sobota, 23 stycznia 2016

Bo tylko czarne oczy... (III)

A co tam będę Wam żałować! Udanego weekendu!

link do części II - klik

            Bo tylko czarne oczy... (III)
– El Diablo! – wrzasnęłam, wchodząc do domu. – Gdzie jesteś?!
Od razu pojawiła się pokojówka.
– Senior ma gości – wyjaśniła cichym głosem. – Prosił aby seniorita udała się do swojej sypialni i tam została. To bardzo ważni…
Więcej nie słuchałam. Gości? Świetnie się składa. Tym razem albo mnie zabije, albo odeśle do domu. Była jeszcze trzecia możliwość – skrępuje i zamknie gdzieś w klatce zbudowanej z bambusa, ale tej do siebie nie dopuściłam. Pokojówka podążyła za mną świńskim truchtem, usiłując tłumaczyć coś głosem pełnym rozpaczy.
– Powiedz, że mnie nie spotkałaś – przykazałam jej tylko i z hukiem weszłam do salonu. Przy kominku stało trzech mężczyzn. Jeden z nich gwałtownie pobladł na mój widok, pozostałych dwóch spojrzało z zaciekawieniem. Ja na nich również, chociaż bogiem a prawdą, za bardzo nie było na co. Wyższy i szczuplejszy miał za sobą dobre pół wieku, niższy był krąglutki jak piłeczka, z włosami zaczesanymi pod górę i świecącymi się jak psu jajca. Przy nich Javier faktycznie wyglądał jak Adonis. Coś tam w mojej duszy rzewnie westchnęło, ale zaraz potem na pierwszy plan wysunęła się chęć na rozróbę.
– Tu jesteś! – rozpoczęłam rozradowana. – I masz gości, jak miło. Przedstawisz mnie?
Zgrzytnął zębami, ale głos miał jeszcze spokojny.
– To Rafael – wskazał na siwego – a to Demetrio. Moi wspólnicy w interesach. A to Julia, moja… moja…
– Przyszła krewna – wyjaśniłam ochoczo. – Nie, nie żona. No co też panowie… Za młoda jestem na małżeństwo. Ale jakby znalazł się ktoś ciekawy…
Trzeba przyznać, że wyglądali na lekko osłupiałych. Za to Javier na zrezygnowanego.
– Kuzynka mojej narzeczonej – wyjaśnił.
– Zaręczyłeś się? – Siwy najwyraźniej się ucieszył. – To gratuluję, gratuluję!
– Tak jakby.
– To znaczy?
– Zapomniał spytać narzeczonej czy zgadza się nią być – dodałam złośliwie. – Na razie rozpoczął zaloty od rozjechania jej ukochanego kota. Została z niego krwawa plama z białymi kępkami kłaczków.
Zapadła krepująca cisza. Czy mi się zdawało, czy oni tez wyglądali na odrobinę wystraszonych? No kuźwa!... Zerknęłam na Javiera. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.
– Jeśli pani kuzynka jest równie śliczna, to gratuluję wyboru – tę krępującą ciszę przerwał pełen zachwytu głos Demetrio. – Być może będziemy mieli okazję spotkać się na weselu. W takim razie zamawiam pierwszy taniec.
– Hę? – spojrzałam na niego podejrzliwie. Ja, śliczna? A potem oskarżycielsko wskazałam palcem na El Diablo. – On twierdzi, że jestem pokraką przypominającą…
– Dość! Natychmiast masz iść do swojego pokoju! – Javier mało delikatnie chwycił mnie za łokieć, ciągnąc w kierunku drzwi. W zasadzie nie stawiałam wielkiego oporu.
– No co? Powiedział, że jestem śliczna – rozanieliłam się, gdy znaleźliśmy się za drzwiami.
– Dobrze, jesteś. Tylko idź już sobie i nie wracaj do kolacji.
– Serio?! – wybałuszyłam oczy. – A mówiłeś coś o czarownicy.
– Do góry! – ryknął straszny głosem. Z oczu sypały się iskry, z nozdrzy pewnie zaraz zaczęłaby buchać para, jak u rozjuszonego byka. – Natychmiast! Albo tak ci przyłożę…
– Damski bokser.
