niedziela, 28 lipca 2013

Dżin (VIII)

Moi drodzy! Nie zdziwcie się, gdy umilknę na jakiś czas, bo komputer zaczyna mi wyczyniać różne psikusy. Przed chwilką zaśnieżyło mi 95% ekranu :(((
Jakby co, daję na szybko kolejną część Dżina. 
 
 
Dżin (VIII)
 
Sprawa była skomplikowana i naprawdę poważna.
Amir jeszcze przez kilka dni po incydencie z wilkiem i kapturkiem, nie odzywał się ani słowem. Unikał mnie jak tylko mógł, ale ponieważ złośliwa ze mnie bestia, utrudniałam mu to na tyle, na ile było możliwe.
Perfidnie paradowałam po domu w przewiewnym szlafroczku, nie mając nic pod spodem. Albo znienacka wchodziłam do sypialni owinięta zaledwie w ręcznik, który bez krępacji zrzucałam, by się móc się ubrać.
Zazwyczaj czerwieniał tylko, a potem nadęty i wciąż urażony, dostojnie porzucał moje towarzystwo.
Z początku mnie to śmieszyło. Później poczułam się zaniepokojona. I niechętnie musiałam przyznać, że brak mi dawnego Amira…
Cóż było robić? Wykorzystując jego chwilową nieobecność, uszykowałam wykwitną kolację, udekorowałam stół świecami i innymi duperelami, oraz wbiłam się w odświętną kieckę.
- Co to ma niby być? – spytał patrząc na mnie podejrzliwie. Skromnie spuściłam oczy i wyszeptałam przeprosiny.
- A to na zgodę – wskazałam na jedzenie.
- Nie dosypałaś tam czegoś? Trutki na szczury albo wiagry?
- To drugie przeszło mi przez myśl – przyznałam uczciwie, zajmując miejsce naprzeciwko niego. – Ale wolę to robić w tradycyjny sposób. Wystarczy, że zdejmę sukienkę…
Prychnął lekceważąco.
- Na twoim miejscu nie byłbym taki pewien!
- …i bieliznę – dokończyłam. – Nie mówię o tym czy się skusisz, ale stanąć, to na pewno ci stanie!
- Liloo! Ja cię nie poznaję?
- Przecież lubisz chętne i napalone?
- To nie dotyczy ciebie – powiedział krótko, nalewając sobie wina do kieliszka.
- Jeszcze niedawno twierdziłeś inaczej…
- Zmieniłem zdanie. I nie rozmawiajmy już więcej o tym.
- Jak chcesz – westchnęłam teatralnie. – Od teraz będę zimna jak lód i twarda niczym skała.
W milczeniu przystąpiliśmy do jedzenia. Bardzo długo panowała między nami cisza, której bynajmniej nie zamierzałam przerywać.
- Nigdy cię nie kusiło? – odezwał się nieoczekiwanie Amir.
- Niby co?
- Nigdy nie kusiło cię, by zażądać oszałamiającej urody, nieprzebytego bogactwa lub wiecznego życia?
Wzruszyłam ramionami.
- Pierwsze już mam – oświadczyłam nie zważając na jego sceptyczne prychnięcie. – Drugie przysporzyłoby mi samych kłopotów, a trzecie… Nie mam nikogo z kim mogłabym dzielić moją nieśmiertelność, więc na co mi ona?
Trzeba przyznać, że go ustrzeliłam. Zamarł z widelcem w pół drogi, wpatrując się we mnie w zdumieniu.
- Liloo, a mogę spytać na co chcesz wykorzystać ostatnie życzenie?
- Tak sobie myślałam… - zabębniłam palcami w blat stołu. Potem oparłam podbródek na złączonych dłoniach i spojrzałam z powagą w jego oczy. – Tak sobie myślałam, czy nie mogłabym poprosić o wolność dla ciebie? Czytałam regulamin i nie znalazłam żadnego punktu, który by tego zabraniał.
- Mówisz serio? – spytał zdławionym głosem.
- Tak. Pozostaje tylko pytanie, czy tego chcesz?
- Żartujesz? Pewnie, że tak!
- Staniesz się najzupełniej normalny. Nie będzie magii, teleportacji czy nadnaturalnej siły. Będziesz chorował na zwykły katar, albo i inne paskudztwa… Zaczniesz się starzeć, potem umrzesz... O matko! Sama siebie zdołowałam – dodałam z niesmakiem.
Ale Amir nie podchwycił mego żartobliwego tonu.
- Nie wiesz jak to jest, kiedy w każdej chwili możesz trafić do zimnej i przerażającej pustki – powiedział cicho. – Tam gdzie myśli się tylko o wszystkich zmarnowanych szansach, o niezrealizowanych marzeniach.
