niedziela, 7 lutego 2016

Bo tylko czarne oczy... (X)

Zdaję sobie sprawę, że bohaterka jest złośliwa, nieobliczalna, szalona, pokręcona, zdolna do wszystkiego, nieracjonalna i takie tam, ale już na początku zapowiedziałam, że taka będzie. Oglądaliście kiedyś film "Hot Shots"? To właśnie taka moja pisana wersja :-) Czasami trzeba zaszaleć. Dlatego nie zawaham się przed opisaniem scen sprzecznych z prawami fizyki, więcej, w dupie mam racjonalizm i prawa fizyki! Będą więc latające koty, strzelające bez udziału ludzkiej ręki pistolety, lewitujące spodki i co tam jeszcze wpadnie mi do głowy ;-) Plus seks, ale na ten trzeba zaczekać, bo nie zaczynamy obiadu od deseru, nie u mnie i nie tym razem.
Zresztą, Javier gdyby był prawdziwym macho, to ukręciłby łeb nieposłusznej babie już w trzeciej części :D
A na koniec najlepsze życzenia urodzinowe dla Natalii, nota bene imienniczki mojej córeczki!!! Zdrówka i morza, ba! oceanu miłości! Babeczka życzy :-)

PS. Ikolac - są kokosy :-)))

link do części IX - klik

            Bo tylko czarne oczy... (X)
Choć dałam Javierowi słowo, że będę go unikać, to gdy nadeszła pora kolacji, znienacka pojawiłam się w jadalni. Oboje zamilkli na mój widok, przy czym w jednych oczach wyczytałam rozbawienie, a w drugich wyraźną niechęć.
– Wolę nie wchodzić do kuchni – wyjaśniłam wdzięcznie zajmując miejsce przy stole.
– Jak ty możesz tolerować takie zachowanie? – spytała zniesmaczona Clarisa.
– Masz na myśli Puszka lądującego na twojej głowie? – Odważnie odwzajemniłam jej wściekłe i zniesmaczone spojrzenie.
– Jesteś strasznie dziecinna – oświadczyła protekcjonalnie, a mnie z miejsca trafił szlag. Nie będzie mi tu jędza przebrzydła, wypominała wad charakteru.
– Zależy w czym.
– Nie rozumiem, co masz na myśli?
– Seks – odparłam krótko, a Javier o mało nie udławił się kawałkiem mięsa. – A ty? Bo mam wrażenie, że podczas orgazmu najważniejsze jest dla ciebie, aby przypadkiem makijaż się nie rozmazał, albo fryzura się nie zepsuła. Ja na przykład takie zachowanie nazywam dziecinnym.
– Skąd możesz wiedzieć jaka jestem w TYCH sprawach? – odcięła się rozzłoszczona.
– Rzucił cię. To wystarczająca rekomendacja.
– Nie rzucił! – Clarisa mocno poczerwieniała. – Zdecydowaliśmy że potrzeba nam małej przerwy. Prawda kochanie?
– No – odparł z ociąganiem. Jakoś mało wiarygodnie to zabrzmiało.
– Bzdura. Spławił cię, bo nie widział innego wyjścia, aby pozbyć się takiej harpii.
– No wiesz!
– Julia! – Javier walnął pięścią w stół, starając się przywołać mnie do porządku. – Obiecałaś!
– Że będę grzeczna? Wiem. Ale wobec ciebie, a nie wobec niej. Poza tym jak w obecnej chwili wygląda sprawa Izuni?
– Kogo? – Biedak nerwowo przełknął ślinę
– Kogo? – Clarisa nadstawiła uszu.
– Jego Belli, z którą miał zamiar się zaręczyć, bo miłość spadła na niego znienacka, niczym grom z jasnego nieba – powiedziałam złośliwie. – Zapomniałeś już?
Zdaje się, że podłożyłam Javierowi może nie dużą świnię, ale przynajmniej małego prosiaczka. Spurpurowiał, a wzrok mu się zrobił taki dziwnie rozbiegany.
– Jakiej Belli? Ja nic nie wiem! – Clarysa najwyraźniej nie przypuszczała, że ukochany usiłował załapać za ogon nie jedną czy dwie, ale i trzy sroki. Tak, bo siebie tez zaczęłam zaliczać do owego stadka.
– No, no, no – pogroziłam figlarnie palcem. – Ty niedobry El Diablo! Nic nie wspomniałeś o rychłych zaręczynach i ślubie? Przecież to jest główny powód, dla którego znosisz moje towarzystwo.
– Zamknij się! – warknął przez zaciśnięte zęby. Wyjątkowo posłuchałam. Za to Clarisa siedziała marszcząc piękne brwi z wyrazem niezadowolenia. Już wiedziałam o czym będą dyskutować, gdy tylko zniknę z pola widzenia. Przypomniało mi się pięć żon Javiera i posmutniałam. Widocznie zdobycie kobiety nie stanowiło dla niego problemu, dużo gorzej było z jej utrzymaniem. Nie, to nie tak. Najzwyczajniej w świecie po pewnym czasie był znudzony i zaczynał szukać kolejnej przygody.
– Co tak zamilkłaś? – spytał podejrzliwie po kilku minutach absolutnej ciszy.
– Rozmyślam – odparłam krótko.
