wtorek, 8 marca 2016

Bo tylko czarne oczy... (XIX)

Z okazji dnia kobiet, wszystkim paniom życzę prawdziwej miłości i upojnego seksu!!! Najlepiej w duecie :-)

A tak nawiasem mówiąc, kulawo z tekstem, bo u mnie panuje grypa żołądkowa. Ja na razie się trzymam, ale zobaczymy jak długo. 

Zbliżamy się do końca. Pewnie dlatego, że mam smaka na coś bardziej ambitnego, coś innego. Tak ogólnie to zdradzę Wam, że plany na ten rok nabierają realnych kształtów, oczywiście mam na myśli te, dotyczące bloga.  Będzie się działo, oj, będzie! ;D

Znalazłam wśród moich tekstów zapisanych na dysku, coś niezmiernie interesującego. Znakomity pomysł, który chciałabym przekuć w opowiadanie. Tak w ogóle to mam tyle planów... Nic nie zdradzę, bo nie mam pojęcia czy czas pozwoli mi na ich realizację. 
Blogonowelę zwaną "Bo czarne oczy" czas zakończyć słodkim happy endem.  Widzę że w ankiecie prowadzi Bohun. Dlaczego mnie to nie dziwi? :)

Gdyby ktoś chciał, to zapraszam do czytania również tutaj >>klik<< ten tekst oczywiście pojawi się na blogu, ale ze znacznym opóźnieniem.

