piątek, 5 lipca 2013

Lustra (I)

Ktoś właśnie zwrócił mi uwagę, że powinnam bardziej zadbać o stronę techniczną. Oczywiście nazwał też beznadziejną grafomanką, ale akurat tym się nie przejęłam. Jednak w pierwszym przypadku, miał całkowitą rację. Dlatego będę dodawała teksty w wolniejszym tempie, ale za to po dokładnym ich poprawieniu :)))
Jestem matematykiem. Obce są mej duszy wszelkie zasady rządzące pisownią i gramatyką. Wolę liczby, kocham pochodne i robi mi się mokro w majtkach na widok apetycznego zadania z całkami. Jednak jeśli naprawdę chcę pisać coraz lepiej, to muszę opanować pewne podstawy np. stawiania przecinków.  Chwała Anonimowi, który zwrócił mi na to uwagę. To jest do zrobienia, ale w końcu nie mogę też pozbawić pracy ludzi robiących korektę :) Jeśli już do czegokolwiek dojdzie...

Ps. Tak się tylko zastanawiam,  jakim cudem zdałam polski na 5? Z ręką na sercu - nie ściągałam, nie miałam na to czasu pochłonięta pisaniem... Chyba mnie te studia ścisłe lekko uwsteczniły :(

          Lustra (I) 

