piątek, 12 lutego 2016

Bo tylko czarne oczy... (XII)

Wstęp króciutki, nawiązujący do pytań o książkę. Niestety dotychczas nie udało mi się wydać profesjonalnego ebooka, a tym bardziej czegoś papierowego. Bogiem a prawdą, próbowałam jedynie z "Wygraną"; wysłałam ją do wszystkich możliwych wydawnictw, grubo powyżej dwudziestu. Dostałam dwie lakoniczne odpowiedzi, składające się z jednego krótkiego zdania, że nie są zainteresowani. Reszta mnie olała. Doszłam więc do wniosku, że widocznie moja pisanina nie jest na tyle dobra, aby ją wydać i na niej zarobić, a to przecież dla wydawnictwa rzecz najważniejsza. Potem rozwinęłam bloga i niczego już więcej nie wysyłałam. Mam ambitny projekt samodzielnego wydania czegoś papierowego, ale to jednak kosztuje, a na razie szczerze się przyznam, że mnie nie stać.
A propos własnej inwencji - większość z was pewnie już czytała, a niektórzy może nadal nie - że moja koleżanka "po piórze" podjęła się realizacji bardzo ambitnego projektu. Z całych sił trzymam za nią kciuki, w Was odsyłam do zakładki po lewej stronie z napisem "koniecznie wejdź".
A teraz, skoro skrobnęłam słówko, idę spać, bo mam tak kosmiczny katar, że łeb mi pęka, nie wspominając o biednym, obolałym nosie... W zasadzie gdyby nie musiała zrobić jednego przelewu, to pewnie w ogóle nie otworzyłabym kompa :-)
No i zapomniałabym - mój Maleńki kończy dziś osiem miesięcy :-D Aż się wierzyć nie chce! Dobra, z tej okazji troszkę dłuższy kawałek. Zwłaszcza że w ostatniej części pozwoliłam sobie na mały żarcik ;-)

