzi mnie to. Jak chcesz dostać jeść i ogrzać się wieczorem przy ognisku, to od teraz masz siedzieć cicho. Zrozumiałaś?
Wygłosił tę tyradę jednym tchem i zdecydowanym ruchem wstał, otrzepując spodnie z piasku.
– Ogień? – odparłam z powątpiewaniem, również się podnosząc. – A niby skąd? Zioniesz nim czy co?
– Istnieje coś takiego jak wodoszczelne zapalniczki. A teraz zamknij się, bo przysięgam, nie dam rady się opanować!
– Co za język! Uwielbiam prymitywnych, władczych mężczyzn! Kilka dni mówisz?
Odwrócił się w moim kierunku.
– Miałaś być cicho! I do twojej wiadomości – nie jestem prymitywny!
– Nie złość się. To był komplement – powiedziałam ugodowym tonem, ruszając za nim w głąb wyspy.
– Jak chcesz, to mogę wykrzesać w sobie resztki prymitywizmu i gdy będziesz nieposłuszna walić drągiem po głowie, a później targać brzegiem plaży ciągnąc za włosy.
– Tylko w zestawie z dzikim, upojnym seksem.
Zerknął na mnie z ukosa.
– Jesteś nimfomanką?
– Facet mnie rzucił tydzień przed ślubem – przyznałam się uczciwie.
– W pełni go rozumiem.
– A to miała być nasza podróż poślubna – kontynuowałam z melancholią. – Dlaczego ja zawsze trafiam na bez jajowych mięczaków?
– Bo każdy normalny mężczyzna na twój widok daje nogę? – podsunął usłużnie.
– No właśnie – postanowiłam nie zwracać na doskonale słyszalną ironię w jego głosie. – A mnie zostają wybraki. Swoją drogą, gdzie my idziemy?
– Wiesz, sam ogień nie wystarczy.
– A, chrust.
Przystanął tak nagle, że wbiłam się nosem w jego plecy. I zaczął śmiać.
– Co ja powiedziałam zabawnego? – spytałam, marszcząc w niezadowoleniu nos. Na dodatek, śmiejąc się, skurczybyk wyglądał wyjątkowo pociągająco.
– Nic, już nic. Idźmy dalej.
– Coś mnie kuje w lewą piętę. Idź sam. Masz twardsze podeszwy stóp, a ja bardziej delikatne.
– Bzdura. Jesteś gruboskórna niczym krokodyl.
Ja mu dam! Ze złością kopnęłam go w łydkę.
– Au! Nie zaczynaj, bo odpłacę ci tym samym.
– Wracam na plażę – nadęłam się z oburzeniem, zatrzymując się.
Również przystanął i zaczął przyglądać mi się z namysłem. A potem zdjął koszulę, co spowodowało nerwowe drgawki mojej prawej powieki, znaczne przyspieszenie bicia serca i niezdrowe, zachłanne przyglądanie się jego umięśnionej klacie.
– Weź koszulę i ją upierz. Do czegoś się musisz przydać. Przyniosę trochę owoców, potem coś na ognisko. A ty lepiej nie ruszaj się z plaży. Kto wie, co głupiego znów przyjdzie ci do głowy?
– Topić się już nie będę.
Trochę było mi smutno samej, ale z drugiej strony… Jasny, prawie biały piasek. Błękitne, bezchmurne po horyzont niebo. I ta woda… Zaledwie delikatnie falująca, w odcieniach turkusu, zieleni i niebieskiego. Do tego palmy w tle i świadomość, że dookoła naprawdę nikogo nie ma.
Siedziałam na plaży, przesypując piasek pomiędzy palcami i gapiąc się bezmyślnie przed siebie, gdy wrócił Artur. W ramionach piastował ogromny liść, a w jego zagłębieniu dojrzałam różne owoce.
– Jadalne to? – spytałam z powątpiewaniem, przyglądając się, jak kładzie cały bagaż na ziemi.
– Zobaczymy. Jak przeżyjesz, to ja też skosztuję.
Wykrzywiłam twarz w parodii uśmiechu.
– Złego diabli nie biorą, pamiętasz? Ja wyżyję, ty padniesz.
– Nie zdziwiłbym się. Większość z nich znam, są bezpieczne. Tylko zostaw coś dla mnie.
Podwinął spodnie i znów zniknął w zielonej gęstwinie. Westchnęłam, bo jego widok z tym opalonym torsem, tatuażami i w białym ubraniu, tak znakomicie pasował mi do tego rajskiego pejzażu. Ale co z tego, skoro miał mnie za kretynkę-nimfomankę?
W minorowym nastroju wybrałam dwa, najlepiej wyglądające owoce. Wbrew pozorom okazały się całkiem niezłe. Później uprałam koszulę Artura oraz swoją bieliznę i rozwiesiłam mokre ciuchy na pobliskich krzakach.
W zasadzie nie pozostało mi już nic do roboty. Pomyślałam więc, że najwyższa pora zadbać więc o własną urodę. Musiałam przecież wyglądać kwitnąco, jak ten róży kwiat, aby ten troglodyta wiedział, co traci.
Z namysłem, ponownie przyjrzałam się kupce owoców, rozłożonych na dużym liściu nieznanego mi drzewa. Wśród nich było coś czerwonego, co wyglądem przypominało naszą rodzimą truskawkę. A ta jak wiadomo świetnie działa na cerę.
Bez zastanowienia odgarnęłam włosy do tyłu i wygodnie rozsiadłam się w cieniu, tuż pod ogromną palmą. Owoc okazał się miękki i wyjątkowo soczysty. Musiałam się wręcz położyć, bo inaczej wszystko ściekłoby mi na bluzkę. Leżałam tak sobie, czując niemalże dobroczynne działanie naturalnej maseczki oraz sok, wąskimi strużkami spływający mi do uszu. Było ciepło, przyjemnie, tuż obok szumiał ocean. To wszystko podziałało na mnie niezwykle uspokajająco. Zamknęłam oczy i powoli pogrążałam się w błogiej drzemce.
Obudził mnie potężny ryk. Zaskoczona poczułam jak ktoś energicznie mną potrząsa, z taką siłą, iż niemal oderwałoby mi głowę. Otwarłam zaspane powieki. Zapadał już zmierzch, ale i tak dość wyraźnie widziałam kontury otaczających mnie przedmiotów.
– Ty żyjesz?! – ulga w głosie Artura była wręcz namacalna. – Nie ruszaj się, to może być wstrząs mózgu!
– Jaki wstrząs mózgu? O czym ty bredzisz? – spytałam z niesmakiem, siadając z głośnym stęknięciem.
– Jesteś cała we krwi!
– To maseczka upiększająca kretynie! O mało co mi głowy nie urwałeś… Świetna taktyka przy podejrzeniu wstrząsu mózgu!
– Maseczka?... Upiększająca?... Maseczka?! Jak ja ci dam maseczkę! – ryknął nieoczekiwanie.
– Robię się na bóstwo, żeby cię uwieść – mruknęłam, macając twarz palcami. Rzadka papka, zamieniła się w sztywny pancerz. Ciekawe czym ja to teraz zmyję?
– Uwieść! – Poczerwieniał tak, że sam wyglądał jakby go miał szlag trafić. – Nie! Ja kurwa nie wytrzymam dłużej! Wpław ruszę na poszukiwanie pomocy!
Wiecie co? To nawet zabawne, jak duży, umięśniony facet podskakuje niczym wściekle ujadający pekińczyk. Na dodatek ma na sobie tylko białe, przykrótkie spodnie.
Nie omieszkałam mu tego powiedzieć.
Nic dziwnego, że nie wytrzymał. Zawlókł mnie do wody i tam porzucił, warcząc, że mam natychmiast doprowadzić się do normalnego wyglądu.
– O ile w twoim przypadku można mówić o normalnym wyglądzie – rzucił jadowicie i już go nie było.
Kiedy już poczułam się czysta i odświeżona, wyszłam na brzeg, kierując się do niewielkiego ogniska. Siedział przy nim Artur, ponuro zadumany. Nawet na mnie nie raczył spojrzeć.
Byłam calutka mokra. Pewnie, że bez zdejmowania ciuchów, też szybko bym wyschła, ale mój wredny charakter i wrodzona przekora znów doszły do głosu. Powoli rozebrałam się i rozłożywszy mokre łachy na piasku, usiadłam przy ogniu. Dopiero teraz na mnie spojrzał i z lekka go zatkało.
– No co? Wyschną, to je z powrotem założę.
– Jesteś prawie naga…
– No co ty nie powiesz – odparłam rozbawiona. Miał dziwną minę, trochę niechętną, trochę pełną podziwu. – To nie patrz. Ten numer wychodzi ci najlepiej.
– Trochę trudno nie patrzeć na piękną kobietę – mruknął, pochylając głowę. Ale nie mogłam nie zauważyć ukradkowych łypnięć.
– Jestem piękna?
– Stosunkowo. Na przykład na tej wyspie nie masz sobie równych – dodał drwiąco.
Postanowiłam, że najwyższy czas na zmianę tematu.
– Brakuje mi skrzypiec – westchnęłam smętnie.
– Skrzypiec? A nie całej orkiestry?
– Nie drwi. Jestem skrzypaczką.
– Ty? Daruj, ale bardziej wyglądasz na tancerkę erotyczną niż artystkę.
– Widocznie drzemie we mnie ukryty talent. Jak myślisz, powinnam spróbować?
– Koniecznie!
Skoro tak, nie mogłam pozwolić się dłużej prosić. Wstałam i przeciągnęłam się, a potem podeszłam do smukłego pnia palmy.
– Co robisz? – spytał osłupiały.
– Próbuję?
– Teraz? Tutaj?
– A dlaczego by nie – uśmiechnęłam się zalotnie i odwróciłam tyłem. Delikatnie i zmysłowo zakołysałam przy tym biodrami. Zza moich pleców dobiegło coś na kształt rzężenia połączonego z krztuszeniem.
O, tak, tak! – pomyślałam złośliwie. Ciekawe jak długo wytrzyma? Aby utrzymać rytm nuciłam sobie cichutko tylko sobie znaną melodię. Potem obejrzałam się przez ramię.
– No, sypnij kasa chłoptasiu, bo widzę, że już ci staje.
To, co w moim mniemaniu miało być żartem, on potraktował jako kpinę.
– Idę… Idę, zorganizować coś do jedzenia.
