sobota, 23 sierpnia 2014

Wakacyjna opowieść (I)

A co Wam będę żałować. Opowiadanie krótkie, lekkie. Dla czytelniczki, która nieco się połamała z życzeniami powrotu do zdrowia.

      Wakacyjna opowieść I

Hołd na cześć wakacji. Cudownie jest siedzieć na ławeczce w cieniu, z widokiem na wzburzone morze, całkowicie samotnie, w ciszy bez słów i gwaru, przerywanej jedynie szumem fal… Popijając kawę i zajadając się marcepanowymi krówkami. Aż chce się pisać. Aż chce się żyć!

Leżałam na plaży, niemrawo przesypując piasek pomiędzy palcami.
Leżałam i rozmyślałam o własnym życiu. Niestety, wnioski do jakich dochodziłam, były tak dołujące, że od razu powinnam była zerwać się oraz ruszyć biegiem w kierunku morskich odmętów, w celu zakończenia tak żałosnej egzystencji.
W zamian za to zwlekłam się z ręcznika i poczłapałam w kierunku wynajętej kwatery.
Nie miałam faceta. Studia przerwałam po czwartym roku, na początku jedynie na kilka miesięcy, ale minęły dwa lata, a ja jeszcze nie wróciłam na uczelnię. Zarabiałam marnie, nadal mieszkałam z rodzicami. Ogólnie brakowało mi konkretnego celu. Przysłowiowym gwoździem do trumny były te wakacje. Namówiły mnie na nie koleżanki. Odłożyłam trochę grosza, spakowałam małą torbę podróżną oraz plecak i pewnego, słonecznego poranka wsiadłam do pociągu. Było wesoło, dopóki nie zgubiłam połowy bagażu. Na szczęście w plecaku miałam bieliznę, strój kąpielowy, jeden ręcznik i wszystkie kosmetyki. Z odzieży wierzchniej została mi tylko kusa sukienka na ramiączkach i rozczłapane japonki, kupione w markecie za pięć zeta. Od pierwszego dnia mieliśmy piękną pogodę, więc ten strój w zupełności wystarczył.
Niestety, przesadziłam ze słońcem. Biała z natury jak śnieg, spiekłam raka i czułam zdecydowany dyskomfort w pewnych częściach ciała. Zwłaszcza tych przeznaczonych do siedzenia. Odmówiłam wieczornego wyjścia na piwo i zasnęłam, szlochając w poduszkę. Kolejnego dnia padało, więc przeleżałam w łóżku, delektując się moją ulubioną lekturą. Nie, żadnym tam romansidłem czy mrożącym krew w żyłach horrorem. To była książka napisana przez znanego polskiego podróżnika. Trzeba przyznać, że nie tylko bywał w cudownych miejscach, ale i potrafił to wszystko bardzo interesująco opisać. Raz po raz zerkałam na tylną okładkę, skąd patrzyła na mnie roześmiana, opalona twarz, nieziemsko przystojnego rudzielca. Patrzyłam, wzdychałam i wracałam do czytania. Czasami rozmyślałam jakby to było, gdybym i ja mogła tak podróżować? W zasadzie to była jedyna rzecz, którą chciałabym w życiu robić. Niestety za słaba byłam na osiągnięcie tego celu.
Wieczorem całe towarzystwo znów wyszło na piwo. Wykręciłam się piekącymi plecami oraz pupą, a jednak gdy nieco się ściemniło, zatęskniłam za nimi. Nie miałam telefonu, bo przez zapomnienie zostawiłam go w domu, więc nie namyślając się długo, wstałam i poszukałam butów. W momencie gdy zakładałam je na nogi, jeden paseczek pękł, a mnie prawie zatchnęło z oburzenia na złośliwość losu. Po kilku minutach sapania z wściekłości, postanowiłam pójść boso. Włosy związałam w niedbały, bardzo niedbały węzeł na karku, świecący i czerwony nos usiłowałam lekko przypudrować, co oczywiście przyniosło marny rezultat, a na samym końcu spojrzałam w lustro.
Niepotrzebnie, bo do kiepskiego humoru dołączyła prawdziwa rozpacz. Postanowiłam, że nie będę ich szukać, tylko udam się do najbliższego sklepu, kupię sobie jakikolwiek alkohol i zatopię w nim cholerne smutki.
Dużo alkoholu, bo kto wie, może one potrafiły znakomicie pływać?