I tak zazwyczaj kończyły się randki w ciemno z neta…
Sammy z rezygnacją wpatrywała się w wyjście z kina. Czekała już dobry kwadrans i powoli zaczęła tracić nadzieję. Co prawda brała pod uwagę, że mogła mu się nie spodobać, ale nie przypuszczała, że mógłby dać nogę tak zupełnie bez pożegnania.
Dziewczyna cichutko westchnęła.
Nie pozostało jej nic innego, jak tylko pogodzić się z faktem, że została najzwyczajniej w świecie porzucona. To bolało, nawet biorąc pod uwagę, że facet z którym się umówiła miał kartoflowaty nos, lekkiego zeza i odrobinę zbyt mało włosów, tam gdzie trzeba.
To było jej pierwsze spotkanie tego typu. Może złamała jakiś niepisany kodeks neto-randkowy? Może powiedziała coś nie tak? A może po prostu niewysoka brunetka, o lekko zaokrąglonych kształtach, nie była w jego typie? Tych może jest całe morze – pomyślała z melancholijnym rozbawieniem Sammy. Potem jeszcze raz potężnie ziewnęła i postanowiła poszukać jakiegoś sklepu. Należało jej się duże ciacho tytułem rekompensaty…
Ruszyła opustoszałą ulicą. Trochę przerażała ją samotność w takim miejscu, ale po prostu nie miała wyjścia. Samochód zostawiła na strzeżonym parkingu, dobry kwadrans drogi stąd. Tyle tylko, że jak szła tędy poprzednio, kręciło się tu sporo ludzi. Co prawda głównie napalonych i żądnych rozrywki nastolatków, ale zawsze.
Po drodze w nocnym sklepie kupiła ogromną, lekko już czerstwą drożdżówkę i zajadając ją ze smakiem, skręciła w prawo, wybierając wąską, dość mroczną uliczkę. Kiedy jednak ujrzała idącą z naprzeciwka grupkę pijanych mężczyzn, stchórzyła i bez wahania pchnęła znajdujące się tuż po prawej, ciężkie drzwi, nad którymi wisiał migający neon z wdzięczną nazwą Afrodyta.
Facet przy wejściu spojrzał na nią z odrobiną zdumienia w oczach, które jednak w żaden sposób nie odmalowało się na jego twarzy. Sammy uśmiechnęła się przepraszająco i ruszyła w głąb, mętnie uświadamiając sobie, że lokal powinien mieć drugie wyjście tuż na rynku, a stąd będzie już miała żabi skok do bezpiecznego parkingu i ukochanego autka.
Nerwowo skubiąc ciastko, rozejrzała się dookoła. Po lewej w niewielkiej salce tańczyła całkiem naga dziewczyna, rytmicznie wyginając się w takt zmysłowej, ciężkiej muzyki. Towarzyszyło jej kilku spoconych, napalonych widzów. Sammy z nagłym zawstydzeniem odwróciła głowę i naprzeciwko dostrzegła kręte schody. Bez wahania podążyła na górę. Tam dostrzegła coś, co przypominało drzwi wyjściowe. Ruszyła wzdłuż barierki, mijając jakiegoś najwyraźniej spitego typa, który na szczęście siedział odwrócony do niej tyłem i z zastanowieniem przyjrzała się dużym okiennicom. Potem spojrzała w dół i jęknęła, bo znajdowały się one dokładnie nad wyjściem. Niepotrzebnie wchodziła na górę.
Zmęczenie i niechęć do powrotnej drogi natchnęły ją desperacją i Sammy postanowiła ześlizgnąć się po słupie podtrzymującym sufit. W ten sposób znalazłaby się tuż naprzeciw wymarzonego celu. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej nad absurdalnością swych poczynań, dziewczyna przełożyła obie nogi nad barierką zabezpieczającą i stanęła na wąskim gzymsie. Brakowało jej drugiej wolnej ręki, więc drożdżówkę wsadziła w zęby i z desperacją usiłowała złapać w objęcia wypatrzony słup. Dopiero po chwili dotarły do niej dwie rzeczy – po pierwsze znajdował się on za daleko, a po drugie akrobacje w butach na wysokich obcasach bywały cholernie niebezpieczne. Zziajana, czerwona ze złości, choć tego akurat w panującym półmroku nie było widać i zawstydzona Sammy, postanowiła zrezygnować ze swego, wydawałoby się genialnego planu. Droga powrotna zajęła jej odrobinę więcej czasu, bo od trzymania ciacha w ustach czuła, że po brodzie cieknie jej ślinka, a w dodatku przesunęła się spory kawałek i znalazła tuż obok gościa, którego z taką ostrożnością poprzednio wyminęła. Konkretnie, dokładnie za jego plecami.
Przerzuciła jedną nogę i sapnąwszy usiadła okrakiem na barierce. Otarła spocone dłonie o spodnie i zjadła kawałek drożdżówki. Potem resztkę znów chwyciła w zęby i mocno już zmęczona wzięła zamach drugą nogą.
W tym momencie wydarzyły się równolegle jeszcze trzy inne rzeczy. Kątem oka zauważyła, że do wyjścia zbliża się biegiem dwóch najwyraźniej zdenerwowanych facetów. Jednocześnie pijany mężczyzna przed nią zerwał się gwałtownie z miejsca, wyciągając broń zza pazuchy kurtki. Na nieszczęście obcas w prawym bucie Sammy nie wytrzymał i dziewczyna straciwszy równowagę, drugą nogą wymierzyła straszliwego łupnia w dolną część ciała hipotetycznego pijaka. Tego się z pewnością biedak nie spodziewał, bo pistolet w jego ręku wystrzelił i w oddali rozległ się donośny wrzask. Pechowy strzelec jeszcze tego nie wiedział, ale trafi dokładnie w lewy pośladek odwróconego tyłem kelnera.
I wtedy nastąpił akt numer dwa. Uciekający panowie wyraźnie przyspieszyli, a mężczyzna z rewolwerem odwrócił się w kierunku zamarłej ze zdumienia Sammy. Lekko się pochylił, żądzę mordu miając wyraźnie wypisaną w oczach…
Spanikowana dziewczyna podjęła błyskawiczną decyzję o ucieczce. Niestety chwilę przed, z trzymanej przez nią drożdżówki, wypadł na podłogę kawałek mokrej, miękkiej śliwki. Teraz się na nim poślizgnęła i wywinęła potężnego fikołka, wytrącając jednocześnie przeciwnikowi broń z ręki i z wdziękiem przywalając mu ocalałym obcasem prosto w nos. Jęknęła ona, podłoga i poszkodowany osobnik…
Godzinę później najwyraźniej spłoszona i zawstydzona Sammy siedziała w komisariacie, za towarzystwo mając trzech mężczyzn – dwóch rozbawionych, i trzeciego ze świeżym opatrunkiem na twarzy oraz doskonale widoczną wściekłą miną.
- Co też pani przyszło do głowy, by wyczyniać te akrobacje?
- Nie wiem – pisnęła cichutko, wyraźnie kuląc się pod pełnym potępienia wzrokiem najmłodszego z policjantów. Ciężka cholera, dlaczego akurat na nią trafiło? Tęsknie wpatrzyła się w zmaltretowany kawałek drożdżówki, leżący tuż przed nią na porcelanowym, wyszczerbionym talerzyku.
- Zrobimy pani badania…
- Nie wiem jak smakuje papieros czy prochy, a alkoholu dziś nie piłam – odrzekła najwyraźniej urażona dziewczyna, dokładnie wiedząc jakie to badania miał na myśli.
- I co? Tak na trzeźwo odwaliła pani ten cały cyrk? – spytał jeden z nich z wyczuwalną ironią w głosie. Chyba był tu dowódcą, bo dwaj pozostali zwracali się do niego per kapitanie. Gdzieś mętnie majaczyło jej, że to dość wysoko w hierarchii stopni wojskowych. Czy też policyjnych, było to mało ważne w tej chwili.
- Chciałam się ześlizgnąć po słupie, by jak najszybciej znaleźć się przy wyjściu – wyjaśniła niechętnie.
W tym momencie wszyscy trzej, bez wyjątku, wybałuszyli na nią oczy.
- Po jakim słupie?
- Tym za jego plecami. – Wskazała swoją ofiarę.
Przez chwilę zgodnie milczeli, a ona mogła wreszcie z dokładnością im się przyjrzeć. Zresztą to było lepsze niż gapienie się na wyschnięte ciacho. Poza tym zaczynało burczeć jej w brzuchu…
Hipotetyczny kapitan był siwawy, dystyngowany i z pewnością inteligentny. Zza okularów patrzyły na nią badawczo jasnoszare oczy.