– Ja kurwa nie wytrzymam! – Ponieważ nie ruszyłam się z miejsca, ale za to chyłkiem spróbowałam wrócić do salonu, chwycił mnie wpół i siłą zawlókł do sypialni. Oczywiście przy akompaniamencie moich wrzasków. Mogłam się wyrywać i szamotać, mięśnie to cholernik miał ze stali, a na dodatek tyle siły, że byłam całkowicie bez szans. Jedynie gębę miałam sprawną, czego nie omieszkałam wykorzystać. Zostałam w mało elegancki sposób rzucona na podłogę, po czym zatrzasnął drzwi i przekręcił w nich klucz. Spojrzałam w kierunku okien. Osioł. Sądził że nie dam rady uciec? Wstałam, otrzepałam się i zamyśliłam. Nie wiedziałam, która jest godzina, choć zgadywałam że późna. Pewnie za chwile zajdzie słońce. Javier wspominał coś o kolacji…
Po dokładnym przeglądzie przyniesionej mi garderoby, wybrałam komplet bielizny, jedną z sukienek i odpowiednie do tego buty. Przelotnie zastanowiłam się, skąd tak szybko wzięli tyle ciuchów w odpowiednim rozmiarze. Nawet obuwie pasowało niemal idealnie. Coś mi się wydawało, że wcale nie mamy tak daleko do stałego lądu. Może w ogóle to nie jest wyspa? Jednak Javier nie miał nic przeciwko temu, żeby poruszała się swobodnie. Czyli jednak wyspa. Może jedynie z tym najbliższym lądem to ściema?
Weszłam pod zimny strumień wody, żeby się odświeżyć. Włosy zakręciłam na wałki, które przyjechały razem ze mną. Kiedy skończyłam z makijażem, na zewnątrz już zmierzchało. Potem stanęłam przed łóżkiem, z powątpiewaniem patrząc na wybraną kreację. Była to sukienka w turkusowym kolorze, za kolano, mega obcisła, na grubych ramiączkach, z wszytym gorsetem, który cudownie modelował oraz eksponował biust. Elegancka i seksowna. Kiedy w końcu ją ubrałam okazało się leży idealnie, ale też bardzo mocno akcentuje moje szerokie biodra. No dobrze, nazywajmy sprawy po imieniu, duży tyłek. Oglądałam się w lustrze z każdej strony, kiedy w drzwiach zachrobotał klucz i do środka weszła znana mi już pokojówka.
– Senior zaprasza na kolację w jadalni.
– Zaraz, zaraz… – odparłam z roztargnieniem. – Jak wyglądam?
– Pięknie – dziewczynie zaświeciły się oczy i już wiedziałam, że mówi prawdę. Warto było zadziergnąć nić porozumienia, bo mogło się to kiedyś przydać.
– Wejdź na chwilę, błagam. Zajmę ci minutę, może dwie – dodałam, widząc jak się waha. – Mam problem z butami.
Cicho zamknęła drzwi i podeszła bliżej. Do wyboru były srebrzyste szpilki na niebotycznym obcasie albo sandały w kolorze sukienki na nieco mniejszym. Po przymierzeniu obu, zgodnie stwierdziłyśmy, że szpilki będą lepsze. Pominęłam milczeniem fakt, że nie wytrzymam w nich dłużej niż godzinę. Liczył się w końcu efekt. Pokojówka w pospiechu wróciła do swoich zajęć, a ja poprawiłam fryzurę i starając się nie połamać sobie nóg, skierowałam się w stronę jadalni.
Przed wejściem przywołałam na twarzy subtelny uśmiech, ponuro myśląc, że czuję się jak klacz wystawowa. Po cholerę mi to było? Kretynka, zachciało się efektownego wejścia. I czego jeszcze? Prychnęłam, przypominając sobie wyraz oczu Javiera tam na plaży, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. I nagle zrozumiałam, dlaczego wybrałam seksowną sukienkę zamiast krótkich spodenek i luźnej bluzeczki. Ja mu dam „pokrakę”!
No i osiągnęłam cel, niech to piorun strzeli! Przy stole siedział tylko Javier.
– Gdzie reszta? – wyrwało mi się w zdumieniu.
– Jaka reszta?
– Miałeś gości.
– Miałem. Ale nic nie mówiłem, że zostają na kolacji.
Zamilkłam speszona głównie jego spojrzeniem. Lustrował mnie wzrokiem od góry do dołu, ze szczególnym uwzględnieniem tego co powyżej i poniżej pasa.
– Na co się gapisz? – spytałam wrogo.
– Na twoją pupę.
Zgrzytnęłam zębami.
– Bo?
– Rzuca się w oczy…
– Odczep się od moich czterech liter! – warknęłam, siadając do stołu. – Ja je lubię.
