wtorek, 10 czerwca 2014

Bywa (I)

Dla jasności - ten tekst to prezent z okazji pierwszych urodzin mojego bloga. Opublikuję go w trzech częściach, dość długaśnych dodam.

Dla przypomnienia, pierwsze opowiadanie "Niekompletni" umieściłam tutaj właśnie 10 czerwca ubiegłego roku. I nie bójcie się, dalej pójdziemy bez zmian, będzie Głupia miłość  i w końcu kolejna część Nie umiem stąpać tak cicho. No i Kara. 

Przypominam o konkursie - proszę zerknąć dwa posty do tyłu.

          Bywa (I)
Obudziła się wczesnym rankiem z żołądkiem ściśniętym w supełek.
Przez noc problemy nie zniknęły i wcale nie stały się mniej dokuczliwe. Nadal rozpaczliwie potrzebowała kasy, nadal czuła się fatalnie.
Jak widać ciąża zupełnie jej nie służyła.
Rozejrzała się po pokoju. Ściany w ciepłym, żółtym kolorze, kilka podstawowych mebli, okno i tania firanka próbująca nadać wnętrzu wrażenie przytulności. Jej dobytek porzucony w kącie, składający się z podróżnej torby i kartonowego pudła z butami. Oraz drugiego, z książkami.
Na razie tylko tyle, bo więcej nie zdołałaby unieść.
Przytuliła się do poduszki.
Pachniała wiatrem i świeżością, jak i cała pościel. Wiosna rozszalała się na całego, więc siostrzyczki pewnie suszyły pranie na dworze.
Wiosna, czas zakochanych. Jej miłość rozkwitła w dni pełne śniegu i lodu, mroźne dni stycznia. Po czym zwiędła miesiąc później, gdy dowiedziała się, że jej wybranek wcale nie miał zamiaru się z nią wiązać. Wykorzystał ją, jak dziesiątki innych wcześniej. Rozpieszczony smarkacz z bogatej rodziny, który pełnymi garściami czerpał z życia, zawsze biorąc to, czego chciał. Była więc dla niego przelotną przygodą, kolejną zdobyczą.
Ale świadomość tego przyszła zbyt późno.
Małgosia otarła wierzchem dłoni mokre oczy, a potem delikatnie pogładziła zaokrąglony lekko brzuszek.
Miała tylko to dziecko. Matka zmarła bardzo wcześnie, nawet jej nie pamiętała. Ojciec kilka lat później zapił się na śmierć. Wychowali ją dziadkowie, lecz w końcu i ich straciła. Mając dwadzieścia cztery lata kończyła zaocznie studia, pomieszkując w małych, wynajętych pokoikach i pracując w ciągu tygodnia na dwa etaty.  
W samego sylwestra poznała Nikodema. Była kelnerką na przyjęciu, ale on zwrócił na nią uwagę już na samym początku. Nie odpuścił, póki nie dała mu swojego numeru telefonu. Ani później, gdy pełna obaw, umówiła się na pierwszą randkę.
Było cudownie. Bajecznie. Idealnie. Do momentu, gdy on się znudził, bo znalazł sobie nową zdobycz. Oznajmił to wyraźnie zniecierpliwionym tonem, po czym po prostu ją zostawił. Dwa tygodnie później dowiedziała się, że jest w ciąży.
Mdłości i złe samopoczucie zmusiły ją do rezygnacji z dotychczasowej pracy. Była zatrudniona na umowę zlecenie, więc nie miała żadnych praw. Myślała o tym z prawdziwą goryczą. Tak, państwo znakomicie dbało o przyszłe matki, naprawdę znakomicie. A przecież musiała płacić za pokój, za studia, z których przecież nie mogła zrezygnować w takim momencie.
W końcu znalazła dach nad głową w ośrodku dla samotnych matek, który prowadziły zakonnice. Serdeczne, pełne ciepła kobiety, wysłuchały jej historii i pomogły. Nie obiecywały złotych gór, a jedynie pomogły. Na samo to wspomnienie, szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz. Dobrze że na tym podłym świecie bywali jeszcze tacy ludzie. Na pomoc społeczną nie miała co liczyć. Tam tylko zaproponowano jej oddanie dziecka do adopcji. Podobno za granicą wiele par długo czekało na taką okazję.
Ale ona nie chciała oddawać swej kruszynki.
Przekręciła się na plecach i pomyślała, że pora wstać. Dalej walczyć. Jako kierunek studiów wybrała dietetykę. Po zakończeniu miała już w planach małą prywatną praktykę i niewielkie oszczędności na jej otwarcie. Troszkę się to skomplikowało, ale nie zamierzała rezygnować ze swoich planów.
Odrzuciła pierzynę i usiadła ziewając. Wstała i podeszła do lustra, z którego spojrzała na nią ta sama smutna twarz, o zgaszonych oczach. Choć ostatnio coraz więcej było w nich światła, nadziei.
Cichutko westchnęła. Koleżanka załatwiła jej pracę w prywatnym domu, miała skomponować posiłki zgodnie z rygorystyczna dietą. W zasadzie to odstąpiła, twierdząc, że Gosia potrzebuje teraz każdego grosza. I miała rację. Potrzebowała.
Ubrała się w stare, wytarte jeansy, które zrobiły się nieco ciasnawe, białą bluzeczkę. Schludnie uczesała i lekko umalowała. Dyskretnie. Trampki też wyglądały na zniszczone, trzeba będzie jednak pomyśleć o nowych.
Przez ramię przewiesiła ogromną torbę i wygrzebała z niej karteczkę z adresem. Peryferie miasta. Nie, zaraz. To już chyba nawet nie Poznań? Zamyślona, udała się na przystanek, by po półtorej godziny, znaleźć się na miejscu.
Odetchnęła z ulgą, po czym ruszyła szeroką ulicą, wzdłuż której stały eleganckie wille. Każda była inna, każda piękna. Małgosia przyglądała się im z podziwem. W końcu po prawej pojawił się wysoki, biały mur, zakończony potężną bramą.
To tutaj, pomyślała i z obawą nacisnęła guzik wideofonu. Jak też Klarze udało się zdobyć takie zamówienie?
Nie miała czasu na dalsze rozmyślania, bo coś cicho zabrzęczało i furtka zaczęła się otwierać z cichym szelestem. Dziewczyna podążyła wąską, kamienną ścieżką, w głąb posiadłości. Gdy skończyły się drzewa, znalazła się na wprost ogromnego domu z ciemnej cegły. Miał skośny dach, bardzo awangardowe kształty i całą masę dużych okien. W zasadzie prawie cały się z nich składał.
