środa, 3 lutego 2016

Bo tylko czarne oczy... (VIII)

Przyznam się Wam szczerze, że pastwienie się nad biednym Javierem stanowi obecnie dla mnie jedyną odskocznię od prozy życia. Dlatego zamierzam się nad nim jeszcze trochę poznęcać :-)

link do części VII - klik

           Bo tylko czarne oczy... (VIII)
– Trochę… to… ostre… – wykrztusił, z trudem łapiąc powietrze. Oczy miał załzawione, dłonie mu drżały, nogi chyba też, bo z impetem usiadł na stojącym w pobliżu fotelu.
– Ja w ogóle nie rozumiem, po co się tak denerwować – powiedziałam z niesmakiem, siadając na oparciu. – Poza tym łajdak z ciebie. Chcesz się ożenić z moją kuzynką, mnie całujesz, a na seks umawiasz się ze swoją byłą. Dziękuj bogu za Puszka, bo inaczej ja bym musiała skoczyć. Pomyśl, co wtedy by było.
– Ty już lepiej zejdź mi z oczu.
Więc zeszłam. Wstałam i zajęłam miejsce za jego plecami.
– Może mały masaż? – zaproponowałam zachęcająco. – Dla rozluźnienia. Ostatnio wyglądasz na spiętego.
– Miałaś zejść mi z oczu! – warknął, spychając moje dłonie ze swoich barków.
– A czy ja na nich siedzę?
– Idę po broń! – Energicznie zerwał się z fotela. Za to ja padłam na kolana, błagalnie wznosząc ku górze ręce i oczy.
– Nie zabijaj mnie o wielki i okrutny El Diablo! Nie teraz, gdy moja uroda kwitnie jak ten kwiat róży najwonniejszej! Miej na uwadze, że biedny Puszek numer dwa zostanie sierotą, bowiem złamiesz mu jego wierne, kocie serduszko, które tak nieoczekiwanie mnie pokochało! Litości! – Dla podkreślenia wagi mych słów, walnęłam głową o podłogę. Delikatnie rzecz jasna, bo nie chciałam sobie zrobić krzywdy.
– Oszalałaś? Jak ja mam z tobą poważnie rozmawiać?
– Przecież chciałeś strzelać, a nie rozmawiać.
Chwycił mnie za ramię, energicznie stawiając na nogach. Spojrzałam kpiąco w jego oczy i przekonałam się, że nadal był wściekły. Oj, bardzo, bardzo, wściekły.
– Marsz do swojej sypialni i dobrze będzie, jeśli do końca pobytu nie będę musiał cię oglądać!
– I całować. O innych rzeczach nie wspominając.
– Wierz mi, wolałbym spędzić tę noc w kłębowisku żmij niż w twoim łóżku.
– A to są żmije na tej wyspie?
– Czy ty chociaż raz nie możesz być poważna? – potrząsnął mną, a potem ze wstrętem puścił. – Wynocha pokręcony babsztylu!
Zasłużył na nauczkę. Chwyciłam butelkę, z której przed chwilą pił i wziąwszy piękny zamach, rzuciłam w kierunku obrazu wiszącego nad kominkiem. Resztka bursztynowego płynu spłynęła po płótnie, złoconej ramie i kremowej ścianie.
– Zwariowałaś?!
– Nie podoba mi się ta stara jędza – wyjaśniłam.
– To moja babka! – wysyczał.
– Ta od dziadka ze słoika po papryczkach? – ucieszyłam się. – A to przepraszam. Nie podoba mi się ta zramolała, umalowana jak klaun starowinka.
Przeholowałam. Javier uniósł ramię, zamierzając zdrowo mi przyłożyć. Lecz nie uderzył. Chyba powstrzymało go moje zdumione spojrzenie. Ale coś musiał zrobić, więc zacisnął dłoń w pięść, a następnie walnął w ścianę znajdującą się tuż po prawej stronie.
– Wynoś się! Bo tym razem naprawdę nie odpowiadam za siebie!
Uznałam że ewakuacja jest dobrym pomysłem. Czym prędzej czmychnęłam do swojej sypialni, po drodze zabierając Puszka. Trzeba przyznać, że zrobiło mi się odrobinę nieprzyjemnie. A gdyby naprawdę uderzył? To byłby koniec zabawy, bo wiele rzeczy mogłam wybaczyć, ale nie to. Nawet jeżeli przez cały ten czas prowokowałam, to najpierw robiłam to z wrodzonej przekory, a później miałam nadzieję, ze wyprowadzając go z równowagi, popchnę do działania. Do tego, aby po raz kolejny mnie pocałował. Oj, głupia, głupia. Niedokładnie wyszło tak, jak chciałam. W zasadzie to nawet dziwne, że facet z taką reputacją poprzestał na groźbach.
Zarzuciłam na siebie jedwabny szlafroczek i poszłam na plażę. Rzecz jasna okrężną drogą, bo nie chciałam natknąć się na imprezujących gości. Usiadłam na piasku, objęłam ramionami kolana i zamyśliłam się. Było cicho, bo nie docierały tutaj odgłosy przyjęcia, spokojnie. Fale leniwie rozbijały się o brzeg, niebo usiane było tysiącem gwiazd. Piękne. Naprawdę rzadko kiedy widywałam tak cudownie gwiaździste niebo. Księżyc był tylko cienkim łukiem, prawie niewidocznym wśród tego całego bogactwa. Za moimi plecami rosły palmy, których korony sięgały aż nad wodę, bo plaża była tu wyjątkowo wąska. Pomyślałam że zawsze marzyłam o takim miejscu, tylko że w moich marzeniach nigdy nie byłam sama. Przesypałam piasek dłonią, zastanawiając się, co powinnam zrobić. Unikać Javiera? Szkoda by było. Przeprosić? W zasadzie nie miałam za co. Od jutra zachowywać się rozsądniej? Powiało nudą, ale być może było to najlepsze rozwiązanie.