– Aż się boję spytać nad czym – mruknął. – Kochanie przejdziemy się plażą? Powiedzmy za jakąś godzinę? Musimy porozmawiać – zwrócił się do rozpromienionej z nagła Clarisy.
– Oczywiście – zaszczebiotała, a mnie aż zatchnęło. To drań! Mnie nie zaproponował romantycznej przechadzki w blasku księżyca. No dobrze, akurat księżyc nie świecił, ale nie czepiajmy się szczegółów. Mściwie pomyślałam, że zepsuję im tę przechadzkę, choć jeszcze nie wiedziałam w jaki sposób. Javier chyba się tego spodziewał, bo nagle odsunął talerz i wstał.
– Chodź – zwrócił się teraz do mnie.
– Gdzie?
– Zobaczysz.
Pochłonięta obmyślaniem plany zemsty, bez słowa, nieco zaintrygowana, podążyłam za nim, aż do zabudowań gospodarczych. I tam zostałam brutalnie wepchnięta do jakiegoś pomieszczenia, a następnie zamknięta.
– Zwariowałeś?! – wrzasnęłam, szarpiąc drzwiami.
– Jak wrócę ze spaceru, to cię uwolnię. Nie chcę żadnych niespodzianek.
– Ty gnojku! Otwieraj, bo jak wyjdę, to ci nogi z dupy powyrywam!
– Śmiem wątpić – odparł drwiąco. – Nie wydzieraj się. Posiedzisz tu z dwie, trzy godziny. Jest wygodny fotel, woda do picia i kilka książek. Ciesz się raczej, że nie zamykam cię na całą noc.
– Już ja ci…
– Przyjemności! – powiedział najwyraźniej z siebie zadowolony i sobie poszedł. Zapadła cisza. Za to ja stałam pod drzwiami sapiąc z wściekłości. Mijały minuty, a gdy odrobinę ochłonęłam, zaczęłam kombinować jakby się tu stąd wyrwać. Rozejrzałam się dookoła. Dwa okna, w nich kraty. Ozdobne co prawda, ale i tak nie dam rady ich wyłamać. Drzwi odpadały. Podkopu nie zrobię w godzinę, zresztą najpierw musiałbym wygryź dziurę w drewnianej podłodze. Niech to piorun strzeli! Musiał istnieć jakiś sposób. Zwłaszcza że był to składzik na narzędzia i takie tam, więc miałam spore możliwości.
Usiadłam na fotelu, sięgnęłam po wodę i zadumałam się. Gapiłam się na solidne drzwi, potem na białą ścianę na tyłach budynku, a kiedy mój wzrok padł na potężny młot, szalejąc w duszy furia dała o sobie znać. Najpierw jednak podeszłam do okna i potwierdziłam swoje przypuszczenia. Gówno nie ściana! Może z pięć centymetrów grubości. Aż dziw, że się to wszystko trzymało kupy. Na dodatek budynek musiał być stary, bo tu i ówdzie, widać było odlatujący tynk i kruszejący materiał, z którego był zbudowany. Bez dalszego namysłu chwyciłam młot i rąbnęłam. Ciężki był jak piorun, ale dla mojej wściekłości nie istniały żadne przeszkody. No i jak powiada stare przysłowie, głupi ma szczęści. Niecałą godzinę później wyczołgałam się na zewnątrz, spocona, zmachana, ale i pełna satysfakcji. Głupek! Uwięzić mnie w budynku z „papierowymi” ścianami. Co on sobie wyobrażał? Że usiądę grzecznie i poczekam, aż mnie wypuści? Słabo mnie znał, oj słabo!
Otarłam pot z czoła i zaczaiłam się w krzakach, przy zejściu na plażę. Zapadł już zmrok, ale w pobliżu domu świeciły się lampiony, więc bardzo dobrze widziałam jak Javier obejmując Clarisę schodzi z tarasu i skręcają w prawą stronę. Co więcej, od razu wpadłam na genialną myśl zepsucia tej „randki”. Musiałam tylko ich wyprzedzić, co nie było trudne, bo bardzo dobrze poznałam przez te kilka dni najbliższą okolicę. Ruszyłam biegiem ścieżką równoległą do brzegu morza i po niecałym kwadransie znalazłam się na miejscu. Tutaj plaża był wąska, tak wąska, że miejscami korony palm zanurzały swe liście w morzu. Jedna z nich była idealna, bo rosła krzywo, po skosie, a na szczycie miała bardzo dużo kokosów. Zatarłam dłonie. Wleź na takie drzewo nie było problemem, co innego, gdyby stała w pionie. Solidnie wyglądała, a ja nie ważyłam za wiele, powinnam się utrzymać. Wytknęłam jeszcze głowę, namierzając wroga. Byli niedaleko, o czym świadczył szmer ich głosów. Pośpiesznie zaczęłam się wspinać, aż w końcu dotarłam do czubka, w tym samym momencie, gdy oni znaleźli się pod palmą. W panice szarpnęłam jednym z owoców, a potem… Cóż. Kokos rąbnął w Clarisę, która dostała spazmów, a ja spadłam sekundę później i rąbnęłam w Javiera. Na szczęście on nie dostał spazmów, choć trzeba przyznać, że zaniemówił. Leżał na piasku, ja na nim cicho pojękując, a obok wrzeszcząca Clarisa. Przyznam, że niezupełnie tak miało to wyglądać.
– Julia? – spytał w końcu słabym głosem. – Niemożliwe!
