niedziela, 14 lutego 2016

Bo tylko czarne oczy... (XIII)

Przepraszam was, że tak długo, ale nie dało rady prędzej. Jakby się wszystko na mnie sprzysięgło, co siadałam do kompa, to go zamykałam. Tak czy inaczej - Kochliwych Walentynek życzę!

link do części XII - klik

           Bo tylko czarne oczy... (XIII)
Koń jak koń, miał cztery nogi, poczciwe oczy i siodło z tym całym ustrojstwem. Jak na mój gust był zbyt wysoki, ale nie ośmieliłam się wybrzydzać. Carlos z dumą opowiadał o swojej hodowli, a ja ukradkiem rozglądałam się dookoła, patrząc jak inni wsiadali. Teoretycznie nic trudnego, stopa w strzemię, chwycić się siodła i unieść dupsko w górę. Tyle teoria. W praktyce jednak… Szkoda że nie mogłam podstawić sobie krzesła.
– Wsiadasz czy nie? – Nie wiem jakim cudem Isbel znalazła się tuż obok. Na karym rumaku prezentowała się nadzwyczaj interesująco, nawet pogrążony w rozmowie Javier zerkał na nią z uznaniem. Tak przynajmniej mi się wydawało. Rozpaczliwie złapałam więc łęk siodła, włożyłam stopę w odpowiednie miejsce, z głuchym stęknięciem uniosłam w górę tyłek i wzięłam zamach nogą, aby przerzucić ją przez konia. I udało mi się znakomicie, do stu piorunów, bo siedziałam teraz dokładnie twarzą do końskiego zadka. Sytuacja rodem z durnej komedii. Najgorsze było jednak to, że nie miałam pojęcia co dalej?
– Zrobiłaś to specjalnie czy naprawdę nie umiesz jeździć konno? – Obok pojawił się Javier, patrząc na mnie z zaciekawieniem.
– To mój pierwszy bliższy kontakt. No pomóż mi w końcu, bo czuję się jak kompletna idiotka.
– Na pewno chcesz z nami jechać?
– Tak.
Nie spodziewałam się, że tak bez problemu chwyci mnie w pasie, uniesie w górę i po prostu posadzi w odpowiedniej pozycji. Jednak te mięśnie nie były tylko na pokaz. Spojrzałam na niego z podziwem, a potem ujęłam uzdę i cichutko, tak aby nikt więcej nas nie słyszał, spytałam:
– Jak się tym steruje?
– Naprawdę sądzę, że lepiej będzie jak zostaniesz.
Jeszcze czego! Ruda już sobie ostrzyła swoje wybielane kły, w nadziei, że uda jej się odzyskać męża. Wyraźnie było widać jej zamiary. Wyobraziłam ich sobie razem w łóżku, zgrzytnęłam zębami, a potem suchym tonem poprosiłam o udzielenie mi podstawowych instrukcji.
No i ruszyliśmy. Cała grupa w jednym kierunku, ja w drugim. Cholerna szkapa była chyba jakąś outsiderką, bo dlaczego nie mogła podążyć za innymi końmi? Zamiast wytyczonej ścieżki, zamarzyła jej się trasa pośród bujnej roślinności.
– Julia! Nie kombinuj, dołącz do nas – krzyknął rozbawionym głosem Javier, który doskonale wiedział, w czym rzecz. W rozpaczy gwałtownie wbiłam się kurczowo piętami w boki konia i z całej siły pociągnęłam za wodze. Piekielna kobyła zarżała i w popłochu ruszyła przed siebie. Nie wrzasnęłam, bo z przerażenia straciłam głos. Im prędzej on biegła, tym bardziej kurczowo ciągnęłam za wodze. Całe szczęście, że dookoła była bujna roślinność, więc nie mogła rozwinąć zbyt dużej prędkości. W końcu jakaś gałąź trzepnęła mnie w twarz, a wtedy puściłam wodze i spadłam, lądując wśród gęstych liści jakiegoś krzaka. Leżałam nieruchomo zastanawiając się, czy jeszcze żyję, czy już nie.
– Julia! Do ku… Julia!