- Tu także wielu ma z tym problem.
- Ale ja nie mam wyboru.
- Kiedyś miałeś. Jak trafiłeś do lampy?
Bardzo długo nie odpowiadał. I przysięgłabym, że w jego oczy odrobinę zwilgotniały.
- Zabiłem kogoś.
- To znów nie tak wiele… - powiedziałam, być może odrobinę lekceważąco.
- Kobietę, którą kochałem.
Można powiedzieć, że mnie zaszokował. Spodziewałam się wielu rzeczy, ale to…
- Jej ojciec parał się czarną magią. Moja śmierć to było dla niego za mało, chciał bym cierpiał w nieskończoność. I przyznaję, że wybrał doskonale! Zasłużyłem na swój los.
Co miałam odpowiedzieć? Miałam na czubki języka głupią uwagę, że gdyby każdego mordercę karali pobytem w czarodziejskiej lampie, to przestępczość zmalała by do zera. Ale jakoś nie miałam serca, by powiedzieć to na głos.
Obok żalu i zdumienia, pojawiła się malutka iskierka zazdrości. I niepewność. Dotąd Amir wydawał mi się cudownym mężczyzną, może i wkurzającym, ale sympatycznym, a teraz okazało się…
- Dlaczego to zrobiłeś? – spytałam cicho. Żeby go osądzić, musiałam poznać całą prawdę.
- Nie zrozumiesz świata, w którym wtedy żyłem. Świata pełnego magii, zespolonego ze zwykłą rzeczywistością i przesiąkniętego nią w zupełnie naturalny sposób. Czary to nie był tylko temat telewizyjnego skeczu, ale coś całkiem bliskiego, wręcz namacalnego.
- No dobrze – powiedziałam zniecierpliwiona. – Rozumiem co odebrała nam cywilizacja, ale co to ma do rzeczy?
- Naraziłem się jednej kobiecie, bo pokochałem inną. Miałem pecha, bo trafiłem na czarownicę, podłą, samolubną i nieuznającą odmowy. A wiesz, że nawet mi ją przypominasz? – uśmiechnął się szeroko, mrugając porozumiewawczo. Nie obraziłam się, bo zrozumiałam, że próbuje w ten sposób rozładować napięcie.
- Nie wdając się w zbędne opisy, dała mi coś, po czym dostałem prawdziwego szału. Współcześni prawnicy powiedzieliby, że byłem niepoczytalny. Resztę możesz sobie dopowiedzieć…
- Nie kłamiesz? – zerknęłam na niego podejrzliwie. – Ta historia jest strasznie banalna.
Bez słowa odwrócił głowę.
- Tak, jest banalna – odparł z goryczą. – Zazwyczaj za prostymi słowami, kryje się jakaś mało skomplikowana, prosta opowieść. Co nie oznacza, że mniej bolesna.
- Sam musisz przyznać, że ten grobowy nastrój nie bardzo do ciebie pasuje.
Nic nie powiedział, tylko niemrawo dziabał widelcem i tak już nieźle umęczony kawałek mięsa.
- Mamy jeszcze kilka zleceń – odezwał się po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
- Poczekam. Aż tak bardzo mi się nie spieszy do zwykłego, nudnego życia. Tobie chyba też nie?
- Tak jak jest teraz… – uśmiechnął się. – Mówiłem ci już, że jesteś cudowna?
- Mówiłeś o mnie „cnotka niewydymka” – zagryzłam wargi by się nie roześmiać. – A poza tym sprawdziłam. W tym cholernym regulaminie nic nie ma o zakazie stosunków pomiędzy życzeniodawcą, a życzeniobiorcą.
- Mamy zlecenie – pośpiesznie zmienił temat. – Tym razem naprawdę poważne.
- Taaa… Z pewnością.
Pozwoliłam mu zakończyć poprzedni wątek, choć miałam szaloną ochotę spytać, jaka ona była. I czy na serio tak bardzo ją kochał?
Niedobrze. Byłam zazdrosna! To kiepsko wróżyło na przyszłość. Chociaż, gdyby Amir stał się zwyczajnym mężczyzną?...
A może wtedy by się zmienił? Może wcale nie chciałby pozostać u boku pyskatej, szalonej studentki matematyki?
Niezależnie od tego, chciałam podarować mu to moje ostatnie życzenie.
- Mów! Mam przygotować kilka paczek prezerwatyw, kajdanki i pejcze?
- Wyczaruję ci wibrator – odparował złośliwie.
- Nie, dziękuję. Nie lubię tych plastikowych bubli na mini bateryjki. Wolę takie o napędzie jądrowym… Czego dotyczy zlecenie?
- Smoka.
Zastygłam zdumiona.
- Oszalałeś? Smoki nie istnieją!