link do części XVIII - klik

            Bo tylko czarne oczy... (XIX)  
Ubrać nie miałam się w co. Po pozbyciu się jęczącego adoratora, orzeźwiającym prysznicu i umyciu zębów, założyłam kolejną koszulkę oraz własne, dżinsowe szorty. Włosy zaplotłam w luźny warkocz i na boso, nadal w złym humorze, pomaszerowałam szukać jadalni. Doprowadził mnie tam zapach kawy. Oczywiście, przy stole siedział don Manuel i Adán. Ten pierwszy z głupim wyrazem twarzy, gapił się na mnie bez słowa. Drugi, rozwalony w swobodnej pozie, w błękitnej koszuli, celowo niedopiętej na kilka guzików i w białych spodniach, mierzył mnie drwiącym wzrokiem.
Naprawdę byłam już tym wszystkim zmęczona. Nawet nie fizycznie, a psychicznie. Sprawy nie ułatwiał wybór pomiędzy dwoma, a w zasadzie trzema kandydatami. Wypiłam kawę, zjadłam śniadanie, a to wszystko pod czujnym okiem Adána i pełnym psiego uwielbienia Manuela. Oni o czymś tam gawędzili, nie dotarł do mnie jednak sens tej banalnej rozmowy. Dziabałam bezmyślnie ostatniego rogalika, gdy od strony drzwi dał się słyszeć stukot obcasów. Obejrzałam się, momentalnie zieleniejąc z zazdrości.
– Witajcie – powiedziała Isbel, siadając przy stole. – Widzę, że załapałam się na śniadanie. Cóż to za grobowa atmosfera?
Patrząc na nią, przelotnie zastanowiłam się, co ten Javier we mnie widział? Tych dwóch tutaj jeszcze zrozumiem, ale jego? Ruda czy Izunia, w sumie żadnej urodą nie dorównywałam, choć charakterek to chyba miałam najbardziej bojowy z nas wszystkich. Chciałam ukradkiem zerknąć na Adána, ale ponieważ on gapił się na mnie cały czas, nie bardzo mi ta ukradkowość wyszła. W duchu przyznałam, że wyjątkowo dobrze mu w błękicie.
– Ty to wymyśliłaś? – spytałam, dolewając sobie soku.
– Powiedzmy.
– Na co ci taki nędzny pisarzyna? – Nawet nie musiałam silić się na ironię, jad sam się ze mnie wylewał.
– To ja raczej spytam, na co mu taka pyskata i mało subtelna baba jak ty?
– Potrafię być subtelna – oznajmiłam z godnością, jednocześnie z całej siły kopiąc Adána pod stołem. To za ten pełen drwiny oraz niedowierzania uśmiech, gdy powiedziałam, że potrafię być subtelna. – Może zdradzisz nam, jak ci idzie?
– Mam na to dwa tygodnie – odparła beztrosko.
– Tak ci się tylko wydaje. Mnie już za trzy dni tu nie będzie.
Ruda uniosła jedynie brwi w geście niedowierzania.
– Uciekniesz konno? – spytała z ironią.
– Nie, ale pewnie znów mnie ktoś porwie.
Pominęli moje słowa milczeniem. Rozmowa toczyła się teraz wokół rodzinnych perturbacji, o ile dobrze zrozumiałam finansowych. Nagle zainteresowana, nadstawiłam uszu. Dopiero po dobrej chwili zaczął docierać do mnie sens tego wszystkiego, bo cała trójka ani trochę nie kryła się ze swoimi zamiarami. Isbel była biedna jak mysz kościelna, o ile myszy mają na koncie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Don Manuel potrzebował kasy na pewną inwestycję, a Adán… Cóż Adán nie mówił wiele. Raczej milczał, bawiąc się łyżeczką, ze wzorkiem utkwionym gdzieś w horyzont. W każdym bądź razie w impasie miały im pomóc pieniądze Javiera, które Ruda wyłudzi po kolejnym ślubie i rozwodzie. Milczałam, czując jak wzbiera we mnie wściekłość. Co za wredna suka! W końcu tak napęczniałam uczuciami, że musiałam wyjść. Żadne z nich nie zareagowało, gdy opuszczałam jadalnię. Przynajmniej tak sądziłam.
– Zaczekaj! – Tuż za moimi plecami pojawił się Adán. – Zaczekaj mówię! – I szarpnął mną ze złością.
– A na co ci taka zwyczajna ja? – Nawet nie próbowałam powstrzymać buchających ze mnie emocji.
– Nie przesadzaj – odparł chłodno. – Skoro chce posuwać moją siostrę, to niech płaci. Nie zbiednieje.
– Aż tyle zarabia na książkach?
– To zaledwie nikły procent jego dochodów. Reszta jednak nie jest, jakby to delikatnie ująć, najzupełniej legalna.
– Reszta? – Tym razem się zdziwiłam. A ja już przyzwyczaiłam się do tej łagodnej wersji Javiera. Adán chyba musiał zauważyć mój sceptyczny wyraz twarzy, bo zacisnął zęby, a w jego oczach pojawiły się dziwne błyski.