Specjalnie nie otworzyłam oczu. Ręce Javiera bardzo delikatnie uniosły moją głowę, a potem powędrowały na szyję, szukając pulsu. Idiota. Naprawdę sądził, że jeden głupi koń dałby mi radę?
– Do diabła! – zaklął soczyście. – Ocknij się kobieto, bo ja przez ciebie nie tylko rozstroju nerwowego, ale i zawału dostanę! No dalej! – poklepał mnie po policzku.
– Coś ty taki wrażliwy El Diablo? – uchyliłam jedną powiekę, zezując na niego złośliwie.
– Nic ci nie jest? – spytał z widocznym niepokojem. Jego oczy badawczo wpatrywały się we mnie, a usta były tak niebezpiecznie blisko. Wystarczyło odrobinę unieść głowę… Długo się nie namyślałam. A Javier wcale nie pozostał obojętny. Odwdzięczył się pocałunkiem nieco gwałtownym, ale pełnym emocji, gorącym i namiętnym. Chwycił mnie wpół, lekko przyciągając ku sobie i całował. Bezczelnie wtargnął językiem pomiędzy moje wargi, napierając z taką siłą, aż zabrakło mi tchu i…
– No, no! Myśleliśmy że ją cucisz, a wy się tu całujecie – rozległ się nad nami pełen wesołości głos Carlosa. Niech to piorun strzeli, pomyślałam ponuro, doprowadzając do porządku swoje ubranie, po tym Javier pomógł mi stanąć na nogi. Musiał nam ten bubek żołędny przerywać? Czy ja zawsze skazana jestem na cholernego pecha? Dobrze że chociaż Ruda się nie pojawiła, bo chcąc wyładować na kimś swoją frustrację, z pewnością wybrałabym ją. Zerknęłam ja Javiera, on na mnie również. Potem z wyraźnie cierpiętniczą miną oraz rozbawieniem w oczach, chwycił mnie w pasie i posadziwszy na swoim koniu, sam zajął miejsce za moimi plecami.
– Tak będzie lepiej. Dopilnuję żebyś więcej nie robiła głupot.
Szczerze mówiąc, było niewygodnie jak diabli, ale za nic bym teraz nie zrezygnowała. Dodatkowo panował piekielny upał, kleiliśmy się do siodła i do siebie nawzajem. Jednak żadne z nas nie odsunęło się od drugiego nawet o centymetr. Javier z Carlosem toczyli rozmowę na temat koni, ja milczałam, delektując się tą nieoczekiwaną bliskością. W końcu dogoniliśmy pozostałych i muszę przyznać, że mina Isbel była bezcenna. Pomyślałam wrednie, że dałaby w końcu spokój, swoją szansę już miała, teraz czas na mnie. Zerknęłam na silne, ciemne dłonie, trzymające wodze. Powędrowałam wzrokiem w górę, aż do szerokich ramion, dyskretnie wykręcając głowę i doszłam do wniosku, że wcale jej się nie dziwię.
– Lepiej ze mną? – spytał cicho Javier, pieszcząc oddechem moją szyję.
– Lepiej.
– Widać. Wyglądasz na zadowoloną.
Nie odpowiedziałam, a jedynie oparłam się o jego tors. Byliśmy na samym końcu, więc od razu wykorzystał sytuację. Czułam jak jego wargi dotykając mojej rozgrzanej skóry, jak dłonie zaczynając błądzić po nagich udach. Czułam bicie jego serca na moich plecach, coraz szybsze i mocniejsze.
– Jak się ktoś odwróci, to będzie skandal – zażartowałam.
– Mam to gdzieś – wymruczał. – Świat się nie zawali.
– Coś ty nagle taki chętny i odważny?
– Siedzisz półnaga tuż przede mną i pytasz dlaczego? Nie jestem z kamienia.
– Jakby zamiast mnie, byłaby tu owłosiona gorylica też byś tak zareagował? – spytałam żartobliwie, z całej siły próbując okiełznać rosnące podniecenie.
– Jeśli miałaby taki tyłeczek jak ty, to pewnie tak.
Zatkało mnie. Zwłaszcza że jego ręce właśnie dotarły do zachwalanej części ciała, poczynając sobie tam coraz śmielej.