- Tak jak wampiry, dżin, wilkołaki i cała reszta.
- No dobrze – stwierdziłam z narastającą rozpaczą. – Może ja się nie znam, ale taki smok to chyba duży jest? Trochę ciężko byłoby go ukryć, tak by pozostał niezauważony?
- Gadzina przez ostatnie dwieście lat spała kamiennym snem. Jest taka mała wioska w centralnej Polsce, nazywa się Trupolasy.
- Chcę spokojnej pracy w biurze – wymamrotałam, wypijając duszkiem to co miałam w kieliszku.
- Co mówisz?
- Nic, nic. Kontynuuj.
- Smok spał sobie spokojnie w swojej jaskini, pilnowany przez członków miejscowego stowarzyszenia wiedźm…
- Jakiej jaskini? W centralnej Polsce?!
- No nie wiem. Może to była jakaś jama czy nora. Czy to ważne? Kontynuujmy. Ostatnio dużo młodych wyemigrowało do miast…
- …na zmywak – podsunęłam usłużnie. Spojrzał na mnie z wyrzutem.
- W stowarzyszeniu została tylko jedna wiedźma. Ale kiedy poleciała do wnuczki w odwiedziny…
- Na miotle??? – spytałam zachłannie z nieukrywaną ciekawością.
- Liloo, przestań! Samolotem. Tylko w drodze powrotnej potrącił ją tramwaj…
- Dziwne. Leciała samolotem, a potrącił ją tramwaj? Co to za linie lotnicze?
- Jak ja cię!...
Nie okazując najmniejszej skruchy, dolałam wina do naszych kieliszków.
- Mów dalej, obiecuję więcej nie przerywać.
- Podsumowując; zabrakło czarownicy, zabrakło magii. Smok zaczął się budzić. Wiedźma leży w szpitalu, z nogami w gipsie, pod kilkoma kroplówkami. A robotę zleciła nam.
- Tu potrzebny raczej tłusty baran lub nadobna dziewica.
- Szkoda byłoby, gdyby ten smok cię zeżarł…
- No wiesz!
- Mógłby nabawić się niestrawności. – Gładko uchylił się przed ciosem wymierzonym kawałkiem bagietki.
- Następnym razem użyję butelki! – zagroziłam. – I do twojej wiadomości: nie jestem dziewicą! Może w tej wsi się jakaś znajdzie?
- Ha, ha! W Trupolasach dziewice piją jeszcze bebiko!
- Szowinistyczna świnia.
- No co? Mówiłem, że większość młodych wyemigrowała. Naprawdę nie jesteś dziewicą? Dałbym głowę, że tak!
Cholera! Głupio się było przyznać, ale do końca to i sama nie wiedziałam. Mój eks chyba nie dokończył roboty. Owszem, pokrwawiłam trochę, ale i tak miałam wrażenie, że zawalił sprawę, spiesząc się do upragnionego finału. Pewnie przekonałabym się za drugim razem, gdyby nie udało się nam pokłócić. Znaczy się, krzyczałam głównie ja. On usiłował zdobyć się na kamienny spokój, przynajmniej dopóty, dopóki nie przywaliłam mu w zęby, wybijając prawą jedynkę…
No, ale przecież nie powiem o tym Amirowi! Nabijałby się ze mnie całą wieczność!
- To byś ją stracił – odpyskowałam nieuprzejmie.
- Kręcisz Liloo, kręcisz!
- A po kiego ci moje dziewictwo? Myślisz, że gdybym była, to w podskokach pobiegłabym, by zostać pożarta przez jakiegoś mitycznego potwora?
- To kłamliwy osąd. On jest wegetarianinem.
- Zamiast soczystego mięska, woli kwaśne jabłuszka? Jaja sobie ze mnie robisz?!
- O jabłuszkach nic nie wiem, ale podobno uwielbia sałatkę z pomidora i ogórka. Nie patrz na mnie z takim niedowierzaniem.
- To do czego, u diaska, potrzebna mu akurat dziewica???
Amir miał znudzony wygląd kogoś, kto pod przymusem musi wyjaśniać całkiem oczywiste rzeczy.
- Smoki uwielbiają skarby. Każdy ma swoją, zazwyczaj całkiem sporą kupkę kosztowności. Niestety nie lubią ich czyścić. Do tego zazwyczaj zatrudniają ludzi. A ci z kolei są pazerni i podstępni. Dziewictwo symbolizowało kiedyś czystość i niewinność. Gadziny nadal twierdzą więc, że do porządków najlepsze się dziewice.
- O ja głupia cnotka niewydymka! – walnęłam się w czoło. – Że też nie przyszło mi to do głowy!
- To może jednak? – wyraźnie się ożywił. – Ułatwiłoby nam to zadanie.