Spodobał się jej. Był niczym połącznie tradycji i nowoczesności, te dwie cechy przeplatały się, budząc słuszny zachwyt. Dookoła zielony trawnik, gdzieniegdzie kolorowe skalniki, z boku potrójny garaż i chyba jakiś budynek gospodarczy.
Nieśmiało podeszła do drzwi, ale te raptownie się otwarły, ukazując niską, pulchną kobiecinę, opasaną barwnym fartuchem. Miała uśmiech na twarzy, rumiane policzki i całkiem siwiuteńkie włosy.
Małgosia zamarła z zachwytu. Wypisz wymaluj bohaterka jej ulubionej książki z dzieciństwa. Do świata Ani z Zielonego Wzgórza pasowałaby idealnie.
– Wejdź kochanie, jestem gosposią. Witaj.
Jakby trudno się było tego domyślić.
– Dzień dobry – odpowiedziała uśmiechem na uśmiech. – Ja od Klary.
– Wiem, wiem że od Klarci.
– Zna ją pani?
– Oczywiście kochanie, prawie od maleńkości – to mówiąc kobieta wciągnęła ją do przestronnego, chłodnego wnętrza. – Jest siostrzenicą mojej przyjaciółki. Poleciłam ją, gdy pan Hubert powiedział, że szuka dietetyka.
– Trochę mi głupio…
– Niepotrzebnie dziecinko, niepotrzebnie.
Skręciły gdzieś w bok, przeszły przez ogromny salon i znalazły się w równie wielkiej, przytulnej kuchni. Ciężkie dębowe meble, nadawały jej dostojny wygląd, mosiężne rondle połyskiwały w promieniach wpadającego przez szerokie okna słońca. Na parapetach stały doniczki pełne ziół, na piecu jakaś smakowicie pachnąca potrawa.
Małgosia zajęła miejsce przy poczerniałym ze starości stole i jeszcze raz się rozejrzała. Naprawdę podobał się jej ten dom. Tak bardzo, że ciekawa była nawet jego właściciela.
– Klara powiedziała, że mam ułożyć jadłospis na miesiąc. Dla osoby po ciężkiej chorobie, bez alergii pokarmowych, ale zgodnie z wytycznymi lekarza prowadzącego. Dziwi mnie, że nie zlecono tego profesjonaliście?
– Ależ kochanie, przecież i wy za chwilę kończycie studia – starsza pani cmoknęła z przyganą i zamieszała w bulgoczącym garnku. – Poza tym poprosiłam pana Huberta o tę drobną przysługę i się zgodził. Dietetyk to dietetyk powiedział. Najgorsze że i ja będę musiała zmienić sposób gotowania – westchnęła.
– Postaram się pogodzić te dwie rzeczy – Małgosia uśmiechnęła się szeroko. – Kiedy mam zacząć?
– Pan Hubert jeszcze śpi. Biedaczek, ta choroba całkiem go wyczerpała.
– Choroba?
– Raczysko. Okropne. Walczył z nim prawie dwa lata. I wygrał. Dopiero kilka dni temu wrócił do domu, przedtem przebywał w zagranicznych kurortach. Wróciła sama skóra i kości – gospodynie pokręciła głową z nieudawaną rozpaczą. – Myślałam, że od razu go odkarmię, ale powiedział, że nie może. Dieta i dieta. Co za szaleństwo z tymi dietami!
– Ludzie jedzą więcej i gorzej – odparła w zadumie dziewczyna. – W rezultacie tyją, mają problemy ze zdrowiem. A to odpowiednie jedzenie jest najlepszym lekarstwem.
– Zależy co kto rozumie pod tym pojęciem. No, kochanie. Jesteś głodna?
Powinna zaprzeczyć, ale faktycznie pożarłaby konia z kopytami. Zawstydzona skinęła głową i po chwili stał przed nią talerz z kanapkami, tuż obok apetycznie wyglądający kawałek drożdżowego ciasta oraz szklanka soku jabłkowego. Zjadła wszyściutko, co do ostatniego okruszka. Wypiła i poprosiła jeszcze o szklankę wody. Przez cały czas przysłuchiwała się wartkiemu potokowi słów płynących z ust starszej pani. Według jej opowieści ten pan Hubert musiał być niezwykle szlachetnym człowiekiem. Cała rodzina taka była, prócz jego bratanka, tak zwanej czarnej owcy. Młody próżniak hulał po świecie, wracając jedynie po to, by rodzice zasilili jego konto w banku. Gdy ci odmówili dalszej pomocy, naprzykrzał się biednemu, schorowanemu stryjowi.
– O! – rozmowna kobieta zamarła. – Pan Hubert chyba się obudził. Zaniosę śniadanie i powiem, że przyszłaś. Pewnie przyjmie cię na werandzie. Dziś taka piękna pogoda.
To mówiąc, błyskawicznie zastawiła tacę i pchnąwszy łokciem drzwi, szybko wyszła.
Gosia została sama. Jeszcze raz rozejrzała się dookoła, kontemplując wszystkie drobiazgi, podziwiając każdy dopieszczony szczegół. I ciepło, które panowało w tym wnętrzu. Nie to odczuwalne fizycznie, ale to, które dało jej skołatanym nerwom odrobinę ulgi.
– Już jestem – gospodynie wróciła tym razem z pustą tacą. – Zrobię ci kawę i pójdziemy. Pan Hubert zażyczył sobie, byś towarzyszyła mu przy śniadaniu.
Sprawnie zaparzyła napój i nakazała Gosi pójść za sobą. Minęły dwa pokoje i w końcu wyszły na zacienioną werandę.
Trzeba powiedzieć, że nie tego się spodziewała. Miała pewność, iż ujrzy schorowanego, starszego pana, o posiwiałych włosach i drżących dłoniach. Tymczasem w fotelu siedział młody mężczyzna, może nawet jej rówieśnik. Faktycznie był szczupły, zbyt szczupły. Policzki miał zapadnięte, jasne włosy króciutko ostrzyżone, bladą, prawie przejrzystą cerę i spierzchnięte wargi. Tylko oczy, wąskie, prawie czarne, mierzące ją teraz bacznym spojrzeniem, świadczyły o tym, że nie miała do czynienia z duchem.
Zmieszana, usiadła w drugim fotelu, cicho się przywitała i podziękowała gosposi za kawę.
– To ja wracam do kuchni. Proszę dać znać, gdyby pan czegoś potrzebował.
Skinął głową. Wciąż nie spuszczał z Małgosi badawczego spojrzenia. Jakby ją oceniał?
– Miałam… – przełknęła ślinę, czując jak się rumieni. To głupie, ale nie umiała nad tym zapanować. – Miałam ułożyć dietę. Chyba dla pana…
– Ile masz lat? – spytał ostrym tonem. Głos miał głęboki, o niskiej barwie, lekko schrypnięty. I nieoczekiwanie seksowny. Tak pomyślała, choć zaraz potem zbeształa się za takie myśli.
– Dwadzieścia cztery. W tym roku kończę studia z dietetyki – odparła cicho, zastanawiając się, dlaczego pyta. Czyżby była za młoda? Spodziewał się kogoś bardziej doświadczonego?
