czwartek, 24 marca 2016

Bo tylko czarne oczy... (XXI) - zakończenie

Chore dzieci, chory mąż, mnie też coś usiłowało dorwać, ale się nie dałam :-) I tyle. Na razie zdrowiejemy. Kończymy mydlaną operę w wersji babeczkowej, a później bierzemy się za Głupstwo i coś całkiem nowego, coś całkiem innego. Kto nie lubi elementów fantastyki w moich opowiadaniach, zadowoli się pierwszym tekstem. Kto chce czegoś bardziej ambitnego, poczyta sobie ten drugi. 

link do części XX - klik

           Bo tylko czarne oczy... (XXI)
– Julia?
Zaskoczona uniosłam głowę, napotykając niezgłębione spojrzenie czarnych oczu.
– A ty tu czego? – Mój dobry nastrój momentalnie się ulotnił, za to pojawił się strach.
– Wróciłem po ciebie – odparł ze spokojem, siadając obok.
Parsknęłam ze złością. Bezczelny bydlak.
– Czyżby Javier za mało zapłacił?
Zmarszczył brwi w geście niezadowolenia, ale widać było, że nie czuje się winnym.
– Nie mam nic wspólnego z tymi pieniędzmi. Zresztą, nie są mi potrzebne.
– Jak to nie? Taka kochanka jak Isebl w końcu kosztuje?
– Wiesz? – spojrzał na mnie z ukosa. Nadal zadowolony z siebie, nadal nieco rozbawiony.
– Wiem.
– Owszem, kosztuje.
I to wszystko. Siedział tuż obok, beztrosko rozwalony na rozgrzanym piasku i oczywiście emanujący męskim seksapilem. Niestety, po ostatniej nocy na mnie te numery przestały działać. Miałam w końcu Javiera.
– Powiem krótko. Nigdzie się stąd nie ruszam.
– To nie było pytanie czy prośba.
– Zauważyłam. To teraz czekam, aż mi porządnie przywalisz, a potem chwycisz za włosy i zaciągniesz do jaskini.
Nie odpowiedział. Kciukiem powiódł po moim nagim ramieniu i ze wstydem muszę przyznać, że nie było to nieprzyjemne. Obudziło ciekawość i… poczucie winy. Jestem porąbana, pomyślałam z niesmakiem. A zaraz po tym, zastanowiłam się jak mam pozbyć się towarzystwa Adána. W głębi duszy zapragnęłam nagłego pojawienia się Javiera, który przepędziłby nieproszonego gościa gdzie pieprz rośnie i raki zimują. Inaczej zaliczę kolejne porwanie.
– Posłuchaj – zaczęłam z wahaniem. – Nie przekomarzam się i nie żartuję. Chcę zostać tu, gdzie jestem. Ty masz swoją Isbel, ja Javiera…
– Nie – uciął lakonicznie.
– Przecież mnie nie zmusisz! – rozzłościłam się nieoczekiwanie, wstając i otrzepując pupę z piasku.
– Założymy się? – Też się podniósł. Najgorsze że był ode mnie o głowę wyższy i z pewnością o wiele silniejszy.
– Nie. To nie jest zabawa.
– Czy ja wyglądam, jakbym się bawił? – spytał chłodno, ujmując mój podbródek i zmuszając, abym uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
– Nie. Ale to przeraża mnie jeszcze bardziej.
– Przestanie.
– Adán, do diabła! Usiłuję ci wytłumaczyć, że jestem zakochana w innym!
– Koniec czczych rozmów – oznajmił, jakby wcale nie słyszał tego, co przed chwilą powiedziałam.
– Nie! – wrzasnęłam, postanawiając że łatwo się nie poddam. Miałam po dziurki w nosie tego cyrku. Głupi patafian! Będzie mi tu rozkazywał, mówiąc co mam robić! Chciałam odwrócić się na pięcie i uciec, ale chyba się tego spodziewał, bo zatrzymał mnie silny uścisk dłoni. Szarpnęłam się, lecz na próżno. – Adán, ja nie…