No nie! Znowu! Kolejny, który ucieka na mój widok. Pocieszające było jedynie to, że po raz pierwszy wiedziałam dlaczego. Mógł albo się na mnie rzucić, albo ewakuować.
Zanim usiadłam przy ognisku, ubrałam się. Głupio było mi paradować dłużej z gołym zadkiem. Zwłaszcza teraz, gdy nie było Artura.
Mijający czas strasznie się dłużył. Siedziałam, dorzucając co jakiś czas po kilka patyków, aby podtrzymać ogień. Zjadałam kilka owoców. Potem poczułam się śpiąca. Tuż obok, leżała jego koszula. Bez namysłu okryłam się nią i skuliłam, czując jak moje oczy same się zamykają. Po całym dniu, tak pełnym wrażeń, wciąż chciało mi się spać.
Ziewnęłam raz i drugi, a później, nawet nie wiem w którym momencie, po prostu zasnęłam.
***
Znów obudziło mnie wesoło świecące słoneczko. I ciepło drugiego ciała tuż przy moim. Nie zdążyłam się jednak ucieszyć z tego faktu, bo co prawda Artur tulił się do mnie, ale plecami. Żadnych czułych objęć czy innych rzeczy tego rodzaju.
I zabrał mi koszulę!
Co za gruboskórny drań!
Ziewając, wciąż zaspana, udałam się nad brzeg oceanu i w wydrążoną łupinę jakiegoś owocu nabrałam wody. Potem wróciłam i z satysfakcją wylałam mu to na głowę.
– Jasna cholera! – od razu się obudził. Siedział i prychał, nie rozumiejąc co się stało.
Posłałam mu promienny uśmiech.
– Pobudka – oświadczyłam radośnie.
Chyba teraz do niego dotarło. Ryknął z wściekłością i rzucił się w moim kierunku.
– Uduszę cię wredna małpo! Uduszę i zakopię pod najbliższą palmą!
– Ciekawe jak? – mruknęłam. – Nie masz łopaty.
Stał tuż obok, dysząc z wściekłości. Trzeba przyznać, ze drań był wyjątkowo przystojny. Od samego patrzenia miękły kolana.
– Kiedyś się doigrasz – sapnął gniewnie.
– I co mi zrobisz? Zgwałcisz? Jestem za, nie musimy z tym dłużej zwlekać…
Wybulgotał coś bez ładu i składu, a potem uciekł. W głąb wyspy. Pomyślałam, że nie ma sensu go gonić, bo i tak wróci. Wzruszyłam więc ramionami i zabrałam się za poranną toaletę. Nie ukrywam, że najbardziej brakowało mi szczoteczki i pasty do zębów. Zresztą, grzebień też by się przydał. I gorąca, aromatyczna kawa… Ech. Jak widać sam wytatuowany marynarz, to nie wszystko. Zwłaszcza tak wrogo do mnie nastawiony.
Wszystko szło nie tak jak powinno. Najpierw porzucenie przez Piotra. Później decyzja o samotnym rejsie. Trzeba było zwrócić te cholerne bilety i zostać w domu. A teraz Artur, z pozoru idealny, wymarzony i… pałający do mnie olbrzymią niechęcią! Byliśmy całkiem sami na bezludnej wyspie, z perspektywą pozostania na niej jeszcze przez kilka dni, a on ode mnie uciekał! Od jedynej kobiety, od jedynego towarzystwa jakie miał! Jasny gwint! Nawet w takiej sytuacji facet dawał nogę!
– Co ze mną jest nie tak? – mruknęłam markotnie. Padłam na plecy i zapatrzyłam się w idealnie błękitne niebo. Byłam głodna, spragniona, a nade wszystko straszliwie samotna. Potrzeba szerokiej, męskiej piersi, na której mogłabym wypłakać swoje smutki, stawała się coraz bardziej nagląca.
– Co kombinujesz? – rozległ się znienacka głos nad moją głową.
– Rozmyślam nad mą smutną dolą – przekręciłam się na brzuch i oparłam podbródek na dłoni. Usiadł obok, krzyżując nogi i chwytając jeden z owoców.
– Smutną dolą?
– No bo sam powiedz – dlaczego od samego początku jesteś do mnie tak bardzo uprzedzony?
– Ty się jeszcze dziwisz? – aż przestał jeść. – Wpadłaś pijana do mojej kajuty, waląc mnie w przyrodzenie i bełkocząc coś bez ładu i składu. A teraz przez twoje pijackie wybryki znaleźliśmy się tutaj – zatoczył ręką dookoła. – Nawet nie wiesz jak bardzo żałuję, że odruchowo się za tobą rzuciłem.
O ile to możliwie, zrobiłam się jeszcze bardziej markotna.
– Może tak byłoby lepiej…
– Hę? – wyglądał na zaskoczonego mym zachowaniem.
– Jaki jest twój ideał kobiety? – spytałam raptownie zmieniając temat. Widać trochę go tym ogłuszyłam, bo zamarł w bezruchu, wytrzeszczając oczy. – No przecież jakiś masz? – dodałam zniecierpliwiona.
– A, mam! Łagodna, cierpliwa, skromna, o błękitnych oczętach i złocistych warkoczach – odparł z doskonale wyczuwalną złośliwą satysfakcją. – Do tego powinna mieć nogi do nieba, wąskie biodra i idealne, niezbyt duże piersi.
– No patrz! Moje całkowite przeciwieństwo. Na drugi raz wymyśl coś bardziej wiarygodnego. A jaka jest twoja żona?
– Moja, co?
– Mówiłeś, że jesteś żonaty.
W tej chwili, wysiłek umysłowy jaki wykonywał, był widoczny jak na dłoni. Zagryzłam wargi, by się nie roześmiać.
– Ach, wtedy. Zełgałem.
– Co za ulga. Wciąż będę cię mogła uwieść…
– Masz dziwne zasady. A niby w czym przeszkadza ci moje małżeństwo?
– Już raz się wkopałam w romans z żonatym, choć na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nie miałam pojęcia, iż ożenił się miesiąc wcześniej. Mało brakowało zawaliłabym przez padalca całą moja karierę. Ale nie wyszedł z tego cały i zdrowy – dodałam mściwie.
– Mów. Też mi się należy rozrywka – zabrał się za kolejny owoc.
– Po pierwsze, to wcale nie było zabawne, gdy świeżo poślubiona małżonka nakryła nas podczas bzykanka w jego gabinecie. Wiesz jak podle się wtedy czułam? – Aż wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. – Mój flecista to był kawał drania.
– Flecista? Rozumiem, że był wirtuozem fletu?
– A skąd! Po prostu miał przyrodzenie jak flet, długie i cienkie – mruknęłam.
Artur zaczął się śmiać.
– Mam nadzieję, że ty o sobie mówisz skrzypaczka tylko z powodu instrumentu?
– Ja tu ci opowiadam tragiczne koleje mego losu, a ty się nabijasz! – zdenerwowałam się nagle.
– Rozumiem, że flecistę puściłaś w trąbę? I znalazłaś sobie kolejnego biedaka, któremu mogłaś grać na nerwach?
– Oni nie narzekali.
– Niektórzy korzystają z tego, jak im się napalona baba sama pcha w spodnie.
– Jesteś niesprawiedliwy. Z Piotrem byłam ponad rok. Teraz myślę, że chyba nie do końca do siebie pasowaliśmy.
– Niewiarygodne! Jak do tego doszłaś?
Postanowiłam zignorować doskonale słyszalną w jego głosie drwinę.
– Po prostu za rzadko dochodziłam – odparłam złośliwie. – Piotr może się różnił od ciebie posturą, ale podejście do seksu miał podobne.
– A skąd wiesz jakie ja mam?
– Przecież to widać jak na dłoni. Oboje jesteście zdania, że skoro już uczyniliście jakiejś bidulce zaszczyt zamoczenia przyrodzenia w jej szparce, to powinna dostać orgazmu z samego faktu dostąpienia takiej godności.
Zmrużył oczy.
– Nie porównuj mnie do swego eks.
– Bo co? Udusisz mnie i zakopiesz pod palmą? – odparłam szyderczo.
– Nie. Bo jeszcze przyjdzie mi ochota udowodnić, że się mylisz.
– Jakbym temu była przeciwna – mruknęłam, z powrotem odwracając się na plecy. – Ależ powalająca na kolana groźba.
Pochylił się nade mną, tak, że mogłam teraz patrzeć w czarne, nieprzeniknione oczy.
– To może nie być seks jakiego pragniesz.
– Po tobie to ja już niczego nie oczekuję.
– Zrezygnowałaś Wiktorio? – spytał głębokim głosem, pochylając się jeszcze bardziej. – To ostatnia rzecz, jakiej bym się po tobie spodziewał.
Chrząknęłam nieco zakłopotana. Co on kombinował? Najpierw o mało co nie skręcił mi karku, a teraz wyglądał jakby z własnej, nieprzymuszonej woli chciał pocałować.
– Nie nazwałabym tego rezygnacją.
– Nie? – tym razem jego twarz była zaledwie kilka centymetrów od mojej. – A jak?
– Bo ja wiem… - wyraźnie poczułam się nieswojo. – Jaki niby seks oferujesz, że przypuszczasz, iż mógłby się mi nie spodobać?
– Ostry, szybki, brutalny. Zero romantyzmu i czułości. Dalej jesteś chętna? – Czy mnie się wydawało, czy w jego schrypniętym głosie słyszałam pożądanie?
Leniwym ruchem uniosłam ramiona do góry i oparłam je o jego barki.
– Lubię taki – wymruczałam. – I uwielbiam jak facet bierze mnie od tyłu, całkowicie nade mną dominując, czasem mocno klepie w pośladek, a na dodatek posuwa ostro i bez litości. Jesteś w stanie zafundować taką jazdę bez trzymanki?
Oj, tym razem widziałam, że naprawdę się podniecił. W ciemnych źrenicach ukazał się niebezpieczny błysk, mówiący, że dałby mi nawet o wiele więcej.
– Lubisz? A gdybym wbił się w twoją pupę? Nie zważając na protesty i ból, który mogłabyś odczuwać? I na zamianę rżnął cię w obie dziurki?