– Nie obraź się, ale wyglądasz jak licealistka. Musiałem spytać. Pani Ula ma czasami dziwaczne pomysły.
– Mogę pokazać dowód.
– Bez przesady – machnął ręką i z apetytem zabrał się za jedzenie. – Wierzę ci. To pewnie ty jesteś bardziej zdziwiona moim wiekiem?
– Trochę.
– Więcej niż trochę. To widać – uśmiechnął się znad krawędzi filiżanki.
– Mówiła o chorobie nowotworowej, o bratanku. Sądziłam, że będzie pan starszy.
– Nie pan. Hubert. To była białaczka, a moi rodzice zafundowali sobie jeszcze jedno dziecko czyli mnie, gdy reszta była już dorosła.
– Małgosia – przedstawiła się również. Nie podała mu ręki, bo i on tego nie zrobił.
– Wkrótce przyjdzie mój lekarz. Uzgodnisz z nim szczegóły, choć ostrzegam, że jest nastawiony dość wrogo. Wolałby prawdziwego profesjonalistę, a nie jakąś tam studentkę.
Zarumieniła się. Opuściła głowę, czując gorycz w ustach. I strach, że sobie nie poradzi, że nie podoła temu, czego od niej oczekiwano.
– Ale on nie ma nic do gadania. Ja płacę, ja wymagam – uciął krótko mężczyzna. – Zresztą mam wrażenie, że do zdrowia najszybciej pomogłabym mi wrócić kuchnia pani Uli, a nie jakieś durne diety.
– Durne?
– Gotowane mięsko, mięsko z grilla, mięsko smażone bez tłuszczu. Ble… – wykrzywił twarz. – Ja bym wolał prawdziwego schabowego, tłuściutką goloneczkę, pierogi. Ech… - westchnął i spojrzał na nią z nagłym zainteresowaniem. – Mogłabyś to uwzględnić w menu?
Cudownie! Co jeszcze?
– Postaram się – powiedziała tylko.
– Postaraj się dobrze, to zapłacę z premią – mruknął, wciąż badawczo się jej przyglądając. – Podobasz mi się.
To były piękne słowa, wypowiedziane suchym, beznamiętnym tonem. Podniosła głowę i odważnie zmierzyła się z jego spojrzeniem.
– Skomplementowałem twoją niewątpliwą urodę – wyjaśnił, odrobinę rozbawiony. – Powinnaś powiedzieć dziękuję i będziemy mogli kontynuować rozmowę.
– Więc dziękuję.
– Ależ nie ma za co. Stwierdziłem jedynie oczywisty fakt.
Nie rozumiała go. Wyglądał jakby z niej drwił. Ale jego głos wyprany był z wszelkich emocji, całkowicie spokojny, stonowany. Ciemne oczy nadal badawczo się jej przyglądały. Zupełnie nie krępowało go jej zakłopotanie.
Bardzo długo siedzieli w milczeniu. On sącząc kawę, ona z narastającą paniką zastanawiając się co dalej? Splotła dłonie i odwróciła wzrok, z dziwnym uporem wpatrując się w pnące się tuż obok po drewnianym rusztowaniu, krzaki róż.
Był młodszy? Starszy? Jeśli tak, to niewiele. Naprawdę trudno jej było to określić. Oczy i ślady przebytej choroby dodawały mu wieku. Kiedyś mógł być przystojny. Wyobraziła go sobie na plaży, z rozwichrzonymi włosami w kolorze złota, opalonego, z tymi ciemnymi oczyma i bielą uśmiechu. Teraz był jedynie bladym cieniem, wychudzonym, wynędzniałym. Jedynie w tych niezwykłych ciemnych źrenicach tliła się wola życia. Może właśnie dlatego zwyciężył? Pokonał chorobę, która potrafiła zabić tak wielu?
Nagle wstał. Zrobił to niezdarnie, sięgając po coś, co było ukryte za oparciem fotela. Po kulę. W pierwszej chwili pomyślała, że to z powodu osłabienia chorobą. Potem nagle zrozumiała swoja pomyłkę. Miał na sobie krótkie spodenki, a jego prawa noga była ucięta, tuż poniżej kolana. Póki siedział, nie było tego widać. Teraz jednak…
– Gapisz się, jakbyś nigdy nie widziała inwalidy – powiedział opryskliwie.
– Nie gapię się. Jedynie czuję się zaskoczona. To z powodu choroby?
– Choroby, choroby, choroby – powtórzył niczym echo. – Można to tak nazwać. Głupota też bywa chorobą.
– Głupota?
– Zbyt szybki motor, zbyt wiele alkoholu i nazbyt mało rozsądku. Dobrze że straciłem tylko nogę, a nie życie.
O dziwo, ale poruszał się niesłychanie sprawnie. Popatrzyła z odrobiną współczucia na szczupłe, wręcz wychudzone ramiona. Potem na zapadniętą klatkę piersiową.
– Faktycznie przydałaby ci się tradycyjna kuchnia – westchnęła, również wstając.
– Umiesz gotować?
– Powiedzmy, że całkiem nieźle. Choć twojej gosposi na pewno nie dorównam. Dawno się to stało?
– Miesiąc przed tym, jak zdiagnozowano u mnie białaczkę. Wiesz jak to jest, gdy w przeciągu kilku tygodni wali się całe twoje życie? – spytał z goryczą.
– Może wiem? – odparła cicho.
Zdziwiła go. Widziała to w sposobie, w jaki uniósł w górę brwi, w ciemnych oczach. Ale nie drążył więcej tego tematu. Być może wcale go nie obchodziły jej kłopoty? Być może też był zarozumiałym dupkiem, którego nie interesowały nieszczęścia innych ludzi, jedynie jego własne?
Wszedł do salonu, gdzie czekał już na nich starszy, dystyngowany mężczyzna, w ciemnym garniturze.
Małgosia nabrała powietrza do ust i wypuściła je bardzo powoli, licząc do dziesięciu. Przywołała na twarz uśmiech i ruszyła do przodu. W końcu miała tu pracę do wykonania. Wywiąże się z powierzonego jej zadnia, zainkasuje zapłatę, a potem i tak nigdy więcej go nie zobaczy.
I dobrze. Współczucie bywało niebezpieczne. Sprowadzało jej serce na manowce. A ona już i tak dość miała kłopotów. Chociaż… Nie nazwałaby tego kłopotem. Uśmiechnęła się i bardzo delikatnie pogładziła, płaski jeszcze brzuszek. Nie zauważyła, że Hubert przygląda się jej ze zdumieniem. I z błyskiem zazdrości. Niebezpiecznym błyskiem, mówiącym o nim więcej niż sam chciałby wyjawić.
***
Siedziała w poczekalni małego gabinetu, czekając na umówioną wizytę, gdy niespodziewanie zaterkotał jej telefon. Spojrzała na numer. Nieznany. Cóż, wypada odebrać.
– Cześć – usłyszała głęboki męski głos. W pewnym momencie pomyślała, że to Nikodem. Zdrętwiała, bo wcale jej to nie ucieszyło. – To ja.
– Co za ja?
– Nie poznajesz? Hubert.
