poniedziałek, 25 stycznia 2016

Bo tylko czarne oczy... (V)

link do części IV - klik         

            Bo tylko czarne oczy ... (V)
Z drugiej strony to było takie zabawne. Roześmiałam się, postanawiając pójść na plażę. Poczekam do wieczora, może Javierowi choć trochę przejdzie złość. Zresztą co za głupek zostawia broń na wierzchu? Jak ja go udobrucham? Wiem, przyrzeknę, że wezmę winę z rozjechanym Puszkiem na siebie. Może mi daruje?
Pełna niewesołych myśli, a zarazem rozbawiona wspomnieniem podskakującego Javiera, padłam na rozgrzany piasek, gapiąc się na horyzont. Posiedziałam tak aż do zapadnięcia zmroku, rozmyślając o wielu sprawach. Kiedy na niebie zalśniło tysiące gwiazd wstałam, otrzepałam pupę i powoli skierowałam się w stronę, gdzie przypuszczałam znajdowała się opuszczona przeze mnie w pośpiechu posiadłość. Zmysł orientacji w terenie i tym razem mnie nie zawiódł, bo po krótkim czasie stanęłam przed oświetlonym domem. Postanowiłam iż chyłkiem przemknę do swojej sypialni, a że z salonu i tarasu dochodził do moich uszu gwar rozmów, za najodpowiedniejszy sposób wybrałam szeroko otwarte okno. Zasapana wpadłam do środka, bo jednak kawałek musiałam wspiąć się w górę, głęboko odetchnęłam i zapaliłam małą lampkę, stojącą w rogu pokoju. A następnie odwróciłam się i zamarłam, bo na fotelu, dokładnie przy łóżku siedział Javier, patrząc na mnie ze słabo tłumioną złością.
– Nie chciałam wam przeszkadzać – bąknęłam zakłopotana wskazując w stronę salonu.
Wstał. Bardzo powoli, bo na prawej nodze miał opatrunek. Niewielki, chyba to było zaledwie draśnięcie, ale zawsze. W popłochu cofnęłam się do tyłu, uderzając plecami w ścianę. Zerknęłam w prawo i w lewo, w pośpiechu oceniając swoje szanse na ucieczkę. Ale nie zdążyłam podjąć żadnej decyzji, bo dopadł mnie, przyciskając do ściany i unieruchamiając moje dłonie.
– Mam ciebie dość! – wysyczał.
– Nie musisz mnie od razu zabijać – powiedziałam z rozpaczą. – Wystarczy że odeślesz do domu.
– Do domu?! – ryknął. – Do domu?! Nie ma kurwa takiej opcji!
– Nie chciałam do ciebie strzelać. Samo wyszło…
Był tak blisko, że czułam ciepło jego oddechu na mojej twarzy. Bezwiednie oblizałam zaschnięte nagle wargi, a wtedy przeniósł wzrok z moich oczu na usta. Nie odpowiedział, tylko gapił się tak i gapił, a ja wyraźnie widziałam jak z jego twarzy znika złość, a pojawia się na niej zdumienie. Pochylił się jeszcze niżej i tym razem dzieliły nas nie centymetry, a milimetry. Takiej bliskości się nie spodziewałam, na dodatek nie trudno było odczytać zamiary Javiera. Mało brakowało, a to ja uczyniłabym pierwszy ruch. I wtedy rozległo się głośne, pełne żalu miauknięcie.
– Puszek – wyszeptałam, a Javier nieoczekiwanie mnie puścił, gwałtownie dając krok do tyłu. – Patrz, znalazł się.
Spojrzał we wskazanym przeze mnie kierunku. Duży, biały kocur siedział na podłodze, a koniuszek jego ogona delikatnie się poruszał. Chyba też był niezadowolony.
– Nakarmię go – zaoferowałam się ochoczo.
– Tylko go nie otruj – odezwał się w końcu Javier. – W kuchni jest jedzenie kupione specjalnie dla kota, ale jeśli chcesz możesz wziąć cokolwiek.