Zaczęłam się niespokojnie wiercić. Nie tylko on był pobudzony. Ja również czułam, jak pomiędzy moimi udami robi się coraz bardziej gorąco i wilgotno, jak podbrzusze zaczyna pulsować w dobrze znany sposób. Jedna z jego dłoni spoczęła na mojej piersi, a potem zaczęła ją masować i ściskać.
– Artur! – jęknęłam, tym razem prężąc całe ciało.
– To oznacza, że mam przestać czy kontynuować?
– Sama nie wiem…
Naprawdę nie wiedziałam. To prawda, miałam na niego cholerną ochotę, ale nagle jakieś to wszystko zrobiło się dziwne. Zabawne, ale bardziej mnie kręcił jego opór niż sam seks z nim.
Poza tym, coś mi tu śmierdziało. Przez cały czas ogniście protestował, a teraz co? Nagle zebrało mu się na amory?
– Nie wiesz? – Jego dłoń dotarła do mego podbrzusza i nadal przesuwała się dalej. Choć targana wątpliwościami, nie zaprotestowałam. Nawet wtedy, gdy pochylił się tak nisko, że jego gorące wargi dotknęły mojej szyi. Pieścił mnie teraz ustami i ręką, której palce bezczelnie wsunęły się pod cienki materiał majtek.
Jęknęłam przeciągle i uniosłam biodra w górę, tak, by wyjść mu niejako naprzeciw. Szczerze mówiąc zdusiłam kiełkujący sprzeciw, narastający gdzieś w głębi mej duszy i dałam się ponieść pożądaniu. A raczej dałabym się ponieść, gdyby w tej samej chwili Artur nie wyszeptał mi drwiącym głosem na ucho:
– Skoro nie wiesz, to nie będę się narzucał.
I błyskawicznie wstał, i posławszy mi jeszcze jedno drwiące spojrzenie, zniknął w pobliskiej gęstwinie. Zostałam sama. Wściekła, napalona i dysząca żądzą zemsty.
Ha! Wiedziałam! Byłam pewna, że wywinie mi jakiś numer. Moja intuicja, o ile jej nie ignorowałam, zawsze podpowiadała prawdę.
Zerwałam się na równe nogi i wydając z siebie dzikie wrzaski, miotałam się po plaży, warcząc, plując i bluzgając przekleństwami na cały rodzaj męski. Jak już odpowiednio się wymęczyłam, usiadłam pod ulubioną palmą i zaczęłam planować zemstę.
Chce skromnej, uwodzicielskiej kobiety? Dobrze. Dostanie taką. I to on przyjdzie do mnie na kolanach, żebrząc o odrobinę zainteresowania. Mściwie, obmyśliłam cały plan, punkt po punkcie, a potem w wyobraźni odtworzyłam całą scenę, jak wzgardliwie odrzucam jego zaloty.
Wredny buc! Już ja mu pokażę, co oznacza babska zemsta!
Zatarłam z zadowoleniem dłonie, a potem udałam się w głąb wyspy, tam gdzie tryskało niewielkie źródełko. Postanowiłam zacząć od własnego wyglądu. Trochę ciężko będzie tak bez lustra, ale chociaż dobrze, że nie potrzebowałam zbyt wielu środków upiększających. Własną urodą kwitłam nieprzerwanie od lat, niczym ten róży kwiat i bez takiego tuszu do rzęs czy podkładu, mogłam się bez problemu obyć.
Wykąpana i nieoczekiwanie zadowolona z życia, wróciłam na plażę, do naszego grajdołka. Włosy wyschły mi po drodze, ale nie związywałam ich. Same w sobie stanowiły prawdziwą ozdobę. Wypraną bieliznę rozłożyłam na pobliskich kamieniach, zostając w samej sukience. Była lekka, nieprzejrzysta i znakomicie podkreślała każdy atut mego ciała.
Artura wciąż nie było. Wzruszyłam ramionami i usiadłam w cieniu. Moja delikatna skóra nie lubiła zbyt dużej dawki słońca, więc wolałam jej na to nie narażać. Siedziałam tak zadumana, obejmując ramionami kolana i wpatrując się w horyzont, który zrobił się jakiś dziwny. Jakby ciemniejszy, mniej błękitny.
– Myślisz o swych zmarnowanych szansach? – usłyszałam znienacka tuż obok.
– Nie. O tym – wskazałam dłonią na widnokrąg. Usiadł obok mnie i zmarszczył brwi.
– Niedobrze. Będziemy mieli załamanie pogody. Zbliża się huragan.
– To dla nas groźne?
– Przeniesiemy się w głąb wyspy. Obok źródełka jest nie tyle jaskinia, to specyficznie ułożone głazy. Dadzą nam dach nad głową.
– Skąd wiesz?
– Właśnie stamtąd wracam.
– Podglądałeś?
– Żadne takie – odparł ze spokojem. Ale nie odwzajemnił mojego spojrzenia. – Badałem teren.
„Akurat” – pomyślałam z satysfakcją. Ale nic nie powiedziałam. Za to wyobraziłam sobie jak stoi za jednym z tych rozłożystych krzaków, z dłonią na nabrzmiałym członku, i obserwując mnie z mieszanką niechęci i pożądania, masturbuje się silnymi ruchami.
O, tak! Zemsta będzie słodka!
– Ciekawe kiedy nas znajdą? – mruknęłam, starając się, aby ton mego głosu był strasznie markotny.
– Z pewnością długo tu nie zabawimy. Nie dasz rady mnie uwieść.
– Nie zamierzam – wzruszyłam ramionami. – Poczekam na innego. Kogoś, w kim nie będę budziła odruchów wymiotnych i kto nie będzie bawił się moimi potrzebami.
Zatkało go. Siedział obok, nerwowo wybijając rytm palcami i wciąż gapił się w morze.
– Nie budzisz we mnie odruchów wymiotnych.
– Sugerowałeś, że tak.
– I nie bawię się twoimi potrzebami!
– Ta, pewnie. To był tylko niewinny żart.
– Nie bierz mnie na litość.
– Na nic nie chcę cię brać – rozzłościłam się nieoczekiwanie. – Powiedziałam prawdę, a ty znów się czepiasz.
– No dobrze, już dobrze – odparł ugodowo. – Ogłosimy zawieszenie broni. Ty nie będziesz starała się mnie uwieść, a ja nie będę puszczał głupich tekstów.
– Dobrze.
– Dobrze? I tylko to? Coś za spokojna jesteś…
– Dochodzę do siebie po traumatycznych przeżyciach. Tutaj nie ma alkoholu, żadnych pokus, niczego. Mogę tylko myśleć. I trzeba przyznać, że przynosi to wspaniałe rezultaty.
– A przedtem?
– Jak ty byś się czuł, gdyby ukochana kobieta, siedem dni przed zaplanowanym ślubem, oświadczyła, że się wycofuje? I że od pół roku ma romans z innym? – spytałam z goryczą.
– Pewnie niewesoło – mruknął.
– Zresztą, nie chodzi o to, że się wycofał. Bardziej o to, w jaki sposób to zrobił. To było prawdziwe świństwo.
– Coś mi mówi, że nie wyszedł z tej rozmowy cało?
– Nie wyszedł. Wybiłam mu ząb i roztrzaskałam na głowie ukochany instrument. Żałowałam tylko, że nie jest to coś większego, na przykład wiolonczela albo fortepian – dodałam mściwie.
– Fortepianem byłoby odrobinę nieporęcznie.
– A po necie krążą teraz fotki, przedstawiające mego lubego Piotrusia, jak rzyga do butów mojej przyjaciółki – kontynuowałam z coraz większą satysfakcją. – Jak wrócę z rejsu, dodam jeszcze te, w których robił za walentynkowy prezent, z czerwoną kokardką na sflaczałym penisie. To dopiero będzie gratka!
– Mówił ci ktoś, że żądza zemsty szkodzi urodzie?
– A na co mi ona, skoro i tak nie przynosi szczęścia – wzruszyłam ramionami. – Wolałabym być przeciętna i szczęśliwa w ramionach wymarzonego mężczyzny.
– Nie wolałabyś. To tylko takie gadanie.
– A ty? Tobie wygląd gwarantuje sukces w podbojach. A dalej?
– Nie wiem. Nigdy nie chciałem być z żadną kobietą dłużej niż kilka miesięcy.
– Dlaczego?
– Bo wiesz… – wyraźnie się zakłopotał. – Wszystkie zaczynają grać przy mnie rolę słabych, bezbronnych kobietek, albo wywyższają się, usiłując udowodnić, że jestem prymitywnym mięśniakiem bez krzty inteligencji.
– Do której kategorii ja się zaliczam?
– Właśnie z tym jest problem. Do żadnej. Ale jesteś przez to podwójnie wkurzająca.
– Wy, faceci, jesteście dziwni – oświadczyłam, wstając i otrzepując z piasku tył kiecki.
– Wy, kobiety, jeszcze bardziej – dodał, również się podnosząc.
– A teraz oba gatunki czym prędzej skierują się do schronienia – podsumowałam kategorycznie. Horyzont przybrał ciemną, przytłaczającą barwę. Widać już było kłębiące się chmury i błyskawice przecinające niebo. Również wiatr przybrał na sile, coraz mocniej szarpiąc moimi włosami.
Artur roześmiał się i ująwszy mnie za dłoń, pociągnął za sobą. Poczułam się dziwnie bezpiecznie, choć tylko trzymał mnie za rękę. 