Chciała odpowiedzieć, że nie zna żadnego Hubert, że to pomyłka. I nagle sobie przypomniała. To ten kaleki chłopak, dla którego układała dietę półtora miesiąca temu.
– Już kojarzę.
– To dobrze. Mam do ciebie sprawę – odparł niecierpliwie.
On do niej? Następne zlecenie? W sumie nie pogardziłaby dodatkową pracą.
– Przyjedź, dziś wieczorem. Porozmawiamy. A może mam przysłać samochód?
– Tak – odparła stanowczo. Podróż autobusem w taki upał wcale jej się nie uśmiechała, a na taksówkę szkoda było pieniędzy. Dobrze że sam zaproponował.
– Osiemnasta?
– Może być. Podam adres…
– Już mam. Bądź gotowa.
I rozłączył się. Zdziwiona Małgosia jeszcze raz spojrzała na ekran komórki. Miał jej adres? Skąd? Chyba że pani Ula zadzwoniła do Klary, a ta udzieliła niezbędnych informacji? Wzruszyła ramionami. Jakoś nie miała ochoty tego dociekać. Zlecenie to zlecenie. Chyba nie ma znaczenia gdzie mieszka?
Tak więc o umówionej porze, stała pod wejściem, ubrana w lekką, rozkloszowaną sukienkę, z włosami spiętymi na czubku głowy i z nieodłączną, wielgachną torbą przewieszoną przez ramię. Obiecane auto podjechało i Gosia pomyślała z rozrzewnieniem, że zawsze chciałaby podróżować w tak komfortowych warunkach.
Potem znalazła się na werandzie. A naprzeciwko niej stał Hubert. Inny. Odmieniony. Przybrał na wadze i nie przypominał już szkieletu pokrytego skórą. Był opalony, zupełnie tak, jak to sobie kiedyś wyobraziła, włosy miał dłuższe, wypłowiałe od słońca. Dopiero teraz zauważyła więcej szczegółów. Trójkątną twarz o ostrym podbródku z niewielkim dołeczkiem. Proste, wąskie usta. Wydatne kości policzkowe. Jedynie oczy się nie zmieniły. Ciemne, prawie czarne, w oprawie jasnych rzęs i brwi, mierzyły ją badawczo.
– Cześć – powiedział niczym dobry znajomy, podczas przyjacielskiej wizyty.
Tym razem nie miał kuli. Wyglądał całkiem normalnie, ubrany w jasne spodnie, białe trampki oraz błękitną koszulkę. Całkiem zwyczajnie, choć ona wiedziała, że część jego ciała stanowi proteza.
Podszedł bliżej, pochylił się i pocałował ją w policzek. Zaskoczona, spojrzała w górę. Choć nie należała do niskich kobiet, on i tak górował nad nią wzrostem. Musiał mieć ponad metr dziewięćdziesiąt. Jak Nikodem, pomyślała, czując bolesny skurcz serca. Jak Nikodem.
– Niezwykle gustowna torebka – wskazał z rozbawieniem na jej dużą, wypchaną torbę.
– Pojemna. Nie zdradziłeś szczegółów, ale sądziłam że…
– Nie, tym razem chodzi o coś innego. Chodź do salonu, czeka tam na nas kolacja.
Z prawdziwym zamętem w głowie, podążyła za nim. Odsunął jej krzesło, pomagając zająć miejsce. Usiadł naprzeciwko. Nalał wina.
Wszystko w towarzystwie zmysłowej, kojącej muzyki, płynącej gdzieś z góry.
Jednak nie czuła zadowolenia. Była zaskoczona, nawet odrobinę przerażona. Czego chciał od niej ten człowiek?
– Który to miesiąc? – To on pierwszy przerwał ciszę.
– Prawie szósty.
– Ciąża ci służy. Wyglądasz pięknie.
– Czego chcesz?! – Dłużej nie wytrzymała napięcia. Chodziło mu o coś więcej niż zwykłe zlecenie dla dietetyczki.
– Pomalutku – uśmiechnął się szeroko. – Słyszałem, że z wyróżnieniem obroniłaś dyplom?
– Skąd?...
– Od pani Uli. Pochwaliła się zarówno sukcesem Klary, jak i twoim.
– No tak – zakłopotana przygryzła dolną wargę. – Ale wolałbym wiedzieć, co zamierzasz.
– Nie zrobię ci krzywdy, jeśli o to chodzi – zabębnił palcami w blat stołu.
– Mogłabym prosić o coś innego do picia?
– No tak. Nie pijasz alkoholu. Tu jest woda.
– Wystarczy.
– Zaraz przyniosą kolację. Zjemy i porozmawiamy.
Znów była głodna. Z rozpaczą pomyślała, gdzież się mieści to całe jedzenie, które pochłaniała?
– Mam dwadzieścia cztery lata, jak ty. Przed wypadkiem studiowałem w szkole wojskowej.
– Wojskowej?
– W Dęblinie. Najpierw liceum, potem jako jeden z najlepszych absolwentów bez problemu dostałem się do szkoły wyższej.
– Chciałeś zostać pilotem?
– Chciałem – odpowiedział ponuro. – Zawsze chciałem. Całe swoje życie podporządkowałem jednemu marzeniu. I zniszczyłem je w przeciągu kilku minut. Zresztą i tak…
– Białaczka – dopowiedziała, w zamyśleniu gładząc opuszkiem palca krawędź
– No tak, białaczka – powtórzył szyderczo.
Ciężko, naprawdę ciężko było go rozgryźć. Wydawał się wesoły, szczery, taki całkiem zwyczajny. I nagle zmieniał się o sto osiemdziesiąt stopni. Twarz tężała, oczy ciemniały, a usta wykrzywiała gorycz. A potem znów wracała beztroska.
Dyskretny kelner obsłużył ich w mgnieniu oka. Znów zostali sami.
Małgosia nie potrafiła dłużej czekać. Z ledwością panując nad swym wilczym apetytem, zabrała się do jedzenia. Z żalem zdążyła jeszcze pomyśleć, że było go tak mało.
– Czy to przygotowywała pani Ula? – spytała z niedowierzaniem, wskazując na talerze z mikroskopijną porcją mięsa i jakimiś warzywami.
– Nie. Wyjechała na tydzień do rodziny. I mam nadzieję, że szybko wróci – westchnął z żalem.
– Wcale się nie dziwię.
Odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech. Podsunął deser, gdy skończyła danie główne. Sam prawie nie tknął tego, co miał na talerzu. Całkiem poważnie zaczęła się zastanawiać czy nie poprosić go, by odstąpił jej swoją porcję. Jednak ciekawość i chęć poznania powodów, dla których ją tu zaprosił były silniejsze.
– Teraz mów – rozkazała, wypijając resztkę wody.
Zasępił się. Wyglądało na to, że i jemu brakowało odwagi. O co tu u diabła chodziło? Oparła podbródek na złączonych dłoniach i wpatrywała się w niego pytająco.
– Zanim mnie wysłuchasz, musisz dać słowo, że pozwolisz mi skończyć.
– Mówisz zagadkami?
– Proszę!