– Niewiele o nim wiesz.
– Więcej niż o tobie – burknęłam. – Po co ona tu przyleciała?
– Sprawdzić czy rzeczywiście cię mamy. Twoje wyczyny są sławne, nie wiadomo co mogłaś wykombinować.
– Przesadzasz.
Znajdowaliśmy się na tarasie, od strony domu osłoniętym przez bujną roślinność, za to z doskonałym widokiem na morze. Oparłam się o drewnianą barierkę, ponuro zamyślona, a Adán stanął tuż za plecami, kładąc dłonie na moich ramionach.
– Daj sobie z nim spokój – wyszeptał. – A jeśli chcesz, pomogę ci w tym.
– Jestem zmęczona. Zniechęcona. I wolałbym wrócić do domu. Podobno w Polsce szaleją prawdziwe śnieżyce?
– Tęsknisz za zimnem?
– Za normalnością. Weź te ręce z moich piersi, ale już! Obmacujesz mnie niczym napalony nastolatek.
– Nie jestem nastolatkiem.
Nie był, fakt. Był za to tak niebezpiecznie męski, pociągający, że prawie się ugięłam. Prawie. Poza tym po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że to wszystko jest częścią większego planu. No bo jak sprawić, abym nie bruździła im w sprawnie przeprowadzanej akcji? Bardzo łatwo. Podsunąć innego kandydata, rzekomo pałającego do mnie szaleńczą miłością, ogłupiałego z pożądania. Z Manuelem nie wyszło, bo już na samym początku się zjeżyłam i próbowałam uciec. Adán to co innego. Pamiętałam chłód jego oczu na samym początku, lekceważący uśmiech, stoicki spokój. A potem nagle mu odbiło i zamienił się w namiętnego kochanka. Zatęskniłam do Javiera. Tak szczerze, prawdziwie. Może to niesprawiedliwa myśl, ale przy nim wszystko było znacznie łatwiejsze. Nawet jeśli czasami tak mocno się na mnie wściekał.
Wyplątałam się z ramion Adána. Zauważyłam złość na jego twarzy. Nic dziwnego, bo chyba nie przywykł, aby kobiety zbytnio mu się opierały.
– Mam ochotę wyłącznie na swoje własne towarzystwo – powiedziałam ze spokojem.
– Ach tak? – odparł jadowicie. – To ci je zapewnię.
I odwróciwszy się na pięcie, odszedł. Pal cię licho, pomyślałam zniesmaczona, po czym odetchnęłam z ulgą. Nie na długo.
– Kochanie?
– Ile razy mam mówić, abyś mnie tak nie nazywał! - wrzasnęłam wytrącona z równowagi. Miałam jeszcze ochotę dodać jakiś obraźliwy epitet, ale ugryzłam się w język.
– Czy spojrzysz na mnie kiedyś łaskawszym okiem? – spytał żałośnie don Manuel.
– Jak mnie odstawisz do domu – zaproponowałam podstępnie.
– Nie mogę. Isbel mi zabroniła. Mamy więc…
Nie słuchałam go dalej. Nie miałam na to ochoty. Zbiegłam po kamiennych schodach i uciekłam na plażę. A potem wybrałam się na długi spacer. Miałam wystarczająco dużo czasu, aby obmyśleć z tysiąc wariantów ucieczki, jednak każdy z nich okazał się nierealny.
Czas wlókł się niemiłosiernie wolno. Zjadłam obiad, wykąpałam się w basenie, zjadłam kolację. Rozmyślałam, planowałam, a wszystko to w samotności, pod czujnym okiem służby i ochroniarzy. Isbel i jej dwaj porąbani bracia zniknęli. Zastanawiające, ale długo nie zaprzątałam sobie tym głowy. Usiłowałam dyskretnie umknąć do gabinetu, w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby mi pomóc w ucieczce. W końcu się udało. Gabinet był niewielkim pokojem o ciemnozielonych ścianach, ciężkich meblach i wygodnych, obitych skórą fotelach. Stał w nim komputer, który na nic mi się nie przydał, bo nie znałam hasła. Szuflady biurka były zamknięte. Na regałach stały jedynie książki. W kominku leżały resztki spalonego drewna. Usiadłam w fotelu i zaczęłam dumać, jak by się tu dobrać do solidnych zamków. Niestety, bez efektów. Poirytowana na maksa całą tą sytuacją, niezapowiedzianą samotnością i nagłą tęsknotą za krajem ojczystym, wytrąbiłam pół butelki dżinu, mieszając go uprzednio z tonikiem. Kiedy wracałam do sypialni wyraźnie czułam, jak kręci mi się w głowie. Podświadomie spodziewałam się tam obecności Adána, albo chociażby żebrzącego Manuela, ale nic z tego. Nie pojawił się żaden z nich. Padłam na łóżko, jak stałam, w ciuchach, w butach, bez mycia zębów. Padłam i potężnie chrapnęłam.