Choć do południa padało, po deszczu nie pozostała nawet najmniejsza kałuża. Wieczór był ciepły, dookoła kręciło się mnóstwo szczęśliwych osób, a ja przemykałam wśród nich czując coraz większe przygnębienie. I ochotę na lody. W zasadzie mój fundusz wakacyjny był dość ograniczony, ale tym razem nie potrafiłam sobie odmówić tak małej przyjemności. Dokonałam zakupu i stanęłam na rogu, pochłaniając go w powolnym tempie. Gapiłam się przy tym na rozkrzyczany tłum, na pełne rozbawionych ludzi kafejki. Gapienie się zawsze należało do moich ulubionych czynności. Do tego nie musiałam za nie płacić.
Po przeciwnej stronie ulicy znajdowała się bardzo elegancka i z pewnością bardzo droga restauracja. Tylko jeden ze stolików na tarasie był zajęty. Spojrzałam na głośne i roześmiane towarzystwo i oko mi zbielało. Trzech mężczyzn, cztery kobiety. Klasa, uroda i markowe ciuchy, aż krzyczały gromkim głosem. Najpierw przyjrzałam się z zazdrością paniom, które na dobrą sprawę mogłyby się urwać z jakiegoś konkursu piękności. Wspomniałam moją wygniecioną, poplamioną sukienkę, brudne nogi, krótkie, zarośnięte skórkami paznokcie, całkowity brak makijażu i czerwony, świecący nos. Poczułam żal. Żal do całego świata, że to nie ja tam siedzę, że to nie ja tak wyglądam. Potem przeniosłam wzrok na panów i dosłownie rozbolało mnie serce. Takich mężczyzn rzadko się spotyka. Na dodatek jeden z nich, o złocistorudej czuprynie był tak bardzo podobny do autora moich ulubionych książek. Miał roześmiane oczy, ogorzałą twarz, a biała koszulka podkreślała każdy szczegół idealnie wyrzeźbionej sylwetki. Był cudowny.
Przestałam jeść, czując jak po policzkach spływają mi słone łzy. Byłam taka beznadziejna, a on taki wspaniały. Co mogłam poradzić na to, że głupie serce biło w niekontrolowany sposób, że w całym ciele odczuwałam dziwną niemoc?
Bezwiednie dałam dwa kroki do przodu i znalazłam się na ulicy. Dopiero przeszywający powietrze pisk opon, uświadomił mi co zrobiłam. Zamknęłam oczy oczekując na koniec, potworny ból lub coś w tym rodzaju. Kiedy to nie nastąpiło, odważyłam się zerknąć na auto, pod koła którego nieopatrznie weszłam.
– Czy ty debilko patrzysz gdzie idziesz? – ryknął nad moim uchem oburzony męski głos. Wystarczająco głośno, by ludzie znajdujący się dookoła mnie, zaczęli się gapić z niezdrową ciekawością. Podniosłam głowę i spojrzałam niepewnie na kogoś, kto spokojnie mógł bez jakiejkolwiek charakteryzacji zagrać w filmie dokumentalnym o jaskiniowcach. Bynajmniej, nie był to widok dodający otuchy. Chyba jednak musiałam wyglądać na potężnie przerażoną, bo mężczyzna nieoczekiwanie złagodniał.
– Nic ci się nie stało mała?
Zaprzeczyłam ruchem głowy i spojrzałam w dół, na moje bose nogi, tylko dlatego, że poczułam, jak po łydkach spływa mi coś zimnego. No tak, te nieszczęsne lody… Mężczyzna powędrował za moim wzrokiem i nagle zaczął się śmiać, bo biała maź po wewnętrznej stronie uda wyglądała nieco dwuznacznie. Najpierw się zaczerwieniłam, a później rozpłakałam. Nie panowałam nad tym. To było silniejsze od całego mojego opanowania, silniejsze niż wstyd, że wygłupiłam się tak na środku ruchliwej ulicy i gapi się na mnie kilkanaście osób. W tym eleganckie towarzystwo z tarasu. I mężczyzna, który może wyglądał jak troglodyta, ale ubranie i samochód, zdradzały, że jest kimś więcej niż przeciętnym zjadaczem chleba. Stałam pośrodku ulicy, na boso, purpurowa ze wstydu, rycząc jak głupia. Tak bardzo żałowałam, że jednak mnie nie przejechał. Trafiłabym do tunelu z światłem na końcu…
– Ejże, spokojnie – objął mnie i przytulił do piersi. Może i nie był zbyt wysoki, ale za to świetnie zbudowany. I cudownie pachniał. – Spokojnie maleńka. Podniosłem głos, bo wystraszyłem się, kiedy tak znienacka pojawiłaś się na ulicy.
Nie odpowiedziałam, bo nie miałam bladego pojęcia jak mam ubrać w słowa moje uczucia.