Pocałunkiem zamknął mi usta, uniemożliwiając dalsze protesty. W panice pomyślałam, że nie dam rady, że jest zbyt silny i zbyt zdecydowany. Mogłam działać jedynie z zaskoczenia. Co mogło go zaskoczyć? Tylko moja uległość. Z trudem stłumiłam wybuch wściekłości, zmuszając się do odwzajemnienia pocałunku. No dobrze, aż takie trudne to nie było, choć jakiś głosik darł się w niebogłosy, abym mu po prostu przywaliła w jaja, zamiast całować. Uciszyłam go, bo walenie miałam w planach, lecz trochę później. Najpierw musiałam doprowadzić do tego, aby poluzował uścisk, abym mogła bez problemu się uwolnić. Przylgnęłam więc do Adána całym ciałem, starając się przywołać dawną fascynację. Musiałam chyba wypaść bardzo autentycznie, bo faktycznie oswobodził moje ramiona, a jego dłonie zaczęły błądzić po moim ciele. Postanowiłam, że policzę jeszcze do trzech i przerwę ten cyrk. Raz, dwa…
– Co wy tu do diabła wyprawiacie?!
W panice wyrwałam się z ramiona Adána, stając oko w oko z rozjuszonym Javierem. Kurwa! wysyczałam w duchu. Jeszcze tego tu brakowało! I to w najmniej odpowiedniej chwili. W życiu mi nie uwierzy, że udawałam, aby się uwolnić.
– Dziwka!
Patrzyłam w jego pełne wściekłości oczy, na wykrzywioną gniewem twarz, na zaciśnięte pięści. Patrzyłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Po raz pierwszy miałam ochotę autentycznie wyć z rozpaczy. Byłam jednocześnie zła, że tak łatwo uwierzył w moją winę, jak i załamana, bo ja na jego miejscu zareagowałabym identycznie.\
– No cóż… – Za to Adán błyskawicznie połapał się w sytuacji, węsząc dla siebie świetną okazję do realizacji swojego porąbanego planu. – Skoro tak, to nie będziemy ci już więcej zawracać głowy.
I to mówiąc chwycił moje ramię. Nie powinien był tego robić. Odwróciłam się i z całej siły przywaliłam mu w tę uśmiechniętą gębę, zaciśniętą pięścią. A potem uciekłam, nie oglądając się za siebie. Zatrzymałam się dopiero w sypialni, w której przed kilkoma godzinami tak namiętnie się kochaliśmy. Zdyszana, usiadłam na łóżku, zastanawiając się, co powinnam powiedzieć, kiedy zjawi się tu wściekły Javier. Rozmyślałam nad tym, nie zauważając upływu czasu. Minęła godzina. Potem druga. Zaskoczona spojrzałam na zegarek, sprawdzając czy aby na pewno dobrze działa, po czy postanowiłam sama go poszukać. Pragnęłam potężnej kłótni, awantury, która oczyści atmosferę między nami. Pragnęłam wyjaśnić mu, że przylazł w najmniej odpowiednim momencie, a ja wcale nie zasługiwałam na to, aby zwracał się do mnie z taka pogardą. No i przede wszystkim chciałam wyjawić mu cichutko i nieśmiało, że chyba się zakochałam. Więc dlaczego go jeszcze nie było?
Nie było go w salonie, ani w gabinecie, ani na tarasie. W kuchni spotkałam zakłopotaną pokojówkę. Właśnie karmiła Puszka, zamkniętego w dziwnej, małej klatce.
– Co się stało? – spytałam zaniepokojona.
– Zgodnie z rozkazami seniorita, przygotowałam go do podróży – wyjaśniła niechętnym tonem.
– Do podróży? A gdzie go zabieracie?
– Nie wiedziała seniorita, że leci z panią?
– A gdzie ja lecę? – Tym razem w moim głosie było słychać zdecydowaną rozpacz.
– Do domu. Za pół godziny przyleci helikopter.
– Gdzie on jest? – spytałam krótko, zdecydowana w przypadku braku odpowiedzi, wydusić z niej potrzebną mi wiadomość siłą.
– Senior Javier? Wyleciał jakąś godzinę temu. Był bardzo rozgniewany – dodała niepewnie. Chyba domyślała się, że to z mojego powodu.
– A kiedy wróci?
– Raczej nie za szybko. Kazał przykryć meble i zamknąć większość pokoi.