– A czy powiedziałem, że ja nie? Ponętna jest. To chyba jedyne, co masz lepsze niż Bella.
Mało brakowało, a udławiłabym się z wrażenia. Zamarłam z podniesionym widelcem, wlepiając zaskoczone spojrzenie w Javiera, który ze spokojem konsumował swoją sałatkę.
– Przecież jest ogromna – wyrwało mi się.
Wtedy spojrzał mi prosto w oczy. Po raz pierwszy bez gniewu, bez lekceważenia.
– Daje wspaniałe pole do popisu męskiej wyobraźni – powiedział cicho, a potem podniósł w górę kieliszek. – Za twoją pupę! – wzniósł toast, patrząc na mnie z dziwnym żarem w ciemnych źrenicach. Poczułam się nieswojo. Jawną wrogość rozumiałam, ale to? I tak dziwnie gorąco się zrobiło. Dotknęłam policzka. Pewnie był purpurowy, pomyślałam ze złością. Szlag by trafił te moje rumieńce, pokazujące się zawsze w najmniej odpowiedniej chwili. Tak mogłabym godnie odeprzeć atak, a w tym wypadku wolałam milczeć. Zmieszana, chwyciłam swój kieliszek, uniosłam w górę, a potem upiłam odrobinę. Wino było zarazem słodkie i cierpkie w smaku. Doskonałe. Dałam kolejnego łyka.
– Smakuje?
– Tak – nie widziałam sensu by kłamać. – Idealne. Dlaczego cackasz się ze mną jak ze śmierdzącym jajkiem, zamiast walnąć w łeb i utopić gdzieś w okolicy?
Mało brakowało, a udusiłby się tym, co miał w ustach. Przez dobrą chwilę dziwnie charczał, na zmianę czerwieniejąc i blednąc, aż w końcu opróżnił duszkiem kieliszek, głęboko odetchnął i spojrzał na mnie potępiająco.
– Zadajesz głupie pytania. Rodzina rzecz święta – dodał mentorskim tonem. A mnie olśniło. Więc dlatego jeszcze nie ukatrupił mnie zakopując zwłoki pod palmą! Iza była moją najbliższą kuzynką. Dlatego nie ośmielił mnie tknąć, choć zalazłam mu za skórę na tysiąc sposobów. Świetnie, świetnie. Dalej trzeba to wykorzystywać, za każdym razem podkreślając nasze więzy rodzinne. Niech pęknie ze złości, dupek jeden!
– Nie wiedziałam, że aż tak święta. Podoba mi się to, oj podoba.
Zerknął na mnie podejrzliwie.
– Już raz ostrzegałem, że jeśli przesadzisz, poniesiesz tego konsekwencje.
– Jakie?
– To zależy od okoliczności.
– Służba chodzi na paluszkach, rudy ma obitą mordę, a tych dwóch, co byli dziś z wizytą, również wyglądało na nieco przerażonych. Czy ta ksywka El Diablo ma coś z tym wspólnego?
– Tak mnie nazwali moi wrogowie. I nie tylko – dodał po krótkim namyśle.
– Niby dlaczego?
– Reputacja.
– Pożerasz małe dzieci żywcem i tańcujesz na golasa nad trupami wrogów? – zakpiłam. – Wybacz, ale to śmieszne.
– Śmieszy cię moja reputacja? – warknął poirytowany.
– Raczej nie przeraża. Milutki jesteś, jeśli akurat się nie wściekasz.
O mało co, nie rzucił się na mnie, pewnie z zamiarem uduszenia bezczelnej baby. Może tak jawne lekceważenie, to nie było z mojej strony rozsądne postepowanie, ale naprawdę nie mogłam się powstrzymać. Mierzył mnie tylko zimnym, nienawistnym spojrzeniem, jakby w duchu zastanawiając się, czy aby jednak mnie nie ukatrupić. Ale przecież nierozsądne byłoby wybijanie krewnych przyszłej narzeczonej.
– Jak dobrze, że to tylko dwa tygodnie – odparł z doskonale wyczuwalnym wstrętem.
– To twoja decyzja. Wolałabym zostać dwa dni. Zresztą moglibyśmy zawrzeć układ, ja siedzę cicho, ty porywasz Izunię, gdy wróci. No właśnie, skąd ta fatalna w skutkach pomyłka? Nie wiedziałeś, że twa luba poleciała do Dubaju?
– Miała tam być dwa dni później. Poza tym dowiedziałem się, że najpierw udała się do Londynu, a dopiero stamtąd poleci na sesję zdjęciową.
– Na porywacza to ani ty, ani rudy, to się nie nadajecie.
– Owszem, zepsuł mi tym humor – powiedział ponurym tonem Javier. – Wiesz może po co Bella leciała do Londynu?