– Chodź, pójdziemy na drinka albo duży deser. Tam siedzą moi znajomi, przysiądziemy się – wskazał przy tym na taras, który poprzednio obserwowałam.
– Nie chcę! – jęknęłam, od razu odzyskując mowę. Tego jeszcze brakowało, by gapili się na mnie z politowaniem, niczym na dziwadło, które nie wiadomo skąd wypełzło.
– Nie mogę cię tak zostawić – wyjaśnił pobłażliwie i bez wdawania się w zbędne dyskusje uniósł mnie w górę i posadził na miejscu tuż obok kierowcy. Zbyt zaskoczona, by zaprotestować, wlepiłam w niego przerażony wzrok.
– Nie chcę cię porwać, a jedynie zaprosić na małe co nieco. Nie patrz więc na mnie, jakbym zamierzał cię pożreć – powiedział nie kryjąc irytacji. – Trochę jestem zarośnięty – przesunął dłonią po podbródku – bo wróciłem z wyprawy i jeszcze nie odwiedziłem fryzjera.
– Z wyprawy? – powtórzyłam jak echo. Momentalnie przestałam płakać, ale za to poczułam ciekawość.
– Tak. Pieszo przez Bieszczady. Zabrałem się z kolegami na małą wycieczkę survivalową.
– Ach! – Moja ciekawość zdechła, za to wrócił strach.  – Co robisz?
– Parkuję.
Zgrabnie wymanewrował, zajmując miejsce z białą kopertą i napisem „dla gości”, a potem wysiadł, obszedł auto i elegancko otworzył moje drzwi.
– No chodź maleńka.
– Nie, lepiej nie – zająknęłam się, wysiadając oraz w panice zastanawiając się, czy nie powinnam po prostu dać nogi. Czyli salwować się ucieczką. Chyba nie będzie mnie gonił?
– Dlaczego? – Potwór jeden, pokrzyżował moje plany, obejmując mnie w pasie i ciągnąc w kierunku eleganckiej restauracji.
– Nie pasuję tam! – wyjąkałam w końcu, ponownie się czerwieniąc.
Spojrzał na mnie uważnie, po czym się uśmiechnął.
– Daj spokój. To tylko niewinny drink. Albo piwo, jak wolisz?
– Miałam ochotę na lody – wyrwało mi się i jednocześnie poczułam, jak uginając się pode mną kolana. Bo właśnie znaleźliśmy się przy stoliku, które zajmowało obserwowane przeze mnie towarzystwo. – Ale mi minęło – dodałam z narastającą rozpaczą.
– Mogą być lody.
To była sytuacja jak z sennego koszmaru. W pierwszym momencie miałam ochotę skulić się, ukryć twarz, nie patrzeć jak oceniają mnie, nie widzieć tej litości pomieszanej z obojętnością. I nagle zbuntowałam się. Nikt nie będzie mnie poniżał za wygląd czy brak odpowiedniego stroju. Tym bardziej, że to złośliwość losu oraz mój smętny nastrój doprowadziły mnie do takiego stanu. Nikt! Zadarłam hardo podbródek i zacisnęłam pięści pod stołem. Do diabła z szatą zdobiącą człowieka i tak dalej!
Z ręką na sercu przyznam, że to była najtrudniejsza rzecz w moim życiu. Mój pseudo wybawca witał się z wszystkimi, roześmiany, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, jakie męki przeżywam. Potem usiadł, nagle przypominając sobie o mnie.
– A to jest?... – zawiesił głos i spojrzał pytająco.
– Magda.
Zawsze lubiłam swoje imię, ale tym razem nawet ono wydało mi się pospolite i nieciekawe.
– Bartek – wyciągnął w moim kierunku dłoń i głupio był jej nie uścisnąć. – A to…
Przedstawił wszystkich po kolei nie zwracając uwagi na wymowną ciszę i zniesmaczone spojrzenia. Za to ja tak. Choć z pewnością miałam mord w oczach, uśmiechnęłam się promiennie. Bo co niby innego mogłam zrobić? Za to dowiedziałam się, że złotowłosy mężczyzna ma na imię Mikołaj. Zaraz, zaraz… Nie zdążyłam zagłębić nurtującego mnie pytania, kiedy Bartek wcisnął mi menu w dłonie i kazał wybrać, co zechcę. Mściwie pomyślałam, że skoro i tak mnie tu przywlókł, to maksymalnie skorzystam z okazji darmowej wyżerki. Swoją drogą, mógł się ostrzyc, albo chociaż ogolić. Zarośnięty był nieziemsko, jedyne co widać było w tym gąszczu to złocistobrązowe oczy. Nad nimi zdecydowanie zarysowane brwi. Nie wiadomo dlaczego, to poprawiło mi humor. Pewnie spory udział miał w tym również ogromy lodowy deser, który postawiła przede mną kelnerka. Pałaszowałam go sobie ze spokojem, całkowicie wyłączywszy się z rozmowy, której tematem był niejaki Mariusz i jego problemy z produkcją filmu. Fonia mnie nie obchodziła, o niebo lepsza była wizja. W zasadzie gapiłam się tylko na jednego faceta, roześmianego, o oczach w kolorze nieba, rozpaczliwie usiłując się pozbyć myśli o mych prawdziwych i wyimaginowanych wadach. Ocknęłam się dopiero, gdy w pucharku pokazało się dno.
