wtorek, 30 lipca 2013

Pechowa dziewczyna (IV)

Korzystam z tego, że mam dostęp do neta i daję mały kawałek "Pechowej dziewczyny". Jutro jeśli mi się uda będzie "Spod ciebie...".

link do części III - klik
 
          Pechowa dziewczyna (IV)
Już od dobrej godziny stał w kompletnym bezruchu, wpatrując się w rozświetlone delikatną poświatą, okna. Na szczęście czerwcowy wieczór był ciepły i pogodny.
Gęste krzaki rosnące dookoła zasłaniały go przed ludzkim wzrokiem, choć właściwie ulica i tak wyglądała na wyludnioną.
W dłoni ściskał koronkowe majtki, znalezione, kiedy sprzątał bałagan pod kanapą. Podniósł je teraz w górę i zatopił w nich twarz.
Pachniały Tanją. Podnieceniem, pożądaniem, sokami jej wnętrza.
Zaciągnął się tym zapachem, niczym narkoman najlepszymi prochami. Przymknął oczy i wyobraził sobie dziewczynę. Nagą, leżącą na ogromnym łóżku, z szeroko rozłożonymi nogami, ukazującą cudownie różową szparkę. Więcej nie potrzebował, by jego członek błyskawicznie zaczął twardnieć.
Daren oparł się o drzewo i zaczął masować krocze.
Randka? Kolacja? Też coś! Już on jej pokaże, co o tym sądzi. Sam się zaspokoi, nie potrzebuje do tego żadnej kobiety.
Albo nie!
Przerwał i z nienawiścią spojrzał w okna mieszkania Tanji. Mógł to zrobić zupełnie inaczej. Na jego ustach wykwitł ponury, pełen złośliwej satysfakcji uśmiech. Niech sobie czeka… On tymczasem znajdzie inną chętną na seks.
Dziewczyna siedziała przy stole, w zamyśleniu popijając czerwone wino. Czekała tak już ponad dwie godziny. Gdzieś tam w środku, jakiś nieśmiały głosik szeptał, że Daren nie przyjdzie. Pewnie tylko dlatego, żeby zrobić na złość.
Najpierw czuła się zrozpaczona. Tyle starań i na nic. Potem zaczęła być po prostu zła. Co za uparty, zawzięty dupek! Energicznie wstała i wyrzuciła zawartość talerzy do kosza na śmieci. Kiedy nalewała sobie kolejną lampkę wina, zadzwonił telefon.
- Słucham? – spytała, ze ściśniętym z emocji gardłem.
- Tanju kochanie, dlaczego cię nie ma?
Przed dłuższą chwilę czuła się ogłuszona. Gdzie niby jej nie ma?
- Ach! – jęknęła nagle. Kompletnie zapomniała, że w zeszłym tygodniu dostała zaproszenie na urodzinową imprezę organizowaną przez starego przyjaciela. Przez to wszystko, całkiem wyleciało jej to z głowy.
- Zapomniałaś?
- Wcale, że nie. Czekam właśnie na taksówkę – gładko skłamała, usiłując jednocześnie wykrzesać w swym głosie entuzjazm. – Powinnam być za jakiś kwadrans lub dwa.
Jej rozmówca roześmiał się.
- Oj, oj! Pogniewałbym się na ciebie, gdyby było inaczej. Spytaj ochronę przy wejściu, oni skierują cię do odpowiedniej loży.
Z ulgą odłożyła słuchawkę. Dość czekania! Była zła, rozgoryczona i niesamowicie podniecona. Bo przecież miała bardzo jednoznaczne plany co do dzisiejszego spotkania z Darenem. Ale skoro nie przyszedł…
Z furią zatrzasnęła za sobą drzwi i wsiadła do taksówki, która dopiero co podjechała. W miarę jak się zbliżała do celu, plany krystalizowały się coraz wyraźniej.
- Cześć słonko! – Szymon objął ją ramieniem i pocałował. Lekko, po przyjacielsku, ale wyraźnie poczuła, jak ręką odważnie przesunął po jej ciele. Zawsze miała do niego słabość, choć nigdy nie wiązała żadnych planów. Szymon był wysokim, błękitnookim blondynem, który cieszył się szalonym powodzeniem u płci przeciwnej. I nie tylko jego wygląd miał w tym swój udział. Jak widać postanowił zapolować i na nią…