Drugi z mężczyzn był żylasty i szczupły. Według prywatnej opinii Sammy idealnie nadawałby się do roli niewolnika na galerach lub ofiary obozu koncentracyjnego.
Na trzeciego nie odważyła się patrzeć otwarcie. Po pierwsze dlatego, że miał ciało atlety, twarz niczym spod dłuta wybitnego rzeźbiarza i rozwścieczone oczy, o najpiękniejszym odcieniu błękitu jaki zdarzyło jej się kiedykolwiek widzieć. Efekt psuł nieco potężny kłąb waty wokół nosa i szeroki plaster. I to właśnie był ów drugi powód.
- Po słupie? – powtórzył jak echo jeden z nich.
- Byłoby szybciej. Przynajmniej tak wtedy pomyślałam – dodała po chwili zastanowienia.
- No pięknie – wybuchnął ten, który był jej ofiarą. – Akcja planowana miesiącami poszła się walić, bo jakaś kretynka…
- Tomku, uspokój się. – Siwy zwrócił się do niego z pobłażaniem. – Sierżancie, dopilnuje pan badań tej pani. Wierzę, że są niepotrzebne. – Podniósł dłoń, ucinając w zarodku słowa protestu. – Ale takie są procedury. Na razie mam ważniejsze sprawy na głowie, ale jak skończę to jeszcze sobie porozmawiamy. – Spojrzał groźnie na Sammy. - A ty – zwrócił się do młodszego oficera -  masz do jutra wolne. Dopilnujesz tylko, by ta panienka trafiła bez przeszkód do domu. Bez dyskusji – dodał ostrym tonem widząc wyraźnie rysujący się sprzeciw na obu twarzach.
Dziewczyna w milczeniu szła za policjantem, smętnie wspominając pozostawioną na talerzu drożdżówkę. Na głodnego ciężko się myślało, a powątpiewała by wciąż rozzłoszczony Tomek zechciał pozwolić na króciutką wizytę w najbliższym sklepie spożywczym.
- Wsiadaj – rzucił krótko, nie zaszczycając nawet spojrzeniem. Posłusznie zajęła miejsce pasażera w jakimś dużym terenowym aucie. Zawsze miała problem z określaniem marek, wystarczało, że znała własną. – To gdzie jedziemy?
- Piąąątkowoo – zająknęła się.
- A dokładniej? Mam ci zajrzeć w dokumenty czy czytać w myślach? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Yyyy…
- Do licha, dziewczyno! Nie uduszę cię, choć przyznaję że mam na to szaloną ochotę!
- To nie tak. Tu niedaleko jest mały sklepik nocny…
Tym razem spojrzał na nią jak na wariatkę.
- No co? Głodna jestem – dodała z pretensją. – Nie zdążyłam zjeść mojego ciacha…
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, przy czym wypowiadanych w myślach mężczyzny przekleństw, nie dało by się powtórzyć nawet w mało przyzwoitym towarzystwie.
- Adres? – rzucił złowróżbnym szeptem.
- Stres szkodzi urodzie – powiedziała filozoficznie Sammy odgarniając wpadające jej do oczu kosmyki włosów. – Ja też miałam podły wieczór – dodała ugodowo patrząc na coraz bardziej czerwonego Tomka.
Z jego ust wydarło się coś, jakby gulgot połączony z charkotem. Zacisnął mocniej ręce na kierownicy, tak bardzo, że aż pobielały kłykcie.
- Złamałam obcas i wystawił mnie facet, z którym się umówiłam. No i jestem głodna – dodała po namyśle.
Nie wytrzymał. Nie dość, że zepsuła mu prowadzone tygodniami śledztwo, uszkodziła, a może nawet i złamała nos, to jeszcze teraz siedzi tutaj i usiłuje nawiązać towarzyską konwersację! Pozbawiła go awansu, jutrzejszej randki i resztek opanowania.
- Adres?! – ryknął niczym rozwścieczony zwierz.
Sammy wzdrygnęła się, zaskoczona tym wybuchem.
- No już dobrze, dobrze. Batorego, skręcisz przed torami i prawie będziemy.
Milczeli przez całą powrotną drogę. Dziewczyna była zbyt zmęczona i głodna, by analizować w tej chwili nocne wydarzenia. Odwróciła się bokiem i oparła czołem o chłodną szybę. Uczucie kompromitacji powodowało dziwny ucisk w żołądku. Szczerze mówiąc na samo wspomnienie swego pomysłu ze słupem, ogarniał ją wstyd. Że też coś tak głupiego mogło przyjść jej do głowy? Zerknęła w lewo, gdzie majaczył profil przymusowego towarzysza. Szkoda – pomyślała, cichutko wzdychając. Już zawsze pozostanie dla niego szurniętą kretynką. Zresztą nie miało to większego znaczenia, bo pewnie i tak więcej się nie spotkają. Żal ulokował się obok wstydu i prócz żołądka zaczęła odczuwać również nacisk na pozostałe narządy miękkie. Na szczęście zbliżali się do celu. Tomek skręcił przed torami i raptownie się zatrzymał.
- Gdzie teraz? – warknął, nawet na nią nie spojrzawszy.
- Ten pierwszy blok po prawej, trzecia klatka. Ale nie trzeba, ja sama…
- Nie ma mowy. Szef kazał pod drzwi, to będzie pod drzwi – wysyczał. – Cholera wie, co możesz wymyślić na tak krótkim odcinku.
- Jakoś udało mi się przeżyć do tej pory – odparowała z niechęcią. Nie pozwoli się tu obrażać byle nepetkowi, nawet jeśli wyglądał jak grecki bóg i w dodatku był policjantem.
- A innym? – spytał z ironią, zatrzymując się u celu i tym razem spoglądając na nią.
- Innym również – rzekła z godnością. Co prawda w pamięci majaczyło kilka niezbyt zgodnych z jej słowami, wydarzeń, ale akurat on nie musiał o tym wiedzieć. – Dobranoc!
Trzasnęła drzwiami dając do zrozumienia, że może już jechać, ale mężczyzna uchylił okno i krzyknął.
- Zapal światło, żebym wiedział, że na pewno weszłaś do środka.
„Figa z makiem” – pomyślała mściwie Sammy usiłując wymacać ręką klucz w niewielkiej torebeczce. Gdzieś tu powinien być… Jeszcze nie zaniepokojona wyjęła dokumenty, puderniczkę, paczkę chusteczek i z zaskoczeniem stwierdziła brak poszukiwanego przedmiotu.
- Co jest? – Tomek wysiadł z auta i podszedł bliżej.
- Chyba zgubiłam klucze…
Trzeba przyznać, że wykazał godną podziwu zimną krew. Przynajmniej na początku.
- Dawaj! – Siłą wyrwał jej torebeczkę i wywrócił do góry dnem. Jednak prócz kilku paprochów, nie wyleciało z niej nic więcej.
- Musiały mi wypaść na komisariacie, gdy wyjmowałam dokumenty.
- I nie zauważyłaś?!
- No niiee… Co teraz? – spytała bezradnie. Czuła, że sytuacja powoli zaczyna ją przerastać. Była nieziemsko zmęczona, wściekle głodna i właśnie się okazało, że bezdomna.
Oparł się o drzwi auta i skrzyżował ramiona. Miał ochotę wykrzyczeć, że gówno go to obchodzi, wsiąść i odjechać, ale powstrzymał się, bo dziewczyna wyglądała jakby za chwilę miała się rozpłakać. "Tego mi jeszcze brakowało" – pomyślał kwaśno.
- Wsiadaj. Przenocujesz u mnie, na rano zadzwonię i spytam czy nie znaleźli twoich kluczy. I ani słowa – dodał, widząc że zamierza coś powiedzieć. – Bo nie ręczę za siebie!
Właściwie powinna była ze wzgardą odrzucić ten pomysł. Ale jaki miała wybór? Do rodziców daleko, znajomych musiałaby wybudzić i wytłumaczyć co się stało, a nocka w hotelu poważnie zachwiałaby jej budżetem. Nie mówiąc o tym, że trwały targi i mogłaby nie znaleźć wolnego miejsca.
Mieszkał całkiem niedaleko. W zasadzie kwadrans spacerkiem, na całkiem nowym osiedlu, gdzie bloki przytulały się do siebie w zbyt dużej ciasnocie. Mało tu było zieleni, za to wiele szkła i metalu. Posłusznie podreptała za nim na drugie piętro i ani słowem nie zaprotestowała, gdy całkiem nie po dżentelmeńsku, nie przepuścił w drzwiach.
Wnętrze nie grzeszyło przytulnością, choć było zapewne szczytem nowoczesności. Nie spodobało jej się. Kuchnia łączyła się z salonem, gdzie królował ogromny telewizor i wygodna kanapa.
Tomek zrzucił buty i wskazał na drzwi po lewej.