– No dobrze – odparła powoli. – Masz kwadrans, by powiedzieć, o co ci chodzi.
Głęboko odetchnął i na sekundę przymknął oczy. Potem otworzył je i za nagłą determinacją wyrzucił z siebie.
– Potrzebuję dziecka.
Zamarła. Strach ścisnął jej gardło.
– Nie, nie twojego – dodał szybko. – Głupio się wyraziłem. Chciałbym mieć własne.
– Nie rozumiem…
– Z tobą – dodał z determinacją.
Siedziała i tylko patrzyła. Jej oczy stawały się coraz większe, coraz mniej też z tego wszystkiego rozumiała.
– Ależ ja jestem w ciąży!
– Tak. Jednak w końcu urodzisz, dojdziesz do siebie i tak dalej. Czy zgodziłabyś się urodzić moje dziecko? Potem, za jakiś czas?
– Zwariowałeś!
– Nie! – przytrzymał ją, gdy próbowała wstać. – Nie! – powtórzył jeszcze bardziej stanowczo. Przeraził ją wyraz jego twarzy. Zachłanny, pazerny, wręcz wygłodniały.
– Obiecałam cię wysłuchać, ale to… To szaleństwo!
– Mogę się nawet z tobą ożenić.
– Dlaczego? – jęknęła, usiłując wyrwać się z jego uścisku.
– Nie chcę umierać, nie pozostawiwszy po sobie żadnego śladu – powiedział cicho. – To tak, jakby mnie nigdy nie było. Moje życie było beznadziejne. Nie chcę by śmierć była równie bezsensowna.
Zamarła. Uspokoiła się.
– Dlaczego ja?
– Bo byłaś pierwszą kobietą, która… – zająknął się. – Na widok, której poczułem podniecenie. Przez ponad rok nie byłem zdolny nawet pomyśleć o seksie. Dopiero gdy spotkałem ciebie…
– Mnie?!
– Tak.
Na powrót zajęła swoje miejsce i zamyśliła się. Była zaskoczona, a jednocześnie współczuła mu. Czyżby nawrót choroby? Zaraz…
– Byłeś chory na białaczkę. Z pewnością nie uniknąłeś chemioterapii czy radioterapii. Czy po czymś takim można mieć dzieci? – spojrzała na niego pytająco. Zakłopotał się. Pochylił głowę i wciąż wystukiwał miarowy rytm palcami.
– To niezupełnie tak.
– Nie jestem ekspertem, ale to chyba oczywiste, że występują po czymś takim problemy?
– Chodzi o to, że to nie był nowotwór.
Znów udało się mu ją zaskoczyć. Chociaż dlaczego nie? Tak mało o nim wiedziała, można nawet uznać, że prawie nic.
– A co?
– Odwyk – oznajmił krótko, ostrym tonem. – Byłem uzależniony od wielu rzeczy. Od prochów, seksu, alkoholu. Staczałem się w dół w rekordowym tempie. Wypadek nie był początkiem moich nieszczęść. Był punktem kulminacyjnym.
– Boże! – zasłoniła dłonią usta. – Przecież miałeś niewiele ponad dwadzieścia lat!
– Czy wiek ma tu jakiekolwiek znaczenie?
– A szkoła? Mówiłeś…
– Wywalili mnie. Dwa miesiące przed końcem roku. Olałem to i pojechałem na wakacje. Szalone, pełne przygodnego seksu, orgii, używek i lejącej się strumieniami wódki.
– Jakie to dziwne – zadumana spojrzała w jego pełen żalu oczy. – Miałeś wszystko. A ja w tym czasie uczyłam się, pracowałam przez pozostały czas, starając uzbierać sobie pieniądze na najpilniejsze potrzeby i krótkie wakacje pod namiotami.
– Szkoda że cię wtedy nie znałem.
– Przeleciałbyś mnie i zapomniał kolejnego dnia. Tak jak… – urwała raptownie i pobladła.
– Tak jak ojciec twojego dziecka?
Nie miała siły, by odpowiedzieć. Wstała i podeszła do okna. Nie chciała, by oglądał jej łzy. To były wciąż bardzo bolesne wspomnienia. Najbardziej jednak doskwierała świadomość, że nie będzie miała się z kim podzielić swoim szczęściem. Każdym uśmiechem, sukcesem, pierwszymi słowami i tym, jak malec będzie rósł. Do kogo powie „tato”?
– Przepraszam – podszedł z tyłu i bardzo delikatnie ją objął. – Nie chciałem być gruboskórnym draniem. To chłopiec czy dziewczynka?
– Chłopiec – otarła oczy. – Wciąż jednak nie rozumiem. Wyzdrowiałeś, prawda?
– W pewnym sensie – odparł zamyślony, pieszcząc jej nagą skórę.
– Nie mógłbyś znaleźć sobie odpowiedniej partnerki? Zakochać się? Założyć rodzinę? Po ci taki pseudo związek?
– Nie chcę innej. Chcę ciebie.
Przy największych staraniach nie mógłby jej bardziej ogłuszyć.
– Dlaczego?
– Zadawałem sobie to pytanie przez ostatnie półtorej miesiąca. Dzień w dzień, prawie co noc. Nie wiem Małgosiu. Ale chcę ciebie. Pragnę. Pożądam.
– Widzieliśmy się tylko raz. Zamieniliśmy kilka zdań. Wciąż nie rozumiem.
– Niezupełnie tylko raz.
Poczuł jak znieruchomiała.
– Co masz na myśli?
– Obserwowałem cię. Jak wychodziłaś z uczelni, smutna lub radosna. Jak robiłaś zakupy, za każdym razem zastanawiając się, co możesz włożyć do koszyka. Czasami nawet widziałem w oknie twego pokoju cień sylwetki z coraz bardziej okrągłym brzuszkiem.
Bardziej ją wystraszył tymi słowami niż zachwycił.
– To chore!
– Bo mi się podobasz?
– Powinnam wracać.
– Nie! – Tym razem jego uścisk stał się brutalny. Nie sądziła, że drzemie w nim tyle siły. Przytulił ją, wywołując nowy atak paniki. Naprawdę się bała. O siebie, o dziecko.
– Nie zrobię ci krzywdy – powtórzył z uporem. – Proszę, daj mi szansę!
– Już robisz. To boli!
– Proszę!
– Hubert! Puść mnie!
– Proszę! – ryknął nieoczekiwanie nad jej uchem. – Co mam jeszcze zrobić, byś dała mi szansę? Błagać na kolanach? Czołgać się u twych stóp?
– Odzyskać zdrowy rozsądek! – wyrwała się w końcu z jego uścisku i stanęła naprzeciwko, mierząc go wzrokiem.
– Zapłacę – oznajmił twardo. – Zapłacę – wymienił sumę, od której zakręciło się jej w głowie. – Dziecko będzie twoje. Nie mam zamiaru go odbierać, walczyć czy cokolwiek w tym stylu. Chce jedynie by było. Istniało.
– Jesteś zdrowo pogięty.
Zaczął się śmiać. Potem nagle ten śmiech zamienił się w szloch i mężczyzna padł na kolana, zanosząc się płaczem.
Nie rozumiała. Naprawdę niczego nie pojmowała. Ani jego nagłej fascynacji, ani uporu, co do jej osoby. Mógł znaleźć tyle innych chętnych kandydatek na jej miejsce. Dlaczego tego nie zrobił?