Za to po przebudzeniu pojawił się kac. Uporczywy ból głowy oraz mdłości, nieświeży oddech i zdrętwiałe ciało, skutecznie popsuły mi humor już na sam początek dnia. Nie poprawiła go ani długa odprężająca kąpiel, ani aromatyczna kawa. A tym bardziej pojawienie się tego parszywca.
– Gdzie byłeś? – warknęłam nieuprzejmie, kiedy usiadł tuż obok mnie przy stoliku na tarasie. – I gdzie przykurcz?
– Nie obrażaj mojego brata. – Miał lodowaty głos, a w oczach niebezpieczne błyski. – Byliśmy zajęci.
– Czym?
– Nic ci do tego.
– Ruda zołza wyjechała?
Nie odpowiedział. Siedział, patrząc na mnie chłodno, jakby nagle postanowił zmienić front. Nie, zachowywał się właśnie tak, jak na samym początku. Albo więc zrozumiał, że nie ma szans na podryw, albo postanowił wziąć mnie na przeczekanie. Chociaż bardzo tego nie chciałam, poczułam żal. Zajmujący miejsce naprzeciwko Adán wyglądał jak kwintesencja wszelakich kobiecych pragnień. Jego egzotyczną urodę podkreślał ciemno czerwony kolor koszuli, oczywiście niedopiętej, jak na prawdziwego macho przystało. W sumie Javier kolorki miał podobne, ale wypadał znacznie łagodniej w odbiorze. Ten tutaj wyglądał na niebezpiecznego i z pewnością taki był. Odruchowo dotknęłam obolałego policzka. Gdzie się podział ten wczorajszy, pełen namiętności mężczyzna? Pewnie po prostu ode chciało mu się grać w tej komedii. Czy to teraz takie ważne? Przecież go nie chciałam…
– Skończyłaś śniadanie?
– Powiedzmy. Na razie poprzestanę na kawie.
– Skoro tak, to chodź. – To mówiąc wstał, wyciągając w moim kierunku rękę. – Coś ci pokażę.
– Co?
– Tajemnica. Spodoba ci się – dodał drwiąco. Miał silną, dużą dłoń. Postanowiłam że dam sobie spokój z protestami. Nie miałam na nie ani siły, ani ochoty. Czułam się tak zmęczona obecną sytuacją, że najchętniej skuliłbym się gdzieś w ustronnym kąciku, przeczekując zawirowania.
Ku mojemu zdumieniu, znaleźliśmy się na płycie lądowiska. Czekał tam na nas Manuel za sterami helikoptera, znacznie większego niż ten, którym latał Javier. Posłał mi nieśmiały uśmiech, na który odpowiedziałam krzywym grymasem, ładując się do środka. W zasadzie było mi już wszystko jedno, gdzie trafię, a przez chwilę miałam nawet nadzieję, że wypchną mnie na środku oceanu, utopię się i będę w końcu miała święty spokój. Adána trochę zdziwił brak pytań, lecz zachował milczenie. Wskazał mi miejsce z tyłu, za ich plecami, a potem sam usiadł tuż obok pilota. Lecieliśmy prawie godzinę, a ja cały czas gapiłam się w bok, podziwiając bezmiar otaczającej nas wody. Dzień był słoneczny, o znakomitej widoczności, silnie kontrastujący z moim kiepskim samopoczuciem. Adán czasami zerkał do tyłu, najpierw drwiąco, potem z coraz większym zaciekawieniem. Nic dziwnego, bo siedziałam sztywno jak przysłowiowy kołek. Nie pyskowałam, nie awanturowałam się, nie zadawałam upierdliwych pytań o cel wyprawy. W końcu chyba poczuł się zaniepokojony, ale to również miałam w nosie. Moja obojętność zniknęła dopiero, kiedy na horyzoncie pokazały się kontury doskonale mi znanej wyspy.
Teraz zrobiło się nieprzyjemnie. Nie wierzyłam w ich dobrą wolę, musieli mieć w tym wszystkim jakiś cel. Gdyby nie zbyt mały okres czasu, to pomyślałabym, że Javier hajtnął się z Rudą. Zresztą kto ich tam wie…
Wylądowaliśmy. Plac był pusty, nie pojawił się nikt z służby. Adán pomógł mi po dżentelmeńsku wysiąść, a kiedy umilkł hałas, odezwałam się z namysłem:
– Co knujesz?
– Nic. Zwracamy cię z powrotem. Taki był plan.
– Czyj? – spytałam podejrzliwie. – Twojej siostry?
Nie odpowiedział. Gwałtownie przyciągnął mnie ku sobie i pocałował. Tym razem jego usta miażdżyły moje wargi, brutalnie i władczo, aby nagle znienacka przerwać. Odepchnął mnie i rzekł szyderczo:
– Idź! Wracaj do ukochanego.
Podejrzenia przerodziły się w pewność. Coś tu śmierdziało! I to mocno! Obróciłam się na pięcie, kierując się ku domowi, a w dalszej kolejności ku sypialni Javiera. Dopadłam drzwi, energicznie otwierając je na całą szerokość…