- Wszystko jest jakieś zagmatwane – stwierdziłam z irytacją. – I co w tej całej historii robi czarownica?
- Jak dziecku, jak dziecku trzeba tłumaczyć. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – A więc od początku. Smok sobie śpi kamiennym snem, czekając lepszych czasów…
- Znaczy się, nie chce być przerobiony na buty i torebki?
- Tę ewentualność także należy wziąć pod uwagę. Nad jego snem czuwają kolejne pokolenia wiedźm i czarowników. Gdy zaczyna się budzić, odprawiają te swoje gusła i czary, po czym smok zasypia na nowo. Czasem jednak na nic się to zdaje i gadzina się budzi. Po czym przystępuje do handlu wymiennego.
- I oddaje rubiny oraz złoto, za te ogórki i pomidory? Nic dziwnego, że ten gatunek wyginął w toku ewolucji…
Amir kontynuował nie zważając na moje głupie uwagi.
- Jak już ma pełny brzuch, przystępuje do generalnych porządków. Do tego domaga się dziewicy.
- No dobrze – powiedziałam z cierpiętniczą miną. – Mogę robić za dziewicę. Chyba tego nie sprawdza? – dodałam zaniepokojona.
- A niby jak? – dżin bezczelnie się roześmiał.
- Jesteś dla mnie niedobry! Nie chcesz się ze mną kochać i wciąż się ze mnie naśmiewasz! – wytknęłam z wyrzutem.
Pozostawił to bez odpowiedzi.
- Co to za romantyczna kolacja bez muzyki – pstryknął palcami i gdzieś z oddali dobiegł do naszych uszu zmysłowy, nieco szorstki głos Niny Simone.
- Mogę panią prosić? – Wyciągnął w moim kierunku dłoń.
To było coś całkiem nowego.
I szalenie przyjemnego.
Wtuliłam się w jego silne ramiona, czując jak wszystkie problemy, wszelkie wahania, odbiegają ode mnie z nadświetlną prędkością. I wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że choć wciąż robiliśmy sobie na złość, że co chwila o coś się kłóciliśmy, to i tak był najcudowniejszym, znanym mi facetem.
I wcale nie miałabym nic przeciwko spędzenia wieczności w jego towarzystwie!
***
- To on? – spytałam szeptem, ukradkiem wskazując palcem na tłuste, łuskowate cielsko leżące nieruchawo tuż w pobliżu wielkiego dębu. – Na tych warzywkach tak się spasł? – dodałam niedowierzająco.
- Nie marudź. To i tak jakiś wyjątkowo mały okaz.
- Bogu dzięki. Bo inaczej uciekłabym z krzykiem, masz to jak w banku.
- Idziemy! – rozkazał, energicznie się podnosząc i wynurzając z krzaków, w których dotychczas siedzieliśmy obserwując obiekt. Z wahaniem podążyłam za dżinem, nie do końca podzielając jego przekonanie o wegetarianizmie smoka.
- Dziewica? – Gad otwarł jedno oko i łypnął złowieszczo w naszym kierunku. – A ty to kto? – huknął w kierunku wcale nie przestraszonego dżina. To już raczej ja zaczęłam dzwonić zębami.
- Menadżer – odparł tamten.
- Me… Co? – Smok zdezorientowany spojrzał na nas i niespokojnie poruszył ogonem, wzniecając tumany kurzu.
Trzeba było przyznać, że był piękny! Ogromne cielsko całkowicie pokrywał łuskowaty pancerz, srebrzyście mieniący się w promieniach zachodzącego słoneczka. Wielgachne skrzydła, na wpół złożone, lśniły wszelkimi kolorami tęczy. Ale najbardziej niezwykłe, budzące fascynację miał oczy. Ogromne, niczym idealnie wypolerowane tarcze, z pionowymi jak u drapieżnika źrenicami.
- Menadżer od spraw finansowych, tej tutaj dziewicy – Amir wskazał na mnie ręką. – Takie czasy, nic już za darmo nie ma – westchnął teatralnie.
Smok zabulgotał zniesmaczony.
- Zaraz – przerwałam tą handlową pogawędkę. – Jaki on cudny! – zachwyciłam się podchodząc odrobinę bliżej. Mając za plecami dżina, aż tak bardzo się nie bałam. Byłam wręcz stuprocentowo pewna, że nie pozwoli by stała mi się krzywda.
Smok mile połechtany zarówno komplementem, jak i wyraźnie widocznym zachwytem na mojej twarzy, wstał i prężąc cielsko, zaprezentował się nam w całej okazałości.
- Mamy mało czasu – ostrzegł dżin. – Co dostaniemy za usługę?
- Ależ ty jesteś nieuprzejmy – zganiłam go łagodnie, wciąż gapiąc się z podziwem na smoka.