- Tu jest łazienka. W szafce obok znajdziesz nową szczoteczkę do zębów. Dam ci t-shirta i świeży ręcznik. Będziesz spała w sypialni, o ile nie przeszkadzają ci moje pościele. Były zmieniane wczoraj, więc nie powinno to stanowić problemu.
Nawet nie czekał na odpowiedź, wszedł do pokoju obok i po chwili rzucił w nią złożonym ręcznikiem i śnieżnobiałą koszulką.
- Myjesz się pierwsza. – Nawet na nią nie spojrzał.
Nie zaprotestowała, choć najchętniej poszłaby spać tak jak stała. W przedpokoju zostawiła zmaltretowane buty i z westchnieniem weszła do łazienki. Nie zajęło  to dużo czasu. Cichutko wyślizgnęła się, ale zanim poszła spać, chciała jeszcze o coś poprosić. Mężczyzna siedział na kanapie i w milczeniu popijał piwo. Zdawał się nie zauważać obecności niechcianego gościa.
Odchrząknęła, zwracając jego uwagę. Posłał jej nieżyczliwe spojrzenie.
- Co znowu?
- Mogę dostać herbaty?
- Teraz?!
- Tak na szybciutko. I fajnie jakby znalazło się coś do jedzenia…
Wzruszył ramionami.
- Tam jest kuchnia. Byle szybko, bo chciałbym zostać sam.
Kiedy w końcu położyła się w chłodnej pościeli, sen wcale nie nadszedł tak szybko. Zbyt wiele się wydarzyło tej nocy. Dopiero gdy na horyzoncie ukazała się blada poświata nadchodzącego poranka, Sammy udało się zasnąć, ale snem niespokojnym, nie przynoszącym ulgi lecz dziwaczne majaki.
Obudził ją smakowity zapach jajecznicy. Pusty żołądek natychmiast zareagował, zmuszając  do wstania. Przeciągnęła się i bez zastanowienia wyszła z sypialni. W kuchni krzątał się gospodarz, wciąż z opatrunkiem na nosie i w dodatku w samych bokserkach. Uporczywe burczenie w brzuchu i napływająca ślinka, odstawiły na bok zakłopotanie i dobre maniery.
- Zrobiłeś tego więcej? – zapytała z nadzieją w głosie, podchodząc bliżej i z lubością wciągając rajski zapach.
Prychnął i z szafy wyjął dwa talerze.
- Dzień dobry – dodał wykładając na nie kopiaste porcje jajecznicy. – Od tego chyba powinnaś zacząć?
- Przepraszam – mruknęła, pazernie rzucając się na przydziałową porcję. – Głód odbiera mi ludzkie uczucia. I rozsądek – dodała, chwytając za widelec.
- Ciekawe. – Usiadł naprzeciwko. – Jak może odebrać coś, czego nie ma?
Spojrzała na niego urażona. Ale ponieważ właśnie władowała do ust  sporą porcję jajecznicy, pozostało tylko pognębić go wzrokiem.
Jadł dużo wolniej, w milczeniu wpatrując się jak pazernie pochłania swoją porcję.
- Dużo jesz – powiedział nagle, widząc jak smaruje masłem trzecią skibkę chleba. – Nic dziwnego, że jesteś gruba.
Aż ją zatchnęło! Tym razem zaprotestowała z oburzeniem.
- Wcale nie! Wypraszam sobie! Dwa kilo więcej to nawet nie nadwaga.
- No i co z tego? Fakty pozostają faktami.
- Chyba za słabo wczoraj przywaliłam tym obcasem? – spytała złośliwie.
- Mniejsza z tym, choć zepsułaś mi dzisiejszą randkę.
- Należysz do tych, o jak sobie nie pociupciają, to zieją pretensjami do całego świata?
- Skąd takie słownictwo u tak subtelnej istoty? – odparował z sarkazmem. – A mówią, że otyli to pogodni i życzliwi ludzie…
- Nie jestem otyła! Chyba, że dla wielbicieli tych trupów z wybiegów mody?
- No niech ci będzie… Może puszysta? – Zerknął na nią z ironią znad krawędzi filiżanki z kawą. Przynajmniej miał na kim wyładować swój zły humor.
- Uhh! – Zerwała się z miejsca i podeszła do zlewu. Pozmywa po sobie, ubierze się i po prostu wyjdzie, inaczej nie ręczyła za samą siebie. Pochyliła się, bo kawałek chleba zleciał na podłogę. Tym razem z tyłu dobiegło ją dziwne krztuszenie.
- Co z tobą? – spytała podejrzliwie, wiedząc malujące się na jego twarzy zaskoczenie i okrągłe ze zdumienia oczy. Nie odpowiedział tylko duszkiem wypił kawę. Potem odchrząknął.
- Ta koszulka jest chyba trochę za krótka, w ty nie masz na sobie bielizny… - Pod koniec słyszała wyraźne rozbawienie. Zgrzytnęła zębami i chwyciła stojącą obok zlewozmywaka patelnię.
- Tym razem jak ci przyłożę, to będziesz miał przez długi czas dwa opatrunki!
- No co? Przecież to nie moja wina! – dodał usprawiedliwiająco, na wszelki wypadek się odsuwając.
W sumie to miał rację. Purpurowa ze wstydu i oburzenia Sammy, energicznie przystąpiła do mycia naczyń. Drgnęła zaskoczona, gdy poczuła obejmujące ją w pasie ręce i ciepło drugiego ciała.
- To był cudowny widok – wyszeptał na ucho pochylony Tomek. – Zwłaszcza jako dodatek do porannej kawy…
Jego dłonie wślizgnęły się pod cienki materiał koszulki i powoli wędrowały w górę. Wargi pieściły płatek ucha, potem dołączył do nich czubek języka, zataczając malutkie kółka na skórze poniżej. Dziewczyna zamarła zaskoczona, z mokrymi dłońmi opartymi o krawędź zlewu i z takim zamętem w głowie, że nie potrafiła wykonać żadnego sensownego ruchu.
To było zuchwałe, chamskie i okropnie cudowne! Czuła jak czerwień na jej policzkach powraca, jak przyspiesza oddech i napręża się całe ciało. Powinna była to przerwać z oburzeniem, ale nie miała sił by się sprzeciwić.
Nie tylko zresztą ona dała się ponieść namiętności. To co miało być tylko niewinnym żartem, przerodziło się w lawinowo narastające pożądanie. Mężczyzna zapomniał, że chciał tylko zabawić się jej kosztem, zacząć i przerwać w odpowiednim momencie. Całym ciałem przywarł do niej, pieszcząc płaski brzuch, docierając do jędrnych piersi. Były cudownie krągłe i duże. Z ledwością udało mu się je zamknąć w dłoniach.
Jęknęła, poruszając biodrami w sposób, który sprawił że w sekundzie stracił resztki panowania nad sobą. Lekko ugiął kolana, by zniwelować różnicę wzrostu, tak by nabrzmiały członek wtulił się w zagłębienie pomiędzy twardymi pośladkami. Cienka tkanina spodni nie stanowiła żadnej przeszkody, a wręcz przeciwnie, była dodatkowym podniecającym bodźcem. Zachłannie całował gorącą, niemal parzącą mu usta skórę na szyi, rytmicznymi ruchami masował spragnione pieszczot piersi. Zniknął rozsądek, rozwiały się myśli, pozostało tylko czysty głód spełnienia.
- Nie, zaczekaj. – Sammy bez trudu zorientowała się w jego zamiarach. Boże! Ten facet był tak napalony, że za chwilę rozerwie mu spodnie. Musiała jakoś to przerwać, choć niemal całą sobą chciała zupełnie innego zakończenia.
- Nie mów, że gustujesz w takich grubasach jak ja? – powiedziała złośliwie, usiłując wyplątać się z obejmujących ją ramion.
Wyglądał na oszołomionego, gdy strząsnęła z siebie jego dłonie. Szybko zerknęła w dół. Nawet luźny materiał bokserek nie ukrył wspaniałego wzwodu. Absurdalnie zachciało jej się śmiać, bo wyglądał nieoczekiwanie zabawnie.
- Co mówiłaś? – Wciąż próbował powrócić do czynności, którą z taką stanowczością mu przed chwilą przerwała. Ale dziewczyna stanowczo odsunęła się na bezpieczną odległość, nerwowo poprawiając zadartą koszulkę.
- Pytałam się czy nie masz obaw, że przygniotę cię ciężarem mej tuszy?
Prychnął poirytowany. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ona też była chętna. Więc dlaczego protestowała?
- Powinnaś korzystać. Tak okazja jak ja może się już nigdy w twoim nieciekawym życiu nie przytrafić. – Irytacja wywołała złość, którą musiał jakoś okazać.
