niedziela, 24 stycznia 2016

Bo tylko czarne oczy... (IV)

Rozbestwię Was, ale ostatnio mam trochę więcej czasu na pisanie, jakąś godzinkę, kiedy moje pociechy już śpią, a szanowny małżonek jeszcze nie wrócił z pracy. Nie wiem czy pisałam, ale moje dzieci mają wspólną cechę - oboje wstają skoro świt, tak około szóstej, a idą spać prawie z kurami, młodsze po osiemnastej, starsza około dwudziestej. Odwrotnie niż ja - zawsze bardziej aktywna byłam wieczorem, o poranku wiecznie nieprzytomna. Nie ma lekko ;-)

link do części III - klik

            Bo tylko czarne oczy... (IV)
Aż do końca kolacji udało nam się nie pokłócić, głównie dlatego, że ja wciąż byłam zamyślona. Potem poczułam się śpiąca, więc szeroko ziewając rzuciłam krótkie pożegnanie i wróciłam do sypialni. Zasnęłam natychmiast po zmyciu makijażu. Sen miałam twardy, bez żadnych koszmarów, a obudziłam się późno, tylko dlatego, że ktoś energicznie szarpał moje ramię. Nieco zmieszana pokojówka wyjaśniła mi, że przybył tłumacz, a ja mam się stawić w salonie. Zarzuciłam na siebie jedwabny szlafroczek i podreptałam najpierw do kuchni. Kawa jak zwykle poprawiła mi humor, a wzrok Javiera, którym mnie powitał jeszcze go wzmocnił.
– Co ty masz na sobie? – syknął.
– W zasadzie nic – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – To coś jedwabne i bieliznę. Gorąco jest, nie marudź. Dawaj ten telefon, bo chciałabym wrócić do siebie i się wykapać.
Dziwne, ale bardzo skwapliwie spełnił moje polecenie. Tłumacz, wysoki, smukły chłopak o urodzie wcale nieustępującej tej, jaką został obdarzony gospodarz, uśmiechał się do mnie nieco zmieszany. I oczywiście od czasu do czasu, łypał przestraszonym wzorkiem w stronę Javiera. Machnęłam ręką, bo nie adoracja była mi w głowie. Załatwiłam co trzeba, pożegnałam się i wróciłam do kuchni. Głód zawsze paraliżował mój język oraz wrodzoną złośliwość.
Przez dwa dni zdążyłam obejść wyspę dookoła, sporządzić mapę okolicy i poznać wszystkich mieszkańców. Nie było ich znowu tak wielu, większość stanowiła obsługę, reszta przebywała tu tymczasowo z powodu pracy. Razem jakieś dwanaście duszyczek. Pokojówka, ogrodnik, kucharz, dwie kobietki od wszystkiego i siedmiu członków ochrony. Dom tylko jeden plus zabudowania gospodarcze, w których spał również cały personel. Do tego mały domek ogrodnika, którego żona była kobietą „od wszystkiego”. Oni jedyni mieszkali tu na stałe. Poza tym dom był cudowny, ogromny, miał chyba z dwanaście sypialni, okolica przepiękna, a widoki zapierały dech w piersiach. Żadnych zatoczek, żadnych łódek, motorówek czy jakichkolwiek innych środków pływających. Machnęłam jednak na to ręką, bo przestałam się upierać przy wersji z ucieczką. Pacyfik? Nie, dziękuję. Poczekam i niech mnie lepiej odstawi do domu. No chyba, że trafi się jakaś okazja…
W końcu przywieźli zastępstwo Puszka. Wypisz, wymaluj, kropka w kropkę taki sam. Żeby tylko nie uciekał na dźwięk ludzkiego głosu, to byłoby idealnie. Bez Javiera nudziłam się trochę, bo jednak jego służba, pomimo moich wyraźnych chęci, by się z nimi zaprzyjaźnić, to nie to samo.
Kolejny poranek powitałam z niechęcią, bo ten cholerny kot gdzieś się poprzedniego wieczora ulotnił i nie szło go znaleźć. Zwlekłam się z łóżka, narzuciłam na siebie jakąś mocno wzorzystą, kusą sukienkę, a potem szybkim krokiem udałam się do kuchni. Jednak tym razem pokojówka oznajmiła mi, że kawa i gospodarz czekają na mnie na tarasie.
– Nie uciekłaś jak widzę? – powitał mnie z doskonale wyczuwalnym sarkazmem.
– Nie. Zostałam i uwiodę cię, abyś się ze mną ożenił – nie pozostałam mu dłużna, zajmując miejsce w fotelu naprzeciwko. Cholera. Zapomniałam jak bardzo był przystojny. Trzeba było chociaż przemyć twarz i pomalować rzęsy. Zgrzytnęłam zębami, a potem władowałam sobie do ust jedną mini bułeczkę.
– Hę? – Z miejsca zaczął wyglądać na ogłuszonego. – Ja z tobą?
– Chryste, żartowałam. Głodna jestem, a przed wypiciem kawy przypominam potwora.
– Po też – wyrwało mu się niechcący.
– Nie drażnij mnie. Przywieźli kota. Ale wczoraj z wieczora dał nogę.
– Znajdzie się.
– Wygląda jak Puszek, lecz nie wiem co z charakterem? Nie wmówimy Izie, że ukochany pupil daje drapaka, gdy tylko usłyszał jej głos.
– Zajmę się tym – oświadczył pogodnie. – Co robiłaś?
– Obmyślałam atrakcje na spotkanie rodzinne. Kto przyjedzie?
