piątek, 22 stycznia 2016

Bo tylko czarne oczy... (II)

Idziemy dalej ;-)

link do części I - klik

            Bo tylko czarne oczy... (II)
– Co ty robisz? – spytał podejrzliwie, a ja o mało co nie zemdlałam.
– Nie strasz, bo zawału dostanę – warknęłam, teatralnym gestem łapiąc się za pierś.
– Pytałem co robisz?
– Wącham. Nie widać?
– Co wąchasz?
– Jasna cholera! – syknęłam. – Swoje stopy. Czadzą jak zeszłoroczny ser. Też chcesz? – Z zainteresowaniem wystawiłam nogę z wanny. Wzdrygnął się, ale tematu nie podjął.
– Nie po to przyszedłem. Pomożesz mi kupić kota.
– Pocałuj mnie w dupę – oświadczyłam pogodnie. – Specjalnie ją umyję na taką okazję.
Rzadko kiedy widziałam tak zaskoczonego faceta. Pewnie branki w niewoli nie tak zwracały się do swojego oprawcy. Odrobinę się zaniepokoiłam, ale potem pomyślałam, że nie będzie przecież uśmiercał rodziny swojej przyszłej żony? Chyba. A może lepiej przystopować, kto wie, co siedzi takiemu w głowie?
– Kot jak kot – wzruszyłam ramionami. – Biały, rasowy, choć nie mam pojęcia co to za rasa. Oczy mu się tak na czerwono świeciły. Ładny był. Ale bardziej jestem ciekawa jak go przekonasz, żeby nie uciekał przed ukochaną właścicielką?
– No właśnie – zakłopotał się. – Zacznijmy od kota, a potem się zobaczy.
– Gdzie poznałeś Izę? – spytałam z ciekawością, zmieniając temat.
– Na przyjęciu w Mediolanie.
– Aha! Tym sprzed trzech tygodni?
– Tak.
– I tak od razu się zakochałeś? A ona? Nic nie mówiła. – I zamilkłam gwałtownie, bo przypomniała mi się paplanina kuzynki. Przecież opowiadała, że przyczepił się do niej jakiś macho, typ południowca, a ona może i byłaby zainteresowana, ale już zdążyła się zakochać. W każdym bądź razie El Diablo na pewno nie był tym wybrańcem. Przelotnie zastanowiłam się, gdzie znalazła piękniejszego, a potem postanowiłam nic o tym nie mówić. Diabli wiedzą, czy po takich rewelacjach nie ukatrupi mnie na miejscu? Tym bardziej, że nagle spochmurniał.
– Ogólnie nie miałyśmy czasu na dłuższe pogawędki – dodałam ostrożnie. – Skąd pomysł na porwanie?
– Byłaby w raju – zatoczył ręką dookoła. – Prywatna wyspa, plaża na własność, dom i służba do dyspozycji. Oraz ja, chcący spełnić wszystkie jej zachcianki.
– Aha. I pragnący ją zaliczyć – dodałam kpiąco.
– Oświadczyć się.
– Oj El Diablo, El Diablo – pogroziłam mu palcem. – Łgarstwo wyczuwalne na kilometr. Ale rozumiem, że jedno łączy się z drugim.
– Radzę ci dobrze, pozbądź się tego lekceważącego tonu. Bez kilku palców można żyć.
– Naskarżę Izie, że mi groziłeś okaleczeniem.
Gwałtownie poczerwieniał, z całej siły zaciskając dłonie w pięści. Ja zaś beztrosko chlapałam się dalej, podśpiewując sobie niedawny przebój Adele. Naprawdę nie bałam się ani trochę, choć w zasadzie może powinnam była? Pokojówka miała strach w oczach, rudy uciekał w podskokach po rewelacjach o Puszku, a sam El Diablo w końcu był rasowym brunetem, o gorącej krwi i sporych bicepsach.
– Jak masz na imię? – przerwałam krępującą ciszę.
– Javier.