– Poczekaj, wezmę ze sobą moją bieliznę. Inaczej odleci z najbliższym podmuchem i tyle ją będę widziała.
– A gdzie jest moja koszula?
– Tam. Bierzemy wszystko i zmykamy. Te niebo jest niepokojąco ciemne – odparłam, patrząc na kłębiące się na horyzoncie chmury z podziwem i obawą jednocześnie.
Idąc przez zieloną gęstwinę, po raz kolejny podziękowałam memu zezowatemu szczęściu, że w momencie gdy wyskakiwałam za burtę, miałam na nogach wiązane sandały, a nie na przykład japonki. Te drugie z pewnością bym zgubiła. Podziwiałam Artura, że bez najmniejszego problemu chodzi na bosaka. Ja bym nie dała rady.
Zanim na dobre zniknął złocisty blask słońca, dotarliśmy do celu.
Nasze schronienie przypominało małą pieczarę. Było niewielkie i ciasne, ale lepsze niż żadne, więc nie marudziliśmy. Artur szybko naznosił do środka jakiś miękkich liści, oraz sporą ilość owoców. Zanim pojawił się silny wiatr i pierwsze krople deszczu, siedzieliśmy na prowizorycznym posłaniu, przytuleni plecami do zimnej ściany.
A na zewnątrz rozpętało się piekło.
Patrzyłam z podziwem na ten pokaz możliwości matki natury, kuląc się odrobinę z zimna, a odrobinę z podniecenia, wywołanego całym tym przedstawieniem.
Artur również się nie odzywał. Przynajmniej dopóty, dopóki tuż naszymi głowami nie przetoczył się głuchy, potężny grzmot.
Aż podskoczyłam. Ale dzielnie trzymałam się swojej połowy siedziska.
– Nie boisz się? – Z ledwością przekrzyczał panujący dookoła hałas.
– Trochę tak, trochę nie – odwrzasnęłam. – Wiesz, mimo wszystko to piękne.
– Byłem pewien, że to powiesz – uśmiechnął się i przyciągnął ku sobie. – Chodź. Razem będzie nam o wiele cieplej, a tak tylko się wyziębimy – dodał w odpowiedzi na pytanie w moich oczach.
– Skoro tak uważasz.
Faktycznie. W jego ramionach było o niebo lepiej. Teraz mogłam już tylko podziwiać widowisko na zewnątrz.
– Czy mnie się wydaje, czy nie masz na sobie bielizny? - Wyraźnie czułam jak jego dłonie przesunęły się po moim ciele.
– A niby co zabierałam z plaży?
– To nie był dobry pomysł…
– Dlaczego? – zmarszczyłam brwi patrząc mu w oczy, które przybierały coraz dziwniejszy wyraz. – Miałam chodzić brudna i zarośnięta, aż nas znajdą?
Nie odpowiedział, tylko przyparł mnie do skały. Jego ręce wsunęły się pod zwiewny materiał sukienki, pieszcząc najpierw uda, później brzuch, a na samym końcu powędrowały w tę najbardziej intymną okolicę.
– Artur, przestań! – odtrąciłam jego natrętne dłonie.
– Oho! Ktoś tu woli grać rolę myśliwego, a nie zwierzyny łownej – powiedział złośliwie, ale się nie odsunął.
– Nie o to chodzi. Dziś siedziałam na plaży i myślała, myślałam…
– Musiałaś się tym mocno zmęczyć? – dodał z fałszywym współczuciem.
– … i doszłam do wniosku, że nie chcę żadnej przelotnej przygody czy jednorazowego seksu. Ja naprawdę chcę trwałego i odpowiedzialnego związku. I dlatego ty się nie nadajesz.
– Do czego?!
– Do czegoś poważnego.
– Ale na szybki numerek się nadaję?
– Tak. I nie patrz na mnie z taką złością. Mówię, co myślę.
Odsunął się i oparł plecami o skałę.
– Czyli jednak ten drugi rodzaj. Uważasz mnie za nierozgarniętego troglodytę, niezdolnego do jakichkolwiek głębszych uczuć czy przemyśleń?
Chętnie odpowiedziałabym, że owszem, ale przecież nie byłaby to prawda.
– Nie. Sądzę jednak, że powodzenie u płci przeciwnej za bardzo cię rozpieściło. Sam nie wiesz czego w kobiecie szukasz, czego po niej oczekujesz.
Nie odpowiedział. Siedział zadumany, podczas gdy na zewnątrz lało, wiało i błyskało, jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata.
– Trochę racji masz – przyznał w końcu niechętnie. – Czy wyjdę na mięczaka i kretyna, jak powiem, że po prostu chciałbym się zakochać?
No! Tym razem mnie ustrzelił. Zakochać? On?! Może i mówił szczerze, ale czy mogłam mu ufać? Nie, lepiej nie.
– To dlaczego tego nie zrobisz?
– Brak odpowiedniej kandydatki. Ty nawet byś się nadawała, gdybyś była odrobinę bardziej skromna i nie rzucała się na mnie od samego początku, niczym wygłodniały szakal na padlinę.
– A twój ideał kobiety? – spytałam nieco złośliwie.
– Ideały można zmieniać.
– Byłoby ciekawie, ale dość szybko poprzegryzalibyśmy sobie gardła. Pozwolisz, że nie skorzystam.
– Uraziłem twoją dumę i wciąż jesteś na mnie zła?
– Powiedzmy, że po twojej odmowie zaczęłam myśleć częścią ciała, która jest do tego przeznaczona.
– A wcześniej?
– Wcześniej miałam napad poważnego zidiocenia. Na szczęście nietrwały.
– Jednak jesteś obrażona – oświadczył ze spokojem.
Najchętniej przywaliłabym mu w głowę czymś twardym, za tę jego zbytnią pewność, co do własnych przekonań. Potem jednak nieoczekiwanie złość mi przeszła, za to pozostało dziwaczne uczucie żalu i straty. Nie wiem sama, może wpływ na to miała intymność tej chwili, albo pogoda na zewnątrz, albo wszystko razem plus uczucie goryczy, towarzyszące mi od dnia zerwania z Piotrem, ale to wszystko skumulowało się, prowokując mnie do zwierzeń. I tak powiedziałam obcemu człowiekowi coś, czego nie zdradziłam nawet najlepszej przyjaciółce.
– Kilka dni przed tym, jak odwołał nasz ślub, złapałam go na kłamstwie. Nieważne teraz jakim, grunt że nabrałam podejrzeń co do jego wierności. Zadzwoniłam i poprosiłam o wyjaśnienia. Pół godziny później zjawił się u mnie z ogromnym bukietem kwiatów, przysięgając na wszystkie świętości, że mnie kocha i nigdy nie zdradził. Uwierzyłam. Trzy dni później przyjechał, by powiedzieć mi, że kocha inną, z którą spotyka się już od ponad pół roku.
– I ty na serio poprzestałaś tylko na wybiciu mu zęba?!
– Najgorsze, że złość szybko przeszła, za to pozostał żal. I gorycz. Niechby skubaniec nie odgrywał tej komedii trzy doby wcześniej, ale nie! Asekurant przebrzydły. Podobno ta druga postawiła mu ultimatum.
– Jakim cudem trafiłaś na takiego tchórza?
– Wiesz… – rozmarzyłam się nagle, ogarnięta wspomnieniami. – Wcale nie był taki zły. Dbał o mnie, troszczył się, podziwiał i chyba kochał? Przynajmniej na samym początku. Ja też go kochałam. Nawet nie wiem, czy nie powinnam używać wciąż czasu teraźniejszego?
– Trzeba przyznać, że jest w tobie wiele sprzeczności.
Nie odpowiedziałam, tylko z markotną miną zapatrzyłam się przed siebie.
– Naprawdę zrobiłam na tobie takie złe wrażenie?
– Powiedzmy, że wystartowałaś z najniższego pułapu. Gorzej nie mogłaś wypaść.
– Alkohol szkodzi nie tylko urodzie – powiedziałam melancholijnie.
– Wtedy zaszkodził również urodzie – zaczął się śmiać. – Wiesz jak okropnie wyglądałaś?
– Pamiętam. Nie musimy kontynuować tego wątku.
– A to coś pod twoim nosem… Co to było?
– Sztuczna rzęsa. I odczep się w końcu – zdenerwowałam się. – Każdy ma lepsze i gorsze dni.
– Chodź, niech cię przytulę. W imię nowej przyjaźni – objął mnie ramieniem. Nie powiem, chętnie skorzystałam. – Wiesz, że przy bliższym poznaniu zyskujesz?
– Jestem śpiąca – powiedziałam, ostentacyjnie ziewając.
– Nie zmieniaj tematu.
Ale tym razem nie odpowiedziałam. Znacząco chrapnęłam i wtuliwszy się w jego ramiona, nosem zaryłam w szeroką pierś. Gbur czy nie, ale tego mi było trzeba. Na szczęście zrozumiał sytuację i przestał ględzić. Kciukiem pocierał moje ramię, potem przesunął go na uda, a potem przyznam się, że nie pamiętam. Bo faktycznie zasnęłam.
Obudziło mnie ścierpnięte ramię.
Otwarłam oczy i szeroko ziewnęłam. Po złej pogodzie nie było już śladu, ale słońce jeszcze nie wzeszło. Siedziałam na kolanach Artura, opasana jego ramionami, bezpieczna niczym pisklę w gnieździe. I tak też się czułam. Naprawdę był z niego kawała chłopa. W dodatku przyjemnie pachniał. Trochę potem, trochę jakimiś owocami, trochę samym sobą.
Uśmiechnęłam się. Zawieszenie broni? Niech będzie. W ten sposób łatwiej będzie mi osiągnąć zwycięstwo. Bo bez względu na wszystko nadal pragnęłam się zemścić. Nie, to złe słowo. Chciałam mu po prostu coś udowodnić.
Poruszyłam się lekko. Mężczyzna coś wymruczał i jedna z jego dłoni zjechała na mój pośladek. Nos wtulił w moje włosy i tak jakoś dziwnie zaczął się wiercić. Wciąż na wpół śpiący, wciąż nie do końca przytomny. Poprawiłam swoją pozycję, bo było mi ździebko niewygodnie. Coś uwierało mnie od spodu. Co on tam miał w tych kieszeniach?
Nagle, aż zachłysnęłam się z wrażenia. Ależ ze mnie głupia idiotka! W kieszeniach? Akurat. Był podniecony i to nabrzmiałą, twardą jak kamień męskość, wyczuwałam pod moją pupą.
Za późno było jednak, by się wycofać.