Usiadłam na pobliskim stołku, wplatając palce we włosy. Z trudem powstrzymałam łzy. Co za głupiec! Co za skończony dureń! Żeby nawet się ze mną porządnie nie pokłócić…
W głowie miałam chaos. Serce i żołądek bolały mnie na potęgę, ale oczy pozostały suche. Na kolanach trzymałam klatkę z Puszkiem. Niczego więcej nie zabrałam, bo nic nie było moje. Oprócz wspomnień. Owszem, w pierwszej chwili chciałam zostać, zaczekać na tego idiotę, choćbym miała koczować na wyspie niczym kobieca wersja Robinsona, ale po dłuższym namyśle, postanowiłam jednak wróć do domu. Jeśli Javier nie będzie chciał się ze mną zobaczyć, to tego nie zrobi. A ja nie mam najmniejszych szans, aby go namierzyć. Miałam jedynie nadzieję, że na mojej drodze nie stanie Adán, bo wtedy poszłabym siedzieć do egzotycznego więzienia za morderstwo. W afekcie, co prawda, ale zawsze.
Helikopter, mały samolot, większy samolot, aż w końcu stanęłam z kotem w ramionach na płycie rodzimego lotniska. Czułam się wymięta do potęgi, śpiąca, obolała zarówno na ciele, jak i na duszy. Na dodatek od razu uświadomiłam sobie, że jest zimno. Wszelkie formalności miałam w dupie, zresztą załatwiono za mnie wszystko koncertowo. Pan, który mnie eskortował, wręczył mi na pożegnanie szarą bluzę, po czym ukłonił się i zniknął. I dopiero wtedy się rozpłakałam. Siedziałam sobie na ławeczce, łykając łzy, tuląc do siebie mruczącego z oddaniem Puszka. Jak widać obdarzył mnie miłością bezwarunkową, nie to co ten głupek Javier. Jakie to dziwne. Dwa dni temu byłam jeszcze na tropikalnej wyspie, a teraz tutaj, sama, samiuteńka i taka biedna… Rozczuliłam się i pociągając nosem, ruszyłam na  poszukiwanie informacji. Boso i w krótkich dżinsowych szortach stanowiłam tak niecodzienny widok, że bez problemu użyczono mi telefonu, a po godzinie byłam już we własnym mieszkaniu. Na szczęście rodziców nie było, bo o tej porze pracowali.
– Może jednak przenocujesz u mnie? – powiedziała niepewnie Iza, bo to ją wezwałam na pomoc. Zdążyłam również opowiedzieć, co mi się przytrafiło i chyba poczuła się winna.
– Nie, dziękuję. Tutaj będzie mi najlepiej.
– Julka…
I zamilkła. Na pocieszycielkę kretynki ze zbolałym sercem, to ona się średnio nadawała. Na dodatek widać było, że sama promienieje szczęściem. Wyłaziło z niej, nie dając się niczym zamaskować.
– Idź już – uśmiechnęłam się blado. – Nie powinnaś się denerwować z tak banalnego powodu.
– Wierz mi, nie wygląda to na banalny powód. – Przysiadła na kanapie obok, otulając mnie kocem. – Wyglądasz okropnie.
– Dziwisz się? Po prawie dwóch dobach podróży?
– Prywatnym samolotem.
– Czego jedyną zaletą były darmowe drinki.
– No tak – i znów się zakłopotała. – Wiesz, trochę pamiętam tego typa. Wyglądał na strasznego despotę. I sama mówiłaś, że na ciebie krzyczał.
– Bo go postrzeliłam. I spadłam mu na głowę z czubka palmy.
Iza nieoczekiwanie zachichotała.
– Zjawi się wkrótce, zobaczysz.
– Skąd ten wniosek?
– Kobieca intuicja. A może ten drugi również?
– Oby nie. Dosyć mam kłopotów.
– Zrobię ci herbatę i pójdę do sklepu – zaofiarowała się, wstając. – Zjesz coś, wykąpiesz się, prześpisz. I od razu świat wyda się piękniejszy.
– Łatwo mówić – mruknęłam, patrząc jak krząta się w małej kuchence. Otworzyła puszkę z herbatą i zamarła. Zerknęłam na nią podejrzliwie. Gapiła się w okno z dziwnym wyrazem twarzy.