  Pełna niezadowolenia wróciłam w końcu do pokoju, gdzie o dziwo, zasnęłam ledwie przyłożyłam głowę do poduszki. A obudziło mnie głośne walenie do drzwi.
– Julia! Jesteś tam?
– Camila! – jęknęłam nakrywając głowę poduszką. Potem przypomniało mi się, że przecież dziś opuszcza wyspę, więc może po prostu przyszła się pożegnać. Rada nie rada, sturlałam się z łóżka i niepewnym krokiem podeszłam otworzyć.
– Kochanie! – wykrzyknęła z uczuciem, wchodząc do środka. – Co się stało, że wczoraj zniknęłaś tak nagle?
– Nie było cię przy akcji z Puszkiem? – spytałam, ziewając przeraźliwie.
– Niestety nie. Jaka szkoda, chciałabym widzieć minę tej małpy.
– Widzieć to nic, trzeba było słuchać – mruknęłam, z powrotem padając na łóżko. – Ale Javier tym razem obraził się na mnie na amen. Dobra wiadomość jest taka, że wciąż żyję.
Camila rozchichotała się na dobre. Nie miałam pojęcia, co ją tak rozśmieszyło, więc milczałam, zerkając na nią podejrzliwie. W końcu się uspokoiła, a pochyliwszy nade mną, cmoknęła w policzek.
– Do zobaczenia – powiedziała tylko i już jej nie było.
Do zobaczenia? Akurat! Javier pozbędzie się mnie stąd, jak tylko będzie mógł. Z nieoczekiwaną zazdrością pomyślałam o Izie na moim miejscu, o tym jak się z nią całuje… I tu mnie olśniło. Przypomniałam sobie jej słowa o pocałunkach, że smakują inaczej jak się kogoś kocha. Miała przy tym taką rozmarzoną minę, maślany wzrok i wzdychała niczym średniowieczna dziewica. Przecież to jasne, że była zakochana. Na pewno nie w Javierze, bo przecież z nim się nie całowała. Do tego te aluzje o natrętnym macho.
Humor zdecydowanie mi się polepszył. Jedno było pewne, Javier nie miał u niej najmniejszych szans. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Może za kilka lat? A może nigdy. Uśmiechnęłam się triumfująco i zaczęłam knuć, jakby tu zejść ze ścieżki wojennej i doprowadzić do rozejmu. Mogę zacząć od przeprosin, ale przydałoby się do tego coś jeszcze. Obiad? Kolacja? O właśnie! Romantyczna kolacja przygotowana moimi delikatnymi rączkami. Tutaj nieco się zakłopotałam, bo kucharka była ze mnie żadna, herbata, kawa i kanapka stanowiły szczyt moich możliwości kulinarnych, ale co tam. Poradzę sobie. W końcu jak mawiała mojej świętej pamięci prababka – przez żołądek do serca. Przygotuję taką kolację, że Javierowi szczeka opadnie ze zdumienia. Oczyma wyobraźni już widziałam elegancko zastawiony stół, apetyczne potrawy, które pożera w mgnieniu oka, siebie samą, piękną, seksowną, opanowaną. Rozmowa na poziomie, tym razem bez głupich aluzji i docinek, romantyczna muzyka w tle, jego zachwycony wzrok błądzący po moim na wpół nagim ciele… Ach! Wizja była tak realistyczna, że miałam ochotę od razu popędzić do kuchni. Oczywiście mogłam zlecić to kucharzowi, ale twardo postanowiłam przygotować coś sama. Może kurczaka? To nie powinno być trudne, przyprawię go, wrzucę na półmisek i do piekarnika. Tak na wszelki wypadek postanowiłam przeprowadzić przed wielkim finałem próbę generalną. Javier jest bogaty, w razie czego od jednego zmarnowanego kurczaka nie zbiednieje. A na kolację zaproszę go za dwa dni, jak już wszystko będzie zapięte na ostatni guzik, łącznie z wyborem przeze mnie odpowiedniej kreacji. Podniesiona na duchu tym pomysłem, udałam się na plażę, aby moja skóra nabrała ponętnego, czekoladowego kolorku. Starannie przy tym uważałam, aby przypadkiem nie przysmażyła się za bardzo i nie przybrała ciekawego odcienia wściekłej czerwieni. Tym sposobem dałam odsapnąć Javierowi prawie cały dzień, bo nawet posiłki jadłam na plaży, w cieniu palm.
Następnego dnia, tuż przed obiadem udałam się kuchni i tu czekała na mnie pierwsza niemiła niespodzianka.
– Gdzie się podział kucharz? – spytałam zdumiona, na widok obcego młodzieńca w białym kitelku. Zaświergotał coś w nieznanym mi języku, posyłając mi jednocześnie szeroki uśmiech.