- Jestem praktyczny!
- Amir! – wysyczałam. – Taka okazja, a ty mnie tu popędzasz!
- Właśnie – smok zaprezentował całą rozpiętość skrzydeł.
- To co? Może umówicie się na kawę, piwko i plotki? – zaproponował z ironią. – Czar ukrycia będzie działał jeszcze kilka godzin. Potem zleci się tu, diabli wiedzą kto, i wybuchnie niewątpliwa sensacja. A jego albo umieszczą w zoo, albo przerobią na buty…
Oboje spojrzeliśmy na niego z wyrzutem. Ale co tu dużo mówić – miał rację.
- No dobrze. To gdzie te skarby do czyszczenia? – spytałam zrezygnowana.
I właśnie w tej chwili na polankę wpadł jakiś zreumatyzowany starzec, podkasując wysoko ciemnobrązowy habit i wymachując czymś, co w zamierzchłych czasach mogło być mieczem.
Niestety młodzieńcze lata powykrzywianych kończyn miał już dawno za sobą, więc wyłożył się na pierwszej lepszej nierówności. Pordzewiałe żelastwo wypadło mu z ręki, a on sam najzwyczajniej w świecie zarył nosem w miękkiej trawie.
- Co to niby ma być? – spytałam z powątpiewaniem podchodząc bliżej i biorąc w dłoń tę pseudo broń.
- Miecz do pokonania bestii – wychrypiał, usiłując się podnieść.
- To?! – Rzekoma broń przy upadku dziwnie się wygięła, przypominając bardziej harpun na wieloryby, niż cokolwiek innego. – Amir, bądź dżentelmenem, pomóż panu!
Dżin bez słowa, z drwiącym uśmieszkiem na twarzy, jednym energicznym ruchem postawił go na nogi. Staruszek nieoczekiwanie wrzasnął:
- Au!… Moje krzyże! Moje lumbago!
Smok przypatrywał się wszystkiemu z nieukrywaną ciekawością.
- Jam jest rycerz Zakonu Świętego Jerzego – oznajmił starzec dumnym głosem, masując obolałe plecy. – Od zamierzchłych czasów zwalczamy te bestie!
- Niemożliwe! I udało się wam jakąś zabić? – spytałam z niedowierzaniem, spoglądając na pogiętą broń.
- Niejeden raz!
- Tym??? – Powątpiewanie w moim głosie było bezkresne niczym ocean.
- No… - zakłopotał się. - Kiedyś wyglądał lepiej. Troszkę przyrdzewiał, bo żadnej z tych gadzin już od wieków nie widziano.
Spoglądałam na zmianę, to na smoka, to na trzymany miecz.
- Naprawdę chciałeś z nim walczyć TYM czymś???
Staruszek miał nieco zakłopotaną minę.
- Tradycja tego wymaga. To święta broń naszego założyciela, który sam pokonał nim kilka tych potworów.
- Pewnie młodo zginął? – spytałam w zadumie.
- I słusznie jest użyć tu czasu przeszłego. – Zniecierpliwiony nagle dżin przerwał tą miłą pogawędkę. – Mamy robotę. Zostaw tego zmumifikowanego szaleńca i chodźże już!
- Wiedziesz tą nadobną dziewoję na pożarcie? – Staruszek wybałuszył oczy ze szczerym oburzeniem.
- Akurat ten smok woli pomidory i ogórki – bezczelnie oznajmił mu dżin.
- Pomi…Co?
- Z kropelką oliwy i szczyptą soli – dodał smok.
- Nazwał mnie nadobną dziewoją! – wtrąciłam uradowana. – Może i zramolały, ale zna się na kobietach.
Amir tylko prychnął.
- Zaraz, zaraz… - Staruszek rozejrzał się czujnie dookoła. – A gdzie ta podła, sparszywiała wiedźma?
Licho mnie podkusiło.
- Niestety… - rzekłam grobowym tonem, starając się uronić choć łezkę. A niech ma biedaczek, choć jednego wroga mniej.
Ale wbrew moim oczekiwaniom, starzec złapał się za wychudłą pierś, z jego ust wydobyło się przedśmiertne rzężenie, po czym zwalił się na powrót na ziemię, niczym drewniana kłoda.
- No i widzisz, co narobiłaś? – powiedział Amir z wyrzutem w głosie.
- Myślałam, że się ucieszy! – odparłam opryskliwie. Co za czasy, nawet o wdzięczność ludzką trudno.
- Pójdę ze smokiem, a ty zajmij się zwłokami.
- On jeszcze żyje.
Podeszłam bliżej z powątpiewaniem spoglądając na sztywne ciało i zieloną twarz nieszczęśliwego delikwenta.
