niedziela, 9 czerwca 2013

"Mój wymarzony książę" opowiadanie

Zazwyczaj zaczyna się od początku. Jednak poważnie wątpię, by ktoś chciał poczytać o moim najwcześniejszym, a nawet i nieco późniejszym dzieciństwie. Tym bardziej, że wcale nie było ono jakoś szczególnie pasjonujące.

Pierwszy mój wybitny utwór, stworzony gdy byłam nadobnym dziecięciem, niestety nieodwołalnie przepadł dla ludzkości. Ponoć był to wiersz o tematyce miłosnej…

Każdy następny mam zapisany w specjalnych zeszytach i jeszcze niedawno wyłam ze śmiechu, czytając te literackie cuda. Tyle że kameralnie, przed światem nie będę się nimi chwalić ;)

Może wspomnę tylko, że najpierw powstało coś na kształt mitologii greckiej, a równolegle tworzyłam dzieło pod tytułem „Ada, wielka wojowniczka ninja”. Udało mi się napisać dwie strony i wymyślić siedem tytułów kontynuacji tego cuda. Jak widać odcisnęło na mnie niezapomniane piętno kino amerykańskie tamtego okresu…

No właśnie! Był nawet taki jeden aktor, rosyjskiego pochodzenia zdaje się, ale Amerykanin, słodziutki blondyn, w którym się na zabój zakochałam. Zawsze miałam fioła na punkcie jasnowłosych przystojniaków o błękitnych jak niebo oczętach :) Całe szczęście, że mój mąż nie znosi mej wybitnej twórczości i tych słów z pewnością nie przeczyta!

A więc… Nie będę opisywać wszystkich doli i niedoli początkującego pisarza. Po kiego mam sobie psuć humor?

Faktem pozostaje natomiast to, że w moim przypadku, dość długo trwało zanim z marzeń o stanu się sławnym i wielki pisarzem fantasy lub sf, przerzuciłam się na pisanie tego, co sama chciałabym przeczytać. I wtedy nagle okazało się, że nawet nieźle mi idzie…

Poniżej zamieszczam mój pierwszy, w miarę przyzwoity utwór, który nota bene powstał prawie piętnaście lat temu. Z perspektywy czasu muszę dodać, że żadne z niego arcydzieło, ot, taka sobie pisanina.


