poniedziałek, 8 lipca 2013

Spod ciebie to powstanie (IV)

Wyjeżdżam na wakacje, w miejsce gdzie nie ma neta i to opowiadanie miało wam osłodzić chwile rozłąki... Dziś chciałam zrobić sobie dzień wolny i nie dodawać żadnego tematu, ale skoro nalegacie ;)))
link do części III - klik
         Spod ciebie to powstanie (IV)

14.
Ranek zastał ją zziębniętą do szpiku kości, wpatrującą się suchymi oczyma w majaczące na horyzoncie wschodzące słońce. Wciąż odczuwała irracjonalny strach, dlatego całą noc spędziła na jasno oświetlonej werandzie, nasłuchując każdego podejrzanego odgłosu. Na początku myśli w szalonym tempie przelatywały przez jej głowę, wspomnienia wydawały się tak boleśnie wyraziste, potem jednak nieustające napięcie i zmęczenie zrobiły swoje. Siedziała więc w bezruchu, otulona w dwa potężnych rozmiarów koce, z zdrętwiałą od zimna twarzą. I tak też zastał ją Adam, który z samego rana ujrzał przez okno otwarty na przestrzał i solidnie oświetlony dom sąsiadki.
- Zupełnie oszalałaś – zaklął szpetnie, pochylając ją i łapiąc na ręce. Choć razem z dodatkami stanowiła niemały ciężar, uczynił to bez najmniejszego trudu. Nogą zatrzasnął drzwi i w pośpiechu wniósł ją na górę. Nie było ciężko zgadnąć, który pokój należy do Leny. Położył ją na łóżku, dodatkowo przykrył pierzyną i pędem ruszył na poszukiwania łazienki. Ku jego uldze, stała w niej całkiem pokaźna wanna, którą od razu napełnił gorącą wodą. Powąchał jakąś butelkę stojącą na brzegu. „Lawenda, nada się” – ocenił. Potem wrócił do pokoju. Lena nadal leżała bez ruchu, a jej niebieskawa twarz i sinofioletowe usta zaczęły nabierać odrobinę żywszych kolorów.
- Co robiłaś na werandzie? – surowo spytał mężczyzna, siadając na brzegu łóżka.
Skierowała na niego odrobinę nieobecny wzrok.
- Stamtąd łatwiej byłoby uciec...
- Przecież mówiłem, że do nowiu jesteś bezpieczna. Myślisz, że odegrałem tą komedię dla zabawy?
- Komedię? – To słowo zabolało najbardziej. I sprawiło, że na jej twarzy pojawiło się w końcu jakieś ożywienie.
Poczuł się nieswojo. Nie chciał, aby to zabrzmiało w ten sposób, ale był wściekły, że tak mało miała do niego zaufania.
- Chodź, najpierw gorąca kąpiel, potem dostaniesz specjalny napar i do łóżka. Może zapalenie płuc cię ominie, choć za resztę nie ręczę. Cała noc w tym zimnie! – Energicznym ruchem pomógł się jej podnieść i zaprowadził do łazienki. O dziwo, dziewczyna nie zaprotestowała, tylko potulnie dała sobą kierować. Nawet wtedy gdy zdjął z niej całe ubranie. „I co z tego” -  pomyślała obojętnie. „I tak już widział mnie nagą. Raz mniej, raz więcej...”
Kąpiel pomogła. A już energiczne osuszanie szorstkim ręcznikiem, niemal przywróciło jej rumieńce. Pomyślała, że Adam to naprawdę ciężki przypadek do rozgryzienia. Teraz zachowywał się jak troskliwy ojciec, wczoraj na samym początku jak gdyby była znienawidzonym wrogiem, potem jak namiętny kochanek.
Nie zareagowała kiedy opuścił ją na dłuższą chwilę. Wrócił po dobrym kwadransie, z kubkiem w dłoni.
- Pij. Wiem, że niedobre – powiedział widząc jak dziewczyna krzywi się już po pierwszym łyku. – Zaśniesz na kilka godzin i jak się obudzisz, to sobie porozmawiamy.


Zabrzmiało to niemal jak groźba i Lena mimowolnie uśmiechnęła się, rozluźniając napięte przez tyle godzin, mięśnie twarzy. Przytuliła głowę do poduszki i spojrzała na siedzącego tuż obok z zasępionym wyrazem twarzy, Adama.
- Zostaniesz? – Chłodna ręka nieśmiało wsunęła się w jego silną, ciepłą dłoń.