– Nie mówisz po hiszpańsku? – zmartwiłam się. Na szczęście pojawiła się pokojówka, która od razu wyjaśniła mi, że kilka razy do roku, senior daje wolne kucharzowi, a wtedy zastępują go różni egzotyczni młodzieńcy, wprowadzający urozmaicenia w jadłospisie. Z wieloma nie ma się jak dogadać, ale gotują doskonale.
– A niech to licho! – warknęłam rozzłoszczona. Po czym samodzielnie zaczęłam przeglądać zawartość lodówki, a później zamrażalki. Nie znalazłam nic, co przypominałoby kurczaka, więc w końcu postanowiłam dogadać się z nowym kucharzem, który przez cały czas przyglądał mi się z ciekawością.
– Jak by tu… Ty – wskazałam na niego. – Dać mi kurczaka – pomachałam rękoma i dla wzmocnienia efektu głośno gdaknęłam. – Taki ptaszek, którego nie mogę znaleźć, oby to piorun strzelił!
Chyba zrozumiał, bo pokiwał z zapałem głową. Następnie chwycił mnie za rękę, ciągnąc w kierunku drzwi prowadzących na niewielkie podwórko z tyłu domu. Byłam tam wcześniej, nic ciekawego. Po jednej stronie ogródek z przydomowymi uprawami, po drugiej niewielki budyneczek z wybiegiem dla drobiu. Olśniło mnie. No tak, kurczaki biegały luzem na zewnątrz. Nowy kucharz fachowo chwycił jednego z nich i pokazał mi, znów coś świergotając w obcym języku. Uśmiechał się przy tym zachęcająco. Nieufnie obejrzałam ptaszka, czując lęgnące się gdzieś tam wyrzuty sumienia. Tak na mnie litościwie łypał jednym okiem, a ja miałam go ubić i upiec? Jasna cholera! Niby jak?
– Wiesz… – zaczęłam niepewnie, nie odrywając wzroku od kurczaka. – Ale mnie on jest potrzebny już martwy i oskubany.
Pokiwał głową i dalej usiłował wepchnąć mi biednego ptaka, który chyba pogodził się ze swoim losem, bo zachowywał się nadspodziewanie spokojnie. Wyrzuty sumienia stawały się coraz większe, bo dotąd nic co jadłam, nie patrzyło mi w oczy z takim przygnębieniem.
– A tak w ogóle to nie macie w lodówce jakiegoś mrożonego? – spytałam czując narastającą bezsilność. – Takiego, o!... – zagdakałam ponownie, pomachałam rękoma, a potem przejechałam palcem pod brodą w dość jednoznacznym goście. Na koniec wydałam z siebie agonalny dźwięk obrazujący ostatnie tchnienie i zwiesiłam głowę, zamykając oczy. Kucharz gapił się na mnie zafascynowany do tego stopnia, że aż otworzył usta. Za to od drzwi dał się słyszeć dziwny odgłos, coś jakby prychnięcie.
– Co ty wyprawiasz? – Javier podszedł do nas, patrząc na mnie podejrzliwie.
– Chcę mu wytłumaczyć, że potrzebny mi jest mrożony kurczak – oświadczyłam z godnością.
– Po co, skoro mamy żywe, które wystarczy ubić. – To mówiąc chwycił biednego ptaszka za grdykę, przymierzając się do skręcenia mu karku. Przynajmniej tak to wyglądało.
– Nigdy! – wrzasnęłam ile sił w płucach. – Zostaw biedaczka! Oprawco nieletnich kurczaków!
– Zwariowałaś! – powiedział z niesmakiem, ale pozwolił sobie wyrwać zwierzynę. – Wbij sobie do głowy, że nie mamy tu mrożonek, a najbliższy supermarket to jakieś dwa tygodnie wpław.
– Trudno, obędę się bez mięsa.
– A tak w ogóle po co ci? Przecież kucharz przygotowuje posiłki.
– Zbieram prowiant na ucieczkę tratwą.
– I chcesz ze sobą zabrać mrożonego kurczaka? – spytał z ironią, krzyżując ramiona. – A może całą lodówkę? Widać to będzie tratwa z bajerami, jacuzzi, toaleta, pokój bilardowy.
– Śmiej się śmiej – pogroziłam mu zaciśniętą pięścią. – Zobaczymy co powiesz, jak ucieknę.
– Nic. Umrę ze zdziwienia. Aha, jeszcze jedno. Zabierz ze sobą kota, jakby co będziesz nim rzucała w rekiny.
Dobrze że przypomniało mi się, że zamierzałam go przeprosić, bo inaczej ta niewinna kłótnia przybrałaby rozmiar potężnej awantury. Nadęłam się tylko, zadarłam dumnie podbródek i godnie odmaszerowałam do swojego pokoju. Tam wyładowałam złość, tupiąc i gryząc poduszkę. Co za drań! Naprawdę powinnam uciec, ciekawe co wtedy by powiedział. No tak, zapomniałabym, nic by nie powiedział, bo umarłby ze zdziwienia. Cholera! Znacznie gorsze było to, że nie wiedziałam jak teraz przygotuję tę romantyczną kolację. Może powinnam poprzestać na deserze? Nie, głupi pomysł, konkret to konkret. Trudno, pójdę do kuchni i poszukam innego mięsa. Coś tam było w tej zamrażalce, ewentualnie wezmę rybę z lodówki. Podniesiona na duchu, wróciłam do kuchni tuż po obiedzie.
– Ty wyjść! – rozkazałam kucharzowi, wskazując palcem na drzwi. – Ja zostać i gotować! – Wzięłam garnek i wykonałam nad nim kilka zrozumiałych gestów. – A teraz won, bo cię siłą wyrzucę!