O ile to możliwe, poczerwieniała jeszcze bardziej. Co za bezczelny, arogancki typ!
- Najpierw mnie obrażasz, potem usiłujesz przelecieć, teraz znów obrażasz. To prostackie i dziecinne, nie sądzisz?
- Mówię jak jest. – Wzruszył ramionami i usiadł przy stole by dokończyć kawę. – Sama wspomniałaś, że wczorajszego wieczoru wystawił cię facet. Zresztą, wcale mu się nie dziwię.
Gdyby nie była tak wściekła, to z pewnością by się rozpłakała. Podniecenie ulotniło się bezpowrotnie, pozostawiając po sobie zaledwie mgliste wspomnienie.
- Może myślał jak ty i starał się bzyknąć wszystko co nie ucieka na drzewa? – Zajęła miejsce naprzeciwko, nie zamierzając się poddać. Skrzyżowała ramiona i spojrzała na niego wyzywająco.
- To ty wczoraj usiłowałaś się zmienić w małpę.
- To był tylko głupi pomysł. Każdemu się one zdarzają.
- Mnie nie – stwierdził krótko. Co go podkusiło, by zaoferować tej babie nocleg u siebie? Przez cały czas go irytowała, a teraz jeszcze doszło to! Kłótnia wcale nie pomogła. Wciąż czuł wspaniałą erekcję i podniecenie, które rosło z sekundy na sekundę. A najzabawniejsze, że właśnie te wszystkie, kobiece krągłości tak go nakręcały. To było podłe i kłamliwe z jego strony zarzucać jej otyłość, ale nie umiał się powstrzymać. Zazwyczaj gustował w wysokich znacznie smuklejszych dziewczynach, subtelnych i delikatnych. Ta tutaj była inna – niska, o gładkich ciemnych włosach, niedbale splątanych na czubku głowy i ogromnych świetlistych oczach. Ich kolor był trudny do zdefiniowania, nawet teraz, gdy siedzieli tak blisko siebie. Były odrobinę szare, trochę zielone, a może i brązowe? Miała wyraziste, harmonijne rysy i pełne, stanowcze usta. Takie, które z ochotą by pocałował…
- Mam twoje klucze – mruknął, zmieniając temat.
- Już?
- Kolega mi podwiózł jak wracał ze służby.
- To dobrze. Mogę się ubrać i wracać do domu. – Wstała i skierowała się do sypialni. Nie uszła nawet kilku kroków, gdy poczuła silny ucisk na ramieniu.
- Co mi za nie dasz? – Miał minę kota oblizującego się na widok śmietanki. Z jaką ochotą starłaby ten bezczelny uśmiech z jego twarzy…
- Nie denerwuj mnie – ostrzegła, usiłując wywinąć się z uścisku. – Bo przekuję szpilką te twoje napompowane sterydami ego i będziesz musiał odbyć terapię w gronie podobnych tobie, napakowanych absów.
- Nie biorę sterydów – syknął przez zaciśnięte zęby. – Poza tym nie wyobrażaj sobie! Nie gustuję w takich przykurczach jak ty!
- Właśnie widać. – Wymownie spojrzała w dół.
- Norma. Poranny wzwód i tyle.
- Może ja się nie znam, ale te zjawisko zachodzi zaraz po przebudzeniu? A ty już nie śpisz od ponad godziny. I puść mnie w końcu, chcę iść się ubrać.
- Jesteś dziewicą? – spytał z nagłym błyskiem zainteresowania w oku. Poczerwieniała, przygryzając wargi i odwracając wzrok.
- Nie twój zasrany interes – powiedziała nieoczekiwanie ostrym tonem.
- Więc jesteś! – stwierdził z satysfakcją. Szczerze to mało go to obchodziło, ale stanowiło niezły powód do sprzeczki. – Mogę się poświęcić, byś miała co opowiadać znajomym.
- Ty mnie najwyraźniej prowokujesz? – Zachowała zimną krew, choć rumieniec nie zniknął z jej policzków. – Ale pamiętaj, żeby zasłużyć na księżniczkę, trzeba być też księciem. A to nie z tym krótkim mieczykiem – wskazała na wybrzuszone spodnie.
Miał dosyć banalnej dyskusji. Pragnął czegoś innego. Gwałtownym ruchem chwycił ją i przyciągnął ku sobie z zamiarem pocałowania tych wyrazistych, kuszących czerwienią warg. Dziewczyna była jednak szybsza i ze złością przywaliła mu w oklejony plastrami nos.
Natychmiast ją puścił i jęknął z bólu.
- Wariatka! – Obiema rękoma usiłował powstrzymać kolejny krwotok.
- Może tym razem udało mi się go złamać – dodała z satysfakcją. – Będziesz się mógł chwalić przed dziewczynami, ranami odniesionymi w walce z groźnym bandytą.
- Wredna suka! Ubieraj się i wynoś! Inaczej sam cię wywalę…
Nie zniżyła się do odpowiedzi. Kiedy wyszła już gotowa, Tomek siedział na kanapie, przykładając sobie woreczek z lodem do obolałej twarzy.
- Moje klucze – powiedziała spokojnie.
Spojrzał na nią nienawistnie.
- Leżą na stoliku przy wyjściu. I zatrzaśnij za sobą drzwi!
- Nie omieszkam – odparła ze spokojem. – Mimo wszystko dziękuję za nocleg.
Wymruczał coś pod nosem, czego z pewnością nie należało zinterpretować jako uprzejmego „bardzo proszę”. Przez moment jeszcze stała w milczeniu, spoglądając na niego z utajonym żalem. Podobał jej się. Zewnętrznie oczywiście, wnętrze dostarczało raczej negatywnych odczuć. Było jej przykro, że z niewiadomych względów nazywał ją otyłą. Że traktował ją jak okazję do dorywczego seksu i nazwał przykurczem.
Tacy jak on, o wyglądzie hollywoodzkiego twardziela, prowadzali się raczej z modelkami lub regionalnymi miss, niż ze zwyczajnymi dziewczynami.
Jakoś udało jej się dojść do domu. Rozpłakała się dopiero pod prysznicem. Ciepła woda mieszała się z niekończącym strumieniem słonych łez. Płakała tak długo, aż rozbolał ją brzuch, a skóra na opuszkach pomarszczyła się od nadmiaru wilgoci. Dopiero wtedy zakręciła kurki i spiąwszy mokre włosy klamrą, zarzuciła na siebie szlafrok. W kuchni uszykowała sobie kolejną kawę i bez wahania wyciągnęła nietkniętą butelkę koniaku. Kupiła ją na nadchodzące imieniny mamy, ale trudno… To był jedyny alkohol jaki posiadała w domu.
Po pierwszym kieliszku nic się nie zmieniło, po drugim świat zaczął nabierać różowych barw, a po czwartym poczuła, że odzyskuje dobre samopoczucie. Piątego nie odważyła się wypić, bo już i tak kręciło jej się w głowie.
Za to obok żalu, poczucia poniżenia pojawiła się ochota na zemstę. I na to by udowodnić pewnemu błękitnookiemu typkowi, że wcale nie potrzebuje jego adoracji czy podziwu. Albo wręcz przeciwnie – sprawić by poczuł się tak samo jak ona teraz.
Zemsta może nie jest najwłaściwszym motywem działania, ale z pewnością bardzo dopingującym.
Bez wahania nalała sobie piąty kieliszek, puszczając wodze fantazji i z lubością budując w marzeniach swój nowy wizerunek – seksowna, inteligentna, uwodzicielska! Nie zwróciła uwagi na wibrujący telefon, słusznie uznając, że skoro nie ma ochoty, to nie musi go odbierać. Po wytrąbieniu całej flaszki i obmyśleniu kilkunastu, coraz to bardziej nierzeczywistych scenariuszy na odwet, niemal doczołgała się do łóżka i bez namysłu zaryła nosem w pościelach.
Obudził ją narastający, bardzo nieprzyjemny dźwięk, gdzieś w pobliżu. Dopiero po chwili dotarło do niej, że ktoś z sąsiadów używa wiertarki. Z irytacją zerknęła na budzik. Dochodziła dziewiąta. Słońce jeszcze świeciło, ale rzucało też coraz dłuższe cienie, na rozpaloną dzisiejszym skwarem, ziemię.
Obolała, z dziwnym ssaniem w żołądku i zawrotami głowy, zwlekła się z łóżka. Dopiero gdy umyła zęby i zdjęła, uwierającą ją w czubek głowy, klamrę, poczuła się odrobinę lepiej. Włosy, w nieładzie opadły jej na ramiona, ale nie zwróciła na to uwagi. Snute popołudniem plany, rozwiały się, pozostawiając jednak po sobie irracjonalną otuchę.