I wyszedł, a ja chwyciłam Puszka w ramiona, drapiąc go między uszami. Zamruczał i razem w pełnej zgodzie udaliśmy się do lodówki. Wypił odrobine mleczka, skonsumował szyneczkę, podczas gdy ja siedziałam zajadając kanapkę w asyście pełnego trwożnego podziwu kucharza. Pokojówka również posyłała mi dziwne spojrzenia, gdy na chwilę pojawiała się w kuchni. Chyba wiedziałam dlaczego. Javier mnie jeszcze nie ukatrupił, pomimo hecy z dzisiejszego popołudnia. Dla nich to chyba była rzecz niepojęta. Nakarmiwszy kota oraz siebie, wzięłam Puszka pod pachę i umknęłam do sypialni. Nie miałam ochoty na czyjekolwiek towarzystwo. Głównie dlatego, że z głowy nie chciało mi wyjść jednak wspomnienie – bliskości Javiera, który z takim zaskoczeniem wpatrywał się w moją twarz. Co to u licha miało znaczyć? Zdusiłam kiełkującą nadzieję, posłałam w diabły wszelkie przypuszczenia i poszłam spać. Puszek leżał tuż obok, mrucząc z zadowolenia, a trzeba przyznać, że miło się zasypiało w jego towarzystwie. I szybko, bo ani się obejrzałam, był już ranek.
Nie wiem dlaczego, ale wydało mi się, że poranek był bardziej gorący od poprzednich. Dziwne, bo powinnam się była już przyzwyczaić do klimatu. Jakoś brakowało mi zapału do czegokolwiek. Ubrałam się w pierwszą lepszą kieckę, byle jak związałam włosy, ledwo musnęłam nos pudrem, tak odruchowo, bo świecił się niczym żarówka tysiąc watowa. Poczłapałam do kuchni na kawę, po drodze wsłuchując się w panującą ciszę. Widać wszyscy goście jeszcze spali. Miałam to w nosie, chciałam jedynie coś wypić i zjeść. Okazało się jednak, że nie wszyscy śpią. W kuchni zastałam tubylczą ekipę i siostrę Javiera, tę, z którą wczoraj rozmawiałam na plaży.
– Julia! – ucieszyła się. – Cudownie! Pójdziemy sobie na taras i poplotkujemy przy śniadaniu.
– Nawet nie wiem, jak masz na imię – mruknęłam niechętnie. Pojawiły się początki bólu głowy, więc wcale nie miałam ochoty na czyjekolwiek towarzystwo. Lecz dziewczyna była wyraźnie nastawiona przyjacielsko i żal było tego nie wykorzystać.
– Naprawdę? No cóż, zapomniałam – roześmiała się perliście. – Jestem Camila.
Usiadłyśmy w ogromnych fotelach, w cieniu, mając przed oczyma widok pustej plaży i leniwie uderzających o brzeg fal. Bardzo szybko postawiono przed nami kawę oraz śniadanie. Bez namysłu sięgnęłam po pierwszego rogalika, bo naprawdę byłam głodna.
– Wczoraj… To było specjalnie?
– Pytasz o postrzelenie Javiera w nogę? – upewniłam się.
– Tak.
– No co ty! Wrzeszczał na mnie i się wystraszyłam. Głupia broń sama wypaliła.
– Ach! Ależ był wściekły! Nakrzyczał na nas wszystkich, bluzgał przekleństwami i prawie toczył pianę, tak go rozjuszyłaś swoim postępkiem.
– Po co zostawiał broń w salonie – wzruszyłam ramionami. Dopiero po chwili zauważyłam, że Camila gapi się na mnie z nieukrywanym podziwem.
– Coś nie tak? – spytałam nieufnie.
– Nawet nie wiesz, jak dużo. Żyjesz, w dodatku nienaruszona. Już to jest nie tak.
– Co wy z tym… – zdenerwowałam się nagle. – Zresztą przeprosiłam Javiera.
– Przepro… Och! – zakryła dłonią usta. – Przeprosiłaś?! Tylko to?
– Tak. I nie róbcie z niego na siłę potwora. Owszem, to choleryk, ale zabawny i najzupełniej normalny.
– Mówimy o moim bracie? – upewniła się.
– To ty twierdzisz, że to twój brat – ziewnęłam, na próżno próbując zrobić to dyskretnie. Widać byłam jeszcze śpiąca.
– Jesteś niesamowita. A Javier… Nie wiesz jak cieszy mnie myśl, że w końcu się zakochał. Sam ślub to pestka, był żonaty już pięć razy.
– Ile? – od razu otrzeźwiałam. – Pięć?