Ze śmiechem mającym maskować zmieszanie, wręczyła mu butelkę wina i złożyła życzenia. Wciąż obejmując ją w pasie, zaprowadził do nieźle już wstawionego towarzystwa, a potem posadził na małej, dwuosobowej sofie i zajął miejsce tuż obok.
Przy pierwszym drinku siedziała sztywno niczym kołek. Po czwartym z westchnieniem oparła się o muskularną pierś mężczyzny, a po piątym pozwoliła mu na delikatne pieszczoty.
Miała straszną ochotę na seks i buntowniczo pomyślała, że nieobecni tracą i skoro Daren nie przyszedł, sam będzie sobie winny.
Szymon wyciągnął ją na zewnątrz, proponując, aby odrobinę się przewietrzyli. Na tarasie przycisnął do jednego ze słupów i łapczywie zaczął całować. Więcej nie było jej potrzeba – to było niczym podpalenie lontu dynamitu. Objęła jego ramiona, opasała biodra i z żarem odpowiedziała na te pocałunki.
- Aż taką masz ochotę? – wyszeptał nieco rozbawiony.
- Gdybym mogła, rozebrałbym cię już teraz – mruknęła.
- Nie znałem cię z tej strony… Poczekasz chwilę? Pójdę tylko powiedzieć reszcie, że na godzinkę się ulotnimy.
- Uhm. Ale szybko wróć.
- Możesz być pewna, że szybko wrócę…
Oparła się o barierkę otaczającą taras. Za jej plecami dudniła muzyka, ale nie na tyle głośno, by zagłuszyć dobiegające zza węgła okrzyki rozkoszy wydobywające się z kobiecego gardła. Zaciekawiona nagle dziewczyna, pomalutku podeszła bliżej i wyjrzała za róg.
Daren właśnie jedną ręką rozpinał spodnie, druga brutalnie pieszcząc intymne miejsca swojej przygodnej partnerki, gdy jego wzrok padł na osłupiałą ze zdumienia Tanję.
Przez krótką chwilę ich spojrzenia się skrzyżowały, potem ujrzał w oczach dziewczyny prawdziwą furię. Bez zastanowienia odepchnął od siebie jęczącą kobietę.
Ale ona nie czekała. Odwróciła się na pięcie i zniknęła.
Z pośpiechem zapinając spodnie, ruszył w ślad za nią, w duchu soczyście przeklinając. W zasadzie to powinien być zadowolony z takiego obrotu sytuacji. Ale zamiast satysfakcji czuł gorycz i tak jakby… Nie potrafił tego nazwać, ale nie podobało mu się.
- Zaczekaj – syknął, zaciskając dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się i z furią przywaliła mu trzymaną w ręku, małą torebeczką.
- Za co? – wrzasnął, chwytając się za znieważony nos.
- I ty się jeszcze pytasz za co? – powiedziała. Tak wściekłej nie widział jej nigdy wcześniej. – Bydlak!
- Suka! – Użył tego słowa z całą świadomością. – Wredna, podła suka! – dodał widząc wyraz je twarzy.
- Ach, tak? Skoro tak twierdzisz! – Nie spodobał mu się, ani ten ton, ani harde, pełne złośliwej radości spojrzenie. I słusznie, bo Tanja właśnie zgrabnie wślizgnęła się w ramiona jakiegoś gogusia.
- Coś się stało? – Szymon wyglądał na lekko zdezorientowanego.
- Ależ nic. Możemy już iść?
- Kto to jest? – Daren z nienawiścią spojrzał na wymuskanego blondyna. Nagle dotarło do niego, jak musi przy nim wyglądać: nieogolony, brudny, w byle jakich ciuchach, a w dodatku na bosaka, bo kompletnie zapomniał o butach.
Nie wziął tylko pod uwagę tego, że był tak przesiąknięty erotyzmem, że mógł obdarować nim kilkunastu takich jak ten.
Zgrzytnął zębami i dał krok do przodu.
- Stary przyjaciel. Bardzo dobry przyjaciel.
- To mnie obiecałaś dziś kolację!
- Och, no patrz! Całkiem zapomniałam – powiedziała  równie gładko, co nieszczerze.