- Tak. – Wiedział, że to słowo ją uspokoi, zresztą i nie zamierzał nigdzie odchodzić. Patrzył jak powoli zamyka oczy, oddech staje się coraz wolniejszy i dziewczyna zapada w głęboki sen. Potem z ponura miną wstał i wyszedł na zewnątrz. Musiał posprzątać ten bałagan, pozamykać drzwi i okna, napalić w piecu. I zacząć się zastanawiać nad czarem, który pozwoli uwolnić się od klątwy, choć dobrze wiedział, że istnieje tylko jedno, jedyne wyjście. I tylko jedno zaklęcie. A on nie chciał, żeby umarła. A przecież stała twarzą w twarz ze ślepą, niszczycielską mocą. Nie rozumiała, że siła ta czerpała swe największe moce z przeszłości, z czegoś co wydarzyło się ponad osiemnaście lat temu. I że było już za późno by to zmienić.

15.
Kiedy otwarła oczy, za oknem panował głęboki zmrok. Ciężkie krople deszczu bębniły na metalowym daszku werandy, konkurując w czynieniu hałasu z dziko wyjącym wiatrem. W rogu pokoju, wygodnie rozparty na jej ulubionym fotelu, siedział Adam. Mrok rozpraszała jedynie zapalona lampka tuż za jego plecami. Jednak nie drzemał, tylko z wielkim zainteresowaniem i uśmiechem błąkającym się na ustach, czytał jakąś książkę. Przez chwilę leżała w bezruchu, z fascynacją wpatrując się w jego urodziwą twarz, dopiero kiedy dostrzegła okładkę, raptownie zerwała się na nogi. No… Przynajmniej próbowała.
- O nie, jak możesz?!
Spojrzał na nią mrużąc oczy, bez cienia konsternacji.
- Ciekawa lektura...
Lena rzuciła się w jego kierunku, nie bacząc że ma na sobie tylko szlafrok, którego poły rozchyliły się, ukazując znacznie więcej niżby chciała.
- Natychmiast to oddaj! – Adam z chichotem odchylił się do tyłu i usunął książkę z zasięgu jej rąk. Nie zważając na nic, wspięła się na jego kolana i desperacko usiłowała odebrać swoją własność. Udało jej się to po dłuższej chwili, bo wzrok mężczyzny z fascynacją powędrował do częściowo odsłoniętych krągłych piersi i zamarł w tej pozycji, dając sobie wydrzeć przedmiot konfliktu. Lena z czułością pogłaskała swój pamiętnik i spojrzała na niego pełnym oburzenia wzrokiem.
- Nie ma się co podśmiechiwać. Pisałam go jak miałam piętnaście lat. A tak w ogóle to czytanie cudzych... – Zmarszczyła brwi, a potem nagłym ruchem zasunęła poły szlafroka. Ciemny rumieniec zawstydzenia wypłynął na jej policzki, kiedy napotkała jego wzrok.
„Macie tylko czternaście dni” – szepnął jakiś głos w głowie Adama. Potem i tak będzie musiał podjąć jakąś decyzję. Lecz niezależnie od tego jaka ona będzie, ich drogi się rozejdą.
„Co za różnica” – pomyślał, powolnym ruchem wyjmując książkę z jej rąk i kładąc ją na stoliku obok. Pół wieczoru przesiedział w tym przeklętym fotelu, zastanawiając się nad swoimi uczuciami. Jego nastrój zmieniał się jak kryształki w kalejdoskopie, raz radosny i zdumiony tym, że i jemu mogło się coś takiego przytrafić, innym razem ponury i zły, za to że musiał poddać się niechcianym uczuciom. Jednak czy było to teraz ważne? Siedziała tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu, widział i strach, i pożądanie w ciemnych źrenicach. Nie protestowała gdy ujął jej twarz w swoje dłonie, pieszcząc policzki i przesuwając opuszkami palców po lekko uchylonych wargach. Nigdy niczego nie pragnęła bardziej, niż tego dotyku, pocałunków i pieszczot.
Najpierw delikatnie przesunął ustami wzdłuż linii brody, musnął wrażliwe miejsce za zgrabnym uszkiem i w odpowiedzi usłyszał cichutki jęk. Potem dotknął warg. Początkowo nieśmiały pocałunek, szybko zmienił się w burzę pełną namiętności i pożądania. Przylgnęła do niego całym ciałem, a jej ramiona owinęły się wokół jego szyi.
Było jeszcze cudowniej niż za pierwszym razem, lepsze od czegokolwiek co dane było mu  doświadczyć w życiu.