Zwłaszcza gdy nieoczekiwanie mnie pocałował. Tak leniwie, nie do końca świadomie. Dopiero później wepchnął język pomiędzy moje wargi i zaczął buszować nim z coraz większym zapałem, smakując mego wnętrza.
To był cudowny pocałunek, jednocześnie delikatny i pełen ognia, taki, którego po prostu nie potrafiłam opisać słowami, ale dostarczył mi nieopisanej rozkoszy i podniecił tak bardzo, że teraz już sama wgryzałam się w usta Artura.
Gdzieś tam, w głębi duszy, byłam zdumiona tak nieoczekiwanym rozwojem sytuacji. Jak to się stało, że facet, który pluł jadem na sam mój widok, tak całkiem nagle zmienił się w namiętnego kochanka? A może wciąż spałam i to był sen?
Chyba jednak nie, bo to co czułam było takie rzeczywiste, takie prawdziwe.
Wydawał się wciąż zaspany, wciąż nie do końca świadomy, a jednak energicznym ruchem położył mnie na plecach, podwinął sukienkę i szeroko rozłożył nogi.
– Mówiłem, że nie noszenie bielizny, to głupi pomysł – wymruczał, a później palcem potarł moją szparkę. Aż jęknęłam, czując jak gwałtownie rośnie podniecenie, jak wilgotnieje wnętrze. Mimowolnie szerzej rozsunęłam uda, ułatwiając mu dostęp. Odchyliłam do tyłu głowę, zamykając oczy.
Ale on pochylił się i już nie palcami, a czubkiem języka zaczął mnie pieścić. Najpierw delikatnie, powolnymi ruchami, później coraz mocniej, aż w końcu jakby mimochodem musnął to miejsce… Krzyknęłam, prężąc ciało i domagając się ponownie tej samej pieszczoty.
Jeśli teraz przerwie, to go zabiję! Przysięgam!
Ale nie. Do języka dołączyły palce i teraz poruszałam się w rytm tego, jak wkładał i wyjmował je z mojego wnętrza. Najpierw tylko jeden, później kolejny. Szybko, coraz szybciej. Potem podniósł głowę i zaczął to robić tak energicznie, że z moich ust zamiast jęków wydobywały się coraz głośniejsze okrzyki. Patrzył na mnie przy tym z mieszanką pożądania i fascynacji, jakby nigdy wcześniej nie widział kobiety, która w ten sposób szczytuje.
Gdy przerwał, przez chwilę leżałam ciężko dysząc. Ale Artur nie pozwolił mi na odpoczynek. Zsunął spodnie i moim oczom ukazał się dumnie sterczący członek, prawdziwy potwór, co do którego mogłam mieć poważne wątpliwości czy zdołam go zmieścić.
Ukląkł nade mną w ten sposób, że jego męskość znalazła się dokładnie naprzeciwko mojej twarzy. Nie miałam też możliwości żadnego ruchu, bo uwięził moje ramiona pomiędzy swymi udami. A potem bez jakichkolwiek subtelności wsadził mi go do ust.
Jęknęłam, ale z zachwytu. W końcu cudownie władczy i zdecydowany facet. Nie taki, który błagalnie prosi – weź do buzi, choć na troszkę. Ech…
Z zapałem zaczęłam go pieścić, jednocześnie kładąc dłonie na pośladki Artura i ściskając je. Patrzyłam mu przy tym głęboko w oczy, usiłując połknąć tego potwora w całości.
Nie dałam rady, co wywołało u mnie euforię. Czułam ją nawet wtedy, gdy chwycił moje włosy i to nie ja robiłam mu teraz dobrze, ale on sam się zaspokajał, kołysząc rytmicznie moją głową.
W pewnym momencie pchnął tak mocno, że zanurzył się prawie do samego końca. Nie pozwolił mi się odsunąć, choć wyraźnie widział, że brakowało mi tchu.
– I co teraz powiesz na seks ze mną? – spytał drwiąco. Jednak po chwili w jego wzroku ukazało się zdumienie. – Tobie się to podoba? – dodał z niedowierzaniem.
Skinęłam głową, na tyle, na ile mogłam.
– Skoro tak… – Tym razem wplótł palce w moje włosy i znów pchnął szybko i silnie.
Przestałam cokolwiek widzieć przez załzawione oczy. Moja głowa poruszała się tak, jak życzył sobie tego Artur. Ale nie jęczałam z bólu, tylko z rozchodzącej się falami przyjemności. Wręcz wbiłam paznokcie w jego pośladki, zmuszając go, by robił to jeszcze mocniej i jeszcze gwałtowniej. Dyszał coraz głośniej, aż do chwili gdy trysnął mi wprost do gardła ciepłym strumieniem spermy. Nie odsunęłam głowy, tylko posłusznie wszystko połknęłam, patrząc mu prosto w oczy.
– Słodki boże – mruknął, gdy już odrobinę uspokoiły się nasze oddechy. Siedział tuż obok, wpatrując się we mnie w zachwycie. – Ty tak zawsze?
Mimowolnie się zarumieniłam. Wcale nie chciałam, by wziął mnie za puszczalską zołzę, tym bardziej, że w ten sposób kochałam się po raz pierwszy.
– Chyba nie – uśmiechnął się czule, odgarniając kosmyk moich włosów za ucho. – I myślę, że jeszcze nie skończyliśmy? Chcesz więcej?
Moja mina mówiła więcej niż przypuszczałam, bo nagle przygwoździł mnie do ziemi, unieruchamiając nadgarstki nad głową.
– Chcesz więcej Wiktorio? Pragniesz bym cię zerżnął tak, że do końca swego życia będziesz wspominała ten dzień?
– Pytanie…
– To musisz się ładnie dla mnie wypiąć.
Puścił mnie, a ja bez słowa uklękłam i podniosłam w górę pupę. Nie zdążyłam zrobić nic więcej, gdy odnalazł wejście do mojej mokrej szparki i jednym stanowczym ruchem wdarł się do środka.
Krzyknęłam, ponownie prężąc całe ciało. Ale Artur nie żartował, gdy mówił, że lubi szybko i ostro. Pieprzył mnie bez litości, mocno, zachłannie, niemal jak zwierzę. Pot spływał z naszych ciał, mieszały się krzyki i jęki, roznosząc się echem po okolicy.
Jakie szczęście, że była bezludna!
Czułam udrękę zmieszaną z rozkoszą. Zwłaszcza, gdy dłonią zebrał moje włosy i odgiął głowę do tyłu. Potem pochylił się i zaczął kąsać moją szyję.
– Artur! – Już nie krzyczałam, wręcz wyłam, czując jak zbliża się cudowny, ogromny orgazm. Przestałam się kontrolować, całą sobą błagając o spełnienie. Które nadeszło z kolejnym uderzeniem. Wybuchło barwną tęczą w moim umyśle i przyniosło obezwładniającą ekstazę. Artur pchnął jeszcze dwa razy, po czym błyskawicznie się ze mnie wysunął i odwrócił mnie na plecy. Wciąż dygotałam z właśnie przeżytej rozkoszy, nie bardzo wiedząc, co zamierza, ale on wytrysnął wprost na moją twarz, obfitym, gęstym strumieniem. Jęczał, a jego głos splatał się z moim świszczącym oddechem. A kiedy skończył, przykrył mnie własnym ciałem, jakby nagle zaczął szukać bliskości, której podczas całego stosunku, absolutnie nam nie brakowało.
Zamknęłam go w moich ramionach i nawet nie stęknęłam, choć trzeba przyznać, że był ciężki. Ale to był wyjątkowo przyjemny ciężar.
– Wspólna kąpiel? – zaproponował schrypniętym głosem.
– Chyba się przyda – zaczęłam się śmiać. – Cała się kleję.
Zostałam tam zaniesiona. Ale prawdziwym zdumieniem napełniło mnie to, w jaki sposób zaczął się do mnie odnosić. Niezwykle czule, z jakąś taką delikatnością, jakby nagle odkrył, że znalazł niezwykle cenny skarb.
– Nie rozumiem cię – powiedziałam, gdy delikatnie zmywał dłonią zaschnięte resztki z mojej twarzy.
– Nie tylko ty potrafisz zadziwiać.
– Ale byłeś taki… taki… brutalny, zachłanny. A teraz jesteś… Ech!
– To źle?
– Nie. To wspaniale – odparłam z rozbrajającą szczerością.
– Powiem ci w sekrecie, że ty byłaś cudowna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio było mi tak dobrze – oparł głowę o moje czoło, i z bliska spojrzał mi w oczy. Faktycznie, był zachwycony.
– Podobno jestem napaloną radykalną nimfomanką, czy jakoś tak? – odezwałam się złośliwie.
– A jesteś?
– Czasem tak się zachowuję.
Zaczął się śmiać. A potem spoważniał.
– Ja się dziwię temu cymbałowi, że zrezygnował z tak cudownej kobiety.
– Cudownej? Patrz, jeden lodzik potrafi zdziałać cuda.
– Wiktorio - ujął moją twarz w swoje dłoni. – Przestań! Nie tylko o seks mi chodzi. Wkurzałaś i zachwycałaś mnie od samego początku. Od pierwszego pocałunku, tam, na statku.
– Gdzie?!
– Zanim wyskoczyłaś za burtę.
– Nie pamiętam! – jęknęłam.
– Nie szkodzi. Ja pamiętałem. I przez cały ten czas czułem smak i ciepło twoich ust. Oraz alkoholu – dodał z rozbawieniem.
– Mówiłeś, że jestem okropna.
– Bo jesteś. I cudowna jednocześnie. Ciii – położył palce na moich ustach i zmarszczył czoło. – Co to było?
– Jakby warkot silnika. Pomoc?
– Biegnijmy na plażę. Nawet jeśli nas szukają, tu nie będą w stanie wypatrzyć.
Trzeba przyznać, że nadał niezłe tempo. Słońce stało już wysoko nad horyzontem, a my biegliśmy, usiłując znaleźć się jak najszybciej u celu.
W końcu pomiędzy zieloną gęstwiną, zobaczyliśmy kawałki błękitu, a chwilę później staliśmy na plaży, zadzierając głowy w górę.
Tak, to faktycznie był niewielki helikopter. Jakiś człowiek wychylał się z niego i machał do nas gwałtownie.
– Nasz ratunek?
– Na to wygląda.
Pomyślałam ze złością, że teraz to mogli przylecieć dzień później. Albo nawet dwa. Ba! Tygodniem też bym nie pogardziła! Na samo wspomnienie seksu z Arturem robiło mi się gorąco, mokro i tak w ogóle traciłam nad sobą panowanie.
Całe życie szukałam takiego faceta! Na dodatek trafiłam z nim prosto do raju.
– Po cholerę tak się spieszyli – wymruczałam, patrząc ponuro na lądujący helikopter. Artur chyba nie dosłyszał, bo z radością pociągnął mnie w kierunku …