– Co się stało?
– Wiesz… Mam omamy.
– Jakie omamy? – Niechętnie wstałam z kanapy i poczłapałam w jej kierunku.
– Za oknem widzę Zorro na czarnym rumaku…
– Pogięło cię czy chcesz mnie rozśmieszyć?
– To sama zobacz.
Wyjrzałam za okno. Czarny rumak jak nic, a do tego czarny, zamaskowany jeździec, z czarną peleryną powiewającą na wietrze. Tkwili nieruchomo, jak monumentalna, kamienna rzeźba.
– O matko! – wyszeptałam, łapiąc się za serce.
– Mówiłam, że Zorro! – ucieszyła się Iza. – Głowę dam, że to ten mój niedoszły narzeczony.
Przyjrzałam się uważniej.
– No…
– Normalnie zaczynam żałować. No, na co czekasz? Idź do niego? Długo ma tak sterczeć w tym mrozie?
– Trochę mógłby – wyrwało mi się. W zasadzie to jeszcze nie dotarł do mnie sens tego, co widziałam.
– Konia żal.
– To może zaproszę do środka konia, a jeździec niech swoje odcierpi?
– Daj spokój. Widzisz, że długo bez ciebie nie wytrzymał. Wymknę się chyłkiem, a ty go zaprosisz do środka, poawanturujesz się, a na końcu wylądujecie w łóżku.
– Za jakąś godzinę wracając moi rodzice.
– Ja to załatwię – odparła z błyskiem w oku. – Wierz mi, masz trzy godziny. Albo i więcej, bo zmuszę ich, by zostali na kolacji.
Nie odpowiedziałam, nadal gapiąc się na widok za oknem. A potem odwróciłam się i energicznie ruszyłam w kierunku drzwi. Otrzeźwiałam, gdy znalazłam się na zewnątrz, bo naprawdę było cholernie zimno, a ja wciąż w tych plażowych ciuchach.
– Złaź na ziemię! – rozkazałam, szczękając zębami. Potulnie zeskoczył, za to koń ani drgnął.
Miałam ochotę nakrzyczeć na niego, rozpłakać się, wytłumaczyć, ale nic nie zrobiłam. Stałam naprzeciwko z zadartą głową, dygocząc z zimna oraz z nadmiaru emocji i nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. W oknach zaczęły pojawiać się pełne zachłannej ciekawości twarze sąsiadów, a przejeżdżające ulicą samochody wyraźnie zwalniały.
– Dlaczego Zorro? – spytałam w końcu cicho.
– Dlaczego tak namiętnie całowałaś się z tym pajacem?
– Trzeba było przerwać nam minutę później, jak już walnęłabym go w jaja i spróbowała uciec.
– Masz oryginalne metody działania.
– Byle były skuteczne.
– A były?
– Nie wiem. Przerwałeś mi. Więc dlaczego Zorro? Ja tu cierpię, a tobie zebrało się na pajacowanie!
– Sama mówiłaś, że ten hiszpański to z powodu miłości do flamenco i Zorro.
Niesamowite że to zapamiętał. Na dodatek wyglądał w tym stroju wyjątkowo dobrze. Maska zakrywała połowę twarzy, oczy, choć poważne, błyszczały też rozbawieniem. No i ta peleryna, która teraz zdjął, zarzucając mi po dżentelmeńsku na ramiona.
– Jesteś dziwny – oznajmiłam gromkim głosem, usiłując nie szczękać zębami. Tak łatwo to nie zamierzałam mu wybaczyć, a poza tym byłam pioruńsko zmęczona.
– Ty też.
– Nie rozumiem po kiego odsyłałeś mnie do domu w takim pośpiechu?
– Po twoim wylocie, siedziałem sobie na kanapie w salonie, pijąc i rozmyślając, smętnie wpatrzony w nową urnę z prochami dziadka. I doszedłem do wniosku, że jednak się nie poddam. Dodatkową motywacją było wspomnienie rozkwaszonego nosa tego palanta.
– Polała się krew? – zaciekawiłam się gwałtownie.
– Tak. Dobrze że tam byłem… – i umilkł raptownie, gapiąc się na coś za moimi plecami. Zerknęłam również w tamtym kierunku. Z nosem przyklejonym do szyby oraz z szerokim uśmiechem obserwowała nas Iza.
– Jeszcze możesz… – zaczęłam.