– Moi rodzice, babka, obie siostry, w tym jedna z mężem, dwie ciotki, kuzynka i trzech kuzynów. Część z osobami towarzyszącymi niebędącymi członkami rodziny.
– Tłum ludzi. Pomieścisz ich wszystkich?
– W razie czego przeniesiesz się do mojej sypialni.
Bułeczka utkwiła mi w gardle.
– Ja do twojej? Nie ma mowy. Kontrakt zapewniał mi luksusowe warunki.
– Sama wspominałaś, że chcesz mnie uwieść.
– Ty mnie nie denerwuj! – Oczywiście od razu się zdenerwowałam. Wspólna sypialnia? Z nim?! Jeszcze czego! – Możesz odstąpić swoją, a sam spać na hamaku.
– Wiesz, to jest myśl. Przeniosę się do ciebie.
Nadęłam się godnie i nie odpowiedziałam.
– Kupiłem ci kilka sukienek oraz innych drobiazgów.
– Po co? I tak chodzę głównie w stroju kąpielowym, a śpię nago. Nawet się opaliłam. Zobacz – wyciągnęłam przed siebie rękę, z rozrzewnieniem podziwiając przedramię.
– Ja widzę tylko więcej piegów na nosie.
– Bzdura. Szukałam odludnych zakątków i zrzucałam strój, aby opalenizna była równomierna.
– Nago? – Na jego twarzy odmalowało się takie niedowierzanie, że o mało się nie roześmiałam. – A wiesz, że kazałem ochronie wszędzie za tobą chodzić?
– E tam. Co niby takiego mogli zobaczyć?
– Od teraz – rozpoczął czerwieniejąc. – Od teraz masz tego nie robić! Zrozumiałaś?
Czy ja usłyszałam zazdrość w jego głosie? To byłoby dziwne. Ale i też zaskakująco ekscytujące. Spojrzałam z ukosa na ponuro zadumanego Javiera. Tym razem miał na sobie błękitną koszulę i grafitowe spodnie. Był boso, z nieco zmierzwionymi włosami, jakby przed chwilą dopiero co wstał z łóżka. Powiodłam wzrokiem od muskularnych ramion po silne dłonie. I złapałam się na tym, że zastanawiam się, jakby to było poczuć jego ręce na swoim ciele. Niedobrze, oj, niedobrze. Takich myśli powinnam unikać. Za dobry był dla mnie, za doskonały. Oczywiście jeśli chodzi o wygląd. Charakterki mieliśmy, jak się okazało, podobne. Nawet jeśli by raz się ze mną przespał, to o niczym stałym i tak nie byłoby mowy. Przypomniałam sobie Izę i głośno westchnęłam. Ona pasowała do Javiera idealnie. Tego powinnam się trzymać, aby za dwa tygodnie nie skończyć ze złamanym sercem.
– Co tak zamilkłaś?
– Pójdę się wykąpać.
– Chcesz towarzystwa?
– Nie! – warknęłam, czerwieniejąc. Ale nawet chłodny prysznic nie pomógł mi odzyskać równowagi którą zburzyło jedno spojrzenie Javiera. A przecież obiecałam sobie, że będę twarda i nieugięta, niczym niezdobyta starożytna twierdza. I tak samo zarośnięta, pomyślałam złośliwie, przypominając sobie moją intymną fryzurkę. Czas na rewolucję!\
Kobieta zadbana, kobieta szczęśliwa, pomyślałam przeglądając się w lustrze godzinę później. Miałam na sobie dość frywolną sukienkę, w ciekawym odcieniu błękitu zmieszanego z zielenią. Do tego odpowiednią fryzurę i dyskretny makijaż. Tylko z butami na wysokim obcasie dałam sobie spokój, zastępując je zwykłymi japonkami. Wyglądałam znakomicie i tak też się czułam. Poza tym zaczęło mi dziwnie zależeć na własnym wyglądzie, co było trochę niepokojące. Zdusiłam kiełkujące wątpliwości i ruszyłam w głąb domu.
Okazało się, że część gości już przyjechała. Na tarasie panował gwar rozmów, a kiedy weszłam, wszystkie oczy skierowały się na moją skromną osobę. Zakłopotałam się, ale odpowiedziałam odważnym spojrzeniem. Od razu wiedziałam, że urokliwa para to rodzice Javiera, bo trudno było nie zauważyć, że urodę odziedziczył po ojcu. Stara, wyfiokowana baba o surowym spojrzeniu, to z pewnością seniorka, babunia. Poza tym kobiety były piękne, zadbane i obwieszone biżuterią, panowie wysocy, postawni i seksowni. Jak na planie jakiejś pojebanej telenoweli brazylijskiej, pomyślałam ze złością. Jednak uśmiechałam się szeroko i przyjaźnie, dopóty nie usłyszałam, jak czarnowłosa piękność gratuluje bratu narzeczonej.
– To nie ja nią jestem – wyjaśniłam krótko.
– Nie ty? – dziewczyna wytrzeszczyła oczy. – Nie rozumiem.
– To trochę skomplikowane – powiedział Javier posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie. – To Julia, kuzynka Belli. Miały przyjechać razem, ale w ostatnim momencie moja ukochana musiała zmienić plany. Praca.
– O, tak! Praca – potwierdziłam złośliwie się uśmiechając. – Izunia jest strasznie zapracowana.
– Jak zostanie moją żoną, nie będzie musiała zarabiać na swoje utrzymanie – oświadczył kategorycznie.