– Ciesz się! – krzyknął mi na ucho. – Zobacz jaki przystojny ratownik.
W dupie miałam wszelkich przystojniaków tego świata. Stałam z boku, z wściekłością rozmyślając o własnym pechu. Okazja spędzenia kilku upojnych dni, sam na sam z wymarzonym mężczyzną, przeszła mi tuż koło nosa. I za co niby miałam być wdzięczna?
Zgrzytnęłam zębami w bezsilnej złości. Dodatkowo wkurzał mnie entuzjazm okazywany przez mojego towarzysza.
No bo czemu on się tak cieszył?
Bez zapału podeszłam bliżej.
I zastygłam jak ten słup soli ze zdumienia.
Z helikoptera wysiadł Piotr.
Roześmiany, machający na powitanie, w białym ubraniu, gdzie kant spodni był idealnie pionowy, a kołnierzyk koszuli odprasowany pod odpowiednim kątem.
I w tym momencie szlag mnie trafił. Zacisnęłam zęby i bez słowa, z prawdziwym huraganem uczuć szalejących w duszy, ruszyłam na spotkanie swego byłego.
– Co ty tu robisz? – powiedziałam na powitanie, możliwie jak najbardziej wrogo. Żadnych piknięć serca, żadnych sentymentów.
– Kochanie! – wyciągnął ku mnie ramiona. – Ruszyłem za tobą prawie natychmiast, jak tylko dowiedziałem się, że wypłynęłaś sama.
Nadęłam się godnie i minąwszy go, wdrapałam się do wnętrza helikoptera.
– Możemy wracać. I ani słowa – zastrzegłam, widząc jak otwiera usta. – Bo nie ręczę za siebie! Zrozumiałeś?!
– Kto to? – Artur zajął miejsce tuż obok i spojrzał na mnie pytająco.
– Mój niedoszły małżonek.
– Wiesz… Chyba przesadziłaś. Skoro odnalazł cię na krańcu świata, to chyba naprawdę cię kocha?
– Albo ta druga puściła go w trąbę – odparłam z sarkazmem.
Ruszyliśmy w górę, i wszystko zagłuszył potworny hałas.
Piotr siedział z przodu. Co chwila obracał się i posyłał mi promienne uśmiechy, pełne ukrytych obietnic. O mało co nie przywaliłam mu za to. Miałam na to straszną ochotę, ale postanowiłam, że najpierw wysłucham cóż ma do powiedzenia.
Cichutko westchnęłam, podziwiając bezkres oceanu tuż pod naszymi stopami. Potem zerknęłam na Artura. Drzemał, z głową opuszczoną na piersi i skrzyżowanymi ramionami.
Co ja bym dała, by znów się w nich znaleźć…
Piotr traktował mnie niczym spragnioną jego osoby idiotkę, która z pewnością wszystko mu wybaczy i ponownie wyznaczy datę ślubu. A ten drugi z pewnością się cieszył, że pozbędzie się w niedługim czasie namolnej baby. Byłam mu tak obojętna jak zeszłoroczny śnieg. Ucieszył się widząc ratowników, ja nie. Już sam ten fakt mówił więcej niż słowa.
Oparłam czoło o szybę, starając się by włosy przysłoniły moją twarz. I ukryły łzy, które zdradziecko się wymknęły.
Podróż nie trwała długo. Gdzieś tam była przesiadka, ale ja traktowałam to wszystko z ogromną obojętnością. Piotr usiłował łapać mnie w objęcia, ale i tutaj zachowałam zimną krew. Sprawnie mu umknęłam i nie zważając na pełne kpiny uśmieszki Artura, zajęłam miejsce w samym kąciku jakiegoś busa.
Nie wróciliśmy na statek. Przydzielono nam pokoje w hotelu, na widok którego kiedyś dostałabym prawdziwego szału, pełnego zachwytu. Teraz wzruszyłam tylko ramionami, po czym zatrzasnęłam drzwi przed nosem podążającego za mną Piotra i energicznie przekręciłam klucz w zamku.
Miałam go i jego przeprosiny głęboko w dupie. Nie to mnie gryzło.
Artur od chwili, gdy nas uratowano, odzywał się do mnie bardzo zdawkowo. Omijał wzrokiem, albo patrzył nieco drwiąco. Tak jakby w ogóle między nami nic nie było!
Wlazłam do upragnionej wanny i rozbeczałam się na dobre.
No bo jak to możliwe, że człowiek który tak namiętnie się ze mną kochał, który mówił tyle wspaniałych, czułych słówek, teraz stał się tak obcy? Co mu odbiło? A może nic? Może to wszystko było tylko impulsem, było podyktowane chwilą i tym, co między nami zaszło?
Upragniona pomoc nadeszła w całkiem nieodpowiednim momencie. Przyszło mi na myśl głupie porównanie – to tak jakby szeroko otworzyć piekarnik, w momencie kiedy rośnie ciasto. Wiadomo czym to grozi. Zakalcem.
Moje szlochy znacznie przybrały na sile.
Głównie dlatego, że po raz pierwszy prawdziwie, okropnie niespodziewanie i całkiem na poważnie się zakochałam.
A najbardziej bałam się tego, że on nie.
***
Piotr dobijał się do moich drzwi chyba z tuzin razy. Z irytacją pomyślałam, skąd u niego nagle taka zawziętość?
Za to Artur ani razu…
Nie płakałam już, nie miałam siły.
– Wiki, otwórz! Proszę! Mam twoje skrzypce!
Użył chyba jedynego argumentu, który mógłby mnie przekonać do otwarcia.
– Wjedź.
Wciąż był uśmiechnięty i w znakomitym humorze.
– Co cię sprowadza, aż na kraniec świata? – spytałam, odbierając z jego rak mój ukochany instrument.
– Moja miłość do ciebie…
– Gdyby nie moja miłość do niech – wskazałam skrzypce – to walnęłabym cię nimi zdrowo w głowę.
– Wiesz… Wtedy odrobine zgłupiałem. Klara powiedziała mi, że jest w ciąży. Nie wiedziałem, co mam robić. Na szczęście dość szybko otrzeźwiałem i zrozumiałem, że to ty jesteś miłością mego życia!
– Precz z tymi łapami! – rozgniewałam się nieoczekiwanie. – I co? Będziesz tatusiem na odległość?
– Okłamała mnie.
– To witaj w gronie – odparłam jadowicie i zręcznie usunęłam się z zasięgu jego dłoni. – A teraz wynocha, nie mam ochoty na twoje towarzystwo!
– Ależ Wikuś, kochanie…
– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie tak nie nazywał?
– Wszystko możemy naprawić…
– Nic nie możemy naprawić – odparłam cicho. Potem westchnęłam i odłożyłam instrument. Nie chciałam, by przypadkiem ucierpiał. – Zdążyłam zadzwonić do domu. A później dostałam bardzo dziwny telefon. To nie uczucia sprowadzają cię Piotrusiu do mnie. Prawda kochanie? – tym razem mój głos ociekał podejrzaną słodyczą.
Lekko poczerwieniał, ale nie zamierzał się przyznać.
– Tylko uczucia do ciebie.
– A nie ten kontrakt na ciepłą posadkę, który zaproponowano nam wspólnie? Bardzo ciepłą, wręcz gorącą. Sława, pieniądze i tak dalej. Za taką cenę można nawet wrócić do pokręconej nimfomanki, jak mnie określiłeś w komentarzu na fejsie. Prawda?
Tym razem zrobił się wręcz purpurowy.
– Zrozum mnie, trochę przesadziłaś.
– Ja przesadziłam? – podeszłam bliżej, tak blisko, że niemal go dotykałam. Szubrawiec jeden wykorzystał okazję i chwycił mnie w ramiona. Na dodatek pocałował. Stare uczucie pojawiły się po raz ostatni i nie zdążyłam odpowiednio szybko zareagować. Dopiero po chwili wyrwałam się i odskoczyłam w tył.
– Sama widzisz, że wciąż mnie kochasz i potrzebujesz! – oświadczył pewnym głosem.
Co za bezczelny, namolny typek.
– Wynocha! – wrzasnęłam, odzyskując tupet. A potem już tylko chwytałam to, co miałam pod ręką. Ostania rzecz, jakaś szklana figurka uderzyła już o zamknięte drzwi, za którymi schował się Piotr.
Zostałam sama, dysząc z wściekłości.
Co za tupet! Co za chamska gadka. Kochanie? Już ja mu dam kochanie, gdy tylko wrócę do domu! Miałam w końcu jeszcze tę fotkę z Piotrem i czerwoną kokardką…
A Artur? Jeśli myśli, że zjawię się u niego, błagalnie prosząc o odrobinę uwagi czy wytłumaczenia, to grubo się myli. Nie dam mu tej satysfakcji!
Chociaż…
Chętnie bym tak zrobiła. Ale pojawiła się we mnie dziwna nieśmiałość, strach, że naprawdę jestem mu obojętna. I po raz pierwszy wolałam żyć złudną nadzieją niż od razu łamać sobie serce na drobniutkie kawałeczki.
Artura spotkałam, gdy udałam się na plażę. Ponieważ był to ośrodek położony z dala od zaludnionych miejsc, nie mieliśmy zbyt licznego towarzystwa.
Siedział na pisaku, wpatrzony w horyzont, znacznie bardziej czysty i znów ogolony.
Usiadłam obok.
– Hej.
– Hej. Co tu robisz?
– Siedzę obok ciebie.
– Źle mnie zrozumiałaś. Co tu robisz sama? Gdzie twój ukochany?
Miałam szaloną ochotę odpowiedzieć, że tuż obok, ale ugryzłam się w język i milczałam. Głos Artura był taki obojętny, taki zimny.
– Nie spotkałem jeszcze kobiety, która na spacer po plaży w raju, zabierałaby ze sobą to – wskazał na futerał skrzypiec.
– Chciałam sobie pograć. Nie wiem czy w hotelu można – mruknęłam.
– Zagrasz mi coś?
Skinęłam głową, z nagła stremowana. Boże! Nie czułam się tak od czasów pierwszego koncertu. Wstałam i umieściłam na ramieniu instrument, starając się nie zważać na miękkie kolana i drżące dłonie. Artur wciąż wpatrywał się we mnie nieodgadnionym wzorkiem.
– Co mam zagrać?
– Kompletnie się na tym nie znam. Wybierz coś.
Uśmiechnęłam się lekko. Skoro tak…
Już po chwili wiedziałam, że dokonałam dobrego wyboru. Nie odrywał ode mnie wzroku, w którym powoli ukazywał się niechętny podziw. A na koniec z zapałem bił brawo.
– Co to było?
– Nie wiem. Wymyśliłam przed chwilą. Czasami muszę po prostu grać, by pokazać, co siedzi w mojej duszy.
Wstał i podszedł bliżej.