Po czym nie krępując się zamówiłam kawę, gorącą czekoladę i lampkę wina. Wydawało mi się, że Bartek całkowicie nie zwraca uwagi na moje poczynania, ale kiedy zerknęłam na niego, napotkałam rozbawione spojrzenie.
– Maleńka, gdzie ty to mieścisz? – spytał cicho.
Nie cierpiałam, gdy ktoś aluzyjnie wypominał mi mój niewielki wzrost i dość znikome gabaryty. Owszem, byłam drobnej i delikatnej budowy ciała, choć miałam na czym usiąść i czym oddychać. Stanowczo. Nie wiem dlaczego, całość sprawiała tak kruche wrażenie?
Więc kiedy kelnerka postawiła przede mną kawę, zażądałam dodatkowo porcję sernika i ciasta czekoladowego. Brwi Bartka powędrowały w górę, ale nadal wydawał się być rozbawiony. Dla reszty byłam tłem, w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. I dobrze. Jakoś nie byłam spragniona ich atencji.
Trzeba przyznać, że przesadziłam. Przy serniku byłam już odrobinę zamyślona, ciasto podziabałam z żalem, bo choć smakowało cudownie, nie byłam w stanie więcej zjeść. Wypiłam duszkiem lampkę wina i zastanowiłam się, czy nie poprosić o kolejną. Wtedy dotarło do mnie, że kilka osób wstało i żegna się, obiecując sobie ponowne jutrzejsze spotkanie. Tylko Bartek siedział, obracając w dłoniach szklankę z piwem.
– Masz ochotę na coś jeszcze? – spytał, gdy zostaliśmy w końcu sami. Nie miałam. Do złego humoru, dołączył przepełniony żołądek.
– Nie.
– A zasłużyłem na coś więcej niż ten groźny wyraz twarzy i zmarszczone ponuro brwi?
– Nie mam nastroju – odpowiedziałam krótko. – Chcę wrócić do domu, kupić po drodze flaszkę taniego wina i dokończyć dzieła zniszczenia.
– Dlaczego? – w jego głosie było tyle zdumienia, którego nie zrozumiałam.
– Bo świat jest ponury, okropny, nikt mnie nie kocha i w ogóle mam doła stulecia.
Tym razem się nie roześmiał.
– Rzucił cię facet? – spytał współczująco.
– Żebym go miała – mruknęłam.
– To co się stało? Mów! -  rozkazał, obracając się tak, że patrzyliśmy sobie prosto w oczy i chwytając moje dłonie. – Podobno o problemach rozmawia się lepiej z całkiem nieznanymi osobami?
– Bzdura!
– Chociaż spróbuj.
– Jak chcesz. Zgubiłam bagaż. Rozwaliły mi się ostatnie buty. Zgubiłam siebie.
– Nie bagaż jest problemem, prawda?
– Nie. Ja jestem problemem – wstałam, masując się po pełnym brzuchu.
– Buty można kupić na pierwszym lepszym straganie.
– A wiesz, to jest myśl. – Dziwne, ale wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Pełno było namiotów z chińskim badziewiem, co za problem kupić japonki za dychę. – Może zdążę?
Raźnym krokiem ruszyłam w kierunku zatłoczonego deptaku. Zapomniałam o Bartku, ale on nie zapomniał o mnie. Pewnie w pośpiechu regulował rachunek i po chwili znalazł się tuż obok. A ja właśnie płaciłam za całkiem zwyczajne, słomiane klapki. Z pewnością tańsze niż wino, którym zamierzałam się pocieszyć.
– Od razu lepiej – oświadczyłam zadowolona.
– To widać – objął mnie ramieniem i pociągnął w tłum. – Masz taki śliczny uśmiech maleńka, Powinnaś częściej się uśmiechać.
Zerknęłam na niego podejrzliwie. Gdybym wyglądała jak normalna ja, to jeszcze bym się nie dziwiła. Ale bardziej przypominałam zaniedbane, nabzdyczone babsko. Co on u licha widział we mnie ślicznego? Może to jakiś zboczeniec? Ciężko powiedzieć coś o człowieku, u którego nie widać było połowy twarzy.