– Na pewno będzie zachwycona – dodałam z jeszcze większą drwiną. – Oczadziałeś czy co? Ta praca to sens jej istnienia. Ma robić za pasożyta wiszącego na twej szyi?
– Kupię jej wszystko, czego zapragnie. Spełnię każde życzenie. Czego jeszcze można chcieć?
– Wolności! – wypaliłam bez zastanowienia.
– Bzdura! Mówisz tak, bo też chciałabyś mężczyzny, który tak jak ja Bellę, wielbiłby cię bezgranicznie, traktując niczym największy skarb.
– Raczej jako trofeum myśliwskie – odgryzłam się. – Pewnie, o niczym innym nie marzę. Ogarnij się kretynie, bo nie tylko ślubu, ale i żadnych zaręczyn nie będzie.
Javier spurpurowiał. Nie pierwszy i nie ostatni raz, ale na jego rodzinie wywarło to piorunujące wrażenie. W popłochu zaczęli rozmowę na zupełnie inny temat, zerkając na mnie ze zgrozą pomieszaną z podziwem. Co u licha?... Też się go bali?
– Pozwól ze mną. – Jedna z dziewczyn chwyciła mnie za łokieć i poprowadziła w kierunku plaży. Poszłam bez sprzeciwu, bo zdaje się, że była to jego siostra.
– Ależ ty masz tupet! – oświadczyła zachwycona, kiedy uszłyśmy już spory kawałek. – Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby mój brat był tak wściekły, a jednocześnie tak doskonale nad sobą panował. I nigdy nikt nie nazwał go kretynem!
– Ktoś musiał być pierwszy – mruknęłam. – Dlaczego wszyscy się go tak boją?
– Jego reputacja nie wzięła się z niczego, wierz mi. Sporo widziałam, sporo słyszałam – skrzywiła się. – Jakieś trzy lata temu zajął się interesami bardziej zgodnymi z prawem, ale przed tym różnie bywało.
– Czyli? – zaciekawiła mnie.
– A co jest najbardziej opłacalne i nielegalne?
– Prochy, broń i ludzie.\
– To sama sobie odpowiedziałaś.
– Cholera! – syknęłam nagle poddenerwowana i zamilkłam. Aż tak źle? W takim razie tym bardziej powinnam go sobie wybić z głowy. A szkoda, bo naprawdę zaczynał mi się podobać. Zresztą wizerunek krwawego okrutnika nie bardzo mi pasował do Javiera.
– Nie powiedział ci?
– Nie pytałam – odparłam zgodnie z prawdą. – A to legalne teraz to co?
– Nieruchomości. Różnego rodzaju inwestycje. W zasadzie dokładnie to nie wiem, nie interesuje mnie to. Ważne że są z tego pieniądze – powiedziała beztrosko. – Wracamy? Muszę się rozpakować i odświeżyć.
Skinęłam głową. Kiedy doszłyśmy do domu, ulotniła się, a ja weszłam do salonu. Goście zniknęli, chyba wszyscy rozleźli się po swoich sypialniach. Rozglądałam się dookoła z roztargnieniem, gdy na komodzie pod oknem zauważyłam coś ciekawego. Broń. Podeszłam bliżej i z zaciekawieniem się jej przyjrzałam. Potem na próbę wzięłam do ręki. Ciężka była. Ciekawe czy faktycznie kopało przy strzelaniu? Zaraz, zaraz, tutaj coś chyba trzeba było odbezpieczyć, potem wymierzyć i paf! Udałam że strzelam do wyimaginowanego wroga, którym była nadęta matrona na portrecie. Później jeszcze raz przyjrzałam się broni, kiedy za moimi plecami rozległo się potępiające chrząknięcie. Rozległo się znienacka, i w absolutnej ciszy zabrzmiało niczym wystrzał armatni. Krzyknęłam, odruchowo naciskając spust. Rozległ się huk wystrzału, a stojąca na półce nad kominkiem waza rozpadła się z hukiem. W powietrze wzbił się szary pył, a nad moim uchem usłyszałam tym razem ogłuszający ryk.
– Kurwa! Urna z prochami dziadka!
Przestraszona spojrzałam na dziko miotającego się Javiera. Wyglądał jakby dostał ataku epilepsji. Ewentualnie uwzględniając okoliczności, można byłoby pomyśleć, że to rytualny taniec ku czci przodka poniekąd fruwającego w przestrzeni dookoła nas.
– Oddaj tę broń, bo cię babsztylu jeden zastrzelę!
To oddałam. Rzuciłam na podłogę, ale tak jakoś niezręcznie, bo rozległ się drugi huk i kolejny ryk.
– Kurwa! Moja stopa!
Groźny El Diablo podskakiwał teraz na jednej nodze, czerwony jak burak, z błyskiem prawdziwej nienawiści w oczach, a na dodatek w oparach szarego pyłu. Zwabieni dzikimi rykami członkowie rodziny, zaczęli tłumnie gromadzić się w drzwiach, ale nikt nie odważył się wejść do środka. Za to ja uznałam, iż najwyższy czas się ulotnić. Umknęłam niczym spłoszony jeleń, nie zważając na krwiożercze groźby wykrzykiwane pod moim adresem. Zatrzymałam się dopiero, gdy zabrakło mi tchu. Nie miałam bladego pojęcia, gdzie jestem, wiedziałam jedynie, że biegłam w głąb wyspy. To się porobiło, pomyślałam zakłopotana. Teraz chyba ten dołek pod palmą mnie nie ominie… 