Potężnie ziewnąwszy pstryknęła włącznikiem czajnika, by przygotować sobie filiżankę aromatycznej herbaty. I wtedy zabrzęczał natarczywy dzwonek do drzwi. Był ostry, przenikliwy i bardzo dokuczliwy. Jęknęła, chwytając się za głowę. Ostatnie czego pragnęła w tej chwili, to niespodziewany gość lub co gorsza, goście. Musi otworzyć i jak najprędzej pozbyć się natręta.
Poczłapała w kierunki wejścia. Nie zerknęła przez judasza, tylko od razu otwarła. Spodziewała się widoku nadopiekuńczej rodzicielki lub którejś z koleżanek. A tymczasem na progu stał Tomek.
Jęknęła i usiłowała zatrzasnąć drzwi, ale mężczyzna zablokował je nogą i niemal siłą, wszedł do środka.
- Ładne powitanie, nie ma co – stwierdził sarkastycznie, rozglądając się dookoła.
- Nie zapraszałam cię – wytknęła mu z pretensją, szczelniej opatulając się szlafrokiem. W tym momencie uzmysłowiła sobie jak wygląda. Rozczochrana, bez grama makijażu, na wpół naga… Super! Tak oto rozpoczęła realizację swego wielkiego planu bycia seksowną i uwodzicielską.
Nie zdawała sobie sprawy, że Tomkowi spodobało się to co zobaczył. Wyglądała bezbronnie i tak po dziecięcemu naiwnie, kuląc się jakby w obronnej pozycji, z włosami luźno opadającymi na plecy, z wystraszonym, lekko zaspanym wzrokiem. Nie lubił tak zwanych naturalnych dziewczyn, ale ta nie potrzebowała makijażu, by pięknie wyglądać.
- Nie odbierałaś telefonu – wytknął jej z pretensją, bez zaproszenia rozsiadając się na kanapie.
- Spałam. – Ostrożnie, by nie podwinął się brzeg szlafroka, przycupnęła na pufie obok. Nerwowym gestem odgarnęła wpadające jej do oczu kosmyki włosów, usiłując wytłumaczyć sobie powód jego wizyty.
Cholernik wyglądał wyjątkowo dobrze, pomimo opatrunku na pokiereszowanym przez nią nosie. Ciemne, krótko ostrzyżone włosy i opalenizna, silnie kontrastowały z bielą koszulki. Obcisłe, doskonale dopasowane dżinsy, uwypuklały długie nogi i wąskie biodra. W dodatku te błękitne niczym niebo oczy…
- To widać.
- Czego chcesz? – Postanowiła nie bawić się w subtelności. – Mów i wynocha! – dodała z nieoczekiwaną zjadliwością.
- No nie wiem – Przekrzywił głowę przypatrując jej się badawczo. – Ten kusy, zbyt obcisły szlafroczek…
- Nie mieli większych rozmiarów, jeśli o to chodzi – odgryzła się. Odrobina dobrego humoru ulotniła się nieodwracalnie, za to znów czuła się grubą, zaniedbaną i beznadziejnie przeciętną wariatką.
- Przesadzasz. – Chwycił z patery stojącej pośrodku stolika, lekko już przywiędłe jabłko. – Aleś ty drażliwa, gdy sobie nie pociupciasz…
Żachnęła się.
- Po raz kolejny chcesz zaproponować swoją kandydaturę?
- Chwila słabości minęła. Przestałem desperacko brać wszystko, co nie ucieka na drzewo…
- Bezczelny drań jesteś, wiesz o tym, prawda?
- Ale za to jaki przystojny. – Mrugnął łobuzersko okiem, zatapiając zęby w trzymanym owocu.
- Boli mnie głowa, mam kaca i jestem nie ubrana, więc mów o co chodzi, bym mogła jak najszybciej się ciebie pozbyć.
- Pierwsze i drugie mało mnie obchodzi, a trzecie wcale nie przeszkadza.
Westchnęła ciężko i wstała.
- Chcesz herbaty? – zaproponowała mało życzliwym tonem.
- Tak.
W milczeniu podziwiał prawie całkiem gołe nogi. Może i nie sięgały nieba, ale ich kształt nawet teraz doprowadzał go do szaleństwa.
- Jak masz na imię? – spytał znienacka, aby oderwać myśli od kuszącego widoku.
- Aleksandra, ale przyjaciele i rodzina mówią do mnie Sammy.
- Do której kategorii ja się zaliczam?
„Bogowie, dajcie mi cierpliwość” – pomyślała z rezygnacją, nalewając wrzątku do dwóch kubków.
- Skoro po tym jak mnie potraktowałeś, ośmieliłeś się tu pojawić, to musisz mieć jakiś powód. A ja nie mam siły na spory. Naprawdę boli mnie głowa.
- Szef nie mógł się do ciebie dodzwonić. Spodobałaś mu się wariatko!
- No widzisz! Znowu! – Postawiła przed nim herbatę.
- Jutro między czternastą, a piętnastą masz się stawić na komendzie. Uzupełnisz i podpiszesz zeznania.
- To takie ważne?
- Przez ciebie postrzeliłem człowieka.
- Aha! W pośladek! – roześmiała się. – Wybacz, ale akurat to jest zabawne.
- Szkoda, że ofiara tak nie sądzi – wytknął jej z wyrzutem.
- A twoje śledztwo? – Odważyła się poruszyć drażliwy temat.
- Nie jest tak źle jak myślałem. Sorry, ale wolę nie zdradzać szczegółów. Zwłaszcza tobie…
- No dobrze, będę jutro o czasie. A teraz czy mógłbyś już sobie pójść? – spytała z nadzieją.
- Nie martw się. Za pół godziny jestem umówiony na randkę – oświadczył rozbawiony, uważnie przypatrując się jej reakcji. – Z zeszłoroczną miss… - Pochwalił się niczym mały chłopiec zabawką.
Zakrztusiła się herbatą. Gdy po chwili doszła do siebie, wybuchła nieopanowanym śmiechem.
- Co w tym zabawnego? – spytał urażony. Z czego ona się tak śmiała? Nie takiej reakcji oczekiwał.
- Nic, nic. – Uspokoiła go wciąż rozweselona. Mężczyźni to faktycznie inny gatunek… Nawet nie z Marsa, a z zupełnie innej galaktyki.
- Piękna kobieta – kontynuował w zamyśleniu, zerkając na nią ukradkiem z ukosa. – Wysoka, długonoga, o złoto rudych włosach i twarzy madonny.
- Po co mi to mówisz? – spytała z ciekawością. O dziwo nie czuła zazdrości czy złości. Przeciwnie, wciąż chciało jej się śmiać. – Chyba za krótko się znamy, bym robiła za powiernika twych rozterek miłosnych?
Zakłopotał się. Przede wszystkim chciałby zepsuć jej dobre samopoczucie. Poza tym odrobinę pognębić i dać do zrozumienia, że takie dziewczyny jak ona wcale go nie interesują, a poranny incydent był czystym przypadkiem. Czuł się zdecydowanie nieswojo wspominając tamto wydarzenie.
- No wiesz… Nie chciałbym abyś robiła sobie jakieś nadzieje.
Popukała się w głowę, dość obrazowo dając mu do zrozumienia co o tym myśli.
- Idź się leczyć do psychiatry albo kup sobie jakiś poradnik – powiedziała z niesmakiem. Ta sytuacja stawała się coraz bardziej groteskowa. Co za kretyn! – Cierpisz na jakąś paranoję! No chyba, że jest to twój sposób na podryw? – dodała z sarkazmem.
- Ja miałbym podrywać ciebie? Nie żartuj! – warknął, gwałtownie wstając z kanapy. – Aż tak źle ze mną nie jest…
Wstała w milczeniu. Czego ten psychol od niej chce? Naprawdę zachowywał się jakby miał nierówno pod sufitem. Może powinna się zacząć bać?
- Tam są drzwi. Możesz je za sobą zatrzasnąć – powiedziała ze spokojem patrząc mu w oczy.
Włożył ręce do kieszeni i stał nieruchomo, uporczywie się w nią wpatrując. W zasadzie to sam nie do końca pojmował co chciał tym wszystkim osiągnąć?
I miał taką cholerną ochotę ją pocałować…
Wyszedł bez słowa pożegnania. Wściekły na siebie, na nią, na cały świat. Nie wiedział, że po jego wyjściu Sammy rozpłakała się. Myślała, że wyczerpała już zapas łez na ten tydzień, ale okazało się, że jest ich jeszcze dosyć sporo. Czuła się upokorzona, poniżona i zdezorientowana. Czego ten facet od niej chciał, co usiłował udowodnić? Mścił się za nieudaną akcję? Za plany, które mu zepsuła? Czy za to, że nie robiła do niego słodkich oczu, choć miała na to szaloną ochotę?
Jakikolwiek był tego powód, dziewczyna miała nadzieję, że już nigdy go nie spotka. Bo po co? Karmienie płonnych nadziei nie było w jej stylu. A najgorsze co mogłoby się przytrafić, to zakochać się w takim aroganckim, nieprzyjemnym typie.