- To go ocuć. Ja się boję wariatów, wolę smoka.
- Godzinę temu twierdziłaś coś innego?
- Zmieniłam zdanie. Pa, pa! – Pomachałam mu na pożegnanie i podążyłam za lekko zniecierpliwioną już bestią.
Droga nie należała do najprostszych. Zanim dotarłam do ogromnej, wydrążonej spory kawał pod powierzchnią, jamy czy też pieczary, nieźle się umęczyłam.
Zasapana, przystanęłam w końcu w przeogromnym wnętrzu. Zamiast spodziewanych ciemności, panował tu miły dla oka półmrok. Po prawej stronie widać było całą stertę czegoś, co lśniło i kusiło swym blaskiem, mimowolnie przyciągając mój wzrok.
- Witaj w moich skromnych progach – usłyszałam tuż obok aksamitny męski głos. Odwróciłam się bez słowa i zamarłam. Smoka nie było, ale za to, tuż obok stał facet, wyglądem symbolizujący odwieczne, kobiece marzenia. Z dumą trzeba przyznać, że po obcowaniu z Amirem, byłam już nieco odporna na takie czary. Ale nie do końca…
Wysoki, choć bardziej smukły niż umięśniony, o połyskującej skórze, długich białych włosach i srebrzystych oczach, niczym dobrze wypolerowane tarcze. Idealny w całości, idealny w szczegółach, a przy tym tak naładowany erotyzmem, że czułam, iż niemal otacza go delikatną, namacalną mgiełką.
Totalnie mnie zatkało.
- Yyy… - wydobyłam z siebie tylko, gdy podszedł bliżej i szarmancko ucałował moją dłoń.
- Zwą mnie Tamis.
No! Dobrze chociaż, że nie Bronek czy Kubuś. Tego chyba bym nie przeżyła!
- Będziesz stanowiła naprawdę miłą odmianę, pani!
No tak. Wiedziałam, że z tymi warzywami to jakiś kant!
- Pożresz mnie? – spytałam, desperacko rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Jaka szkoda, że Amira zostawiłam na zewnątrz. Przydałby się jak nigdy dotąd!
Ale smok, znaczy się jego ludzki odpowiednik zaczął się śmiać.
- Ależ skąd! To by była niepowetowana strata. Miałem na myśli odmianę po tych wszystkich zramolałych, zalatujących stęchlizną wiedźmach.
- Hę?! – Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Nie wyjaśniono ci twojej roli?
- Chyba nie do końca. Miałam podobno polerować jakieś złoto i diamenty?
- Można i tak to ująć – wymruczał, przyciągając mnie do siebie. Nie zaprotestowałam, nawet wtedy, gdy jego ręce zaczęły błądzić po moim ciele.
No nie! Kolejny napalony erotoman! W duchu już zaczęłam przeklinać dżina, ale kiedy do szczupłych dłoni dołączyły usta, moje myśli stały się jakby bardziej rozmazane i zdecydowanie mniej kategoryczne.
- Do tego jest ci potrzebna dziewica? – spytałam, jednocześnie pomagając zdjąć mu moją sukienkę. – No bo wiesz, ja nie do końca…
Spojrzał na mnie bystro, a w jego oczach zamigotało niczym nie tajone pożądanie.
- Nareszcie! Nareszcie po tylu stuleciach! – krzyknął najwyraźniej uradowany i z rozpędu pocałował mnie w ucho.
Przyjemna, ośmiogodzinna praca w biurze, zamajaczyła na horyzoncie, niczym raj upragniony…
Coś tu cholernie nie pasowało! Z niejakim trudem skupiłam się na wyjaśnieniu nurtujących mnie pytań, bo Tamis właśnie zaczął pieścić moje piersi, które nie wiadomo kiedy, zdołał wysunąć ze stanika.
- Skoro wolałbyś nie-dziewicę, to dlaczego…
- Tradycja, kochaniutka. Tradycja. Co by ze mnie był za smok, gdybym zamiast niewinnej dziewicy zażądał wsiowej kurtyzany?
- Nie jestem żadną kurtyzaną – zaprotestowałam słabo. Bardzo wyraźnie czułam, jak bardzo jest podniecony, bo bez skrepowanie przycisnął mnie do siebie. No cóż. Do Amira się nie umywał, ale i tak miał się czym pochwalić.
- A co z porządkami?
- Musiałem coś wymyślić, bo te napalone, cuchnące dziegciem baby, uporczywie pchały się z łapami w kierunku moich spodni. Co było robić? Ty myślałaś, że niby jakie dziewice mi przysyłali? Niektóre nie miały już nawet zębów!