– Nie!
To „nie” było krótkie, zdecydowane, nawet powiedziałabym, że podszyte złością. Lekko się uśmiechnęłam. W zasadzie po odpracowaniu jednej porządnej awantury mogłam mu wybaczyć.
– Naprawdę doszedłeś do wniosku, że ci na mnie zależy, gapiąc się na urnę z prochami przodka?
– Co za różnica, na co się gapiłem? – zirytował się. A potem bez pytania o pozwolenie, chwycił mnie na ręce. – Wejdziemy do środka. Ta Polska to cholernie zimny kraj. Aż dziw, że kobiety u was tak gorące.
– Ty mi tu nie szkaluj ukochanej ojczyzny! – odparłam surowym tonem, machając nogami. – A co z koniem? Nie zmieści się w drzwiach.
– Koniem zajmie się on. – Z cienia wynurzył się Rudy i posłusznie przejął pieczę nad zwierzątkiem. Za to mój Zorro raźnio pomaszerował przed siebie, w przejściu mijając się z rozweseloną Izą, która na dodatek pomachała nam na pożegnanie.
W końcu postawił mnie na podłodze, uważnie rozglądając się dookoła. Trzeba przyznać, że w naszym malutkim mieszkanku sprawiał wrażenie, co najmniej egzotyczne. Pomyślałam, że czas na awanturę, po czym szeroko ziewnęłam. Jakoś nie czułam się na siłach po tych kilkunastu godzinach miłosnych rozterek, zmianie strefy czasowej i wszystkich tych wydarzeniach, rodem z brazylijskiego serialu o długości tasiemca mutanta. Na dodatek za dwie, trzy godziny zjawią się rodzice i wtedy to się dopiero zacznie. Znaczy się wiem doskonale, że będą zachwyceni Javierem, ale jak ja im to wszystko wytłumaczę?
– Nie chciałbyś mnie znowu porwać?
Obrócił się w moim kierunku, z wyrazem osłupienia na twarzy.
– Po co?
– Ech! – I klapnęłam z ulgą na miękką kanapę. Oczywiście zaraz zjawił się Puszek, domagając się podrapania za uszkiem. Javier usiadł obok, wyraźnie zafrasowany moją propozycją.
– Zdejmij chociaż tę maskę, bo czuję się jak na kiepskim przedstawieniu.
– Tak zły ze mnie aktor?
Zamilkłam, patrząc na niego wymownie, choć mocno zaspanym wzrokiem. Nie wytrzymał presji tego spojrzenia, ale wcale nie zdjął maski. Znów złapał mnie i podniósł.
– Dobrze – odparł z nagłą determinacją. – Niech ci będzie. Gdzie chcesz być porwana?
– Nie wiem – mruknęłam sennie, wtulając się w jego ramiona. – Gdzieś, gdzie nikt nam niczego nie przerwie. I zabierz Puszka…
I zasnęłam. Było mi lekko, przyjemnie i cieplutko, a ponad to zmęczyły mnie te ostatnie dwa tygodnie. Nic dziwnego, że organizm po prostu się poddał. Miałam nawet w nosie to, co Javier sobie pomyśli.
Widać zrozumiał sytuację, bo kiedy na powrót otworzyłam oczy, leżałam w ogromnym łóżku, znajdującym się w hotelowym pokoju. Za oknami zapadł już zmierzch, w fotelu stojącym przy drzwiach drzemał Puszek. Za to obok, przygniatając mnie ramieniem, leżał Javier. Bez maski, z bosymi stopami, ale wciąż w czarnej koszuli i spodniach. Bardzo delikatnie oswobodziłam się z jego uścisku, po czym odwróciłam frontem, z narastającą fascynacją gapiąc się na pochrapującego miarowo mężczyznę. Przypomniało mi się, jak po raz pierwszy ujrzałam go na plaży, gdy skakał oraz przeklinał i uśmiechnęłam się. Chyba cię kocham draniu, pomyślałam. Zresztą, miłość czy nie, czas na awanturę.
– Pobudka! – wrzasnęłam mu na ucho ze wszystkich sił. Podskoczył jak na trampolinie, po czym z hukiem zleciał z łóżka na twardą podłogę.
Zorro czy nie, przez najbliższe minuty będzie miał przechlapane.