***

Sammy w zamyśleniu przyglądała się swojej garderobie. W szafie przeważały praktyczne, codzienne ciuchy, ale miała też kilka strojów na wyjątkowe okazje. Wśród nich, upchnięta w kąt, wisiała sukienka w kolorze wina, kupiona w przypływie lekkomyślności. Bo gdzież miała to wydekoltowane, krótkie na maksa cudo założyć?
Przez chwilę gapiła się zamyślona, potem energicznym ruchem wygrzebała z wnętrza i rzuciła na tapczan. Co prawda suknia nadawała się raczej na wizytę w klubie nocnym niż na spacer, ale tym razem dziewczyna z determinacją postanowiła nie zakładać ukochanych jeansów czy zwykłej bluzeczki.
Jeszcze wczoraj podjęła stanowcze postanowienie trzymania się na dystans od pewnego niebieskookiego drania, ale dziś powróciła chęć rewanżu. Poza tym mogła przysiąc, że na sto procent spotka Tomka na komendzie. I sprawi, by naprawdę było mu źle…
Kolor podkreślił delikatną opaleniznę, krój wyeksponował wszystkie kobiece atrybuty. Włosy starannie upięła w wymyślny sposób, wyciągając kilka kosmyków luzem.
No i buty. Szpilek nie miała, zgubiony obcas nie pozwolił na ich szybką naprawę. Za to miała w szafie coś innego. Lakierki na  platformie, ze smukłym obcasem. W sumie dawało to jakieś dodatkowe jedenaście centymetrów wzrostu. I umiała w tym chodzić!
Obróciła się dookoła, podziwiając swoje odbicie w lustrze. Ciężko było poznać samą siebie… Z  powątpiewaniem obejrzała się przez ramię. Sukienka była tak krótka, że gdyby tylko lekko się pochyliła, byłoby widać pasek koronkowych stringów. Co ona właściwie myślała, gdy ją kupowała?
No nic, dziś się z pewnością przyda. Westchnęła, chwyciła torebkę i z coraz mocniej bijącym sercem udała się na umówione spotkanie. Po drodze zdążyła powymyślać sobie jeszcze od skretyniałych idiotek.
Wysiadając z auta, przebrała praktyczne sandałki na seksowne buciki i z duszą na ramieniu ruszyła w kierunku wejścia.
Już po chwili wiedziała, że jeśli chciała wywołać piorunujący efekt, to znakomicie się to udało. Oglądali się za nią wszyscy, bez wyjątku na płeć.
Ponieważ nie bardzo pamiętała, w które miejsce ma się udać, podeszła do dyżurki i uśmiechnęła się niepewnie, do zapatrzonego w nią oficera dyżurnego.
- Przepraszam bardzo. Byłam umówiona z kapitanem… - Tu poczuła zakłopotanie, bo kompletnie nie pamiętała jego nazwiska. – Taki niewysoki, siwawy. Miałam się stawić pomiędzy czternastą, a piętnastą.
Mężczyzna, wciąż nie spuszczając z niej wzroku, sięgnął po słuchawkę telefonu.
- Chyba wiem o kogo chodzi, chodź niewysokich, siwawych jest u nas zatrzęsienie. Proszę zaczekać.
Dyskretnie rozejrzała się dookoła. W korytarzu kręciło się niewielu ludzi, ale wszyscy bez wyjątku wlepiali w nią wzrok. Pomyślała z melancholią, że chyba przesadziła z tą kiecką. Może trzeba było jednaka założyć coś mniej rzucającego się w oczy?
- Proszę pani! Zaraz ktoś po panią przyjdzie.
Bogu dzięki – pomyślała, niepewnie siadając na pobliskiej ławce. Poczuła niesamowite zmęczenie. W zasadzie najchętniej by stąd uciekła, ale to byłoby jeszcze bardziej kompromitujące. Złoży te zeznania, podpisze je i czym prędzej da nogę. A tą przeklętą suknię wywali do kontenera z odzieżą używaną. Trzeba mierzyć zamiary na siły, a tych widocznie miała zbyt mało.
Ktoś zatrzymał się tuż obok, więc nieśmiało podniosła oczy. Policjant był młody, może nawet niewiele starszy niż ona, a mundur wyraźnie dodawał mu wieku. Patrzył na nią w zdumieniu wymieszanym z zachwytem, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Zgaduję, że to panią mam doprowadzić do kapitana Nosowskiego?
- Chyba tak – powiedziała niepewnie. Wstała. Nawet mając te niebotycznie wysokie buty, musiała unieść głowę by spojrzeć mu w oczy. – Nie pamiętam jak się nazywa.
- Na pewno panią. Proszę za mną. – Uprzejmym gestem wskazał jej drogę. – Mój paskudny brat nie wspomniał, że jest pani taka piękna.
Aż przystanęła.
- Tomek? – W oczach miała dwa ogromne znaki zapytania.
- Owszem. – Chłopak roześmiał się. – Nie widać podobieństwa?
No faktycznie. Gdyby nie była tak zestresowana, od razu by zauważyła. Mieli przecież identyczne oczy – taki sam kształt, kolor i ciemną oprawę.
- Teraz tak. – Odważyła się odwzajemnić uśmiech. – Czuję się trochę nieswojo w tym miejscu…
- Nie ma powodów. Wręcz przeciwnie, za chwilę zleci się tu cała męska część komisariatu, proszę mi wierzyć.
Byłaby hipokrytką, gdyby spytała dlaczego. Wprowadził ją do niewielkiego pokoju i szarmancko odsunął krzesło, pomagając zająć miejsce.
- Coś do picia?
- Wodę.
- Zaraz przyniosę. Kapitan będzie za jakiś kwadrans, trochę przedłużyło się służbowe spotkanie. Ale to nawet dobrze…
Nie tłumacząc się, zniknął dosłownie na kilkanaście sekund, przynosząc ze sobą dwie szklanki i butelkę mineralnej.
Zajął miejsce naprzeciwko, wpatrując się w nią z wyraźnym zachwytem i bez cienia dyskrecji. Dziewczyna poczuła jak rumieni się pod tym bezpośrednim spojrzeniem.
- Mam na imię Sammy. – Musiała coś zrobić, by przerwać tą krępującą dla niej ciszę.
- Marcin.
- Nie wiedziałam, że Tomek ma brata, który również jest policjantem?
No bo niby skąd mogła to wiedzieć? Poczerwieniała jeszcze bardziej, bo zrozumiała, że palnęła głupstwo.
- Dopiero od roku – roześmiał się. Boże! Zupełnie jak brat! Gdzież ona miała oczy, że nie spostrzegła tego od razu. – U nas to rodzinna tradycja nosić mundur, obojętnie zresztą jaki. Musiałaś poważnie przywalić Tomkowi, że jeszcze cię nie poderwał. Może coś mu uszkodziłaś? Zazwyczaj nie przepuszcza takich okazji.
Poczuła się dziwnie.
- Owszem. Nos.
- Ja obstawiam wstrząs mózgu.
- Chyba po prostu nie był zainteresowany. – Zdecydowała się powiedzieć prawdę.
- Tomek?! Nie żartuj!
- Sam mi to oznajmił.
Marcina najwyraźniej zamurowało. Gorączkowo zastanawiał się nad w miarę wiarygodnym powodem. Dziewczyna była jak marzenie, wyrwane wprost z okładki męskiego magazynu. Okrągła, apetyczna, seksowna. Jego brat miał chyba klapki na oczach…
- Trzeba go będzie zaprowadzić do lekarza – zmartwił się obłudnie. Nie to nie. On nie zamierzał odpuścić. – Mniejsza z tym. Wiesz, że o akcji w klubie Afrodyta krążą już prawdziwe legendy?
Jęknęła. Mało brakowało, by wypadła z roli i w przypływie rozpaczy walnęła czołem o blat stołu.
- Dlaczego?
- Jeden z chłopaków obserwował całe zajście z drugiego końca sali. Mówił, że to było niesamowite – ze spokojem przełożyłaś nogę przez barierkę, przez cały ten czas nie wypuszczając ciastka z ust. A potem energicznie walnęłaś Tomka w plecy. W pierwszej chwili Karol pomyślał iż jesteś zawodowcem. Zwłaszcza, jak fiknęłaś i przyłożyłaś obcasem prosto w nos mojego braciszka…
Tym razem walnęła głową o blat. Już i tak bardziej nie mogła się skompromitować.
- No co ty, Sammy? To naprawdę było zabawne.
- Nie było – rozległ się głos za jej plecami. Nie myliła się, wierząc że go tu spotka. – Gdybyś był na moim miejscu, też byś tak sądził?
- Takiej kobiecie z pewnością bym wybaczył. – Marcin wstał i okrążywszy stół klepnął brata w ramię. – Nie mów, że wciąż się dąsasz?
- Kiepskie porównanie. – Tomek nie spuszczał wzroku z zarumienionej i zmieszanej Sammy. – Dlaczego wyglądasz jak dziwka? – spytał zjadliwym tonem, nie zwracając uwagi na zdumioną minę brata. – Wracasz z pracy?
Dumnie uniosła podbródek i wstała. Podeszła bliżej i jakby od niechcenia położyła dłoń na jego piersi.
- Nie kłopocz się, ciebie i tak na mnie nie byłoby stać… - Dzielnie wytrzymała jego pełne wściekłości spojrzenie.
- Wczoraj skorzystałem z darmowych przyjemności, nie muszę płacić za takie rzeczy.
- Powiedziałam to tylko po to, abyś nie żywił złudnych nadziei. – Przygryzła dolną wargę, spoglądając na niego figlarnie. – Jak nos?
Poczerwieniał gwałtownie. Gdyby byli sami już on by jej pokazał…
- Nie masz co robić? – wrzasnął na znieruchomiałego brata.
- Dobrze się czujesz? – spytał zaniepokojony Marcin. Zerknął ukradkiem na stojącą  obok dziewczynę. To chyba był bezpośredni powód wariactwa jego brata. Co go napadło? Zawsze opanowany i zrównoważony, zachowywał się jakby postradał zdrowy rozsądek.
- Doskonale! – Tomek zgrzytnął z wściekłości zębami i podszedł do stołu, by nalać sobie wody. – Wyśmienicie. Wczorajszy wieczór był niezwykle udany.
Szczerze mówiąc, wynudził się niczym mops. Seks był zaledwie znośny, a od ciągłego gadania wybranki, bolała go głowa. Na szczęście pozbył jej się z samego rana, obłudnie obiecując rychłe spotkanie.
- Jeszcze tu jesteś? – Spojrzał na brata w taki sposób, że tamten błyskawicznie się ulotnił. Zdążył jeszcze uśmiechnąć się do Sammy i już go nie było.
Dziewczyna podeszła do okna. Wolała nijaki widok małego dziedzińca, niż to co miała za plecami.
Tomek milczał, przeżywając w duchu swą porażkę. Klęska była faktem – z ledwością powstrzymywał się by nie podejść bliżej i wtulić twarzy w jej włosy. W spodniach zaczęło robić się dziwnie ciasnawo. Zaklął w duchu, bo to nie pora ani miejsce na tego typu rzeczy. Ale jego ciało wyraźnie jednoznacznie określiło swoje pragnienia.
Jakim prawem ona wygląda tak… tak pięknie?
O nie! Nie podda się. Poza tym wystarczy tylko zaspokoić zmysły i będzie po wszystkim. Może nie tutaj, choć gdy wyobraził sobie jak kocha się z nią na tym stole, poczuł że oblewa go nieznośny żar.
- Tu są dokumenty. – Położył na blacie plik papierów, ściągając na siebie jej uwagę. – Przeczytaj i podpisz.
- Tylko tyle? – Zdziwiła się, podchodząc bliżej.
- Tak. – Nie wdawał się w szczegóły, nie miał na to najmniejszej ochoty. Chciał za to, by sobie już poszła.
- No dobrze. – Z uwagą, marszcząc niekiedy brwi przeczytała krótki tekst. Odwrócił wzrok, starając się nie patrzeć na głębokie wycięcie dekoltu czy ponętne usta.
 - Wszystko się zgadza, daj długopis to podpiszę.
W milczeniu złożyła zamaszysty autograf. To nie koniec – pomyślała w duchu, obserwując ukradkiem zaciętą minę policjanta. Czas na popisowy numer.
W potykaniu się Sammy miała spore doświadczenie. Ale pierwszy raz robiła to całkiem świadomie, licząc na zamierzony efekt. Na szczęście wszystko poszło gładko i wylądowała dokładnie w ramionach zaskoczonego Tomka.
Potrzeba matką wynalazków – pomyślała filozoficznie, unosząc w górę oczy i wdzięcznie opierając się o muskularny tors.
Efekt przerósł o niebo najśmielsze oczekiwania.
Mężczyzna bez chwili namysłu, pochylił się i zamknął pocałunkiem, cisnące się jej na usta słowa przeprosin. Było w tym tyle ognia i żaru, że zaskoczona dziewczyna w pierwszym odruchu odpowiedziała na tę pieszczotę. A później wszystko potoczyło się niczym lawina.
Położył ją na stole i całował, nie zważając że w każdej chwili może ktoś wejść. Nie pozwolił na żaden sprzeciw, dążąc do upragnionego celu z wściekłą determinacją. Jego dłonie wślizgnęły się pod cienki materiał sukienki, niemal brutalnie rozchyliły uda i dotarły do wilgotnego i ciasnego wnętrza. Drugą ręką bez problemu rozpiął spodnie i zsunął je, a potem całym ciężarem ciała przycisnął dziewczynę do zimnego i gładkiego blatu.
Sammy odzyskała odrobinę rozsądku, gdy poczuła jak twardy, naprężony członek napiera na jej wąską dziurkę.
To nie mogła być prawda!
- Przestań! – jęknęła, próbując go odepchnąć. Równie dobrze mogła forsować kamienny mur. Przycisnął wargi do jej ust, dusząc okrzyk protestu. Tylko ręce pozostały wolne, więc drapała i biła, usiłując dać mu do zrozumienia, by przerwał.
Ale Tomek zachowywał się jak szalony. Pragnął tylko jednego – znaleźć się w jej gorącym wnętrzu, bez względu na konsekwencje. Było to uczucie tak silne i nieokiełznane, iż w ogóle nad nim nie panował. Był półprzytomny z pożądania, ogarnięty jedną obsesyjną myślą. I nie obchodziło go w tej chwili, że ona nie chciała tego samego. Naparł z całej siły, brutalnie wdzierając się do środka. Czuł jak dziewczyna naprężyła całe ciało, odruchowo protestując całą sobą. Jak przez mgłę widział łzy spływające po policzkach. Już dawno przerwał pocałunek i zasłonił ręką jej wargi, by nie mogła krzyczeć. Z jękiem wbił się do samego końca i zaczął się poruszać, coraz mocniej przyspieszając.
Na szczęście dla Sammy, nie trwało to długo. Był tak podniecony, że wystarczyło kilka mocnych, głębokich pchnięć, by z ochrypłym okrzykiem eksplodować. Przez chwilę jeszcze czuła drgający spazmatycznie członek. Jak przez mgłę docierało do niej to, co właśnie się wydarzyło. Zresztą do niego również. Wyglądał jakby budził się właśnie z głębokiego snu. Lekko uniósł się i w oszołomieniu przyglądał się jej twarzy. Delikatnie dotknął mokrego policzka, ale ona odtrąciła tę dłoń.
- Puść mnie – wyszeptała.
Nagle jakby zrozumiał, to co uczynił. I to w takim miejscu! Wykorzystując swą przewagę fizyczną, zmusił ją do… Do cholery! To był przecież gwałt!
Błyskawicznie wyprostował się i naciągnął spodnie. I tak miał wyjątkowe szczęście, że nikt akurat nie wszedł do środka.
Pozostała jeszcze dziewczyna, kuląca się na blacie stołu, zapłakana, z włosami w nieładzie i bólem w oczach.
Jak mógł zrobić coś takiego?
- Sammy – powiedział bezradnie. Co miał zrobić? Przeprosić?
Usiadła, nieznacznie się od niego odsuwając.
- Pójdę już – rzekła bezbarwnym głosem.
Wstydził się tego, ale pomyślał że tak byłoby najlepiej. Stanęła na drżących nogach, wciąż uporczywie spuszczając głowę. Poprawiła sukienkę i przygładziła włosy dłonią. Potem wzięła torebkę i buty, które w trakcie wszystkiego zsunęły się na podłogę i bez słowa wyszła. Mętnie pamiętała, że tuż obok była damska toaleta. Weszła do jednej z kabin i usiadła na zamkniętej ubikacji. Bardzo długo siedziała tak nieruchomo, wpatrując się w durny napis na drzwiach i obejmując ramionami.
Przecież to wszystko nie miało sensu! Owszem, chciała go sprowokować, ale przecież nie do tego! Myśli galopowały jak szalone, tworząc barwną, chaotyczną mieszaninę. Nigdy w życiu nie czuła się tak źle. Powoli wyciągnęła telefon z torebki. Miała tylko jedną osobę, którą mogła poprosić o pomoc w tej sytuacji i która nie będzie na siłę wyciągała z niej prawdy. Musiała zadzwonić, bo wiedziała, że nie da rady dotrzeć do domu samodzielnie.