17 komentarzy:

  1. Więcej, więcej, więcej, więcej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Za cie babeczko zabije, jak Boga kocham zabije. MIAŁAŚ TAK NIE KOŃCZYĆ !!!

    OdpowiedzUsuń
  3. no nie babeczko, jak moglas w takim momencie skonczyc... :( ja chce więcej

    OdpowiedzUsuń
  4. Teraz bym chciała żeby jednak była z Adànem. :-D

    OdpowiedzUsuń
  5. a i oczywiście również zycze ci wszystkiego co najlepsze z okazji dnia kobiet

    OdpowiedzUsuń
  6. Ty chcesz mnie Babeczko wykończyć nerwowo ucinając opowiadanie w takim momencie! Czekam z niecierpliwością na więcej :D

    OdpowiedzUsuń
  7. W takim momencie?! Kurde no mniej litość daj szybko cd.

    OdpowiedzUsuń
  8. No nieeeee ilez można tego nie kończyć! Jeszcze!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Babeczko mam nadzieje ze nie ugielas sie pod grozbami i prosbami gimbazy oraz romantyczek domagajacych sie mdlego jak kasza manna Javiera i po prostu taki byl plan;) nawet jesli sie ugielas - i tak Cie uwielbiam :p i nadal czytac bede z pelnym zaangazowaniem - prawo autora robic co chce a prawo wiernego czytalnika - i tak uwielbiac jego tworczosc ;)ps. Mozesz zrobic o Adanie inne opowiadanie jesli mnie przeczucie nie myli? Bo szkoda chlopa:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od początku byłam za tym zeby byla z Javierem i zdania nie zmienie. Moim zdaniem takie zakonczenie nie jest mdłe tylko jest odzwierciedleniem tego co sama chcialabym przezyc (nie chcialabym miec nic wspolnego z damskim bokserem takim jak Adan) Ps. Gimnazjum skonczylam ładnych pare lat temu ;)

      Usuń
  10. No Ty to wiesz kiedy przerwać... Z niecierpliwością czekam na kolejną część.

    OdpowiedzUsuń
  11. cooooo? W takim momencie? O ZGROZO!!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Za co? Ja się pytam za co? Proszę, błagam NIE...... (krzyk rozpaczy)!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Obstawiam że "ruda zołza" jest z Javierem . czekam na kolejną część :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Przeczytałam wczoraj ale zabrakło mi słów. Babeczko jak mogłaś przelać w takim momencie i wdodatku w moje urodziny;)
    Życzę weny i zdrowia I.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie wiem jak to mozliwe, że Adan podoba się niektórym z Was. Potem się dziwic kolejnym wyznania celebrytek i innych o przemocy w domu i w zwiazku...

    OdpowiedzUsuń
  16. Witam. Zgadzam się z przedmówcą. Dla mnie facet, który uderzył kobietę ma dyskwalifikację. Dawno mnie tu nie było. Dzisiaj przeczytałem wszystkie części i...zonk. W niezłym momencie przerwana akcja. Ciekawy jestem, w którą stronę to pójdzie.
    Pozdrawiam. Marek

    OdpowiedzUsuń