A gdyby tak się zgodziła? Nigdy więcej nie musiałaby martwić się o przyszłość swego dziecka. Pomyłka, wtedy byłaby ich dwójka. Życie przestałoby nieść ze sobą wyłącznie problemy i troski o kolejny dzień.
– Nie wiem czy mam w sobie tyle siły, by zostać samotną matką z dwójką dzieci. – Podeszła bliżej i bardzo delikatnie pogładziła jego krótkie włosy. Nie wstał, tylko objął ją w pasie i przytulił się.
Nagle uniósł głowę i spojrzał na nią przenikliwie.
– To wyjdź za mnie!
– Nie znam cię. W dodatku wybacz, lecz wydajesz mi się niespełna rozumu. Twoje szaleństwo budzi we mnie strach.
– Szaleństwo? A może kalectwo?
– Nie – pogładziła go po wciąż jeszcze mokrym policzku. – Szaleństwo. Kalectwo jest najmniejszym z problemów.
– Co cię może przekonać?
– Czas.
– Nie chcę czekać.
– Posłuchaj mnie – tym razem ujęła jego szczupłą twarz w obie dłonie. – Jesteś dla mnie obcą osobą. Widzimy się drugi raz w życiu. Nie jestem gotowa na jakiekolwiek związki, a zwłaszcza na tak pokręcone, wręcz głupie propozycje. A ty zachowujesz się niczym dziecko przy witrynie sklepu z zabawkami. Jeszcze brakuje tego, abyś szantażem czy łzami wymusił na mnie podjęcie decyzji.
Jego twarz stężała. Nie spodobały mu się te słowa. Lecz podświadomie czuł, że dziewczyna miała rację oceniając go w ten sposób.
Problemem nie była jej ciąża czy też to, że faktycznie się nie znali.
Problemem było jego pożądanie, nagłe zauroczenie śliczną kobietą. Wręcz obsesja, która zmuszała go do śledzenia jej przez ostatnie tygodnie, podglądania, zdobycia każdej, nawet najbardziej błahej informacji o jej życiu. Od pierwszego momentu gdy się spotkali, od pierwszej chwili gdy spojrzał w ogromne, niebieskie oczy był pewien, że ta kobieta jest mu przeznaczona. Na samym początku pokpiwał z swoich myśli. Z czasem wspomnienia o niej, marzenia o niej, stały się przyczyną bezsennych nocy i dni pełnych ponurych rozmyślań.
W końcu zrozumiał jedno – ta, albo żadna inna!
Kiedyś poszłoby mu bezproblemowo. Ona też pewnie nie zdołałaby się oprzeć. Postąpiłby jak bydlak, który ją skrzywdził i zostawił. Czy przejąłby się jej rozpaczą? Złamanym sercem? Dzieckiem? Absolutnie nie. Świadomość tego faktu była niezwykle gorzka do przełknięcia.
– To co mam zrobić?
– Poczekać.
– Na co?
– Aż będę gotowa zaufać kolejnemu mężczyźnie.
– Nie masz się we mnie zakochiwać. Chcę jedynie byś urodziła moje dziecko – wybuchnął. Skłamał, ale to była jego przynęta, na którą chciał złapać swą zdobycz.
– Cóż… Teraz to i tak niemożliwe – roześmiała się nagle. – Jeśli wrócimy do tej rozmowy, to musi minąć trochę czasu.
– Możemy się widywać?
– Na popołudniowej kawie, od czasu do czasu?
– Codziennie?
– Hubert!
– Mogłabyś nawet u mnie zamieszkać.
Uparty jak osioł. Pokręciła zrezygnowana głową. Wciąż czuła strach. Jego oczy miały w sobie coś obcego, coś co budziło obawy o stan jego umysłu. Lepiej było odsunąć go nawet na cały rok. Może zapomnij? Może znajdzie sobie inny obiekt do prześladowań? Oby.
– Nie zamieszkam u ciebie. Nie będziemy się widywać. Spotkanie wyznaczymy za rok, od tego dnia. O ile dobrze zrozumiałam, odnajdziesz mnie bez problemu.
– Rok?! – jęknął z prawdziwą rozpaczą.
– Rok. Ani dnia krócej. Złamiesz zasady i nici z twoich planów. Zrozumiałeś?
– Ale rok?!
– I nie masz mnie śledzić. Inaczej pomyślę, że jesteś psychopatą i raczej udam się na policję niż pod ołtarz. Zrozumiałeś?
Bardzo powoli wstał i się wyprostował. Nie podobało jej się, że tak bardzo nad nią górował. Dreszcz przebiegł przez całe ciało, gdy stanowczym ruchem ujął jej podbródek i zatopił w niej spojrzenie ciemnych oczu.
Przerażał. Widziała w nich swego rodzaju chłód i twardość. Postanowił, że ją będzie miał i wcale nie zamierzał z tego zrezygnować. Czym zasłużyła na tak natrętną, niemiłą adorację?
Tak, doskonale zdawała sobie sprawę, że zaliczano ją do pięknych, seksownych kobiet. Ale czy to był powód? Czy to było źródło jego obsesji?
– Dam ci rok – powiedział cicho, wciąż wwiercając się w nią ostrym, agresywnym spojrzeniem. – Rok i będziesz moja. Zrozumiałaś?
– Rok i będę mogła się zastanowić nad twoją propozycją.
– Nie.
– Chyba ja o tym decyduję? – powiedziała ze złością, odtrącając jego dłoń.
Nie odpowiedział. Wpatrywał się bez słowa, twardo, nieustępliwie. Nie miał ochoty tracić czasu na bezsensowne kłótnie. Nigdy w życiu nie potrafił tak jasno sprecyzować swych pragnień, tak mocno się przy nich upierać. Poczeka ten cholerny rok. Poczeka! I ani dnia dłużej.
– To dla ciebie, abyś o mnie pamiętała – odezwał się nagle. Nie zdążyła ani odsunąć się, ani odwrócić twarzy. Zaprotestowała jedynie cichutkim jękiem, próbując wyrwać się z jego objęć, przerwać ten pocałunek.
Sam ją uwolnił, dając raptownie kilka kroków w tył.
– Skoro wszystko jasne, możesz wrócić do domu – odezwał się ze spokojem, choć w jego duszy i ciele szalały kompletnie inne pragnienia. – Samochód czeka na podjeździe – dodał, odwracając się i podchodząc do okna.
O niczym więcej tak nie marzyła, jak o ucieczce. Błyskawicznie chwyciła swoją torbę i niemal biegiem ruszyła do wyjścia. Pożegnało ją nieco drwiące:
– Do zobaczenia za rok!
Oby nie! Modliła się, by zapomniał, zrezygnował, może znalazł sobie kogoś innego.
Bała się. Bała się tej nieustępliwości, czegoś na granicy szaleństwa.
Bała się, że zrobi jej krzywdę. Albo co gorsza, skrzywdzi jej dziecko.
I bała się własnych pragnień. Tak łatwo było się zgodzić, przyjąć atrakcyjną propozycję wygodnego życia.
Przerażało, że tak łatwo było przyłączyć się do tego szaleństwa.