Jedną dłoń wplótł w długie, jedwabiste włosy, druga rozpoczęła niecierpliwą wędrówkę po jej ciele. Wodził nią od twarzy i karku, po pośladki, gładził ramiona i brzuch, a kiedy dotarł do piersi, poczuł jak cała się napręża. Potem drogą dłoni podążyły wargi. Delikatnie muskał sterczące sutki, jak gdyby przekomarzając się z nimi, dopóki nie wytrzymała i sama nie przycisnęła jego głowy do siebie. Innego zaproszenia nie potrzebował. Przestał się droczyć, bawić w delikatności. Jak przepaść bez dna, pochłonęło go lawinowo narastające pożądanie, tak silne, że oboje przestali logicznie myśleć, zanurzając się w narastającej fali. Chwycił ją w ramiona i rzucił na łóżko. Tylko kilka sekund zajęło mu pozbycie się wierzchniego ubrania. Dziewczyna wcale nie była bierna, szlafrok zsunął się z jej ramion, które wyciągnęły się ku niemu na powitanie. Po chwili poczuła ciężar ciała mężczyzny na swoim, tym razem bez subtelności zaczął pieścić jej brzuch, schodząc coraz niżej. Zdecydowanym ruchem rozchylił nogi i wsunął tam swoją dłoń, delektując się odkrywaniem nowych, nieznanych sekretów i rozkoszą, która odmalowała się na twarzy ukochanej. Kiedy ją pieścił, wygięła ciało w łuk, zatracając się w doznawanej przyjemności. A on nie potrafił już dłużej tego przeciągać. Gwałtownym ruchem zanurzył się w niej, czując paznokcie rzeźbiące głębokie bruzdy na jego ramionach. Przylgnął ustami do gorących wargi i powoli zaczął się poruszać, wypełniając całe jej wnętrze. Potem uniósł się na przedramionach i obserwował zamglone oczy Leny, nabrzmiałe usta i włosy rozrzucone w nieładzie po poduszce. Była taka piękna, że choć wydawało się to niemożliwe, widok ten jeszcze wzmógł jego pożądanie. Przymknęła powieki i po omacku przesunęła dłońmi po jego twarzy, leniwym ruchem krzyżując nogi na plecach i jeszcze mocniej przyciągając go do siebie w rytm pchnięć. Cudowne było poczuć dotyk i zapach rozpalonej skóry Adama, mieć świadomość tej niezwykłej jedności, której doświadczała. Nigdy wcześniej nie zaznała takiej rozkoszy, wibrującej w całym ciele, aż po nie możliwe do osiągnięcia szczyty. Słyszała jak mężczyzna z jękiem wciągając powietrze, coraz bardziej przyspiesza. Tuliła się do niego całą sobą, jej gorący oddech owiewał jego szyję, a każde coraz silniejsze pchnięcie wyrywało z ust dziewczyny okrzyki rozkoszy. Oboje czując zbliżający się koniec, jeszcze mocniej przylgnęli do siebie, z coraz większą mocą naprężając wszystkie mięśnie. Brakowało im tchu, lecz nie byli w stanie nawet odrobiny zwolnić, mogli tylko dążyć do upragnionego spełnienia. Ekstaza, która nadeszła wyrwała z jego gardła ochrypły krzyk, który zmieszał się z głośnymi jękami szczytującej kobiety. Wytrysnął w niej z ogromna siłą, czując przepływającą przez całe ciało rozkosz, której nigdy wcześniej nie dane mu było przeżyć. Lena w chwili orgazmu uniosła swoje ciało, a paznokcie zagłębiły się w jego skórze z taką siłą, że spod palców popłynęły strużki krwi. Potem opadła i cały świat zawirował, a ona była bliska omdlenia. Wciąż czuła ciężar jego ciała, ciepło nasienia spływające po jej udach, świszczący oddech tuż przy swojej twarzy. Adam powoli zsunął się z niej, potem spojrzał głęboko w oczy i pocałował. Czule i delikatnie, dziękując za rozkosz, której doznał. Potem przytulił się do niej tak mocno, że poczuła jego szybko bijące serce na swych plecach. Zmęczeni, zastygli w bezruchu.
Dziewczyna cicho westchnęła. Słowa były zbędne, tylko zraniły by ciszę panującą pomiędzy nimi. Otulona silnymi męskimi ramionami, spełniona i niebywale szczęśliwa, zasnęła. „Świat mógłby skończyć się w tym momencie” – zdążyła jeszcze pomyśleć Lena, zanim pogrążyła się w niebycie.