Wszystko stało się nagle takie proste. Smok żądał dziewicy, wiadomo do czego. Ale ze wsi przysyłano wyłącznie towar nawet nie drugiego, a trzeciego gatunku, i w dodatku taki, który już dawno stracił datę ważności. Pewnie dlatego wymyślił ten kit z czyszczeniem kosztowności.
- Długo tak pościsz? – spytałam zaciekawiona, zsuwając z jego ramion coś w rodzaju koszuli.
- Hm… - wargami pieścił teraz moją szyję. – Będzie z dziesięć stuleci.
Biedaczek. Aż mi się go żal zrobiło.
- No dobrze. Zgadzam się ci pomóc, ale zrobimy to po mojemu. Inaczej ulatniam się w mgnieniu oka. I darujemy sobie pucowanie świecideł?
- Zgoda. Po twojemu, czyli jak? – Najwyraźniej był zaniepokojony tymi słowami.
- Zobaczysz – mruknęłam, energicznie zsuwając mu dolną część garderoby. Lekko pchnęłam go tak, by usiadł na zauważonej obok stercie liści czy czegoś, co przypominało je wyglądem. Potem błyskawicznie pozbyłam się bielizny i całkiem nieźle już podniecona, przystąpiłam do realizacji powziętego planu.
Usadowiłam się w ten sposób, że jego męskość znalazła się tuż przed moją twarzą. Tamis bezbłędnie odgadł te zamiary i ścisnąwszy mnie za pośladki, zanurzył swój język w nieźle już wilgotnym i gorącym wnętrzu.
O tak! Tego mi było trzeba! Gdzieś tam pojawiła się iskierka żalu, że to nie Amir, ale później utonęła we wzbierającym pożądaniu, narastającej rozkoszy. Chciałam już tylko jednego! Smoczy erotyzm zadziałał bezbłędnie.
Najpierw pieściłam sam czubek, twardego niczym kamień członka. Potem objęłam go zwilżonymi językiem wargami i delikatnie wsunęłam do ust. Przynajmniej w tym nie byłam całkiem zielona… Za każdym razem robiłam to coraz energiczniej, raz głębiej, raz płycej. Jednocześnie czułam, że i on nie próżnuje. Smok czy nie, trzeba było przyznać, że znał się na rzeczy.
Na efekty mych starań nie musiałam długo czekać. Napiął całe ciało, zanurzył twarz między pośladki i eksplodował ze stłumionym krzykiem. Z satysfakcją podziwiałam jak z jego członka wytryskują kolejne porcje gęstej, mlecznej substancji. Trochę mi było szkoda, że poszło tak szybko. Ja nadal byłam nieziemsko rozpalona…
I w tym momencie mój wzrok padł na osłupiałego dżina, stającego tuż przy wejściu do pieczary.
Ze spokojem wstałam i chwyciłam leżącą na ziemi, sukienkę. Tamis wciąż leżał, wyczerpany przeżytym orgazmem, ciężko dysząc.
- No i co się gapisz? – powiedziałam do Amira, podchodząc bliżej i ujmując się pod boki.
Zacisnął zęby, a w oczach błysnęła mu prawdziwa wściekłość.
- Zabiję niewyżytego gada! – wrzasnął znienacka i przyskoczył do podnoszącego się właśnie Tamisa. Nie wiadomo jakby się to skończyło gdyby znienacka nie rozległ się skrzekliwy okrzyk:
- Marny twój nędzny los, diabelskie nasienie! – I w kierunku znieruchomiałych przeciwników, ruszył, jak widać całkiem już przytomny starzec, z tym swoim pogiętym mieczo-harpunem.
Westchnęłam i podłożyłam mu nogę. Na szczęście miał dość miękkie lądowanie.
- Zachowujcie się! – upomniałam to całe towarzystwo surowo.
- Ty! – wskazałam na Amira. – Zainkasujesz wypłatę. Ty wciągaj portki, koniec przyjemności. A ty staruszku pojedziesz z nami do szpitala. Nie wiem czy czegoś nie złamałeś, ale wstrząs mózgu obstawiałabym na sto procent. No już! Ruszcie się!
Podczas gdy Tamis z wciąż rozanieloną miną się ubierał, a dziadek masował obtłuczone kolano, dżin chwycił mnie za ramię i odciągnął na bok.
- Co to niby miało być? – wysyczał wściekłym szeptem, potrząsając mną.
- Ty myślisz, że niby ile można żyć w celibacie?
- Tylko dlaczego akurat on? – wrzasnął, tracąc resztki opanowania.
- A jak sądzisz? Co ja czułam, gdy za każdym razem obserwowałam twoje erotyczne ekscesy? – spytałam z goryczą.
- Chcesz seksu? Chcesz?!
On przecież był najwyraźniej zazdrosny! O mało nie wykrzyczałam gromkiego hura! Ale coś z tej radości musiało odbić się na mej twarzy, bo Amir gwałtownie poczerwieniał.