– O oczach nie wspominając – kontynuował coraz bardziej schrypniętym głosem. A potem nagle popędził konia.
– No nie! Znowu? – odezwałam się z żalem. – Po cholerę zaczynasz, jak nie masz zamiaru kończyć?
– Łatwo ci mówić – mruknął. – Zaraz dojedziemy do celu i to nie ty będziesz paradować z namiotem w spodniach.
Ach! No tak, coś tam dziwnie uwierało w pośladki, ale nigdy bym nie przypuszczała… Co za kretynka ze mnie, pomyślałam z goryczą. A potem złośliwie zaczęłam się wiercić, nieznacznie kręcąc pupą i perfidnie ocierając się o Javiera.
– Przestań! – jęknął. – Bo cię zwalę na ziemię!
– Brutal! – zachichotałam. – Tylko spróbuj!
Jednak mnie nie zrzucił. Pewnie dlatego, że właśnie znaleźliśmy się wśród pozostałych, którzy zatrzymali się na niewielkim wzniesieniu. Przed nami rozciągał się niesamowity widok na ocean, połowę wyspy i ogromne, grafitowe chmury piętrzące się w oddali. Te chmury pewnie by mnie mocno zaniepokoiły, gdybym akurat nie rozmyślała o czymś innym. O Javierze, który zgrabnie zeskoczył z konia, potem po prostu zdjął mnie z jego grzbietu, a teraz stał tuż obok, nadal obejmując ramieniem. Jak to się stało, że nagle tak doskonale zaczęliśmy się czuć w swoim towarzystwie? Skąd te pieszczoty, pocałunki, skąd tak dobra komitywa? Zachowywał się zupełnie inaczej niż tydzień temu, więcej, zupełnie inaczej niż przedwczoraj czy wczoraj. Jakby naprawdę zaczęło mu na mnie zależeć. Jakby się… zakochał? Aż prychnęłam, rozbawiona tą myślą, potem jednak przestało to być śmieszne.
– Coś się stało? – spytał obiekt moich westchnień.
– Zastanawiam się, dlaczego nagle zrobiłeś się taki milusi?
– Ja milusi? – Javierowi aż oczy wyszły na wierzch. – Ja?!
– To metafora – odparłam ze zniecierpliwieniem. – Ale sam pomyśl; niedawno krzyczałeś, że mnie ukatrupisz.
– Coś ty się tak uparła zejść z tego padołu? – warknął nieoczekiwanie rozzłoszczony. – Carlos, my wracamy. Musimy dolecieć do domu przed burzą.
– Przecież możecie zanocować?
– Nie! – przerwały mu jednocześnie dwa wzburzone głosy. Teraz zamilkło całe towarzystwo, wpatrując się w nas w zdumieniu.
– Chcę zachować czystość aż do ślubu – skromnie spuściłam oczy, z całej siły usiłując się nie roześmiać. – Biała suknia, biały welon, biała ja. No wiecie…
– To dam wam dwie sypialnie – powiedział nieco osłupiały Carlos.
– Jednak wolimy wrócić. – Javier uszczypnął mnie w pośladek. Nie zmieniając wyrazu twarzy, dyskretnie kopnęłam go w łydkę. Niech się cieszy padalec jeden, że nie powiedziałam, iż czekam aż wyleczy rzeżączkę. Wtedy dopiero byłoby obciachowo.
– Znów mam włazić na tego konia – gderałam, ponownie zajmując miejsce. – Mam dosyć. Bolą mnie nogi i pupa.
– Nie marudź. Pomasuję ją jak dotrzemy na miejsce. I nie martw się, dziewictwo możesz zatrzymać – dodał złośliwie. – Nadal będziesz miała szanse na białą suknię i welon.
– Idiota. Ciesz się, że nie…
– Wiem. Mogłaś oznajmić beztrosko, że leczę rzeżączkę.
– Jak my się jednak rozumiemy – wymruczałam, zerkając na niego przez ramię. – I nie tak prędko, bo spadnę.