– Muszę wracać – oświadczyłam i wyrwałam się z jego uścisku. Lawirowałam pośród ludzi, kluczyłam zmieniając kierunki i kryjąc się za straganowymi wystawami. Po czym sądząc, że go zgubiłam ruszyłam biegiem, prosto do wynajętej kwatery. O alkoholu, w którym miałam topić smutki, kompletnie zapomniałam.
Za to po powrocie poszłam prosto pod prysznic. Umyłam włosy, nałożyłam nawilżającą maseczkę na twarz, wymęczyłam się usiłując doprowadzić paznokcie do porządku. Dwie godziny później patrzyła na mnie z lustra całkiem inna osoba. Nie ma co się oszukiwać, dobry wygląd to również dobre samopoczucie. Pożałowałam jedynie, że nie mam nic świeżego do ubrania. Wbiłam się w pożyczoną koszulkę i poszłam spać.
Obudziłam się jeszcze przed wschodem słońca i przeraźliwie ziewając rozejrzałam dookoła. Majka i Agata smacznie pochrapywały, cuchnąc alkoholem i papierosami. Z sąsiedniego pokoju, zajmowanego przez Michała i Kasię, dobiegały dość jednoznaczne dźwięki. Spochmurniałam, bo seks o poranku, zawsze był dla mnie czymś niebywale przyjemnym. Policzyłam w myślach ile minęło od mojego ostatniego związku i wyszło mi, że żyłam w celibacie ponad rok. Pozazdrościłam parze obok. Pomyślałam o Kubie i Wojtku, śpiących w trzecim pokoju, ale niestety, żaden z nich nie wchodził w rachubę. Po prostu nie byliśmy sobą nawzajem zainteresowani. Wstałam, starając się zrobić to bezszelestnie i udałam się do łazienki, zabierając ze sobą dżinsy i koszulkę mojej koleżanki. Wiedziałam, że się nie obrazi, bo już wcześniej namawiała mnie, żebym skorzystała z jej garderoby. Protestowałam tylko dlatego, że wszystko było na mnie o dwa rozmiary za duże.
Mój nos odzyskał normalną barwę. Przypudrowałam go, całkiem zadowolona z tego, co ujrzałam w lustrze i udałam się na plażę. Skoro obudziłam się tak wcześnie, miałam niepowtarzalną okazję obejrzeć sobie wschód słońca. Pożyczyłam jeszcze sweter Kuby, który jako jedyny nie palił, wypchałam kieszenie jabłkami i cichutko przekręciłam klucz w zamku.
Ależ było pięknie! Pusto, ciszę przerywał jedynie jednostajny plusk fal, na dodatek niebo zabarwiło się na delikatny róż. Usiadłam sobie na piaseczku, zrzuciłam japonki i otuliłam się swetrem, choć i tak poranek zaliczyłabym do cieplejszych. Zajadałam jabłka i wpatrywałam się w złocistą kulę, która ukazała się na horyzoncie. Trzeba przyznać, że była to jedna z najprzyjemniejszych chwil w moim życiu. Może inaczej, byłaby, gdyby nie ciche kroki za moimi plecami. Pełna złych przeczuć odwróciłam się i napotkałam spojrzenie złocisto brązowych oczu. Znałam te oczy, choć nie poznałam twarzy.
– Cześć maleńka – Bartek szeroko się uśmiechnął i usiadł obok. – Nie myśl, że cię śledziłem. Nie mogłem spać.
– Tak jak ja – wyrwało mi się. Jednocześnie nie potrafiłam oderwać od niego wzroku. Zniknęła bujna czupryna, zostały jedynie krótko ostrzyżone brązowe włosy. Obfita broda również zniknęła, choć nie do końca. Teraz dopiero widać było, jak cholernie jest przystojny, z tym kwadratowym podbródkiem, szerokimi ustami i twarzą, o regularnych rysach.
– Poznałaś mnie?
– Po oczach – wyjaśniłam krótko, czując, że się rumienię. Też mi! Po oczach? Ale sobie wymyśliłam!
– Ja ciebie od razu. Widzę, że jednak znalazła się zapasowa odzież?
– Pożyczyłam. – Zauważyłam, że na piasku położył sporych rozmiarów futerał z aparatem fotograficznym. – Chcesz robić zdjęcia?
– Zamierzałem. Wschody słońca są banalne, ale czasem potrzeba takich banałów. Jednak teraz mam ciebie.
– Mnie?
– Pozwolisz, prawda?
– Dlaczego mnie? – spytałam spłoszona.
– Bo jesteś śliczna, dużo piękniejsza niż jakikolwiek zachód czy wschód słońca.