link do części XI - klik

            Bo tylko czarne oczy... (XII)
Obudziłam się już, gdy za oknem było już prawie ciemno. Nienawidziłam spać w dzień, bo po przebudzeniu mdliło mnie i czułam się taka dziwnie wymiętoszona. Tym razem nie było inaczej. Pokrzepiłam się szklanką wody, przepłukałam zęby i spojrzałam w lustro. W moich oczach wciąż dawał się zauważyć gniew. Już sądziłam, że Javier zmądrzał, że tym razem zdobędzie się na coś więcej niż „przepraszam, pomyliłem się”, a tu klops. Nic. Nadal poirytowana wyszłam na zewnątrz, na taras, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. I widok jaki ujrzałam, wręcz wmurował mnie w marmurowe płyty, na których stałam.
Zachód słońca był przepiękny, cały w purpurze i fiolecie, doprawiony odrobiną złota oraz czerwieni. Ciągnął się szeroką łuną po całym niebie, topił w odległych wodach oceanu, jednocześnie kładąc na nich barwne refleksy. Do tego chmury, spiętrzone, ogromne, przerażające.
– Być może to zapowiedź nadchodzącego tajfunu – odezwał się Javier, pojawiając się tuż obok. – Nie mogłaś poprzestać na policzku?
– Nie – odparłam krótko, nawet na niego nie patrząc. – Nie mogłam. Jakiego tajfunu? To groźne?
– Czasami – wzruszył ramionami. – Już więcej tego nie zrobię.
– To nie rób – odparłam obojętnie. Znacznie bardziej interesowała mnie sprawa nadchodzącej burzy. – Masz tu jakiś schron czy co? Okręt podwodny?  
– Oszalałaś? Niby po co? Trochę powieje, popada i to wszystko.
– Trochę? – spytałam z powątpiewaniem. Przypomniały mi się różne, pełne zgrozy historie, więc jakoś jego słowa mnie nie uspokoiły. – A jak przyjdzie fala tsunami? Taka na sto metrów albo i więcej?
– Przestań bredzić. Co do Belli…
Tym razem na niego spojrzałam. Ale jak! Mój wzrok musiał być iście morderczy, bo Javier urwał w pół słowa, dziwnie czerwieniejąc.
– No dobrze, już dobrze. Jutro po południu masz być gotowa na wylot.
– Ten mafijny?
– Tak – nagle poweselał. – Będziemy tam palić cygar, debatować jakie tu niegodziwości by jeszcze popełnić i strzelać do ruchomego celu.
– Ha, ha. Bardzo śmieszne – skrzywiłam się. – Skąd tajfun w styczniu, przecież zazwyczaj występują latem i jesienią?
– Dlatego powiedziałem być może. Nie panikuj.
– Ale schron by się przydał. Co mam na siebie włożyć?
Tak nieoczekiwanie zmieniłam temat, że przez dłuższą chwilę tylko gapił się na mnie zdziwiony.
– Co masz ubrać? – upewnił się. – Nie wiem. Coś eleganckiego.
– Mogę zabrać bagaż?
– Będziemy tam jeden wieczór. Ale jak chcesz – wzruszył ramionami. – Wracam do siebie, mam jeszcze dużo do zrobienia.
– Konstruujesz bomby czy czyścisz broń?
– Ostrzę noże i układam niecne plany. I muszę przesypać dziadka ze słoika do nowej urny.
Tym razem się nie odezwałam. Wolałam pozostać na tarasie i do samego końca podziwiać barwne widowisko. Przy okazji pogłowiłam się też nad niuansami naszej znajomości. Siedziałam i dumałam, ale żaden pomysł na oczarowanie Javiera do tego stopnia, by się w końcu zdeklarował, nie wydał mi się doskonały. Gorzej, większość nie była nawet dobra. Najlepiej będzie jeśli wrócę do domu i zapomnę. Zmarkotniałam. Trochę trudno coś takiego zapomnieć. A na dodatek jeśli on faktycznie osiągnie swój cel i ożeni się z Izą, to będę cierpiała podwójnie. Gdy oczyma wyobraźni zobaczyłam ich na ślubnym kobiercu, takich pięknych, wymuskanych, szczęśliwych, to mało brakowało, a udławiłabym się ze złości. Energicznie wstałam i podreptałam do kuchni, gdzie zawartość lodówki pocieszyła moje zbolałe serce. Potem wróciłam do swego apartamentu, przejrzałam szafę, wstępnie wybrałam kreację i poszłam spać. Śnił mi się wystawny bal, na którym pełno było tłustych mafiosów z ulizanymi fryzurami i cygarami w zębach. Wśród nich siedział Javier, też godnie nadęty, w białej marynarce i pod muchą. Za to ja wdzięczyłam się i krygowałam, głupio chichocząc i puszczając oczka. Nie reagował, a dopiero kiedy byliśmy sami, brutalnie przycisnął mnie do ściany i zaczął całować. Wcześniej cygaro wsadził do kieszeni, więc nagle poczułam, że coś mnie parzy. A to bolało! I obudziłam się z Puszkiem, który bezczelnie ulokował się na moim żołądku. To chyba stąd ten ból? Pożałowałam jedynie klimatu ze snu. Końcówka mogłaby być interesująca. Chyba że Javier ze snu przerwałby w tym samym momencie, co Javier na jawie?
Kiedy wsiadłam do helikoptera, obiekt moich myśli siedział już na miejscu pilota. Posłał mi kose spojrzenie, krótko pozdrowił i odwrócił wzrok. Nic dziwnego, bo moja sukienka nie należała do skromnych. Kusa górą i dołem, idealnie eksponowała to, co powinna eksponować. Za naszymi plecami ulokowało się dwóch ochroniarzy, którzy usiłowali udawać, że nie gapią się na moje nagie nogi. Po pięciu minutach od startu Javier nie wytrzymał.
– Nie mogłaś ubrać coś skromniejszego? – syknął.
– W taki upał? Ciesz się, że nie włożyłam na siebie bikini.
– Ja jakoś wytrzymuję w długich spodniach.
– Tak? To trzeba było mi pożyczyć jedne.
– Masz jakąś chustę czy coś w tym rodzaju?
– Coś mam. Przy kapeluszu.
– To natychmiast się przykryj.
– Nie.
– Jak to nie? – wybałuszył na mnie oczy. Potem zgrzytnął zębami ze złości. – Ale już! Bo cię odstawię z powrotem do domu!
– To nie jest mój dom – mruknęłam, ale go posłuchałam. Dziwne, bo nadal nie wyglądał na zadowolonego. Lecieliśmy ponad pół godziny, pod nami sam ocean, aż w końcu na horyzoncie ukazał się ląd. Na początku niewyraźny, wąski pasek brzegu, potem zrozumiałam, że to sporych rozmiarów wyspa.
– Czy możesz mi w końcu zdradzić, gdzie jesteśmy?
– Hawaje – odparł krótko.
– Hawaje? – mina mi się wydłużyła. – Kiepsko pasuje na siedzibę mafii.
– Najciemniej pod latarnią.
Zerknęłam do tyłu, bo ochrona wydawała z siebie dziwne dźwięki. Jakby stłumiony chichot. Uspokoili się dopiero, gdy Javier posłał im ostrzegawcze spojrzenie. Cholera wie, może to wcale nie były Hawaje? Przestałam się nad tym głowić, bo doszłam do wniosku, że skoro on nie chce mi tego powiedzieć, to spytam kogoś na przyjęciu. Najwyżej będzie zdziwiony.
W końcu, gdy minęliśmy kilka większych wysp po drodze, zbliżyliśmy się do dużo mniejszej. Na samym jej końcu widać było elegancką posiadłość i tam właśnie wylądował Javier. Zgrabnie, bez problemu. Na skraju betonowej płyty czekał na nas wysoki, szpakowaty mężczyzna. Gdy umilkł silnik, otworzyłam drzwi i niezgrabnie usiłowałam wyskoczyć. Wtedy podbiegł i pomógł mi z kurtuazją. W oku miał błysk zainteresowania. Nic dziwnego, bo przy wysiadaniu podwinęła mi się frywolnie kiecka, ukazując więcej niż bym chciała.
– Moja narzeczona – oświadczył twardym głosem Javier, zjawiając się tuż obok. Tymi słowami wprawił mnie w takie osłupienie, że nawet nie zaprotestowałam. Patrzyłam jak panowie się witają, pozwoliłam nawet ująć się za ramię i poprowadzić w kierunku domu. Oprzytomniałam dopiero w połowie drogi.
– Jaka narzeczona kretynie? – wysyczałam. – Co ci znowu strzeliło do łba?
– To babiarz. Odczepi się jedynie, gdy wyraźnie zasygnalizuję, że należysz do mnie.
– I co z tego, że babiarz? A może ja mam ochotę na krótki, niezobowiązujący romansik?
– Nie w moim towarzystwie – odparł ze spokojem. - Chłopcy odprowadzą cię do apartamentu, abyś się mogła odświeżyć i przebrać.
– A ty?
– Ja idę na drinka.
Posapałam chwilę ze złości, ale poszłam do tego cholernego pokoju. Narzeczona? Głupi palant. Już ja mu to wybiję z głowy przy najbliższym spotkaniu. Odświeżać się nie potrzebowałam, przebierać również, napiłam się jedynie wody i przypudrowałam nos. Po czym okazało się, że ochroniarze nie chcą mnie wypuścić z pokoju.
– Dopiero gdy senior pozwoli – powiedział jeden z nich.
– Albo wyjdę drzwiami, albo oknem – oświadczyłam słodkim tonem. – Przy czym okno znajduje się na piętrze, więc nie wiem, w jakim będę stanie po wszystkim.
Zerknęli na mnie z niepewnością. Potem na siebie. Moje ekscesy były im znane, więc groźbę potraktowali całkiem serio.
– Pójdę i spytam – zaoferował się ten z mniejszą masą mięśniową. Łaskawie skinęłam głową. Czekałam może niecałe pięć minut, po czym ochroniarz wrócił.
– Senior się zgodził – oznajmił. – Proszę za mną, do salonu.
Niechby nie! pomyślałam. Naprawdę wylazłabym przez okno. Sposób by się znalazł.
W salonie było mnóstwo ludzi i spory gwar. Naliczyłam czternaście obcych osób, zresztą oczy wyłaziły mi na wierzch, bo miałam przed sobą scenę jak z amerykańskiego filmu o życiu milionerów. Najpierw byłam zachwycona, potem smętnie pomyślałam, że z tego bogactwa zrobiłabym o wiele więcej pożytku.
– To Julia – przedstawił mnie Javier grupce osób, gdy tylko do niego podeszłam. Siwy gospodarz miał na imię Carlos, a jedna ruda małpa, tak piękna, że aż zapierało dech w piersiach, Isbel. Reszta jakoś umknęła mej pamięci.
– Chodzą słuchy, że znów się zaręczyłeś? Byłam zdziwiona, że to nie Clarisa jest wybranką – odezwała się Ruda aksamitnym głosem, delikatnie gładząc Javiera po przedramieniu. Sapnęłam oburzona. No to bezczelna zołza! Bez pardonu strąciłam jej dłoń, a potem odważnie spojrzałam w oczy.
– Jeszcze raz, a przekonasz się jak łatwo pozbyć się zębów oraz włosów, zwłaszcza jeśli są doczepiane. Więc łapy precz od mojego narzeczonego!
Ruda zaniemówiła, zresztą kilka osób, które również słyszały moje słowa, także. Za to Javier z trudnością powstrzymywał napad śmiechu.
– No co? – spytałam nieco agresywnie. – Może powiesz, że taki macie zwyczaj obmacywania cudzych partnerów?
– Nie, nie – zaprzeczył szybko. – Pozwól kochanie ze mną na słówko…
Pozwoliłam. Wyszliśmy na taras, z którego rozciągał się wspaniały widok na ogród.
– Nie musisz reagować tak agresywnie.
– Wczuwam się w rolę. Chyba – spojrzałam na niego złośliwie – że odwołamy nasze zaręczyny i będę sobie mogła w spokoju poromansować z kimś innym. Ruda się ucieszy.
– To moja eks – zerknął na mnie rozbawiony.
– Która?
– Trzecia.
– Cholera – powiedziałam zmarkotniała. Jeśli tak wyglądały jego byłe żony, to co ja tu robiłam? Daleko mi było do takiego towarzystwa, oj, daleko. – Lecz to nie powód do spoufalania się w mojej obecności. Dlaczego się rozstaliście?
– Zdradziłem ją. Zresztą, z czwartą żoną.
– Tą, którą ukatrupiłeś i zakopałeś w ogródku?
– Co ty z tym ogródkiem?... Nikogo nie zabiłem. Wzięła należną jej część majątku i się ulotniła.
– A piąta?
– Piątej też nie zakopałem. Wracajmy, bo za chwilę podadzą obiad.
– Nie mam ochoty – mruknęłam, opierając się o marmurową barierkę. – Nie pasuję tam. Te baby są obwieszone klejnotami i rozmawiają jedynie, na co wydały pieniądze swoich mężów. Nawet ich psy mają swoich psich psychoanalityków i ciuchy od Chanel. Tyle pieniędzy się marnuje – dodałam z jawnym żalem.
– Dlaczego zaraz marnuje?
– Bo wiesz – niepewnie spojrzałam na Javiera. – Zawsze jak widzę takie bezsensowne wydawanie forsy, to stają mi przed oczyma te głodne dzieci z Afryki. Niemowlęta umierające tuż po porodzie na tężec, starsze na gruźlicę. To takie cholernie niesprawiedliwe.
– A z jakiej racji ktoś ma wydawać swoje ciężko zarobione miliony na zasmarkane bachory z krajów trzeciego świata? – warknął poirytowany Javier. – To byłaby dopiero strata!
Bardzo długo gapiłam się na niego bez słowa. Rozczarowanie jakiego doświadczyłam było prawie że namacalne, niemal fizycznie bolesne. Jak on mógł? Jak mógł powiedzieć coś takiego? Poczułam łzy napływające do oczu, potem spływające po policzkach. Tym razem nic nie odpowiedziałam, odwróciłam się jedynie na pięcie i uciekłam w głąb ogrodu. Prześladowało mnie echo jego słów, cynicznych, pełnych złości, bezlitosnych.
– Julia! Zaczekaj! – Javeri podążał tuż za mną. – Zaczekaj mówię!
W końcu dopadł mnie przy zejściu na plażę, tuż obok wysokiej, smukłej palmy. Za to ja zamiast zareagować złością, rozbeczałam się na dobre.
– No przestań, proszę! – Niemal siłą objął mnie i przytulił. – Cholera! Naprawdę przepraszam. W zasadzie to tak nie myślę. Po prostu starym zwyczajem chciałem stanąć po przeciwnej stronie barykady niż ty. Nie zdawałem sobie sprawy, że to tak głupio zabrzmi.
Pochlipywałam wtulona w jego pierś, a Javier gładził mnie po włosach, tłumacząc się z taką dziwną bezradnością. Wbrew wszystkiemu zrobiło się bardzo przyjemnie, choć nie do końca. Między nami wciąż pobrzmiewało echo jego drwiących słów.
– Julia, proszę! – Teraz w moje włosy wtulił twarz. – Daję słowo, że dostaniesz ode mnie czek na okrągłą sumę całego miliona i wykorzystasz na te biedne dzieci. Albo na cokolwiek będziesz chciała. Tylko już nie płacz, proszę! To gorsze nawet od tego, gdy na mnie krzyczysz, albo gdy mnie bijesz.
– Serio? – Oderwałam się od jego przemoczonej koszuli. Miał w oczach coś takiego, że od razu mu wybaczyłam. Był poruszony, zaniepokojony i aż wierzyć się nie chciało, że to przez moje łzy.
– Z tym milionem? Tak.
– Nie. Pytałam czy to naprawdę gorsze od moich złośliwości czy głupich wybryków?
– Znacznie gorsze – uśmiechnął się krzywo. – Wyszedłem na dupka, prawda?
– W końcu masz szatańską ksywkę.
– A ty najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. I wolę w nich widzieć gniew niż rozczarowanie.
Tym razem roześmiałam się i na powrót przytuliłam do szerokiej piersi. Dlaczego by nie wykorzystać okazji, jak już się nadarzyła? Przyjemnie było w jego objęciach, przyjemnie było słuchać szczerych przeprosin.
– Lepiej? – wyszeptał, przeczesując palcami moje włosy. – Lepiej prawda? To otrzyj te łzy, bo wracamy na obiad. Później Carlos ma dla nas niespodziankę. Zwiedzimy wyspę konno.
– Konno? – Moje doskonałe samopoczucie momentalnie zdechło. – Skąd tu konie?
– Przypłynęły wpław – powiedział żartobliwie Javier, dając mi czułego pstryczka w nos. – Nie lubisz koni?
Nie odpowiedziałam, zastanawiając jakby tu się wyłgać. Wróciliśmy do salonu, a stamtąd poproszono nas od razu do jadalni, więc uniknęłam kłopotliwych pytań ze strony Javiera. Za to przez połowę obiadu knułam misterny plan. Który upadł, gdy usłyszałam Rudą.
– Nie mogę się doczekać małej przejażdżki. Twoja narzeczona tez jedzie? – spojrzała na mnie z fałszywą życzliwością. Fałszywą, bo na ustach miała szeroki i serdeczny uśmiech, a w oczach prawdziwą żądzę mordu. A ja z rozpaczą pomyślałam, że nie mam bladego pojęcia o jeździe konnej. Trudno. Raz kozie śmierć.
 





12 komentarzy:

  1. Konie wplaw... No padlam ze śmiechu, dzięki Babeczko :-D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dostaniemy coś na walentynki czy to tekst który miał być właśnie dodany 14?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach, jedyne co mogę powiedzieć po nadrobieniu całego opowiadania to to, że normalnie Cię uwielbiam za stworzenie czegoś takiego. Twoje postacie są doskonale wykreowane, Julia podbiła moje serce. Chwilami doprowadzałaś mnie do tego, że płakałam ze śmiechu. Mój ulubiony moment-wydostanie się z szopy na narzędzia i rzucanie kokosami ^^ Chętnie przeczytałabym to w wersji książkowej ^^ Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy, życzę Ci dużo weny, a z okazji zbliżających się walentynek dużo miłości :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na Walentynki będzie kolejna część, w zasadzie już napisana, tylko do poprawienia. Mam nadzieję, że zdążę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babeczko a ile będzie części tego opowiadania?
      Pozdrawiam gorąco i dodam że uwielbiam twoje opowiadania.Gdy tylko kończę jedno nie mogę doczekac się kolejnego. Twórz dalej bo świetnie ci to wychodzi.
      Ewela. ;) :*

      Usuń
  5. Babeczko, czy wysyłałaś swoje teksty do wydawnictwa NovaeRes? Spróbuj koniecznie. Trzy lata temu też u nich wydawałam książkę, ponieważ żadne inne wydawnictwo nie było zainteresowane :) Pozdrawiam serdecznie i czekam na ciąg dalszy opowiadania 😊

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochana Babeczko mam pytanie, ile będzie części tego opowiadania? Wspaniale piszesz i życzę ci powodzenia w dalszej twórczości. ;). Nie mogę doczekać się kolejnej części. ;)
    Pozdrawiam, Ewka ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Babeczka pisałą przy jakies częsci, jeśli dobrze pamietam, ze nie wie ile będzie cz - ze bedzie tyle ile wyjdzie.

      Usuń
  7. Moze trzeba odliczać do polnocy zeby nasza Babeczka dodala szybko kolejna czesc(cicho trzymam kciuki na dluzszy kawalek)Tinella:);)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ojeju...
    Zawrjuje ;-;
    Cały czas zaglądam czy jest nastepna częsc, miała byc na walentynki i nie ma.
    Dodasz ją dzis Babeczko czy raczej nie?

    OdpowiedzUsuń
  9. Kiedy w końcu kolejna część ? :D Przez cały dzień sprawdzam , czy już dodałaś <3

    OdpowiedzUsuń
  10. babeczko kiedy dodasz nowa część? nie mogę się już doczekać:(

    OdpowiedzUsuń