         Mój wymarzony książę

Pewnego dnia na ścieżce do domu spotkałam swojego wymarzonego księcia. Był dokładnie taki, jakim go sobie wyobrażałam - wysoki, o pszenicznych włosach i purpurowych oczach.
Przystanęłam, by podelektować się jego widokiem, gdy on spojrzał na mnie i... och!
– Dzień dobry. – Przywitał się, wyciągając ręce z kieszeni. – Czy byłabyś tak uprzejma i nie pozwoliła mi się zgwałcić?
Stałam i wytrzeszczałam na niego oczy tak długo, aż zniecierpliwiony dodał:
– Jestem notowanym gwałcicielem trzeciej kategorii.
O kurza twarz! Mój wymarzony książę...
– Z przyjemnością ci na to pozwolę – powiedziałam, zalotnie się uśmiechając i głupawo trzepocząc rzęsami.
– Ależ nie! – Najwyraźniej się zdenerwował. – Ty masz mi NIE pozwolić.
– Ale dlaczego? Przecież mi się podobasz – stwierdziłam zdumiona. Jakiś nietypowy był, czy co? Może międzygalaktyczny zboczeniec?
Z lekka poczerwieniał na twarzy.
– A nie mogłabyś choć trochę protestować? – spytał z nadzieją w głosie.
– Nie ma mowy. A poza tym jestem czarownicą i gdybym chciała, mogłabym cię zamienić...
– Co? – wykrzyknął rozzłoszczony. – Jesteś czarownicą? A gdzie zielone włosy i czerwone buty?
– Bo widzisz – usiłowałam wytłumaczyć mu sytuację – ja należę do tych niezrzeszonych.
– Co za czasy – mruknął naburmuszony, wkładając ponownie ręce do kieszeni. – Po tym wymiarze pęta się coraz więcej niezrzeszonych czarownic. I jak tu człowiek ma zostać porządnym gwałcicielem napadającym na bezbronne dzieweczki?
– Przepraszam – powiedziałam pełna skruchy. – Od kiedy Związek Wiedźm podniósł wysokość składki, wiele z nas musiało zrezygnować z członkostwa i teraz pracuje na czarno.
Doprawdy wyglądał na przygnębionego.
– Nie martw się. – Poklepałam go po ramieniu. – Zawsze możesz zostać zawodowym złodziejem.
– Nie dam rady – mruknął. – Jestem na to zbyt uczciwy.
– To może seryjnym mordercą?
– Zwariowałaś? Jestem bardzo wrażliwym mężczyzną – burknął, spoglądając na mnie z wyrzutem.
– No tak... – Pokiwałam ze smutkiem głową. – Będziesz musiał zmienić wymiar...
– O, co to, to nie! Już trzy razy zmieniałem. W pierwszym mieli nadmiar zawodowych gwałcicieli i przymierałem głodem, w drugim zostałem zaczarowany w dżdżownicę, a w trzecim aż roiło się od transwestytów i człowiek nigdy nie wiedział, na kogo trafi.
– Gdybyś był mniej przystojny, byłoby ci łatwiej. Na przykład jakiś zez i malutki garb na początek.
– Mówisz? – Spojrzał na mnie z powątpiewaniem. Potem rozpaczliwie westchnął. – Chyba jednak będę musiał zrezygnować z kryminalnej kariery i zostać roznosicielem pizzy. Szkoda, bo tak świetnie się zapowiadałem. Już jako dziecko...
Opowiadał z takim rozrzewnieniem, że zrobiło mi się go bardzo, ale to bardzo żal.
– Pomogę ci – powiedziałam stanowczo. – Przecież jestem czarownicą. Tylko ostatnio cierpię na brak pieniędzy...
– Nie będę miał ci czym zapłacić – stwierdził zmartwiony i podrapał się po czubku głowy.
– To nic, chciałam tylko powiedzieć, że osłabłam z głodu i obecnie mój poziom mocy spadł do zera.
Aż podskoczył z radości, gdy to usłyszał. Zaczął też wymachiwać rękoma. Nawet śmiesznie to wyglądało – zupełnie nie tak wyobrażałam sobie swojego księcia.
– A to dobrze się składa, bo mam otwarty rachunek w karczmie „Pod Jednooką Sroką”.
Teraz ja się ożywiłam na myśl o sytym posiłku w takim towarzystwie.
– Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności – zaszczebiotałam słodko. Niestety, tę nad wyraz intymną scenkę przerwało głośne burczenie dobiegające z mojego brzucha. A niech to...
– Chodźmy więc! – Dumnie wypiął pierś i, rzucając mi triumfalne spojrzenie, ruszył przed siebie.
Trzeba przyznać, że karczma była przecudowna. Duża, przestronna i niezwykle gustownie urządzona. Ściany były upstrzone odchodami much, a one same, wesoło pobzykując, latały pod sufitem w jakimś szalonym muszym tańcu. W jednym kącie spokojnie drzemało sobie stadko fioletowych radioaktywnych myszy, a pozostałe dekorowały malownicze pajęczyny.
Mój książę szerokim gestem zaprosił mnie do stołu. Po chwili przyczłapał gruby karczmarz, którego fartuch mógłby stanowić historyczny dokument przykładu serwowanych tu potraw na przestrzeni kilku wieków.