– Dokładnie. Pierwszą żonę posłał do diabła, kiedy się okazało, że zdradza go z najbliższym przyjacielem. Jego też posłał do diabła, ale już bardziej dosłownie. Z drugą i trzecią małżeństwa nie trwały długo, czwarta krótko potem zaginęła, ale mnie jej tam nie żal, to była straszna harpia jeśli chodzi o kasę. Z piątą był najkrócej, bo zaledwie tydzień.
– Biedna Iza – powiedziałam w zamyśleniu, za to Camila wyglądała, jakby z całej siły musiała się ugryź w język. – Dzieci?
– Trójka. Ma z nimi kiepski kontakt, głównie polega on na płaceniu alimentów. Trójka chłopaków, w zasadzie wszyscy już na progu dorosłości.
– To ile on ma u licha lat?
– Trzydzieści siedem.
– Wcześnie zaczął.
– O, tak – zachichotała Camila. – Każdą żonę traktował jak zdobycz, chwalił się nimi, dumny z ich urody, dumny z ich zdobycia. Jednak mam wrażenie, że żadnej nie kochał.
– Dlaczego?
– Szybko się nimi nudził. Za szybko. Na wielką miłość mi to nie wyglądało, bardziej na wielką namiętność. I z żadną nie kłócił się tak jak z tobą.
Pokiwałam głową. Pięć żon, trójka dzieci. Super! Kawaler z odzysku, w dodatku o wątpliwej reputacji i wrednym charakterze. Trafiło mi się, że hej! Muszę ostrzec Izę, chociaż miałam dziwne wrażenie, że nie będzie to potrzebne. W kim ona u licha się zakochała, że otaczała to taką tajemnicą? Normalnie dawno już by wszystko wypaplała, a w tym wypadku poprzestała na aluzjach. Cholera. Trzeba było uważniej słuchać jej monologów.
– Nie będę jego żoną – odparłam w roztargnieniu, po czym zapadła cisza. Ja wciąż przetrawiałam usłyszane przed chwilą rewelacje, a Camila siedziała popijając swoją kawę i wyglądała na dziwnie zadowoloną.
– Do kiedy zostajecie? – zmieniłam temat. Nagle przypomniały mi się moje plany ucieczki.
– Do jutra. Wylatujemy przed południem, głównie dlatego, że na kolejne dni zapowiadano tajfun, a rodzice strasznie nie lubią takiej pogody.
– Tajfun? – upewniłam się, czując że blednę. – Ja też nie lubię takiej pogody. Może wrócę z wami?
– Zostań. Tylko błagam, nie strzelaj więcej do mojego brata.
– Ha, ha – odparłam ponurym głosem. – A co z prochami dziadka?
– Służąca zebrała je odkurzaczem w świeży worek i przesypała do słoika po marynowanej papryczce. Dziadunio poczeka teraz kilka dni, zanim przyślą jego nowe lokum.
I to był koniec naszej rozmowy, bo na tarasie pojawiła się wyfiokowana staruszka. Ozięble odpowiedziała na moje powitanie, za nią zaś nadciągnął tłum pozostałych krewniaków. Czy prędzej wstałam ulatniając się, nieco poirytowana, bo nie dopiłam kawy. Dom był za mały dla nas wszystkich, więc pomaszerowałam w kierunku zabudowań gospodarczych, a konkretnie w kierunku lądowiska. Tym razem zobaczyłam tam stalowego potwora, a dookoła żywej duszy. Niepewnie wdrapałam się do środka, zasiadłam w fotelu pilota, rozglądając się z narastającą rozpaczą. W życiu nie dałabym rady uruchomić tej machiny, o oderwaniu od ziemi nie wspominając. Ale nie byłabym sobą, gdybym choć nie spróbowała pogrzebać. Na próbę wcisnęłam kilka guzików, poprzestawiałam parę wajch, potem poszukałam stacyjki. Czy helikopter w ogóle odpala się tak jak samochód, kluczykiem? Kurczę, trzeba była zwracać uwagę na takie szczegóły, podczas oglądania amerykańskich filmów. Zła na samą siebie dusiłam teraz wszystko co popadnie. Przynajmniej dopóki tuż obok nie rozległ się głos pełen sarkazmu:
– Chcesz wystartować czy szukasz wyskakującego lusterka, aby poprawić makijaż?
– Uczę się. To nie może być trudne.
– Zostaw, bo zepsujesz.