Komplement mi się spodobał. Za to błysk w jego oczach już nie bardzo. Strach był jak najbardziej uzasadnionym uczuciem, bo w końcu siedzieliśmy samiuteńcy na pustej plaży. Nie znałam go. Nic o nim nie wiedziałam. Nie miał ostrzegawczo wytatuowane na czole: złoczyńca czy gwałciciel.
– Dlaczego moje komplementy cię peszą? – spytał, podbierając mi jedno jabłko i wgryzając się w nie ze smakiem.
– A, tak jakoś – bąknęłam, otulając się ramionami.
– Zimno ci?
– Tak. Chyba powinnam wracać.
Wstał i usiadł za moimi plecami, otulając mnie swoim ciałem. Jego nogi objęły moje, plecami byłam teraz oparta o jego tors, a krótki zarost delikatnie łaskotał ucho. 
– Tchórz – wyszeptał.
Chyba bawiły go moje obawy.
– Po prostu cię nie znam.
– A nie chcesz poznać?
Wplótł palce w moją dłoń, potem podniósł ją do góry i ucałował. To było więcej niż przyjemne.
– Nie jestem seryjnym mordercą czy gwałcicielem – szeptał nadal rozbawiony na ucho. – Choć przyznaję, że sama twoja obecność doprowadza mnie do takiego stanu wrzenia, że mam ochotę nim zostać.
– Mordercą? – spytałam, z coraz mocniej bijącym sercem.
– Ależ skąd! Gwałcicielem – dodał i bardzo delikatnie przygryzł płatek mojego ucha. – Podnieca mnie twój uśmiech, do szaleństwa doprowadza spojrzenie zielononiebieskich oczu. Na dodatek cudownie pachniesz – gorące wargi zjechały niżej, na moją szyję.
Poczułam dobrze znajome rozgoryczenie.
– Tak, tak to się zaczyna, po czym bardzo szybko kończy – powiedziałam ze smutkiem, wyplątując się z jego ramion. Wstałam i spojrzałam na zdumionego Bartka z góry. – Przykro mi, ale na krótki, poranny numerek na plaży, musisz sobie poszukać innej chętnej.
Po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie.
– Magduś! – Błyskawicznie zerwał się z piasku i podążył za mną. – Maleńka, zaczekaj! Przecież ja nic złego nie myślałem.
– A co myślałeś? – spytałam krótko, ocierając wierzchem dłoni niechciane łzy. Cholera, że ja zawsze musiałam płakać w takich momentach. Za nic nie potrafiłam zapanować nad własnym żalem. Ryczałam jak bóbr nawet na mało romantycznych komediach. Na filmach animowanych. Boże! Wzruszałam się i przy ckliwych teledyskach.
– Ja… – zająknął się. – Nic nie myślałem. Tak po prostu wyszło.
– Większości tak wychodzi. Czy ja mam na czole wypisane: przeleć mnie? Dlaczego zawsze trafiam na czarujące typy, chcące mnie jedynie zaliczyć?
– Bo patrząc na ciebie, trudno o tym nie myśleć – powiedział rozbawiony. – Przecież zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś ładna?
– I co z tego? Czy o zainteresowaniu mną ma świadczyć głębokość dekoltu, długość kiecki?
– Krótkość kiecki? – I zaczął się bezczelnie śmiać. Spojrzałam na niego ponuro, potem na swoje nogi, na luźne, podwinięte nogawki spodni, po czym również się uśmiechnęłam. A wtedy on znów mnie objął i oparł swoje czoło o moje. Tym razem widziałam w jego oczach powagę.
– Posłuchaj mnie. Jesteś śliczna. Jesteś pociągająca. Podniecająca. Przynajmniej dla mnie. Od pierwszego spojrzenia stałaś się dla mnie ideałem kobiety, choć byłaś rozczochrana i strasznie nabzdyczona. Jak myślisz? Dlaczego całą noc nie mogłem spać?
– Przeze mnie?!
– Przez ciebie. A teraz chodź, bo faktycznie zamienię się w brutalnego gwałciciela – mrugnął okiem. – Przejdziemy się.
Romantyczny spacer po opustoszałej plaży, ze wschodem słońca w tle, z mężczyzną, który czarował mnie każdym uśmiechem, a na dodatek na każdym kroku prawił komplementy, to było coś, o czym marzyłam przez całe życie.
– Fotografujesz zawodowo czy amatorsko? – spytałam.
– Zawodowo.
– O! – rzekłam tylko, spoglądając na niego z zaskoczeniem. – Pewnie szałowe modelki ze znanych wybiegów?
– Ludzi raczej nie. Jedynie dla ciebie zrobiłbym wyjątek.
– Fajna praca.
– Satysfakcjonująca. Dużo podróżuję i chyba to jest najciekawsze.