- Już ja się tobą zajmę, kiedy tylko wrócimy do domu! – powiedział złowróżbnym tonem. A potem odwrócił się i wrzasnął:
- Ubrałeś się w końcu smoczy wypierdku? Czas na zapłatę! – tu zgrzytnął głośno zębami.
Tamis zamarł z wybałuszonymi oczyma.
- Ja bardzo przepraszam, nie wiedziałem. Gdyby tak było, daję smocze słowo honoru, nie wszedłby ci w drogę – dodał ugodowo.
Cud, że Amir nie rzucił się na niego po tych słowach. Pokręciłam głową z dezaprobatą. Nie poznawałam mojego wesołego, skorego do psikusów dżina. Co mu się stało?
- Ach te sprzeczki kochanków – powiedział z pobłażaniem staruszek, ze stęknięciem podnosząc się z ziemi. – Ja wam radzę dzieci, nie kłóćcie się. Ot, popatrzcie jak ja na tym wyszedłem? Zramolały, samotny, podporządkowany obłąkanej idei. A moja ukochana umarła…
Zaraz! Coś mi zaczęło świtać.
- Ta wiedźma o którą pytałeś?
- Moja luba Kalinka… - westchnął z rozczuleniem.
- Jakie tam umarła… Złamała nogę i leży w pobliskim szpitalu – wyjaśniłam ze skruchą.
Ktoś popukał mnie w ramię. Tamis z uśmiechem wręczył mi coś co lśniło tysiącem srebrzystych iskierek.
- Jaki piękny! – zachwyciłam się szczerze. – To diamenty?
- Tak. Idealne do…
- Dawaj! – Dżin wyrwał mi z dłoni podziwiany naszyjnik.
- To moje – zaprotestowałam. – Oddaj!
- Później. A ty słuchaj gadzino, bo drugi raz nie powtórzę! Masz się zaszyć w tej swojej norze i grzecznie czekać, aż wiedźmę wypuszczą ze szpitala, by mogła rzucić czar. Jak usłyszę jakieś plotki o smoku ze wsi Trupolasy, to daję słowo, sam przerobię cię na gustowny dywanik przed łóżkiem!
Wściekłam się.
- Teleportuj dziadka do szpitala, ja tu sobie jeszcze zostanę na krótką pogawędkę.
Nie dość, że traktował mnie jak dziecko, to jeszcze zabrał świeżo co sprezentowany klejnot. Usiłowałam nie myśleć, że była to swoista zapłata za zrobienie loda…
- Nie ma mowy! – Energicznym ruchem chwycił mnie w pasie i przerzucił sobie przez ramię. Potem złapał dziadka za kark i sekundę później, staliśmy w klaustrofobicznie niskim korytarzu szpitalnym. Ostatnie co zobaczyłam, to Tamis posyłający mi czułego buziaka.
- Brutal – wymamrotałam, poprawiając ubranie.
Amir nie odpowiedział, w milczeniu przypatrując się, jak ostatni członek Zakonu Świętego Jerzego próbuje rzucić się na kolana przy łóżku jakiejś przywiędłej staruszki. Przypuszczałam, że była to ostatnia naczelna wiedźma towarzystwa opieki nad smokiem. Nie bardzo mu to wyszło, ale już po chwili oboje mieli łzy w oczach i coś tam do siebie czule szeptali.
- Świat jednak kręci się wokół miłości – ­podsumowałam całe to wydarzenie, nieco zgryźliwym tonem. – Też zamierzasz czekać, aż będziemy jak oni? – wskazałam ręką rozanielonych staruszków.
Amir spojrzał na mnie z ukosa.
- No co? Przecież mówiłeś, że mnie kochasz?
Bardzo długo milczał.
- Braki zaspokajasz pierwszym lepszym? A na mnie chcesz poświęcić swoje ostatnie życzenie, bo planujesz założyć stadło oficjalne, z gromadką rozwrzeszczanych bachorów? – spytał z goryczą.
- Oczywiście! – syknęłam rozzłoszczona. Ten kretyn nic nie rozumiał! – Wiesz co ci powiem? Jesteś debilem!
Obraziłam się i tym razem do domu wróciłam pociągiem. I oczywiście złapała mnie kontrola, bo jak zwykle jechałam na gapę…
 
  
cdn...
 
PS. Sorry za błędy, ale wolę już nic nie poprawiać, tylko szybko wkleić tekst, póki mogę :)

3 komentarze:

  1. miała być pomyłka...:(
    coraz krótsze te części...

    OdpowiedzUsuń
  2. zarąbiste..czekam na dalszy ciąg.. ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakąś mi się smutno zrobiło....

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.