– To zepsuję! – Nieoczekiwanie się rozzłościłam. – Rodzinkę odeślesz wpław, albo na tratwach zbudowanych z mebli. Babcia na łożu, cioteczka w wannie, dla innych też znajdzie się coś ciekawego.
– Przesuń się na drugi fotel – rozkazał, gramoląc się do środka. Nie miałam wyjścia, więc posłusznie zmieniłam miejsce, mierząc go pełnym ponurego wyrzutu spojrzeniem. – I załóż słuchawki.
Trzeba przyznać, że gdy helikopter uniósł się w górę, byłam pełna podziwu. Pilotował tę machinę bez najmniejszego problemu i z absolutną pewnością siebie. Zaimponowało mi to bardziej niż cokolwiek przedtem. Zatoczyliśmy kółeczka nad wyspą, która z wysokości trzystu metrów nie wydawała się aż tak duża, a potem gładko wylądowaliśmy.
– Wiesz, co chciałaś wiedzieć – odezwał się ze spokojem, kiedy zapadła cisza. – I daj spokój głupotom, jeszcze się rozbijesz, zrobisz sobie krzywdę. To jest wyspa, dookoła sama woda, środek transportu niedostępny, a zresztą za jakiś tydzień będziesz z powrotem w domu.
– Jak ty się o mnie troszczysz!
– Bardziej o tę maszynę – poklepał kokpit. – Kosztowała kupę kasy.
Buc! Nie odpowiedziałam usiłując godnie wysiąść. Javier okazał się jednak szybszy, a na dodatek złapał mnie, gdy niezdarnie wyskoczyłam na płytę lądowiska.
– A teraz o co się boisz? – spytałam zajadle, wyplątując się z jego ramion. – Żebym ci nie porobiła dziur w betonie?
– Coś w tym rodzaju – poweselał. – Dziś wieczorem przyjęcie, przygotuj się.
– Te zaręczynowe, o którym wspomniałeś?
– Zapoznawcze. Rodzina, znajomi, przyjaciele.
– I zaprezentujesz im porwaną oraz zniewoloną kuzynkę ukochanej?
– Porwaną owszem, ale na zniewoloną nie wyglądasz.
– Uh! Jak ja cię nie lubię! – I ruszyłam żwawo w kierunku domu.
– Za co? Przecież nie walnąłem cię w łeb i zakopałem pod palmą w ogródku! – krzyknął jeszcze za mną rozbawionym głosem. – A może za to, że cię nie zaliczyłem?
Po ostatnich słowach od razu miotnęło mną do tyłu. No co za!... Dopadłam Javiera i chwyciwszy go za poły koszuli energicznie potrząsnęłam.
– Mnie się nie zalicza! – wysyczałam wściekłym szeptem. – Podłe insynuacje! A tak w ogóle to nie jesteś w moim typie!
– Wiem. Jestem za dobry.
– Bo ja cię ukatrupię i zakopię pod palmą!
– Mnie? A za co?
Nagle uświadomiłam sobie, że stoimy za blisko. Dodatkowo Javier położył dłonie na moich biodrach, pochylając się tak bardzo, że patrzyłam teraz w jego ciemne, rozweselone oczy z odległości zaledwie kilku centymetrów. Włosy miał zmierzwione, niedopiętą koszulę i silne ramiona, o całej reszcie nie wspominając. Niedopiętą pewnie dlatego, że nim szarpałam. Spuściłam wzrok i dla odmiany zaczęłam się gapić na wyrzeźbiony tors, gładziutki jak pupcia niemowlaka i w apetycznym, czekoladowym kolorze. Poczułam szaloną ciekawość, co też mogło znajdować się niżej. Najgorsze było jednak to, że moje spojrzenie powędrowało w dół, a kiedy spłoszona podniosłam wzrok, Javier nie wyglądał wcale na rozbawionego. Na wściekłego również. Pochylił się gwałtownie i tylko dlatego, że nieoczekiwanie wykręciłam głowę, trafił prosto w moje ucho. Inaczej byłby mnie pocałował.
– Co robisz? – jęknął, bo jednak zderzenie nie należało do najprzyjemniejszych.
– Nie będę robiła za kochankę pomiędzy twoimi małżeństwami! – wypaliłam, wyszarpując się jednocześnie z jego objęć. I nie zważając na nic, tym razem uciekłam, starając się, aby nie wyglądało to wcale na ucieczkę, a na godne opuszczenie pola bitwy. 