– Podróżujesz? – Z ledwością wyksztusiłam te słowa. Podróżuje? Cudownie! – A gdzie?
– Ostatnio brałem udział w wyprawie na Grenlandię. Jeszcze wcześniej było Peru. W zeszłym roku podróż do źródeł Amazonki. To dopiero była jazda!
– Powiedz coś więcej? – Przytulona do jego ramienia, spojrzałam błagalnie w górę.
– Więcej? Ciężko mi mówić o takich rzeczach. To trzeba samemu przeżyć maleńka.
– Chciałabym. Ale nie mogę odnaleźć właściwej drogi do tego celu.
– Dlaczego?
– Sama nie wiem. Rzuciłam nawet studia, lecz to chyba nie był dobry pomysł. Może powinnam jedynie zmienić kierunek? – dodałam zamyślona.
Pogładził moje ramię.
– Powinnaś. Życie jest za krótkie, aby je marnować, użalając się nad sobą.
– Po prostu miałam wczoraj zły dzień.
– A przedwczoraj?
– Też – westchnęłam. – Masz rację. Od kilku miesięcy miałam same złe dni.
– Co studiowałaś?
– Czwarty rok pedagogiki. Miałam zostać nauczycielką w przedszkolu.
– Przedszkolanką? Już zazdroszczę tym dzieciom – przytulił mnie mocniej. – Też bym chciał, żeby taka słodka kobietka mnie pocieszała, kiedy stłukłbym kolanko.
– I ty nie najgorzej sobie radzisz jako pocieszyciel.
– Prawda? – znowu się roześmiał. – Pójdziemy razem na śniadanie?
– Muszę wrócić, by moje koleżanki nie pomyślały, że poszłam się utopić ze zgryzoty.
W zasadzie to jeszcze przez dwie, trzy godziny na pewno mi to nie groziło. I nagle przypomniałam kochającą się parę w pokoju obok.
– Ślicznie się rumienisz – powiedział Bartek, zatrzymując się i ujmując moją twarz w obie dłonie. – Magduś, błagam! Pozwól mi!
Moje serce oszalało, bo sądziłam, że mówi o pocałunku. Utkwiłam wzrok w jego ustach i poczułam trudny do opisania, przyjemny dreszcz. Milczałam, a on wziął moje milczenie za zgodę. Pochylił się jeszcze bardziej. Zamarłam, przymykając oczy i wtedy poczułam jego wargi na swojej szyi. I nagle lekko mnie ukąsił.
– Zwariowałeś?! – krzyknęłam oburzona, odpychając go od siebie. – Będę miała malinkę! I to w takim miejscu!
– Uwielbiam to – oświadczył, wcale nie speszony moim gniewem. – Poza tym, to jak znaczenie swojego terytorium.
Tym razem naprawdę się zdenerwowałam. Już ja mu dam terytorium!
– Nie jestem twoją własnością!
– Będziesz – powiedział ze spokojem. – To jedynie kwestia czasu.
– Nie!
– Zauważyłem, jak zerkałaś na Mikołaja. Co prawda on woli wysokie blondynki, ale jak mawiała moja babcia, przezorny zawsze ubezpieczony.
– Wariat! Dotknij mnie jeszcze raz…
Dotknął. Pocałował. Łapczywie wpił się w moje usta z taką siłą, że aż zabrakło mi tchu. I wcale na tym nie poprzestał, bo od razu poczułam jego ciekawski, natarczywy język, dłonie wślizgujące się pod gruby materiał swetra, ciało napierające na moje. Nagle przerwał i odepchnął mnie.
– Przepraszam maleńka – powiedział schrypniętym głosem. Nigdy wcześniej nie widziałam w oczach żadnego mężczyzny takiego podniecenia. – Ale przestaję nad sobą panować.
– Powinnam uciekać?
– Nie wiem.
Spojrzałam na jego zmienioną twarz. Miał wypisane na niej pożądanie. Potem niżej, na doskonale widoczne wybrzuszenie w kroczu. Powinnam uciekać, zdecydowałam.
Odwróciłam się na pięcie i w pośpiechu brnęłam przez piasek, ku widniejącemu w oddali wyjściu z plaży. Dopiero kiedy tam dotarłam, zerknęłam przez ramię. Bartek stał nieruchomo. Na piasku leżała torba z aparatem. W oddali widać było złocistą tarczę słońca, a fale nadal leniwie uderzały o brzeg.
Nagle poczułam się nieoczekiwanie szczęśliwa. Historia jak z romansu, a główną bohaterką byłam tym razem ja. Nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. Zresztą czy pożądanie było miłością? Nie, na pewno nie. Ale i tak wróciłam do pokoju uśmiechnięta. Te wakacje zapowiadały się jednak wcale nie najgorzej.