16.
Poranek, w odróżnieniu od głośnej i ulewnej nocy, powitał złocistym blaskiem słońca i niemal bezchmurnym niebem. Adam z ociąganiem wygramolił się z skołtunionej pościeli i przeciągnął, szeroko ziewając. Z dołu dobiegł go cichy szum radia i apetyczny zapach świeżo parzonej kawy; widocznie Lena wstała wcześniej i nie budząc go, zeszła już do kuchni. Uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienie wydarzeń ostatniej nocy, czując znajome mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Mieli przed sobą cały, długi dzień... Znalazł porzucone w kącie spodnie i wciąż lekko zaspany, wolnym krokiem skierował się ku schodom. Przystanął w kuchennych drzwiach i przez dłuższą chwilę przyglądał się odwróconej do niego tyłem, dziewczynie. Podziwiał miękką linię jej ciała, niesforne włosy niedbale związane na czubku głowy, ponętną pupę. Chyba wyczuła jego obecność bo odwróciła się z kuszącym uśmiechem na ustach i rumieńcem, który powoli rozkwitał na jej policzkach.
- Dzień dobry – powiedziała cicho, nerwowym ruchem odgarniając opadający kosmyk za ucho.
Podszedł bliżej i pochylił się by ją pocałować.
- Witaj słoneczko. – Zdziwiona tym pieszczotliwym słówkiem, podniosła wzrok i napotkała jego pełne czułości spojrzenie. Z żarem odwzajemniła powitalny pocałunek, czując jak oplata ją ramionami.
- Kawka? – Z nadzieją w głosie zerknął za jej ramię i pociągnął nosem. – I może śniadanko?
Roześmiała się i lekko go odepchnąwszy, sięgnęła po talerz pełen świeżych rogalików.
- I kawka, i śniadanko.
- Jesteś cudowna! A potem... – zawiesił głos, resztę wyszeptując do ucha. Spojrzała na niego z ukosa, przygryzając wargi i czując gorączkę powoli ogarniającą całe ciało. Dłonią pogładziła jego nagi tors, przesuwając ją coraz niżej. Potem zaśmiała się i pchnęła go na krzesło.
- Najpierw z równie wielką rozkoszą napiję się kawy. A potem... – Tym razem to ona posłała mu kuszący uśmiech.
Drgnęli zaskoczeni, kiedy drzwi wejściowe zadrżały pod wpływem silnych uderzeń i w chwilę później na progu kuchni ukazał się rozradowany Marek. Jednak jego twarz gwałtownie zmieniła swój wyraz, gdy tylko napotkał spojrzenie ciemnych oczu Adama.
- Co on tu robi? – wybuchnął, nie wypowiedziawszy ani słowa powitania.
Lena z trudem przełknęła ślinę. Dlaczego akurat ona miała tak ogromnego pecha?
Dwóch mężczyzn stało nieruchomo, w milczeniu mierząc się wzrokiem, a żaden z nich nie zamierzał jako pierwszy ustąpić z pola walki. Po chwili Marek skrzyżował ramiona na piersi i zuchwale postąpił krok do przodu.
- Nie chciałbym nieuprzejmy – w jego głosie wyraźnie pobrzmiewała ironia – ale czy mógłbyś się ubrać i opuścić ten dom?
Adam nic nie powiedział. Nie poruszył się, nie uśmiechnął, nawet nie mrugnął okiem. Jego ramię wciąż obejmowało talię Leny, niczym kamienny słup, o który mogła się oprzeć. Potem zupełnie ignorując przed chwilą wypowiedziane słowa, spojrzał na zarumienioną dziewczynę, pochylił się i pocałował ją w policzek.
- Pójdę już.
- Nie... Jest tyle do przedyskutowania.
- Chyba nie byłoby to rozsądne. Powinnaś najpierw porozmawiać z bratem.
Lena z żalem patrzyła jak wbiegł schodami na górę, nie zaszczyciwszy swego przeciwnika najmniejszym spojrzeniem. Zamiast przywitać się, ciężko opadła na kwiecistą kanapę.
- Musiałeś być tak nieuprzejmy? Choć przecież nie chciałeś – dodała z dobrze wyczuwalnym sarkazmem.
Marek podszedł i zajął miejsce naprzeciwko niej. Potem odezwał się z troską w głosie, tak bardzo niepodobną do jego wcześniejszego zachowania.
- Martwiłem się o ciebie siostrzyczko.