 link do części II - klik

9 komentarzy:

  1. szkoda w sumie, że tak przejęłaś się opnią jakiegoś kogoś.
    bo teraz czas oczekiwania na kolejne utwory się wydłuży... a ja jak nie mogę sobie przeczytać czegoś Twojego przed spaniem to aż mi się gorzej spi ;D

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do niechlujstwa technicznego (interpunkcja, błędy w zapisie dialogów, literówki itd.), to niestety ten ktoś miał całkowitą rację. Tak mnie pochłonęło dodawanie kolejnych utworów, że zdusiłam popiskujący cichutko głos wewnętrznego krytyka i posłałam go do wszystkich... Wiadomo :)
      Bez obaw - nie będzie, aż tak tragicznie. W końcu zbliża się miesięczna rocznica mego bloga, a tylko wczoraj miałam na liczniku prawie tysiączek odwiedzin ;)
      Z tej okazji będę miała dla was niespodziankę :)))
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Przecinki przecinkami, moje oczy bardziej kuje zdecydowany(!) nadmiar znaków zapytania :P Też jestem matematyczką, ale sądzę że to marna wymówka, bo można zasady własnego języka znać ;) Ja sobie w szkole do kompletu z olimpiadą matematyczną brałam udział w tej z języka polskiego więc można :D
      (Aczkolwiek znam humanistów którzy robią masę błędów :P)
      Powodzenia w poprawie interpunkcji i reszty, bo opowiadania super :)

      Usuń
    3. Będę szczera. Więcej niż połowa tekstów wymaga poprawy. Niestety, brak na to czasu. Ja osobiście zgrzytam zębami czytając własne opowiadania z nadmiarem trzech kropek. Nie rozumiem, po cholerę tego tyle wstawiałam? I nigdy nie pisałam, że błędy robię, bo jestem matematykiem. Polski zdałam na pięć (też się dziwię jakim cudem), bez ściągania, dodatkowo miałam historię i niemiecki na maturze :-))) Za to egzamin wstępny już z fizyki, bo od trzeciej klasy wiedziałam, że tam trafię. Co do matematyki, to "zakochałam" się na drugim roku i tak już zostało.

      Usuń
  2. Świetne Świetne Świetne !!! Zdecydowanie moje ulubione <3
    K.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na komendzie dyżuruje oficer dyżurny a nie stróż :D
    A na komendzie głównej i woewódzkiej oficerów dyżurnych jest kilku. Jedynie na małych posterunkach po jednym.
    Ciekawe czy wiesz ile zarabia młody oficer policji kryminalnej ? Tak w kwestii kredytu na mieszkanie w nowym budownictwie :D

    ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, bo każda tak rada jak o stróżu, jest cenna. Co do mieszkania... Zabij mnie, nie pamiętam, żebym coś tam pisała o kredycie. Czy to ważne dla opowiadania, czy zapisała je w testamencie bezdzietna ciotka, czy kupili rodzice, czy też była kochanka? Akurat tych kwestii nie poruszałam tu w ogóle w odniesieniu do jakiegokolwiek bohatera ;-)

      Usuń
  4. wow! :D zakończenie zaskoczyło mnie huhu xD ale ich wymiana zdań jest meega :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Połowę czyta sie z wielkim uśmiechem. Dalsza część mocno zaskakuje. I choć opowiadanie jest świetne, to nie zaskarbło sobie u mnie jakiejś wielkiej sympatii.. No cóż..

    OdpowiedzUsuń