– Czego – warknął – państwo sobie życzą?
Z miną znawcy ujęłam jadłospis i zamówiłam kilka soczystych kawałków mięsa o egzotycznych nazwach i dodatkowo surówkę z dżdżownic.
– Tylko mają być dobrze wymyte! – powiedziałam surowo. – Żeby mi piasek nie zgrzytał między zębami. A dla ciebie, mój książę?
Najwyraźniej był zaszokowany moimi dwornymi manierami i obyciem w wielkim świecie.
– Dla mnie to samo, oprócz surówki z dżdżownic. No wiesz, nie wypada...
– Rozumiem. – Pokiwałam głową.
Karczmarz chrząkał i sapał, z trudem nadążając notować zamówienie. Na koniec podrapał się czubkiem ołówka w uchu i splunąwszy z aprobatą na podłogę, poczłapał do kuchni.
Wkrótce na stole zaczęło przybywać jadła, które bardzo szybko znikało w naszych pustych żołądkach. Kiedy już wydłubaliśmy wszystkie resztki spomiędzy zębów, przystąpiliśmy do omawiania sprawy.
– Na początek proponuję ubytki w uzębieniu.
– Hm... To raczej niepraktyczne. Kiepsko będzie mi się jadło.
– To może malutki garbik? Takie, powiedzmy, lekkie wybrzuszenie?
– Cóż... To mogłoby się udać, ale czy będzie to wystarczający defekt mej niewątpliwie olśniewającej urody?
Popatrzyłam na niego z zachwytem. Pod wpływem spojrzenia pełnego uwielbienia zaczął z zakłopotaniem dłubać w nosie.
– Ależ to nie problem – ocknęłam się. – Dołożymy jeszcze brodawkę na brodzie, jeden sczerniały ząbek i oto mamy Jego Wysokość Księcia Gwałcicieli!
Potakiwał posłusznie moim słowom.
– To kiedy zaczynamy?
– Już. – Zatarłam ręce z niespotykaną dotąd werwą. – Kilka zaklęć i będziesz idealny.
Skupiłam się więc w sobie i puff... Na miejscu księcia siedziało zielone monstrum...
– Kum, kum? – odezwało się dźwięcznym barytonem.
– O, bogowie! – jęknęłam. – To chyba nie to zaklęcie. Chociaż brodawki są, trzeba przyznać, rekordowe. Chwilka, zaraz to naprawię. Tylko się nie denerwuj, bo to szkodzi urodzie.
– Kum! – W głosie księcia pobrzmiewał wyraźny żal.
– No, nie martw się. I siedź cicho, bo nie wiadomo, w co znów cię zamienię. Muszę się bardziej skoncentrować. W końcu czarostwo studiowałam zaocznie.
Ponownie rozległo się ciche puff. Na miejscu ropuchy ukazał się obrzydliwy, garbaty troll.
– No nie. – Teraz już się wystraszyłam. Jak tak dalej pójdzie, zabraknie mi mocy.
– Blefu ojku minu? – wybełkotał troll, ze zdumieniem wpatrując się w swoje ogromne łapska. Garb, muszę powiedzieć, był dość okazały, ale reszta nie bardzo mu chyba pasowała.
– Próbujemy jeszcze raz – rzuciłam zdeterminowana.
Puff. I znowu przede mną siedział mój wymarzony książę, taki, jakim go spotkałam na ścieżce.
– Nie da rady – oznajmiłam. – Twa uroda jest tak oszałamiająca, że żadne czary jej nie zmienią.
– Ale dlaczego? – Miał bardzo markotną minę.
– Podejrzewam, że jakaś dobra wróżka obdarowała cię nią już w kołysce. W takim przypadku nawet kilku arcymagów nic tu nie zdziała. Możesz być potworem albo sobą, żadne drobne defekty nie wchodzą w grę.
Przez chwilę oboje milczeliśmy, przeżuwając w duchu porażkę. Nagle...
– Wiem! – krzyknęłam. – Już wiem, co możemy zrobić.
Spojrzał na mnie z nadzieją w oczach.
– Jakiś antyczar?
– Coś ty, żadne czary. Mój mistrz miał rację, że to już powoli przeżytek. Kupimy czarny flamaster, sztuczną brodawkę i niewielką poduszeczkę z doszytymi tasiemkami. Resztę załatwi ci prasa. A kiedy już zaczniesz porządnie zarabiać jako etatowy gwałciciel, to pójdziesz do zawodowego charakteryzatora i dorobisz się profesjonalnego wyglądu...
– Cudo! – Rzucił mi się do stóp i z rozmachem pocałował w kolano. – O, muzo moja, życie mi wracasz.
– Ależ skąd – powiedziałam, skromnie spuszczając oczy. – Odwdzięczam się za syty posiłek.
– Wiem, że jestem natrętny, lecz mam jeszcze jedną prośbę.
– Tak?
– A może by tak jakieś malutkie wampirze kły? Wampir-gwałciciel, to dopiero brzmi dumnie. I przerażająco. W zamian oferuję następny obfity obiadek.
Jak mogłam się oprzeć jego urzekającemu czarowi?
– Wolę deserek – powiedziałam, rozluźniając szczękę. I dodałam: – Płatne z góry.
Po czym, nie bacząc na zdumioną minę księcia, fachowo ugryzłam go w szyję.
No i skąd to zdziwienie? W dzisiejszych czasach człowiek musi mieć skończonych kilka fakultetów, żeby przeżyć.