link do części II - klik

16 komentarzy:

  1. No wlasnie nie zaluj nam
    DLug pochwialam od niepamietnego czasu nie bylo tak sprawnie wrzuconego opowiadania, fajna kawa z pianka


    dobrze ze lato cieple bylo to Ciebei ladnie wygrzalo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajne! Bedzie nastepna czesc? :D

    OdpowiedzUsuń
  3. a tak z innej beczki, dlaczego ostatnio bohaterki to takie sieroty wojenne? pedagokika, fe, artystka fortepianowa

    a gdzie jakas baba z politechniki, poza tym czasmai same samce na wydziale, albo Ty tez raczej ofiara humanistyczna nie jestes bo mat-fizowa,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Ci zdradzę, że kończę Wygraną II (wersję poprawioną) i pewnie jedna wredna baba na razie mi wystarczy ;-) Albo za dużo tego agresywnego seksu u wilkołaków :-D

      Usuń
    2. i kiedy zamierzasz dodac wygraną ?

      Usuń
    3. Kiedy skończę to, co na tapecie. Wygrana II poleci w formie ebooka, tak oficjalnie i od razu zaznaczam, że darmowo :-) Pewnie na święta.

      Usuń
  4. Jak czytam o tej Magdzie to jakbym czytała o sobie, oczywiście pomijając te fragmenty w których poznała wspaniałego przystojniaka. Też od dobrych kilku miesięcy mam doła stulecia jak to ładnie określiłaś. No i co do tych wzruszeń to 100% prawdy jestem tak miękka że zalewam się łzami przez byle co. Tak więc czekam na dalsze losy tej bohaterki, bo mam nadzieje że chociaż ona znajdzie swoje szczęśliwe zakończenie ! ;) Pozdrawiam Kate

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajdzie :-) Jakoś nie mam ochoty jej unieszczęśliwiać.

      Usuń
  5. Powinnaś zebrać wszystkie swoje opowiadania i próbować do skutku stworzyć książkę - która była by taką zapłata za czas który poświęcasz swoim czytelnikom . Głupie książki kucharskie się sprzedają a twoje opowiadania by się nie sprzedały ... ?? Twoje opowiadania to lepsze scenariusze gry wstępnej niż nie jeden bezsensowny sex poradnik . Czy niektóre scenerie tych pikantnych fragmentów są czerpane z twojego życia erotycznego , czy po prostu masz tak wybujałą fantazje ?
    hum kp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż.... Pewnie zdziwilibyście się jak wiele ;-) Nie mówię jedynie o scenach erotycznych. Ale fantazja też gra ważną rolę. Bez niej ani rusz :-D

      Usuń
  6. Kochana Babeczko . Zaskoczylaś mnie bardzo milo. Dziękuję bardzo za życzenia . Dzisiaj byłam " na prochach" więc większośc dnia przespałam. Dlatego teraz piszę. Jesteś Kochana.
    ps. Leżę i leżę a tu przystoiny doktor się kręci i ciągle zerka.

    OdpowiedzUsuń
  7. Interesujące i jaki długi fragment! ;)
    Bardzo się cieszę, bo dziś wpadłam od razu na trzy opowiadania. Dług też mi się bardzo podobał (btw. Artur to świnia;P).

    Pozdrawiam,
    Anna

    OdpowiedzUsuń
  8. Babeczko zachwyciłaś mnie! Tak sprawnie napisałaś "Dług" a teraz jeszcze to opowiadanie. Oby tak dalej, bo uwielbiam czytać Twoje wymysły. Najchętniej w ogóle nie odchodzilabym od nich.
    Pozdrawiam.
    ~C

    OdpowiedzUsuń
  9. Super się zapowiada :) Bartek już awansował do mojego top 5 bohaterów Twoich opowiadań :) a tak swoją drogą To umiłowanie podróży, pisarz i załamana dziewczyna bardzo kojarzą mi się z uwielbianym przeze mnie Błękitnym Zamkiem Lucy Maud Montgomerry :) Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń