środa, 10 lutego 2016

Bo tylko czarne oczy... (XI)

Dopadło mnie przeziębienie. Najgorsze że nie idzie wziąć L4 na macierzyństwo w domu :( Teraz chyba szykuje się ostatni etap czyli katar. Na szczęście pociechy zdrowe. Przynajmniej na razie. Przeglądałam ulotkę na walentynki pewnej drogerii, razem cztery strony a4, na dwóch preparaty typu:  prezerwatywy i inne. Może jestem dziwna, ale mnie to zniesmaczyło. Później było gorzej. Włączam córci Kopciuszka wersję animowaną online, a na początku reklama. Zgadnijcie czego? Prezerwatyw. Przed bajką dla dzieci... Może jestem dziwna, ale zniesmaczyło mnie to jeszcze bardziej. Mam wyrzuty sumienia, bo ostatnio oglądam za dużo telewizji. Co prawda głównie Housa i Katastrofy w przestworzach, ale zawsze. Raz się zagapiłam, przyszła córcia i po kwadransie stwierdziła, że ona w samolot nie wsiądzie. Od tego czasu się pilnuję i po prostu wyłączam pudło. Czytać nie idzie, bo nawet podczas karmienia Małego tak ciekawi to coś szeleszczące, co mam w ręce, że przestaje pić i usiłuje mi wyrwać lekturę. Uwielbia też obrabiać grzejnik i moje kapcie domowe :-)
A tak w ogóle to chciałam napisać, że specjalnego opowiadania na walentynki nie będzie. Może w przyszłym roku? Głupstwo porzuciłam na razie na rzecz tekstu poniżej, który wciągnął mnie na całego. Za to postaram się dać podwójną porcję, na osłodę życia. Trochę mnie wkurzają te początki kataru, bo ciężko pisać sceny miłosne jak leci człowiekowi z nosa ;-)

link do części X - klik

            Bo tylko czarne oczy... (XI)
I słusznie, bo udało mi się uniknąć zejścia z tego padołu. Skakałam sobie po falach, wywrzaskując na głos różne głupoty, tylko dlatego, że i tak nikt nie mógł mnie usłyszeć. Potem zebrało mi się na śpiewy, przy czym szczyt moich możliwości stanowił „wlazł kotek na płotek”, więc można było sobie wyobrazić jak mocno fałszowałam. Oceanowi to nie przeszkadzało i mogłam sobie zawodzić do woli.  Właśnie kiedy piskliwie wyciągałam górne c, tuż obok rozległo się głośne prychnięcie.
– Wszystkie ryby wyzdychają.
– Mogą sobie pływać gdzie indziej – oświadczyłam pogodnie. Nie wiadomo dlaczego, byłam w znakomitym humorze.
– Służba mi wymówi.
– Nie narzekaj. Trenuję przed waszym ślubem – dodałam złośliwie.
– Na zakończenie przyda się jak znalazł. Goście od razu uciekną, nawet bez pożegnania. W oporniejszych możesz rzucać kokosami.
– Kiedyś, dawno, dawno temu – zaczęłam zmyślona. – Dawno, dawno…
– W innej galaktyce…
– Nie przerywaj. Nie spodobał mi się taki jeden chłopak, bo naśmiewał się z mojej pupy.
– Zabiłaś go, zatarłaś ślady i zakopałaś w ogródku? – Podtrzymał mnie, gdy zaskoczona zbyt wysoką falą, odskoczyłam do tyłu.
– Nie. Rzuciłam w niego doniczką z kaktusem.
– Dużą?
– Sporą. To było w szkole i nauczycielka strasznie się wkurzyła.
– No zobacz, jak widać nie tylko ja nie lubię, gdy się we mnie czymś rzuca.
Dziwne, nadal nie puszczał mojej ręki. Gapił się tylko na szalejący ocean, a kciukiem pieścił wierzch dłoni. Zerknęłam w dół. Zafascynował mnie kontrast pomiędzy jego ciemną, a moją dużo jaśniejszą skórą. Zaskoczyło ciepło płynące z delikatnego dotyku. Cichutko westchnęłam, bo pragnęłam o wiele, wiele więcej. Po co miałam to przed sobą ukrywać? Przed nim jak najbardziej, ale przed sobą?
– Dlaczego powiedziałaś, że kłamię?
Tak. Cholernie domyślny facet. Idealny przedstawiciel swojej płci.
– Ech…
– Serio pytam. – Tym razem spojrzał prosto na mnie.
– Kiedyś ci powiem. Co będziemy robić przez pozostałe siedem dni? – szybko zmieniłam temat.
– Aż się boję pomyśleć. Mam nadzieję, że trochę mi odpuścisz?
– Trochę tak. Wyjeżdżasz?
– Pojutrze lecę na przyjęcie do znajomego. Ty ze mną.
– Naprawdę? – ucieszyłam się.
– Strach zostawić cię samą na cały wieczór. Już lepiej będę cię miał na oku.
– A to przyjęcie to impreza mafii? Będę El Lucyfery i El Belzebuby, wino w czaszkach wrogów, skalpy zdarte z pokonanych, karki obwieszone bronią?
Już przy czaszkach miał dziwny wzrok.
– Być może. Ale nic i tak nie przebije ciebie.
– Zabrać Puszka? – zaoferowałam.
– Nie. Na miejscu mają tresowane lwy. Nakłonisz je do współpracy i zeżrą towarzystwo. Krokodyl też chyba jest. I piranie.
– Poradzę sobie choćbym miała do dyspozycji sardynki z puszki, chomika i pluszowego misia.
– O! W to nie wątpię.
Wsunęłam dłoń pod jego ramię, a potem ruszyliśmy plażą przed siebie. Nie przeszkadzała nam nagła cisza, która zapadła po jego ostatnich słowach. Wiatr szarpał naszymi ubraniami, ale słoneczko świeciło jak wściekłe i widoku rajskiej plaży ze wzburzonymi falami nie opisze żadne słowo. To trzeba po prostu zobaczyć, tam trzeba być. Uśmiechnęłam się do siebie, a potem zaskoczona spojrzałam na Javiera, który nagle bez słowa objął mnie w pasie. Szkoda że nie pocałował…
– I pomyśleć, że za tydzień wrócę do szarej i nudnej egzystencji – odezwałam się z nagłym żalem. – Za to ty odetchniesz.
– No nie wiem. Już się przyzwyczaiłem do twoich wybryków.
– To dosyć dziwne słowa, nie uważasz?
– Pewnie tak – spojrzał w dół, prosto w moje oczy. – Musisz dać mi słowo, że będziesz nas często odwiedzała.
Prychnęłam. Co za głupek.
– Pewnie. Na początek wproszę się na miesiąc miodowy i będę podglądać jak uprawiacie seks.
– Zrobiłabyś to?
– Jezu, Javier! A może jeszcze będę chodzić z wami na romantyczne spacerki?
Raptownie przystanął.
– Coś nie tak? – spytałam zaniepokojona.
– Dużo – odparł krótko. Już mnie nie obejmował, za to pełnym znużenia gestem przesunął dłonią po czole. – Wszystko jest nie takie, jak powinno. Przede wszystkim ty. Potem ja sam. I cholernie złośliwy los…
Nie przerwałam mu, nie odpowiedziałam, nawet się nie poruszyłam. Tak delikatnie mnie objął, powoli przyciągając ku sobie, pochylając się i dotykając czołem mego czoła. Zatopił w moich oczach nieodgadnione spojrzenie, choć gdzieś tam w głębi widziałam narastający żar, widziałam przebłysk mrocznych pragnień. Zapowiedź czegoś niezwykłego, szalonego.
– Nigdy wcześniej nie spotkałem kobiety takiej jak ty – powiedział cicho.
– W pozytywnym znaczeniu?
– Także. Na początku chciałem byś była jak inne, byś grała według tych samych zasad, ale już dawno zmieniłem zdanie. To dobrze, że jesteś - przerwał, bardzo delikatnie dotykając gorącymi wargami skrawek mojego policzka - sobą.
– Pasujemy jak pięść do nosa – użyłam swojego ulubionego określenia.
– Gorzej – uśmiechnął się. – Znacznie gorzej.
Tym razem jego usta spoczęły na moich i choć pocałunek na początku był delikatny jak tchnienie wiosennego wiatru, to zmieniał się z każdą upływającą sekundą. Coraz więcej w nim było zdecydowania, żaru, pożądania. Przymknęłam oczy, kładąc dłonie najpierw na jego ramionach, później przesuwając wyżej i splatając na karku. Pojawiło się podniecenie; najpierw jako blady cień, potem nabrało realności, wyostrzyło zmysły, zawładnęło nami bez reszty. Staliśmy tak na brzegu, przytuleni, a nasze stopy omywały wzburzone fale. Usta wciąż się dotykały, naciskały, pieściły, odrobinę badawczo, i z ciekawością, i odrobinę przekornie, jakby nie chciały pozwolić, aby zawładnęło nami jedynie pożądanie. Do ust dołączyły ciała, dłonie, pragnienia. Trzeba przyznać, że nie doświadczyłam niczego cudowniejszego, jak zachłanność tego pocałunku, jak momentami delikatne, a chwilami brutalne pieszczoty silnych rąk Javiera. A kiedy nagle przerwał, wydałam z siebie pomruk niezadowolenia.
– Musimy to zakończyć.
– Dlaczego? – spytałam, starając się, aby nie zabrzmiało to zbyt żałośnie. Patrzyłam w jego rozszerzone podnieceniem źrenice, gładziłam opadającą i wznoszącą się pierś i wtedy pomyślałam, że to przecież jasne. Nie nadawałam się na bohaterkę tego nieoczekiwanego romansu.
– Ja muszę to zakończyć – dodał schrypniętym głosem. – W ogóle nie powinienem zaczynać.
– Pewnie! – sarknęłam, odsuwając się na bezpieczną odległość. – Tyle ślicznotek dookoła, na co ci ja?
Chciałam się odwrócić i uciec, aby nie zauważył mojego rozczarowania, ale złapał mnie za ramię i przytrzymał.
– Julia… Przepraszam. To chyba dlatego, że jednak jesteś podobna do Belli.
Te słowa wywołały szaleństwo. Co za pokręcone bydlę! Najpierw mnie całuje, potem odpycha, a na koniec twierdzi, że to, co między nami zaszło, to z powodu mojego podobieństwa do Izy. Ciekawe kurwa w czym? Zacisnęłam dłoń i z całej siły przywaliłam mu prosto w środek twarzy, a potem poprawiłam kolanem, celując tym razem dużo niżej. Nie czekając na efekt moich działań, sarkając i złorzecząc pod nosem, pomaszerowałam w kierunku domu. Teraz naprawdę byłam wściekła. Wpadłam do sypialni, z całej siły trzasnęłam drzwiami, tak że echo poszło po okolicy, a potem padłam na łóżko. Gapiłam się w sufit, na zmianę zgrzytając zębami i pochlipując. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziłam się już, gdy za oknem było już prawie ciemno. Nienawidziłam spać w dzień, bo po przebudzeniu mdliło mnie i czułam się taka dziwnie wymiętoszona. Tym razem nie było inaczej. Pokrzepiłam się szklanką wody, przepłukałam zęby i spojrzałam w lustro. W moich oczach wciąż dawał się zauważyć gniew. Już sądziłam, że Javier zmądrzał, że tym razem zdobędzie się na coś więcej niż „przepraszam, pomyliłem się”, a tu klops. Nic. Nadal poirytowana wyszłam na zewnątrz, na taras, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. I widok jaki ujrzałam, wręcz wmurował mnie w marmurowe płyty, na których stałam.

link do części XII - klik

11 komentarzy:

  1. Ojjj w takim momencie kończyć :( dużo zdrówka kochana :*:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojjj w takim momencie kończyć :( dużo zdrówka kochana :*:)

    OdpowiedzUsuń
  3. O nie, skończyłaś tak szybko, jak tak mogłaś? :x

    OdpowiedzUsuń
  4. Kurde w takim momencie? Toć ja skisnę z ciekawości :( oczywiście cudeńko. Bożenka.

    OdpowiedzUsuń
  5. Boże powiedz mi czemu ludzie piszący świetne opowiadania męczą nas kończąc w momentach tak emocjonujących i tak nas wszystkich wkurzać? (super opowiadanie ;* )

    OdpowiedzUsuń
  6. Czekam na ciag dalszy, nie ładnie tak konczyc :c

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem ciekawa jak zareaguje Javier :) super jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam czy istnieje może jakaś książka autorstwa Babeczki???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie, gdyby tak bylo na pewno bym ja miała. ;>

      Usuń
  9. Wielka szkoda :-(

    OdpowiedzUsuń
  10. Babeczko planujesz dzisiaj ciąg dalszy? Czekam z niecierpliwością

    OdpowiedzUsuń