Powrót by znacznie szybszy, pewnie ze względu na zbliżającą się nawałnicę, a nasz pospiech chyba udzielił się całej grupie, bo nie pozostali w tyle, twardo depcząc nam po piętach. Javier milczał całą drogę, zamyślony, nieobecny. Jakbym jechała z zupełnie innym mężczyzną niż poprzednio. Jedynie co się nie zmieniło, to to, że wciąż obejmował mnie w pasie. Chociaż przypuszczałam, że robił to raczej dlatego, aby nie zgubić kłopotliwej baby. Na miejscu wypiliśmy jeszcze pożegnalnego drinka, zgarnęliśmy spoconych ochroniarzy i po chwili byliśmy w powietrzu.
– Ja cię nie rozumiem – kręciłam się na fotelu, starając znaleźć sobie wygodniejszą pozycję. Naprawdę bolała mnie pupa. – Co ci tak spieszono? Carlos obiecał, że da nam dwie sypialnie, byłbyś bezpieczny. A ta wyspa wyglądała solidniej niż twoja.
– W taką pogodę wolę być w domu.
– A jak to będzie szalony cyklon, rodem z filmowego horroru?
– Przestań bredzić. Załatwiłem z nim, to co chciałem, więc i tak wracalibyśmy za dwie godziny. Po prostu przyspieszyłem wylot.
– No tak.
Zamilkłam. Taki się dziwnie nerwowy zrobił. Powiedziałam coś nie tak? W sumie, to przez cały czas bezczelnie pyskowałam. Zaraz, zaraz, przed nagłą decyzją o powrocie, grzebał w komórce. Może dostał ważną wiadomość, albo stało się coś złego? Na przykład policja przechwyciła transport prochów, który szedł do Stanów? Zerknęłam z ukosa na milczącego Javiera. Pasował mi na bossa kartelu narkotykowego. Na mordercę i gwałciciela już nie bardzo, bo gdyby nim był, to ja dawno bym gryzła ziemię pod jakąś palmą. A jednak musiało stać się coś ważnego, coś co przyspieszyło nasz powrót.
Trzeba przyznać, że dolecieliśmy w ostatnim momencie. Chwilę później zerwał się mocny wiatr i lunął deszcz. Ruszyliśmy biegiem w kierunku domu i wpadliśmy do środka solidnie przemoczeni. No dobrze, nie miałam na sobie przysłowiowej suchej nitki.
– Idę się przebrać – oświadczyłam, ale Javier tylko nieuważnie skinął głową. Zaraz potem wyjął z kieszeni telefon i zaczął rozmowę w języku, którego nie znałam.
– A mówią, że my, kobiety mamy zmienne charaktery. I że jesteśmy humorzaste – warczałam, z furią ściągając z siebie przemoczone ciuchy. Jak już się przebrałam, pomaszerowałam do kuchni. Jedzenie oczywiście podbudowało mnie na duchu, ale to, co widziałam za oknem już nie. Smętnie pomyślałam, że takich rzeczy nie ma w folderach biur podróży. Najgorsza burza jaką dotychczas przeżyłam, to pikuś w porównaniu do tego tam. I wtedy postanowiłam poszukać towarzystwa. Oczywiście Javiera. Podokuczam mu, powygłupiam się, może mi się humor poprawi?
Podreptałam do salonu, który był pusty. Potem do gabinetu, bo widziałam, że pali się tam światło, którym okazała się być lampka przy doskonale mi znanym biurku. Nadal pełna obaw, czy aby dobrze robię, zbliżyłam się najpierw do okna. Na zewnątrz szalał żywioł, tutaj, w środku było przytulnie, spokojnie i znacznie ciszej. Gdzie się podziewał Javier? Wiedziałam że jeszcze przed chwilą tu był, w powietrzu unosił się zapach cygara, na talerzu leżało niedojedzone ciasto. Podeszłam do biurka, gapiąc się podejrzliwie na starą maszynę do pisania, z której wystawała do połowy zapełniona kartka papieru. Tuż obok leżał cały stosik takich kartek, zapisanych, równiutko ułożonych. Wzięłam do ręki tę z wierzchu i osłupiałam. Zaczęłam czytać to, co było tam napisane, potem sięgnęłam po kolejną i nagle mój umysł przeszyła niczym błyskawica pewna myśl.