koniec

już i tak za długo to się "pisało" ;-)

22 komentarze:

  1. Opowiadanie zapierajace wprost dech w piersi, pozostawiając niedostyt i pragnienie na więcej,ale zakonczenie cóż,marniutkie i takie jakby na odpiernicz się napisane, moje zdanie takie jest nie wiem jak inni czytelnicy przyjmą zakonczenie,może się ze mną nie zgodzą a może zgodzą ,cóż Babeczko nie obraź się ale pośpieszyłaś się i nie dopracowałaś tej końcówki ,czuje się w nim wymuszenie zakończenia i chęć porzucenia tego opowiadania na rzecz innych zalegających u Ciebie w głowie i czekających niecierpliwie na swoją kolej. Pozdrawiam Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety ale popieram :< da się wyczuć że chcesz zacząć coś nowego a to już ma zakonczenie żeby nie było ze jest niedokonczone, ale rozumiem, masz wenę na inne :)

      Usuń
    2. Zgadzam się! :-)

      Usuń
  2. Uśmiałam się na tym opowiadaniu :D
    I oczywiście było świetne, i nie umiałam doczekać się końca, tak byłam ciekawa co z tego wyniknie ;p

    A teraz... Może pora na dokończenie "onego"? Już tak długo czekam.. i pewnie nie jestem jedyna :x
    Xoxo :)) m.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To samo chciałam powiedzieć ze czekam niecierpliwie na onego 😆

      Usuń
    2. Również czekam na On'ego :)
      A zakończenie? Hm..zdaje ni się, że trochę za szybko i pozostawia dość duży nie fajny niedosyt. Mimo to, opowiadanie fajne :)
      Pozdrawiam, Monia

      Usuń
  3. Świetne na poprawę humoru, lekkie i przyjemne. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Grunt, że się skończyło. Jedno z marniejszych opowiadań, a szkoda, bo poświęciłaś na nie dużo czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi się podobało! ^^

      Usuń
  5. początek zapowiadal się bardzo ciekawie, ale wlasnie fajnie by było jakby się poklocili na wyspie, julia rzucalaby czym popadnie, a na koniec by się pogodzili... ale i tak cie uwielbiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Ufff... teraz moge odetchnąć z ulgą -,-'. Dziękuje Ci za to opowiadanie i za zakończenie, którego tak się bałam. Jesteś wspaniała ♡

    OdpowiedzUsuń
  7. Teraz czekamy na Głupstwo ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pewnego dnia, w innym miejscu ???????

    OdpowiedzUsuń
  9. zgadzam się z Anna, widac że byl pospiech ale i tak cudownie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Mi się wszystko podobało :) bo przecież nie wszystko musi być idealne i wykończone tak jak chcemy - tak jak w życiu. Pozdrawiam A.Ś.

    OdpowiedzUsuń
  11. Hmmm. Ostatnio zauważyłam że, im dłużej czekam na jakieś zakończenie, tym większy czuje niedosyt po jego publikacji. No brak mi w tym tego czegoś. To tylko moje zdanie 😀
    Wesołych i spokojnych świąt Babeczko. Dużo weny i zdrówka dla całej rodzinki.

    OdpowiedzUsuń
  12. Witaj Babeczko. Ja zawsze fajne opowoadanie. Wesole, dowcipne z szczypta pikanterii.
    Ja teraz z innej beczki. Probuje wejsc na strone Ani z Skryw. Pragnienia na Montane 8 a tu mi wyskakuje ze strona ma inny adres czy nie ma strony. Czy ja mam taki problem tylko. Moglabys to speawdzic. Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
  13. Przyznam szczerze, że kawałek z Zorro miałam napisany już wcześniej. Ale i tak czegoś mi tam zabrakło... Pazura?

    OdpowiedzUsuń
  14. Wow ale zamieszanie...opowiadanie fenomenalne...brakowało mi tylko jednego- wyznania miłości ich obojga i tego aby Javier przyznał ze Julia to nie żadne zastępstwo i ze nawet gdyby Iza nie była zajęta to i tak wybrałby ją :-)

    OdpowiedzUsuń
  15. Mi się opowiadanie bardzo podobało jednak szkoda, że Javier nie wytłumaczył Julii czym się zajmuje i ona nawet tego nie drążyła. No i sprawa Adana, który ja uderzył i próbował zgwałcić. W ogóle na to nie zareagował. Pod tym względem mam lekki niedosyt.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.