PS. Według ostatnich wiadomości po naszym wymiarze grasuje seryjny wampir-gwałciciel o przerażającym wyglądzie i purpurowych oczach. Mogę śmiało powiedzieć, że stworzyłam potwora...


4 komentarze:

  1. Bardzo się cieszę, że założyłaś bloga. Ułatw jeszcze proszę dodawanie komentarzy, by były one widoczne pod opowiadaniami. Czy mnie wzrok nie mydli i pochodzisz ze Śląska?! Nie opuszczaj Pokątnych, bo smutno tam będzie bez Ciebie :-). Tak poza tym to jestem w podobnym wieku i również uwielbiam jeść i gotować. Mało z tego, gdybym miała więcej czasu, założyła bym bloga literacko-gastronomicznego :-) :-) :-). Zresztą to mój zawód. Trzymam za Ciebie kciuki i ściskam gorąco. mika_kamaka

    OdpowiedzUsuń
  2. Piekło i szatani... Jakiś trudny w nawigacji ten blog!
    Nie opuszczam pokątnych, w żadnym wypadku :) Po prostu nie wszytko da się tam opublikować, więc coś musiałam wymyślić i padło na własnego bloga. Właśnie literacko-cukierniczego, bo gotować nie umiem ni w ząb :)))

    I szczerze mówiąc, ja też nie mam czasu. Lawiruję pomiędzy pracą, dokształcaniem się, opieką nad dzieckiem i prasowaniem gaci oraz skarpetek ;) Poza tym wolę czytać lub pisać, niż oglądać telewizję, więc zamiast pilota dopadam w wolnej chwili kompa :)))

    Aha. Śląsk? Nie, skąd! Z Poznania :)))

    Pozdrawiam i mam nadzieję, że jeszcze nie raz się odezwiesz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Się oddzywam :-) z przyjemnością. Z czasem u mnie jak u wszystkich, sklonować bym się czasami chciała, by mieć czas na wszystko co lubię robić. Nie rozumiem osób, które mówią, że się nudzą! (ja telewizora nie posiadam z wyboru, na dzieci to dobrze działa). Zainspirowałaś mnie tym blogiem, więc sobie walnęłam konto na Facebooku, bo łatwiej :-). Prasujesz skarpetki?!!!
    Mika Kamaka

    OdpowiedzUsuń
  4. NIestety mój mąż umarłby po tygodniu bez tv, więc muszę znosić to paskudztwo przed zaśnięciem. Choć czasem na puls lecą fajne horrory klasy B - ubaw po pachy!!!
    Jakoś nie lubię facebooka, choć pewnie dla auto reklamy też by się przydał...
    :)))
    Pozdrawiam

    Ps. Z tymi skarpetkami żarotwałam, głównie dla uwypuklenia sytuacji :)))

    OdpowiedzUsuń