– Nie mam bladego pojęcia, nie pytałam – odparłam beztrosko. – A ty się nie dowiedziałeś?
– Bym zapomniał. Musisz zadzwonić do rodziny, żeby cię dłużej nie szukali.
– Teraz?
Zerknął na zegarek, mrużąc oczy.
– W Polsce jest przyzwoita, poranna godzina. Dzwoń – rozkazał, podając mi telefon. Nieco zgłupiałam. Tutaj zapadła noc, więc dzieliło nas około dwunastu godzin różnicy. Wytężyłam umysł i wyszło mi, że znajduję się obecnie gdzieś na Pacyfiku. Aż zamarłam ze zgrozy. Taki kawał drogi! Jak ja wrócę do domu?...
– Nie! – rozzłościłam się nagle. – I lepiej mnie nie zmuszaj, bo powiem że zostałam porwana.
– To była prośba.
– Mam w nosie twoje prośby.
Nie stracił nad sobą panowania, choć widać było po oczach, że jest wściekły. Wstał, odsuwając bezszelestnie krzesło i podszedł bliżej, zajmując miejsce tuż obok mnie. Poczułam się nieswojo. Co innego trzy metry odległości, co innego mieć go na wyciągnięcie ręki. Ładnie pachniał. I w tej białej koszuli wyglądał wyjątkowo efektownie.
– W takim razie spróbujemy inaczej – odezwał się cicho, gładząc mnie kciukiem po policzku, a drugą ręką sięgając za plecy. Potem przystawił mi lufę pistoletu do skroni i wskazał leżący na stole telefon. – Dzwoń.
– A skąd wiesz co powiem? Przecież nie znasz polskiego?
– Nooo… – powiedział przeciągle. – Faktycznie.
Zrobił głupią minę i szybko schował broń.
– Jutro sprowadzę tłumacza – mruknął tylko, wracając na swoje miejsce.
– Mówiłam że nie sprawdzasz się jako porywacz – zachichotałam ani odrobinę nie przestraszona. – Daj ten telefon. Zadzwonię do rodziny i powstrzymam ich od zbiorowej histerii, potem na uczelnię o przełożenie egzaminu z powodu jakiejś śmiertelnie groźnej choroby i zostanę tu te dwa tygodnie. Odpocznę, zregeneruję siły, podenerwuję cię. Wakacje życia! Potem wrócę, a ty „porwiesz” Izunię i będziecie żyli sobie długi oraz szczęśliwie.
– Skąd tak dobrze znasz hiszpański? – spytał podejrzliwie.
– Wczesna fascynacja flamenco i Zorro. Pierwszego zaczęłam się uczyć mając naście lat, a za Zorro chciałam wyjść za mąż.
– No tak – bąknął. – Trzeba przyznać, że konwersacja z tobą nigdy nie jest nudna.
– To co? Realizujemy mój plan?
– Dopiero jak przyjedzie tłumacz.
– Ależ ty jesteś uparty. Dobrze, jak chcesz – wzruszyłam ramionami i zmieniłam temat. – Co z kotem?
– Przyleci pojutrze. Do tego czasu zajmij się czymś, czymkolwiek, tylko bez kombinowania.
– Zajmę się. Wkurzaniem ciebie.
– Masz pecha, bo muszę na dwa dni wyjechać. Załatwimy jeszcze tę sprawę z telefonem. Za to gdy wrócę, pojawi się również moja rodzina. Z okazji przyjęcia zaręczynowego.
– Bez narzeczonej?
– No właśnie – zakłopotał się. – Głupio wyszło, ale nic nie poradzę. Wolę im to wyjaśnić osobiście niż przez komórkę. A ty masz być grzeczna i tym razem nie żartuję.
– Będę.
Spojrzał na mnie nieufnie. I słusznie, bo zamierzałam zrobić coś zupełnie szalonego. Jeszcze nie wiedziałam co, ale z pewnością do tego czasu przyjdzie mi coś do głowy. Nawet się z tego powodu ucieszyłam. Przypomniała mi się Iza i dziwne uczucie z nią związane. Co ona bredziła o swojej wielkiej miłości? Szkoda że nie uważałam na jej słowa. Tylko że moja kuzynka miała w zwyczaju nawijać godzinami i już dawno przyzwyczaiłam się segregować te wszystkie informacje. Widocznie wypad do Mediolanu wydał mi się mało ważny. A jednak echo jej słów pozostało i miałam przeczucie, że z planów Javiera nic nie będzie. Wolałam jednak siedzieć cicho. Przyszłość pokaże czy miałam rację?