- Chyba coś mi umknęło? – Szymon postanowił wtrącić się do tej dziwacznej wymiany zdań.
- Nic, co miałoby znaczenie. Idziemy. – Pociągnęła za sobą obejmującego ją mężczyznę.
Osłupiały demon został pośrodku, wciąż trzymając się za poszkodowany nos.
Był wściekły jak cholera!
A jednocześnie czuł jakby… wstyd?
Jęknął. Znów? Co się z nim dzieje, że nawiedzają go tak dziwaczne myśli?
A potem nagle uświadomił sobie, co zamierzała Tanja. Ruszył biegiem i zatrzymał się dopiero przed drzwiami jej mieszkania. Odetchnął głęboko i obiecał sobie w duchu, że zabije tego drania, jeśli zdążyło do czegokolwiek dojść.
Potem z furią walną pięścią w mały dzwonek, znajdujący się tuż przy futrynie. Kiedy to nie przyniosło rezultatu, jeszcze raz uderzył, tym razem w gładką, drewnianą powierzchnię drzwi.
Co oni tam do cholery robią, że nie otwierają?
Podniósł dłoń, ale nie zdążył uderzyć, gdy otworzyła najwyraźniej rozzłoszczona Tanja.
- Czego chcesz?
- Gdzie on jest? – Bez pardonu wepchnął się do środka i ruszył na obchód mieszkania. Zaglądał w każdy, choć najmniejszy kąt, usiłując nie zważać na ironiczne spojrzenie dziewczyny.
- Ależ głupek z ciebie – powiedziała po chwili, gdy już przestał szukać i stanął niezdecydowany pośrodku pokoju.
- Co z nim zrobiłaś?
- Zabiłam i zakopałam w ogródku. Opanuj się! Odwiózł mnie do domu taksówką, czule pocałował na pożegnanie i umówiliśmy się na jutrzejszą randkę.
- Pocałował cię?! – ryknął rozwścieczony demon, ruszając w jej kierunku. – Pocałował cię?!
- Nie. Przeleciał na tylnym siedzeniu…
- Nikt nie ma prawa brać tego, co moje – wysyczał, chwytając ją brutalnie w objęcia i unieruchamiając ramiona.
- Tego co twoje? Padło ci na mózg czy co? I puszczaj, bo dzwoni telefon, muszę odebrać.
Wciąż wściekła, wyswobodziła się i podeszła do małego stolika stojącego tuż przy drzwiach. W kilku zdaniach zapewniła swoją mamę, która wciąż nie mogła się przyzwyczaić do braku córki w rodzinnym domu, że wszystko jest w porządku.
Kiedy skończyła, czuła, że jest tak napęczniała od negatywnych wrażeń, iż lada chwila wybuchnie niczym wulkan. A potem jej spojrzenie padło na znieruchomiałego Darena, patrzącego posępnym wzrokiem.
I wtedy się rozpłakała. Usiadła w fotelu, otuliła się ramionami i pozwoliła płynąć niepowstrzymanemu strumieniowi łez.
- Co znowu? – warknął demon i kucnął tuż obok.
- Widzisz podła bestio, co narobiłeś? Mieliśmy zjeść kolację, mieliśmy się kochać, pewnie i też pokłócilibyśmy się z kilka razy. A ty co? Poszedłeś obrabiać pijane panienki w pubie.
Kochać się? Z nią? Musi coś z tym zrobić, bo ta dziewczyna doprowadzi go na skraj załamania psychicznego.
- Teraz dopiero jesteś chętna?
- Byłam już przy ostatnim spotkaniu. Tylko, że ty raczyłeś wdepnąć w potłuczoną butelkę.
Do diabła. Nie musiała mu przypominać! Najchętniej po dawnemu zagroziłby, że ją zabije. Ale obecnie, nawet w jego uszach brzmiało to komicznie. Usiadł tuż obok, na podłodze i wpatrywał się ponuro we wciąż szlochającą Tanję. Doskonale zdawał sobie sprawę, co powinien teraz zrobić. Ale to było takie trudne, tak cholernie trudne…
- Przepraszam – mruknął, odwracając głowę. – Tak jakoś samo wyszło. Chciałem cię rozzłościć, bo wydawałaś się taka pewna siebie, gdy zapraszałaś mnie na dziś wieczór.
- Zrealizowałeś plan doskonały. Jestem wściekła, rozżalona i zawiedziona.