– Zamknij się w końcu! – warknęłam rozzłoszczona w stronę tej idiotki. Posłuchała, wdzięcznie mdlejąc i padając na piasek tuż obok nas.
– Jak?...
– Wyrąbałam dziurę w ścianie.
– Wyrąbałaś?! Dziurę?! Czym? I co tu robisz?
– Młotkiem. A teraz rzucam w was kokosami. To znaczy chciałam rzucać – przyznałam szczerze. – Ale to drzewo jest mało stabilne i przez przypadek spadłam.
– Słodki Jezu! – zajęczał przeciągle. Szkoda że było zbyt ciemno, abym widziała wyraz jego oczu, choć z pewnością malowało się nich prawdziwe przerażenie. – Jesteś gorsza niż siedem plag egipskich! Gorsza od moich pięciu żon razem i od najgroźniejszego tajfunu, który przeszedł na moją wyspą!
– Już nie przesadzaj – powiedziałam kwaśno, siadając i otrzepując się z piasku.
– Wierz mi, nie przesadzam.
– Cucimy ją czy się całujemy? – zaproponowałam chytrze, a Javier ponownie zaniemówił. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem. Tarzał się po plaży, piejąc i kwicząc, jakby nagle dostał napadu niepohamowanej wesołości. Wsłuchiwałam się w to zdegustowana, z ponurą miną zastanawiając się, o co temu bydlakowi chodzi. Obok usłyszałam jęk. To Clarisa dochodziła do siebie.
– Co mu się stało? – spytała słabo, siadając i poprawiając fryzurę.
– Nie mam bladego pojęcia. I tym razem mówię prawdę.
– Zachowuje się co najmniej dziwnie. Nigdy wcześniej takim go nie widziałam.
– Słyszałaś – poprawiłam w roztargnieniu. – Ciemno jest.
– No tak – też wyglądała na zamyśloną. – Czyżby to był koniec wielkiego El Diablo?
– Jaki on tam wielki – mruknęłam. Javier powoli się uspokajał, choć nadal wydawał z siebie dziwne kwiki. Przynajmniej przestał się tarzać.
– Drogie panie – zaczął wciąż chichocząc. – Idziemy do domu. Spać. Przynajmniej ja. Wy możecie sobie tu jeszcze posiedzieć…
I dał nogę. Przysięgam, że po prostu od nas uciekł. Cóż miałyśmy począć? Też wstałyśmy z zamiarem powrotu, choć rozmowa nam się nie kleiła. W zasadzie to panowała między nami pełna urazy cisza. W końcu dotarłyśmy do domu, oschle życzyłyśmy sobie dobrej nocy i rozstałyśmy się.
Kiedy rankiem zjawiłam się w kuchni, okazało się, że Clarisa właśnie odlatuje. Trzeba przyznać, że humor od razu mi się poprawił, choć strwożona pokojówka przekazała, iż mam się stawić w gabinecie. Senior chce ze mną rozmawiać. Jak mus to mus, więc przełknąwszy ostatni kęs śniadania, bez pośpiechu podreptałam na taras. Dziś ocean przywitał mnie wzburzonymi, spienionymi falami, które z hukiem uderzały o brzeg. Wzięłam kilka głębokich oddechów, strzepnęłam niewidzialny pyłek z szortów i udałam się do gabinetu. Javier ponuro zadumany siedział przy biurku, a gdy mnie zobaczył jego mina stała się jeszcze bardziej posępna. Bez czekania na zaproszenie, zajęłam miejsce naprzeciwko, tak jak wczoraj i czekałam. W końcu nie wytrzymał.
– Co ja mam z tobą zrobić? – odezwał się ze złością. – Psychicznie doprowadzasz mnie do ruiny, jesteś pyskata i nieprzewidywalna, niszczysz mi dom, to go podpalając, to burząc, a na dodatek przez ciebie Clarisa się na mnie obraziła. Wiesz jakiego guza nabił jej ten kokos?
– Nie trzeba było mnie zamykać – wytknęłam mu od razu.
– Zamykać? Powinienem cię ogłuszyć, zakneblować, związać, wrzucić do worka, a worek umieścić w jaskini, której wejście przysypałbym kamieniami. I tak nie wiem, czy to by coś dało?
– Przeceniasz mnie – odparłam skromnie. – Poza tym w każdej chwili możesz mnie odesłać do domu.
– Nadal tego chcesz? Czy to dlatego zachowujesz się jak nieobliczalna kretynka?
– To raczej ja spytam, dlaczego ty nie chcesz tego zrobić?
– Bella – odpowiedział krótko.
– Bzdura! Przecież obiecałam, że nie pisnę ani słowa.
– Ta… Obiecałaś też, że nie będziesz rozrabiać. I co?
– To coś innego.
– Akurat – sarknął. Za to mnie rozśmieszyło, że oboje kłamaliśmy. Mnie wcale nie chodziło o odesłanie do domu, a jemu o zachowanie tajemnicy przed Izą. Może na początku, ale teraz już nie.
– Łżesz – oświadczyłam beztrosko, wstając. – A teraz pozwolisz, że przebiorę się w strój i pohasam wśród fal. Może się utopię i będziesz miał spokój?
– W takie szczęście nie uwierzę – wymamrotał, gapiąc się w okno.