link do części IV - klik

8 komentarzy:

  1. Dziękuję, dziękuję, dziękuję,że się zlitowałaś :))))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Więcej, więcej, więcej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Podoba mi się :) potrafisz w opowiadaniach stworzyć taki klimat, że nie można się oderwać ! Aż chce się więcej i więcej. :) Życze Ci dużo, dużo weny i pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Babeczko, jesteś cudowna! Ulituj się jeszcze i dodaj chociaż cząstkę, proszę... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. kocham cie normalnie, za ten tekst <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam Cię :) Chce więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Super tekst Babeczko, od dawna brakowało mi lekkiego romansidła z ostrą babeczką i facetem który jeszcze nie wie, że przepadł ;) Dzięki:D Mam nadzieję, że jutro też nas porozpieszczasz ;)Wzajemnie udanego weekendu, a w zasadzie niedzieli XD

    OdpowiedzUsuń
  8. a ja niestety muszę nieco skrytykować, bo trochę zbyt wulgarna według mnie jest bohaterka...
    no i te dowcipy o żywym stworzeniu i nabijanie się z jego cierpienia i śmierci, trochę przykro się czyta...
    "Trzy noce" bardzo mi się podobały i większość Twoich tekstów lubię, jednak to opowiadania na razie czytam z niesmakiem, ale to moje zdanie, chociaż pewnie ten komentarza nie pojawi się pod tekstem

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.