– W takim razie masz piękną duszę Wiktorio – powiedział głębokim głosem, zatapiając we mnie spojrzenie ciemnych oczu. Dłonią ujął mój podbródek i uniósł go w górę, zmuszając bym i ja na niego spojrzała. – Bardzo piękną…
Pierwszy raz w życiu miałam ochotę rzucić za siebie ukochane skrzypki, tylko po to, by znaleźć się w czyiś ramionach. I to tak przemożną, że chyba bym to zrobiła, gdyby nie ten głupek Piotr, który nie wiadomo kiedy, pojawił się tuż obok nas.
– Kochanie…
Tym razem nie wytrzymałam. Przywaliłam mu w ten głupi łeb trzymanym wciąż instrumentem.
– Ile razy mam ci tłumaczyć bęcwale, że nie mam zamiaru do ciebie wracać! – wrzasnęłam ze złością. – A jak znów zaczniesz skomleć, to poproszę go – wskazałam palcem na znieruchomiałego Artura – by cię mocno chwycił, po czym zdejmę ci spodnie i wsadzę w dupę smyczek! Zrozumiałeś?!
Obaj panowie zastygli niczym te słupy soli, wpatrując się we mnie wybałuszonymi oczyma. Przy czym w jednych widziałam wyraźny podziw, w drugich tylko niemy wyrzut i kiełkujący gniew.
– Ależ z ciebie kobieta! – powiedział w końcu Artur i zaczął się śmiać. – Chętnie zobaczyłbym jak rozbijasz na jego głowie ten fortepian.
– Da się zrobić – odparłam mściwie.
– Jesteś nieodpowiedzialna i głupia, wybierając tego troglodytę – oznajmił Piotr surowym tonem.
– Nie jestem troglodytą. – Artur miał podejrzanie spokojny głos. – Miałaś zdaje się jakiś pomysł z tym smyczkiem? – zwrócił się do mnie z figlarnym uśmiechem.
– To jest ten moment, kiedy dajesz nogę i w podskokach umykasz w kierunku hotelu – spojrzałam wymownie na mojego eks. Chyba zrozumiał, że to nie żarty, bo wciąż nadęty i godnie urażony, odwrócił się i odszedł.
– Co za bufon. Jak ja mogłam chcieć za niego wyjść?
– Myślałem, że wciąż chcesz?
– Wyglądam na zakochaną?
Nie odpowiedział. Nagle przestał się uśmiechać.
– Jestem umówiony na randkę z cudownie piękną brunetką. Pójdę już, bo się spóźnię – machnął mi ręką na pożegnanie.
To był cios w samo serce. I nie wiem jak by się to wszystko skończyło, gdy z moich ust nie wymknął się nieoczekiwany jęk:
– A ja?!
– Co ty? – odwrócił się, patrząc na mnie bez żadnych emocji.
Poczułam napływające do oczu łzy. Zagryzłam wargi, by nie rozbeczeć się jak mała dziewczynka, ale nad resztą nie zdołałam zapanować.
– Nieważne. Idź sobie już…
Nie podszedł i nie odpowiedział.
– Nie pasowalibyśmy do siebie. Na co ci taki troglodyta jak ja?
– Wcale nie jesteś… – przełknęłam kolejne łzy. Resztę otarłam wierzchem dłoni.
Ponieważ pochyliłam głowę, nie zauważyłam, kiedy podszedł do mnie bliżej.
– Kochanie… Przestań płakać i lepiej mnie pocałuj.
W prawej dłoni wciąż trzymałam smyczek, w lewej skrzypce. Rzuciłam teraz to wszystko na boki, by tylko znaleźć się w ramionach Artura. Nogami opasałam jego biodra, dłonie splotłam na karku i całowałam go z taką tęsknotą, z taką pazernością, że chyba nie miał więcej wątpliwości, co do mych uczuć.
– Będzie nam ciężko – oznajmił tylko, gdy na chwilę przerwałam. Patrzył mi przy tym  w oczy z taką czułością, że na nowo się rozbeczałam. – Przestań maleńka. Tych łez nie rozumiem.
– Nie musisz. Jak dojdę do siebie, to mi przejdzie.
– Wiesz, że jesteś zdrowo pokręcona?
– Wolę słowo nietuzinkowa – uśmiechnęłam się radośnie i tym razem to ja zaczęłam błądzić ustami po jego szyi. – I nie ciężko, ale ciekawie.
– O, tak! Ale na drugi raz, nie całuj się ze swoim byłym tak namiętnie, dobrze?
– Że co? – spytałam zdumiona, a potem nagle przypomniałam sobie ostatni pocałunek z Piotrem. – Widziałeś to?!
– Widziałem. I co miałem pomyśleć?
– Jak już się podgląda i podsłuchuje, to trzeba to robić porządnie – zbeształam go łagodnie. – A teraz możesz mnie wziąć w ramiona, zanieść do łózka i kochać tak, że będzie nas słyszał cały hotel wraz z okolicą!
– Wywalą nas.
– Mamy wprawę w życiu na łonie natury. Nie marudź.
– Zabierzemy jeszcze twoje skrzypki.
– Do diabła z nimi!
Chyba nagle do niego dotarło, jak bardzo mi na nim zależało.
Pewnie, że więcej nas dzielił niż łączyło. Ale z jego muskułami i moim tupetem, damy radę każdej przeciwności.
– Wiesz, że jesteś moim wymarzonym księciem z bajki? – wyszeptałam mu do ucha, gdy niósł mnie do hotelu.
– Od samego początku miałem dziwne przeczucie, że tak się to skończy…
– Serio? Dlaczego?
– Byłaś okropna. Ale te twoje usta i oczy… Wiedziałem, że będę miał kłopoty.
– To po co tak usilnie protestowałeś?
– A ty myślisz, że miałem być ochotę facetem tylko na jedną noc?
Tak. Życie i ludzie wciąż potrafią zaskakiwać.
Ale to dobrze. Inaczej byłoby strasznie nudno.
Wróciliśmy do mojego pokoju i dodam, że na całe szczęście nie wywalono nas z hotelu. Spędziliśmy tam kilka cudownych dni i nocy, a potem, muszę ze wstydem przyznać, że to ja uciekłam, gdy Artur zaproponował mi kolejny raz... Nareszcie!