link do części XI - klik

19 komentarzy:

  1. Myślałam, ze spadnę tu z krzesła, jak wspinała się na tą palmę. :D
    Cudowna Babeczka, pozdrawiam i życzę miłej nocy, Alina. :>

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeju cudowne uwielbiam takie opowiadania gdy dziewczyny są pyskate oby tak dalej:-P

    OdpowiedzUsuń
  3. wszystko ladnie, pieknie, tylko prosze Babeczko.. nie idz swoimi utartymi szlakami,nie rob tak ze musimy wieki czekac na jakies zblizenie a potem zakonczycz wszystko w mgnieniu oka.. rozwin sie bardziej i nie biegnij za szybko do mety :)

    OdpowiedzUsuń
  4. O baby. Ten mlot I sciana. Prawie jak ucieczka z obozu. Teraz czeka nas kapiel w morzu I poparzenie przez medyzy? Tylko kogo. Moze javiera? Skoro juz ma noge zmasakrowana

    OdpowiedzUsuń
  5. Cisza ciemno ja czytam Twoje dzieło i nagle śmieje się w głos :D Boska Babeczko dziękuję że umilasz życie mi i innym czytelnikom. Pozdrawiam Bożenka.

    OdpowiedzUsuń
  6. Babeczko, więcej! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. "niepochamowanej" - powinno być niepohamowanej :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak to czytalam to tarzalam sie jak Javier ze smiechu. Uzalezniasz babeczko ;) zamiast sie na egzamin uczyc to czytam Twoje opowiadania i juz nie moge sie kolejnej czesci doczekac :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuję za życzenia! Mam nadzieje ze nikogo w następnej części nie utopisz. No ewentualnie możesz lekko podtopić, nie zaszkodzi ;) Pozdrawiam Natalia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Super część, czekam na kolejną z utęsknieniem. A Natalie to super dziewczyny i to jeszcze urodzone w czerwcu:P Pozdrawiam Natalia.

    OdpowiedzUsuń
  11. Boże, kocham Cie za te kokosy, kiedy kolejna część? :P Nie mogę się doczekać.

    OdpowiedzUsuń
  12. Powoli kończymy akcję "ubaw po pachy". Pora Was zaskoczyć. Chyba to wypadnie akurat w walentynki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bedzie jeszcze jakas czesc przed walentynkami?

      Usuń
  13. Będzie dziś coś? Bo nie wiem czy czekać, a rano do pracy. :) Pozdrawiam Marta :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Dostaniemy dziś prezent? :*

    OdpowiedzUsuń
  15. Droga Babeczko czy jest dostepna jakas ksiazka twojego autorsrwa???

    OdpowiedzUsuń
  16. kiedy głupstwo?

    OdpowiedzUsuń