10 komentarzy:

  1. I kolejny raz zakończenie w takim momencie...ehhh

    OdpowiedzUsuń
  2. No wiesz co! Urwac w takim momencie :-( no dobrze wybaczam bo jest cudownie:-* tylko proszę kochana jak najszybciej następną część bo wybuchne z ciekawości:-) mam nadzieję że jeszcze będzie dużo czytania przed nami:-D

    OdpowiedzUsuń
  3. O, nowa część, jeszcze gorąca. Ide czytać :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Babeczko, jak Boga kocham, jeśli jeszcze raz zrobisz takie zakończenie przestane czytać twojego bloga. Świetne, czekam na więcej i jestem niecierpliwa ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Babeczko, jak możesz !? W takim momencie?!

    OdpowiedzUsuń
  6. Nic dziwnego, że bolał ją tyłek, skoro jechali we dwoje na siodle jednoosobowym ;) Wiem, że mamy nie czepiać się realiów, ale we dwoje to można na oklep jechać - siodła dwuosobowe to naprawdę rzadkość :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Myslałam ze bedzie bardziej romantycznie ale tez dobre. Czekam na ciag dalszy nadal ;p

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda , że poszłaś w pastisz i karykaturę. Pastisz jest dobry, jak jest krótki.
    Na pewno się go łatwo i szybko pisze, bo nie trzeba przejmować się wiarygodnością zdarzeń, głębią psychologiczną bohaterów i takimi szczegółami, że koń ciągnięty za wodze staje (jak silne szarpnięcie to dęba) a nie rusza z kopyta.
    Zaczyna być niestety nudne. A na dodatek widać, że pisane na kolanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zanim napisałam scenę z koniem, znalazłam sobie odpowiedni blog o koniach i stamtąd zaczerpnęłam informacji. Więc albo ja źle coś zrozumiałam, albo ktoś coś źle opisał :( Nie polemizuję, bo moja przygoda z końmi zakończyła się po jednym dniu, po czym stanowczo odmówiłam kontynuacji, zapierając się przy tym rękoma i nogami :)
      Co do przesady - na samym początku ostrzegałam, że tak będzie, bo na tego typu pisaninę mam ochotę. Choć rozumiem, że nie wszystkim to się podoba. To nic, może nadrobię kolejnym opowiadaniem, które w najmniejszym stopniu nie jest do tego podobne.

      Usuń
    2. Po prostu mam wrażenie, że rozmieniasz talent na drobne. Twoje wcześniejsze teksty, zwłaszcza te mroczne były ambitniejsze. W których widać, że erotyka była dodatkiem do większej historii.

      Zaczyna mi brakować napięcia erotycznego między bohaterami, toczonej gry, pewnych niedomówień, intryg i tajemnic (bardziej skomplikowanych niż mafiozo-pisarz), mężczyzn, którzy wykazują się czymś więcej niż tylko dużą sumą gotówki i bohaterek, które poza dziecinnym pyskowaniem, mają trochę oleju w głowie.

      Swoją drogą to opowiadanie o El Diablo przypomina mi powieść Joanny Chmielewskiej "Ostatnie zdanie nieboszczyka" - porwana przez pomyłkę, przetrzymywana w willi mafioza na tropikalnej wyspie, grająca porywaczom na nerwach bo ma na nich haka.

      Usuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.