link do części IX - klik

11 komentarzy:

  1. Zdecydowanie warto było czekać! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jesteś WIELKA ! Dziękuję Ci Babeczko za kolejna wstawkę :)

    Pozdrawiam !
    Marecki

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam Ciebie i Twoje opowiadania! Aż się na mnie facet jak na wariatkę spojrzał jak się zaczęłam śmiać z rzucania kotem w rekiny :D poprawiłaś mi humor na noc, dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdecydowanie za mało ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zgadzam się. Świetne, jak zwykle. I poprosze o wiecej :D
    S.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie widze tej romantycznej kolacji, chyba ze sie dziewczyna sie przelamie chwyci kuraka, siekiere znajdzie pieniek i go ukatrupi. Co nawet zabawne mogloby byc jak ktos tu sadyzmem do zwierzat by palal, a nie tylko do mezczyzn :D
    Kurak ze literacki moglby jeszcze bez glowy jeszcze jej troche po uciekac i rabanu narobic (uwierz mi ubic kure to wcale nie taka latwa sprawa) juz nie mowiac o skubaniu pierza i opalaniu tych wszystkich pypci co sie nie dalo wyskubac i wyciaganiu wnetrznosci, i jeszcze kura musi byc w miare mloda bo inaczej lykowata bedze. To czekam, chyba ze kazesz bohaterce na palme wejsc i kokosami rzuciac lub tym co na nich rosnie :I) trafiajac z dwa razy Javiera :D o sieczka tez mozna podpalic stol do tego romantyzmu, chyba mozliwosci jest wiele :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się ten pomysł z palmą i kokosami :-)))

      Usuń
    2. biez :) chce miec wklad w to opowiadanie :D nawet jka by to maila byc tylko palma

      Usuń
  7. Bardzo mi się podoba Twoje pastwienie ahhaha:)
    Czekam na kolejną część :)
    <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Supeeerrrrr:) hahaha biedny kurczaczek... Swietne opowiadanie,odskakuj jak najczęściej od prozy życia:) Pozdrawiam Kasia

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudowna Babeczka. czekam na więcej! :*

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.