– Julia, miło mi – wyciągnęłam do niego mokrą dłoń. Uścisnął ją nieco osłupiały. – Patrz, prawie jak w brazylijskiej telenoweli. Piękna ja, piękny ty, pięknie dookoła – zanuciłam fałszując.
– Dałaś o jedno piękno za dużo – odparł złośliwie.
– E tam. Nie bądź wobec siebie taki krytyczny – chlapnęłam na niego pianą. – Mój ty Javier Maria Guillermo ble ble ble El Diablo i kolejne ble ble ble.
– Za te kpiny skręcę ci w końcu kark.
– Poproś rudego, niech mnie rozjedzie. Ma wprawę.
– Na pewno ty i Iza jesteście rodziną? – spytał podejrzliwie mi się przyglądając.
– W pierwszej linii. A co? Nie widać?
– Nie.
– Cham – powiedziałam radosnym głosem wcale nieurażona. Kąpiel zdecydowanie poprawiła mi humor. Poza tym gdzieś tam pojawił się zalążek pomysłu brawurowej ucieczki. – Dlaczego uważasz że nie jesteśmy?
– Brak ci kobiecości, subtelności i urody – walnął prosto z mostu. – I seksa…
Więcej nie zdążył, bo bez namysłu przyłożyłam mu mokrym ręcznikiem. Zamarł z rozdziawionymi ustami, podczas gdy ja wstałam i gromko śpiewając, sięgnęłam po kolejny ręcznik, tym razem suchy. No i czy mi się zdawało, czy wykonał jakby unik?
– Nie bój się – rzekłam łagodnie i radośnie. – Ten jest dla mnie. Już nie będę cię biła.
A on wciąż się tylko gapił. Owszem, byłam naga, ale i cała w pianie. Szczegółów nie było widać.
– Biła? – powtórzył niczym echo. – Ty mnie?
I nagle jak się nie zerwał, jak nie wrzasnął.
– Mam tego dość! Jak się do cholery nie zaczniesz zachowywać potulnie, to przysięgam, zastrzelę cię!
– Czym? – zainteresowałam się zachłannie, przeczesując wilgotne włosy palcami. – Procą? A może zioniesz ogniem z pyska El Diablo? – pokpiwałam. No kiedy w końcu uda mi się wyprowadzić go z równowagi? Z ust Javiera wyrwał się coś jakby gulgot, a potem energicznie mnie chwycił, prowizorycznie przełożył sobie przez kolano i wlepił trzy mocne klapsy.
– Gra wstępna?! – zachichotałam, wracając do pozycji pionowej. – Ale jazda! W nagrodę pomogę ci wybrać Puszka.
– Kurwa! – wysyczał, tym razem zaciskając dłonie na moich ramionach i wściekle mną potrząsając. – Żeby nie Bella, już dawno byłabyś trupem! Bierzesz to w ogóle pod uwagę?
– Nie.
Biedak. Spurpurowiał, a potem odwrócił się i uciekł. Nic dziwnego, inaczej naprawdę musiałby mnie ukatrupić. Wzruszyłam ramionami i przeszłam do sypialni. Na łóżku leżały w równych stosikach ubrania. Pod łóżkiem poustawiane były w równym rządku buty. Gwizdnęłam z podziwem. To się nazywa obsługa doskonała. Na dodatek na stole poukładane były różnego rodzaju kosmetyki, od wacików, aż po perfumy. I wszystko to najlepszej jakości. No, no! Naprawdę, gdyby nie moja kariera naukowa, to z chęcią bym tu została, nawet dłużej niż dwa tygodnie. Wybrałam z tego wszystkiego kusy strój kąpielowy w kolorze turkusowym, lekkie klapki i ogromne okulary. W pasie przewiązałam się jakąś zwiewną szmatką, kolorystycznie dobraną do reszty, włosy związałam na czubku głowy w niedbały kok, a potem z dreszczem rozkoszy zaczęłam rozpracowywać te wszystkie kosmetyki. Pełen makijaż sobie darowałam, gorąco było jak diabli, ale kilka udoskonaleń zastosowałam. Zadowolona wreszcie z własnego wyglądu, wymknęłam się z pokoju w poszukiwaniu kuchni. Kiszki mi marsza grały, więc była to w tej chwili najpilniejsza potrzeba. Daleko nie uszłam, bo w jadalni natknęłam się na gospodarza, konsumującego obiad i czytającego gazetę. Oraz udającego, że mnie nie zauważa.