link do części II - klik

37 komentarzy:

  1. A co ile będziesz coś dodawać?

    OdpowiedzUsuń
  2. Babeczko fantastyczne.
    Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twój blog. Piszesz ciekawie. Pisz dalej. Obyś tu przynajmniej była wiele lat. Gratulacje z okazji rocznicy 1 roku. Bądz dalej taka twórcza jak jesteś. Wszystkiego najlepszego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej Babeczko,
    wchodzenie na Twojego bloga stało się moją rutyną, przeniesienie się do słodkiego świata marzeń chociaż na chwilę.
    Czasami czuję się jak dziecko, które jak dostanie lizaka to jest cicho i zachwycone smakołykiem powoli się nim delektuje. A jak lizak się skończy, to znowu wraca niecierpliwość, szarpanie za spódnicę i wołanie "daaaj więcej".
    Dzisiaj otrzymałam wielkiego, smacznego lizaka.
    Mam nadzieję, że nie będę musiała długo czekać na następnego.
    Pozdrawiam serdecznie,
    Aga :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy kolejna część ?? Jak zwykle przeczytałam z otwartymi szeroko oczami i buzią nie mogąc się doczekać następnych zdań .:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Babeczko Kochana - nie jestem dobra w skladaniu zyczen itp ale..
    po pierwsze Gratuluje wspanialego bloga - jestes niesamowita !!!
    a po drugie zycze Tobie i nam wszystkim oczywiscie , aby nigdy nie zabraklo ci natchnienia i czasu na pisanie dla nas tych wspanialych opowiadan!!!

    Dziekuje ze jestes :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, niesamowity pomysł Babeczko! Opowiadanie idealne na chwilę oddechu przed jutrzejszym egzaminem. Świetnie się czyta i już się nie mogę doczekać kolejnej części :)
    V.