link do części V - klik

21 komentarzy:

  1. Uch! Ty to wiesz, jak sprawić, by czytelnik chciał więcej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieeee no ja tu zaraz naprawdę urodzę. Babeczko to opowiadanie jest ekstra. Czyta się tak jak Wygraną, a i bohaterki wydają się być podobne z charakterku przynajmniej. Proszę powiedz ile części planujesz? Jestem ciekawa czy zdążę się "wypakować" przed finałem cze nie:) Pozdrawiam, Aya

    OdpowiedzUsuń
  3. Chcę więcej, teraz, plisss. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham Cię :* Dziękuję :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Jakie to cudowne mogę czytać godzinami.

    OdpowiedzUsuń
  6. Co za rozpusta-tyle części, w tak krótkich odstępach! Cudownie się czyta :) tak trzymaj Babeczko ;)
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  7. Jesteś najlepsza,wiesz jak człowieka rozweselic.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mega wciągające i super plot. Prosimy jeszcze i jeszcze. Ja jestem uzależniona od Twoich opowiadań, zaglądam tu codziennie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Koncówka najlepsza, czekam na ciag dalszy xd

    OdpowiedzUsuń
  10. Lubię, lubię, oj bardzo lubię!
    e.

    OdpowiedzUsuń
  11. Chyba to będzie moje ulubione opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Cudowne! Chcemy więcej, więcej, więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ile części planujesz ?

    OdpowiedzUsuń
  14. Widzę pewne podobieństwo Julii do kilku bohaterek Twoich opowiadań Babeczko :) Charakterek i temperament mają podobny choćby z przywołanej tutaj bohaterki opowiadania "Wygrana". Ciekawe skąd czerpiesz wzorce do takiego profilu psychologicznego bohaterki ?

    A poza tym ostatnie opowiadanie i te dialogi rewelacja.
    Popłakałem się ze śmiechu :))))))))

    Pozdrawiam
    Artur

    OdpowiedzUsuń
  15. Kolejna część zaplanowana na minutę po północy, resztę muszę uzupełnić :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Babeczko to jest boskie ! Więcej więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Chyba z bronią nie za wiele miałaś do czynienia. Fantazja pisarki ma swoje granice. Tekst lekki i nie wymagający myślenia od czytających, ale takie wpadki z twojej strony to już przegięcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam. Wiem o co chodzi, ale czy ja nie mogę raz po raz przymknąć oka na detale? ;-)

      Usuń