– Jestem potwornie głodna – oświadczyłam, zajmując miejsce przy długi stole, dokładnie naprzeciwko Javier. – Daj spokój z prasą. W jaki sposób przywołać tę miłą panią w fartuszku?
Bez słowa wskazał głową na dwa przyciski znajdujące się na ścianie, za jego plecami. Na wszelki wypadek nacisnęłam oba i nie czekając na reakcję, wróciłam na swoje miejsce, po drodze zauważając jak Javier gapi się na moją pupę. Przestał, gdy tylko na powrót usiadłam.
– Co z kotem? – spytałam zaciekawiona.
– Miguel miał się dowiedzieć, co to za rasa – odpowiedział z niechęcią. – Przyniesie zdjęcia, a ty potwierdzisz.
– Dobrze. – W moim głosie dało się wyczuć roztargnienie, bo pojawił się mój obiad. Za cholerę nie wiedziałam, co to jest, ale wyglądało apetycznie. I było smaczne. Zajęta konsumpcją, kątem oka obserwowałam mojego towarzysza, który właśnie rozmawiał z kimś przez telefon. Kiedy skończył, w drzwiach pojawił się rudy. Miał podbite oko, ogromnego siniaka na prawej skroni i rozciętą wargę.
– Co mu się stało?! – spytałam ze zgrozą.
– Niesubordynacja – odparł nieco złośliwie Javier. – To co i ciebie może spotkać, jak będziesz się wygłupiała.
– Bijesz kobiety? Ej, nieładnie. Może powinnam ostrzec Izę? – zamyśliłam się.
– Zamknij się w końcu! – warknął. – Miguel, pokaż jej fotki.
Bezbłędnie wytypowałam kota typu Puszek. Od razu zaznaczyłam, żeby nie pomylili płci, a potem rudy zniknął. Zapadła cisza, bo ja byłam zajęta deserem, a on ignorowaniem mnie.
– Idę na wycieczkę – oznajmiłam, gdy skończyłam.
– To idź – odpowiedział obojętnym tonem. Niedobrze. To oznaczało, że mówił prawdę i nie ma stąd łatwej drogi ucieczki.
– Popływam trochę.
– To pływaj.
– Nie ma tu rekinów?
Jak na mnie spojrzał! W zasadzie powinnam zachować się przyzwoicie i więcej nie odzywać, ale to nie było w moim stylu.
– No co? Nie wiem gdzie jestem. A rekiny zasiedlają morza tropikalne i subtropikalne. Za oknem mamy palmy, gorąco jak w piekle, więc moje pytanie jest jak najbardziej uzasadnione.
– Nie ma – odparł krótko wracając do czytania.
– A lwy, tygrysy?
– Na wyspie? Odbiło ci kretynko?
– Może tresowane? Bogacze mają zwyczaj hodowania takich egzotycznych zwierzątek. Zwłaszcza ci o przeroście ego w typu macho.
Łypnął na mnie wściekle okiem, ale nie odpowiedział.
– Nie ma. Idź już sobie, bo będę ci musiał zrobić krzywdę.
– Krzywdę? – spojrzałam na niego, robiąc słodką minę i zalotnie mrugając rzęsami. – Zależy jaką – dodałam przeciągle.
Przekleństw nie zrozumiałam, bo zostały wypowiedziane w innym niż hiszpański języku. Zmiął gazetę w napadzie szału, cisnął nią o podłogę i uciekł. Spodobało mi się to. Uwielbiałam wkurzać facetów, zwłaszcza tych, których nie zamierzałam podrywać. Jednak na resztę dnia postanowiłam dać spokój, bo kto wie, może faktycznie puszczą mu nerwy? Wtedy będę wyglądała jak Puszek… W najlepszym wypadku jak rudy.