koniec ;-)

 


39 komentarzy:

  1. Cudne, właśnie takiego opowiadania mi brakowało :D
    To chyba nie koniec, prawda? ;>>

    OdpowiedzUsuń
  2. opowiadanie świetne choć czuję niedosyt :( czy będzie może kontynuacja?

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja chce więcej Babeczko proszee

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję za niespozianke:) przezabawny tekst. I życze wesołych Świąt Babeczko:) Kasia

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem pierwsza!!!!!! :) super to opowiadanko szybciutko kolejna czesc poprosze ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jej miało być całe opowiadanie a tu tylko część :-(

    OdpowiedzUsuń
  8. hmmm... a nie miał być tekst w całości ? zawodzik...
    Wesołych Świąt, Babeczko :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Czuję niedosyt :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Będzie kontynuacja? :)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Super. Mam tylko nadzieję, że opowiadanie nie skończy się na trzmaniu za rączki ;-) pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.
    Frania

    OdpowiedzUsuń
  12. super!!!!! :) kiedy następna część? :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Super opowiadanie! A kiedy ciag dalszy?:P

    OdpowiedzUsuń
  14. Super:-)Nie mogę się doczekać dalszej części.Wiktoria jesr rewelacyjna:-)
    Pozdrawiam
    K

    OdpowiedzUsuń
  15. Zakochalam sie w tym opowiadaniu! *.*
    K.

    OdpowiedzUsuń
  16. Boskie! :D Masz świetny styl, nie mogłam oderwać się od tekstu i z niecierpliwością czekam na nowy odcinek :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Fajne ;-)

    A czy będzie jakiś ciąg dalszy tej historii?
    Bo jeśli ma się skończyć w tym miejscu to mówię stanowcze NIE ! ;-)
    I przy okazji zapytam o ciąg dalszy "Pewnego zimowego..."- kiedy kolejna część?

    S.

    OdpowiedzUsuń
  18. Wesołych Świąt ;) Babeczko zdradź nam kiedy następna część!

    OdpowiedzUsuń
  19. Jak to, jak to, jaaaaaaaaaak tooo? Już koniec? :( BABECZKO! Jeśli nie brałaś jeszcze pod uwagę tego, to już Ci mówię - koniecznie musisz to kontynuować!! To takie cudowne... :)
    Wesołych Świąt!!!

    OdpowiedzUsuń
  20. Kiedy będzie ciąg. ? :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Czyli Wiktoria uciekla i nie bedzie z Arturem ?:-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam słuszne wrażenie, że niezgrabnie to ujęłam. Raczej był pierwszym facetem, któremu uciekła z łóżka, bo inaczej by ją zajechał ;-) Tak dosadnie mówiąc...

      Usuń
    2. No to dobrze bo juz zaczynalam sie martwic ;-)
      Pozdrawiam :-*

      Usuń
  22. Cudowne! Czekałam z niecierpliwością na to opowiadanie i się doczekałam. Dziękuję za nie :* Wesołych Świąt Babeczko, naciesz się Mężem :)

    OdpowiedzUsuń
  23. – Gdyby nie moja miłość do niech – wskazałam skrzypce – to walnęłabym cię nimi zdrowo w głowę.
    Chyba powinno być moja miłość do NICH :)))

    Ale opowiadanko super :D

    OdpowiedzUsuń
  24. Super i poproszę o więcej
    Jeffrey

    OdpowiedzUsuń
  25. Babeczko dziekuje za tak wspaniale opowiadanie!!! super ze takie dlugie bo czytalo sie bardzo przyjemnie a tekst " zdejmę ci spodnie i wsadzę w dupę smyczek" - oplułam monitor ze smiechu :)
    pozdrawiam AD

    OdpowiedzUsuń
  26. Swietne jak zwykle. :) mam do Ciebie prośbę. Moglabys coś napisać o dziewczynie, która jest "przy kości", ma kompleksy i zakochała się w chłopaka dla niej niedostepnym? :) pozdrawiam AZ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nareszcie mam czas, by zacząć odpisywać na komentarze :-)))

      Mogłabym, dlaczego nie. Może zdążę coś skrobnąć na Nowy Rok? Pomysł już mam.

      A swoją drogą - ja jestem "przy kości" i nie mam kompleksów. Jak byłam perfekcyjna czyli 90-60-95 to miałam ich znacznie więcej. Ile ja się wtedy "nawciągałam" brzucha, którego tak naprawdę nie było :DDD
      Ile razy odchudzałam się, bo waga pokazywała dwa kilo za dużo...
      Ech! Człowiek to dziwne stworzenie, które na szczęście czasem mądrzeje z wiekiem ;-)

      Usuń
  27. boskie, uśmiałam się po pachy;) chętnie poczytałabym o dalszych losach tej nietuzinkowej pary
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku
    Kasia K.

    OdpowiedzUsuń
  28. Siedział na pisaku, wpatrzony w horyzont, znacznie bardziej czysty i znów ogolony, Pewnie, że więcej nas dzielił niż łączyło takie małe literówki -co prawda mnie to nie przeszkadza ale skoro mamy być Twoimi cenzorami :) ale ogół świetny..... kocham Twoje opowiadania

    OdpowiedzUsuń
  29. Jak ja uwielbiam wracać do tego opowiadani :) zawsze poprawia mi humor ;)

    OdpowiedzUsuń
  30. Rany Boskie! Kto to czyta? Chyba piętnastolatki z wścikiem. Ale kto to pisze? To jest zasadne pytanie. Szybko uciekam i nigdy nie zajrzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisze - ja. Tam z boczku się przedstawiłam ;-) A czytają - różni ludzie. Jedni wracają, drudzy uciekają. Życie. Współczuję tym, którzy tego nie rozumieją, pragnąc jedynie czarno-białej rzeczywistości...

      Usuń
  31. Droga Babeczko!
    Muszę przyznać, że piszesz bardzo fajne opowiadania. Bardzo długo szukałam takich romantycznych historii i nigdzie nie mogłam ich znaleźć. Oczywiście prośba ode mnie jest taka żebyś może pisała bardziej pod kontem" wygranej" czyli że dziewczyna jest mniejsza, młodsza delikatna a zarazem niezależna. Mimo to kocham twoje wypociny!!

    P.S. Po przeczytaniu wielu twoich opowiadań stwierdziłam, że gdybym była twoim mężem to uważałabym na ciebie, ponieważ kiedy główna bohaterka sie denerwuje to zawsze czymś rzuca. Mam nadzieje, że twój mąż ma jeszcze wszystkie zęby! ;)

    Czekam na kolejne wpisy ;)
    Twoja fanka :)

    OdpowiedzUsuń
  32. Opowiadanie jest cudowne. Na początku się nie ogarnęłam i omijałam ten wątek szerokim łukiem, sądząc, że to życzenia:-D. Ale kiedyś tak całkiem przypadkiem sobie kliknęłam i zrozumiałam co mnie ominęło:-)).

    Wiesz... Strasznie podobają mi się obrazki, które dobierasz do opowiadań. Z resztą jak dla mnie, to stworzenie tego indeksu to pierwszorzędny pomysł:-))

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.