    OdpowiedzUsuń
  7. I zapomniałam o najważniejszym! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin bloga! ;) Pisz dalej i dziel się swoją pasją.
    V.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem jak Ty to robisz, ale Twoje opowiadania sa cuuuuuudooooowneeee!!! Pisz i nigdy nie przerywaj niech ten blog Babeczko trwa wiecznie. Calusy i pozdrowienia. Wierna czytelniczka Kari ^^

    OdpowiedzUsuń
  9. Fantastyczne! Już nie mogę doczekać się kolejnych części. Skąd Ty bierzesz te pomysły? ;P
    Tylko uciekło Ci "ć" w jednym miejscu "Na razie tylko tyle, bo więcej nie zdołałaby unieś." ;) Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Podoba mi się :-) zawsze masz jakiś ciekawy pomysł na opowiadanie ;-) skąd Ty czerpiesz inspiracje?? ;-)
    pozdrawiam, Ola.

    OdpowiedzUsuń
  11. fantastyczne opowiadanie;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Hihi, fajne. Wpadłam na bardzo podobny pomysł jakieś 3 miesiące temu, tylko facet był dużo bardziej "wpływowy" i w zamian za małżeństwo i dziecko obiecał bohaterce pomoc dla jej ciężko chorej przyjaciółki :) Ale nawet zachowywał się podobnie... Chłodny, na granicy szaleństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. można gdzieś przeczytać Twoje opowiadanie ?

      Usuń
    2. Jeśli chciałoby Ci się czytać coś, co objętością pomału przypomina książkę :)

      Usuń
    3. Szczerze mówiąc i ja jestem ciekawa. Jak jest dostępne gdzieś w necie, to daj namiary. Proszę! :-)))

      Usuń
    4. Tak publicznie w necie to nie, ale na maila mogę podesłać :) Tylko to naprawdę straaaaaaasznie długie jest :)))

      Usuń
    5. Dołączam się do prośby :D

      Usuń
    6. Pewnie że chciałabym. Proszę o jakiś namiar na blog czy coś w ty rodzaju.

      Usuń
    7. Ok, to jesli Babeczka pozwoli, to po południu umieszczę tu link do fragmentu :)

      Usuń
    8. Pozwalam. Umieszczaj. Sama z chęcią poczytam :-)

      Usuń
  13. Kiedy następna część?? ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. SUPER.Kochana Babeczko nie każ długo czekać na ciąg dalszy..;) pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  15. Ej no Daj cos nowego, niby urodziny i wgl ale co my mamy siwetowac? jeden tekst? i tego ze cie ciagle dla ans nie ma? ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babeczka nie jest automatem co wydaje opowiadania na zawolanie..wiecej wyrozumialosci prosze..aaa i nie zaczyna sie zdania od ej
      Basia

      Usuń
    2. Może to, że pomimo nawału codziennych obowiązków, Babeczka ma czas pisać? Może sam/a załóż bloga i zobacz, czy wystarczy pięć minut między załatwianiem jednej, a drugiej sprawy...

      Usuń
    3. no tak, tylko ze Babeczka ma juz ten tekst napisany a wrzucenie go tu nie zajmuje ani minutki a musimy czekac. Gdyby byo tak, ze ona go dopiero pisze to bym nigdy nie nagabywala o nowa czesc.

      Usuń
  16. SUPER.Kiedy ciąg dalszy?;) Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  17. Gratulacje z okazji urodzin bloga ! to 365 dni kiedy umilasz nam życie ! Życzę aby trwało to jak najdłużej! Podziwiam pomysłowość i styl pisarski. Uwielbiam każde Twoje opowiadanie a to będzie jednym z moich ulubionych.


    Kiedy możemy liczyć na ciąg dalszy ?? Może wieczorkiem ?

    OdpowiedzUsuń
  18. No Babeczko, miała być jedna część dziennie, mamy następny dzień, kiedy nas uraczysz nową częśćią, o której gdzieś? Żeby tlyko już nie odświeżać i nie odświeżać tylko ciągle babeczkarni tylko wziąć się wreszcie za nauke do egzaminu :DD

    OdpowiedzUsuń
  19. No i po co wy tak piszecie, kiedy doda, narzekacie ze nie dodaje a ona sie potem wkurza i za kare nam, prawdziwym czytelnikom nic nie wrzuca ;/ nie chcecie, to nie wchodzcie TU!!

    OdpowiedzUsuń
  20. No fajne, tylko ten Hubert to mi się jakiś taki psychiczny wydaje.../ N.

    OdpowiedzUsuń
  21. Będzie coś dzisiaj jeszcze ? :) Jutro trzeba rano wstać i nie wiem czy opłaca się czekać do północy... ostatnio mam takie dylematy :D

    OdpowiedzUsuń
  22. "Oj przepraszam, miałam dużo na głwoie, nie miałam czasu usiąść/mąż zabrał komputer/musiałam pomóc córci/etc i nie miałam sekundki na dodanie pliku na bloga, ale nadrobię wam to za bóg wie ile lat, bo tak naprawdę lubię coś obiecywać i nie dotrzymywać słwoa, bo mam was gdzieś ;) a no i też przecież nie mam takiej opcji ustalania kiedy ma się określony plik dodać sam na bloga (jak to wcześniej robiłam) bo po co, nie? Tekst jest skończony ale e tam, czekajcie sobie, chociaż nabijecie mi wejść, pis joł"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blogów podobno jest trzy miliony... Sorry, ale ja nikogo tu nie trzymam ;-) I nie o ten licznik chodzi co jest obok, ale o UU i tutaj nie da się oszukać systemu. Poczytac w necie, doszkolić się...

      Daję tyle ile mogę. Więcej nie dam i koniec. Komu nie odpowiada, nie czyta, przenosi się gdzieś indziej i nie truje dupy.
      I na pewno nie mszczę się na swoich stałych czytelnikach, wybijcie to sobie z głowy!

      PS. Wpadłam na świetny pomysł! Włączę funkcję naliczania moich wejść i dziennie dobiję sobie z kilka setek. Co tam będę sobie żałować! W lepsze dni to nawet z dwa tysiączki wyciągnę, co nie? Hi, hi!!!

      Usuń
  23. Daj sobie na luz człowieku,co słoneczko za mocno przygrzało?Babeczka ma też swoje życie prywatne.Pewnie Ty go nie masz.. ? no cóż żal.

    OdpowiedzUsuń
  24. Zapraszam Babeczko do Dęblina i okolic:-) W takim miejscu może Ci przyjść do głowy wiele ciekawych historii:-D Ania

    OdpowiedzUsuń