- Przecież przeprosiłem – ryknął nieoczekiwanie. – Wiesz, że zrobiłem to pierwszy raz w swoim życiu? A ty znów jesteś niezadowolona!
Wzruszyła ramionami.
- Co nie zmienia faktu, że kiepsko ci poszło.
- Jak ja cię…
Ponownie przerwał im dźwięk dzwonka, tym razem u drzwi.
Zaskoczona Tanja otworzyła i na progu ujrzała szlochającą sąsiadkę z naprzeciwka.
- O Boże! Wiki, co się stało? Czy dzieci?...
- Nie, to o mnie chodzi. Chyba złamałam rękę. – Na potwierdzenie swych słów wyciągnęła przed siebie spuchniętą kończynę.
Tanja delikatnie ją obejrzała.
- Bez prześwietlenia nie powiem na sto procent, ale na moje oko faktycznie jest złamana. Dobrze, że jesteś ubrana, pojedziemy do szpitala. Założą ci gips i po krzyku. Gorzej będzie później.
- Ale ja nie mogę zostawić maluchów samych w środku nocy! – jęknęła Wiki, ocierając mokre policzki. Była szczupłą blondynką, o wiecznie zmęczonej twarzy. Zresztą nic dziwnego, przy piątce dzieciaków.
- Nie będą sami. Daren z nimi zostanie. No już cicho, nie wydziwiaj, ręczę słowem, że sobie poradzi. Idź po torebkę, my zaraz przyjdziemy.
Odwróciła się do osłupiałego z nagła demona i chwyciwszy go za rękę, pociągnęła za sobą, do mieszkania naprzeciwko.
- Oszalałaś! – jęknął niespodziewanie.
- Nie. To potrwa jakąś godzinkę do dwóch.
- Prosisz demona, żeby pilnował gromadki zasmarkanych bachorów? – spytał z niedowierzaniem. – Mnie?
- Chyba rzadko miewasz do czynienie z dziećmi? – spojrzała na niego z ukosa.
- Zazwyczaj wtedy, kiedy obgryzam ich kości.
- Poradzisz sobie – uśmiechnęła się kpiąco. – A jakby co, to dzwoń po służby specjalne.
Wypchnęła za drzwi wciąż wahająca się Wiki i już ich nie było. Daren z ponurą miną odwrócił się i napotkał wzrok pięciorga wlepionych w niego oczu. Żadne z nich mu się nie spodobało. Najstarsza była chuda dziewuszka, uczesana w dwa kucyki; potem chłopiec o rozczochranej czuprynie i umazanej buzi, bliźnięta o identycznie ogniście rudych włosach i wreszcie najmłodszy, ledwo co umiejący chodzić, pyzaty malec o pucułowatych policzkach.
- No czego się tak gapicie? – warknął.
- Mamusia powiedziała, że się nami zaopiekujesz. Dasz nam jeść, poczytasz bajki. – Mała blondyneczka rozchyliła w uśmiechu bezzębne usta. – I zmienisz pieluszkę Jacusiowi, bo znów się zsikał.
- Jaką znowu pieluszkę?!
- Jednorazową. Mama chowa je w szufladzie, o tam! – Dziewczynka wskazała palcem niewysoką komodę.
- A ja jestem głodny! – Zakomunikował płaczliwie jej młodszy braciszek. – Chce bułę!
- Wujku Darenie – aż otrząsnął się słysząc te słowa – puścisz nam bajkę? Ja chcę bajkę!
- A ja chce ebatki w finyżance.
- Nieprawda, ona w nocy pije mleko. Mamusia zawsze daje nam mleko jak się obudzimy.
- A Jacuś musi mieć przewiniętą pupę, bo dostaje krostek od brudnej pieluszki.
- Cicho! – wrzasnął, zaciskając dłonie w pięści. – Bo was zwiążę i zaknebluję szatańskie pomioty!
- Mamusia nie pozwala przeklinać w naszej obecności – powiedziała z urazą blondyneczka, wydymając usta. – To bardzo brzydko.
Zgrzytnął zębami, ale nie zdążył nic powiedzieć, bo w korytarzu rozległ się niesamowicie głośny rumor. Poderwał się raptownie i wypadł z pokoju, niemal nie wyrywając drzwi z zawiasów.
- Co do jasnej…
W potężnym rumowisku siedział porządnie przestraszony jeden z brzdąców. Dookoła walały się najprzeróżniejsze rzeczy, z pewnością uprzednio upchnięte w ogromnej szafie tuż przy wyjściu.