link do części VI - klik

42 komentarze:

  1. Dzięki, czekałem :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziekuje ze piszesz....Pozdrawiam z Berlina Wioletta

    OdpowiedzUsuń
  3. Minuta po północy, tak jak obiecałaś :) chyba zwariuję do następnej części
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne... Jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
  5. Po prostu uśmiecham się jak głupia do ekranu czytając :D Czekam na kolejny :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Codziennie wchodzę na Twojego bloga i strasznie się boje ze po tej serii kilku odcinków pod rząd nie będziesz teraz nic dodawać przez pół roku :o haha nie wiem co mają w sobie Twoje opowiadania ale są naprawdę wyjątkowe. Myślałaś żeby coś wydać? Może zbiór Twoich opowiadań albo coś większego ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam to samo! Bo zawsze jest tak, ze jest czesto a pozniej dlugo nic i przechodzę męczarnie, wiec za kazdym razem jak Babeczka cos dodaje, to mam stracha, ze zaraz cos sie stanie i ta sielanka sie skonczy:(:D

      Usuń
  7. Kiedy następny? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedy kolejna część? Jak zawsze cudowny kawałek ! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. a ja już chcę więcej... ah

    OdpowiedzUsuń
  10. Coś mi się zdaje że to będzie jedno z moich ulubionych opowiadań, bo jest takie w 100% "Babeczkowe"!!! :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Błagam nie przerywaj tej passy pisania. Taka jestem ciekawa co dalej że w pracy chyba jajko zniosę :P pozdrawiam A

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie no znow mnie zaskoczylas bardzo pozytywnie <3 uwielbiam cie i czekam na ciag dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  13. Popraw "niewoloną"na "zniewoloną" w zdaniu "porwaną oraz niewoloną kuzynkę narzeczonej". A opowiadanie extra - czekam na więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Kiedy 6 część? :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Błagam , ja chcę więcej , jak najszybciej .

    OdpowiedzUsuń
  16. Błagam o następną część 😖

    OdpowiedzUsuń
  17. No nie mogę... Znowu zaglądam tutaj co pół godziny z nadzieją że może będziesz chciała nas jeszcze bardziej rozbestwić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także to robię :D

      Usuń
  18. Kocham Cię :) To opowiadanie jest super <3 Już się nie mogę doczekać kolejnej części :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Kiedy następna część? ^^

    OdpowiedzUsuń
  20. Uwielbiam Cię! Jesteś jedną z nielicznych pisarzy amatorów, których czytam opowiadania. Inspirujesz mnie do tworzenia moich opowiadań.

    Pozdrawiam :)

    P.S. Nie mogę doczekać się kolejnych części oraz nowych pomysłów z Twojej strony :))

    OdpowiedzUsuń
  21. Błagam o dalsze losy bohaterów :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Króciutko, bo śpiąca jestem koszmarnie. Jeśli coś dodam, to jutro późnym wieczorem. Potem może być przerwa, bo mam do zaprojektowania stronę www i trochę czasu mi to zajmie :(

    OdpowiedzUsuń
  23. A może znowu kolejna część po północy? Potem lepiej się śpi hehe ^^

    OdpowiedzUsuń
  24. "cofnęłam się do tyłu":-)

    Zdecydowanie sie zgadzam ze to opowiadanie jest tak bardzo w Twoim stylu i zdecydowanie ten styl lubie najbardziej :-)

    magda

    OdpowiedzUsuń
  25. Przerwa? O jejku, to może dodaj wszystkie części naraz, będziesz miała z głowy, a my będziemy szczęśliwi i zaspokojeni :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Cudowna jak zawsze! :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Zgadzam się jeśli chodzi o dodanie wszystkich części naraz ;) w czasie przerwy mogę dostać lekkiego bzika z niecierpliwoscina kolejne części ^^

    OdpowiedzUsuń
  28. No to jak? Kiedy dodasz następne ? :D

    OdpowiedzUsuń
  29. Prosimy gorąco o kolejną dawkę uśmiechu ;)

    OdpowiedzUsuń
  30. Czy dodasz kolejną część po północy? Bardzo proszeee...

    OdpowiedzUsuń
  31. Właśnie usiadłam przed kompem i zaczynam poprawiać, dopisywać i szlifować kolejny kawałek. Nie obiecuję, bo wczoraj gdy tylko zabrałam się do pracy, Malutki dostał napadu kolki i po wszystkim poszliśmy już prosto spać. Tak to bywa...

    OdpowiedzUsuń
  32. Czekam z niecierpliwością :D

    OdpowiedzUsuń
  33. Nie ma nic :(? Zdrówka dla maluszka, niech nie cierpi biedaczek, kolka to okropna sprawa.

    OdpowiedzUsuń
  34. Dodaj coś dziś, proszę. ;)
    Tak w ogóle to uwielbiam Cię, jesteś najlepsza. Buziaki dla Ciebie i dzieci. :*

    OdpowiedzUsuń
  35. Warto czekać !

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.