Zwiedziłam dom, cudo architektury położone nad samym brzegiem morza, wśród palm i innej bujnej roślinności nieznanego mi gatunku. Parterowy, elegancki i cholernie luksusowy. Luksus miałam gdzieś, znacznie bardziej zainteresowała mnie zawartość barku. Wypić tego w dwa tygodnie w żadnym wypadku nie dam rady, ale chociaż sobie popróbuję. Przy czwartej butelce mnie zastopowało, bo to jednak niezdrowo mieszać alkohole, nawet w tak znikomych ilościach. Postanowiłam zwiedzić najbliższą okolicę, dalszą zostawiając sobie na jutro. Z kuchni podwędziłam sporych rozmiarów mango i ocierając sok ściekający z brody wyszłam na zewnątrz. I dopiero tutaj mnie olśniło. Pięknie było, jak z folderu biura podróży, albo jak z fotografii National Geografic. Fale leniwie uderzały o brzeg, stopy zapadały się w biały, nagrzany piasek, a kolory nieba i wody zapierały dech w piersiach. Prawie się załamałam, postanawiając zostać tu te dwa tygodnie. Dopiero kiedy przypomniała mi się pełna satysfakcji mina Javiera… O nie! Nie daruję! Ucieknę. Choćby na własnoręcznie zbudowanej tratwie.
Pospacerowałam po plaży. Pokręciłam się wśród zabudowań gospodarczych, skrzętnie notując obecność lądowiska na helikoptery oraz jednego, zamkniętego na klucz budynku. Byłam nawet na tyle bezczelna, że poprosiłam krzątających się w pobliżu mężczyzn o otwarcie, ale oni umknęli, posyłając mi spłoszone spojrzenia. Tam musiało być coś co pływa, stwierdziłam, obchodząc budynek dookoła. To była wyspa. Niemożliwe żeby na wyspie nie było ani jednej łódki! Westchnęłam. Akurat tego środka transportu nie darzyłam sympatią. Już przy najmniejszej fali rzygałam, za przeproszeniem jak szatan. A co dopiero na takim bezmiarze wód. Mało prawdopodobne aby mój porywacz dostarczył mi aviomarin. Podobno na chorobę morską dobrze działały tez jabłka. No tak, tylko skąd ja u licha wytrzasnę tu jabłka? Humor od razu mi się pogorszył. Wrednie postanowiłam, że poszukam Javiera i też mu zepsuję samopoczucie.

link do części III - klik

8 komentarzy:

  1. Pomysł aby podmienić kota jest idiotyczny. Każdy właściciel przywiązany do pupila pozna, że to nie jego zwierzak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten Javier jakiś taki bystry się nie wydaje jak na razie xd

      Usuń
    2. Słowem, zapowiada się niezła draka ! :D

      Usuń
  2. Babeczko, haha odłóż czytanie "Całego zdania nieboszczyka" na później :). Żartuję :) nie miałabym nic przeciwko jakbyś oficjalnie przejęła spuściznę Chmielewskiej :)
    Uwielbiam Twoje opowiadania!!!! Miłego weekendu i nie zapominaj o swoich psychofanach ;)
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He he myślałam że tylko ja zachowuję jak psychofanka babeczki, a tu proszę, nie jestem sama.

      Usuń
    2. jest Nas wiele ;)

      Usuń
    3. Wiem. I to mnie cieszy :-)

      Usuń
  3. Fajne, już nie mogę się doczekać następnej części.

    OdpowiedzUsuń