- Marsz do pokoju! – wrzasnął pełną piersią demon. – I jak któryś się stamtąd ruszy, to nie odpowiadam za siebie!
Siedzący pośrodku pobojowiska malec, ryknął nagle, zalewając się rzewnymi łzami. Po kilku sekundach, zamienił ciągły ryk na chlipanie. Reszta przyglądała się temu z zainteresowaniem. Daren z całej siły zacisnął zęby i policzył do dziesięciu. Nie pomogło.
- Ty – wskazał na najstarszą dziewczynkę – bierz smarka i marsz do salonu. Włączę wam bajkę i pójdę przebrać gówniarza. I ani słowa – zastrzegł, widząc, że mała otwiera usta, by wyrazić swą dezaprobatę odnośnie jego słownictwa. – No już, ruszcie się!
Pół godziny później otarł pot z czoła i zerknął w stronę sporej kupki zniszczonych pieluch. Chwycił malca pod pachy i trzymając przed sobą niczym tarczę, wszedł do salonu. Już przed progiem w jego nozdrza uderzył jakiś wstrętny swąd. W pokoju nikogo nie było, tylko jakiś durny karzełek na ekranie telewizora, wygłaszał równie głupawe kwestie.
W pośpiechu wsadził chłopca do kojca i skierował się w stronę kuchni. Pchnął drzwi i zamarł.
Szeroko otwarta lodówka ziała pustką. Wyciągnięte z niej artykuły leżały dosłownie wszędzie: nadgryzione owoce, pokruszone ciastka, resztki kiełbas i skrawki żółtego sera. Na płycie elektrycznej kuchni skwierczało w rondelku przypalone mleko, zadymiając pomieszczenie cuchnącymi kłębami. Na posadzce, na stołkach, na wszystkich blatach, wszędzie widniały kupki obrzydliwej, różowej mazi.
„Jakim cudem oni zdołali to zrobić w przeciągu tych marnych trzydziestu minut?” – pomyślał z rozpaczą Daren, wpatrując się w siedzącą przy kuchennym stole czwórkę dzieci, grzecznie kontynuujących konsumpcję, bez zwracania na niego zbytecznej uwagi.
A kiedy na dodatek zobaczył jak mały rudzielec, z radosnym chichotem, pakuje sobie na głowę ganek pełen dziwacznej, burej brei, z jękiem usiadł wprost na brudnej podłodze.
Kolejną godzinę zajęło mu doprowadzanie wszystkiego do względnego porządku. Dzieci zamknął w ich pokoju, mając nadzieję, że przynajmniej tam nie uda im się niczego zepsuć czy zbroić. Co za wstrętne, niegodziwe bachory! Takie to powinno się dusić jeszcze w kołysce.
Zgrzytając zębami, wyrzucił ostatnią partię śmieci i opadł na kuchenny taboret. Dopiero teraz do jego uszu dobiegły radosne wrzaski całej piątki. Tknięty złym przeczuciem zerwał się miejsca i gwałtownie otworzył zakluczone drzwi.
W pokoju pełnym latającego w powietrzu pierza i wszechobecnej sadzy, biegało kilka sztuk czegoś, co po dokładnej analizie, okazało się pięciorgiem jego podopiecznych. No tak, kompletnie zapomniał o starych kaflowych piecach, pełnych różnych śmieci… Poza tym sadza była tłusta, a pierze wyjątkowo czepliwe. W rezultacie dało to wyjątkowo ciekawy i niecodzienny efekt…

link do części V - klik

4 komentarze:

  1. Znakomicie rozkręciła fabułę

    OdpowiedzUsuń
  2. Haahaha~ myślałam, że padnę! Genialne te dzieciaki. Czekam z niecierpliwością na kolejne opowiadania <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Do tej pory pechowa dziewczyna jakoś nie przekonywała mnie do siebie. Ale tym opowiadaniem zmieniałaś moje nastawienie :-) Konfrontacja Darrena z dzieciakami z piekła rodem rozłożyła mnie na łopatki. Czekam z niecierpliwością na "spod ciebie..." Mam cichą nadzieje na happy end

    OdpowiedzUsuń