- Zawsze się o mnie martwiłeś. Zwłaszcza wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Ale to nie ma nic wspólnego z tamtymi czasami.
- Gdyby mnie nie obchodziło co się z tobą stanie, mógłbym w tej chwili odejść. Ale czy tego chcesz, czy nie, zostanę. Twój telefon był dla mnie prawdziwym szokiem, zwłaszcza sprawa o którą pytałaś...
- Teraz to już nie ważne. – Znużonym ruchem przeciągnęła po czole. – Nie jesteś tą osobą, która mogłaby mi pomóc.
- A on tak? Czy ty wiesz jaki naprawdę jest Adam Lamer? On i ta cała jego szurnięta rodzina?
- Wystarczy. Wolałabym nie poruszać w tej chwili tego tematu. Może zbyt wiele oczekuję, ale chciałabym abyś ty i Adam zostali w przyszłości przyjaciółmi.
Jej brat roześmiał się drwiąco.
- Nigdy nie będziemy. I wiesz dlaczego? Bo ja wiem jaki on naprawdę jest. Nie jestem zauroczoną nim dziewczyną, która nie ma pojęcia o bagnie w jakie wdepnęła...
Spojrzała na niego z wściekłością. Jej głos był teraz chłodny niczym stal.
- Jestem więc bezmyślną małą idiotką, która nie potrafi dokonać odpowiedniego wyboru? Którą trzeba i należy prowadzić przez życie za rączkę! – Ostatnie słowa niemal wykrzyczała.
Marek wstał i odwróciwszy się do niej plecami, podszedł do stołu i nalał do szklanki wody. Potem wrócił i podał jej naczynie.
- Proszę. Wypij i uspokój się. Nie myśl, że mnie jest w tej chwili łatwiej. Ja także nie spodziewałem się na powitanie ujrzeć tu półnagiego Lamera...
Jej gwałtowny gniew, szybko wygasł. Bo Marek wydawał się szczerze zmartwiony sytuacją w jakiej się znaleźli. Był sumiennym starszym bratem i choć wiedziała, że się mylił, to jego intencje były czyste. Adam miał racje. Powinna najpierw z nim porozmawiać.
Podszedł i zajął miejsce tuż obok, chwytając jej lewą rękę w swe dłonie.
- Chcę jedynie byś stanęła twarzą w twarz z faktami. Dlatego uspokój się i wysłuchaj mnie. Po pierwsze nie jest tak cudowny jak myślisz, ani tak szlachetny. Ty zawsze stawiasz dobro innych na pierwszym miejscu, jest w tobie więcej miłości niż w kimkolwiek, kogo znam. Jesteś wrażliwa i delikatna...
- Też potrafi być delikatny.
- W łóżku? Być może, ale nie w życiu. To niebezpieczny człowiek, nie znasz jego przeszłości.
- To mnie oświeć – powiedziała z ironią. – Masz niepowtarzalną okazję.
Od strony schodów, dobiegł ich głośny tupot. Adam dopinając ostatnie guziki koszuli, pojawił się na dole. Zerwała się z kanapy i podbiegła do wyjścia, w kierunku w którym zmierzał.
- Adam... –  Nie przepraszała za brata, w jej pięknych oczach czaił się smutek. I morze niepewności. Zdumiony zrozumiał nagle, że on był tego głównym powodem. – Nie rozmawialiśmy jeszcze o wydarzeniach ostatniej nocy.
- Spotkamy się po południu – powiedział uspokajająco. Na chwilę przytulił ją do siebie, pozwolił ukryć twarz na piersi. Potem z czułością musnął jej wargi i już go nie było. Nie liczył na wiele ze strony Marka, ale nie chciał również utrudniać całej sprawy. Dlatego postanowił usunąć się na parę godzin, które mógł w tym czasie wykorzystać na wykonanie kilku ważnych telefonów.
Lena w milczeniu odprowadziła go wzrokiem. Potem bez słowa, nawet nie patrząc na brata, skierowała się ku schodom. Kusy szlafroczek z pewnością nie był odpowiednim strojem na poważne rozmowy. Jednak ciężko było jej się skupić, na każdej z wykonywanych czynności. Wciąż czuła dotyk Adama, jego zapach. Nawet wtedy, gdy już gotowa zeszła do wypełnionej aromatem świeżo parzonej kawy, kuchni.
Marek siedział w ponurym milczeniu przy dużym, poszarzałym ze starości stole. Dłońmi oplótł kubek, a poranne światło wpadające przez boczne okno, rzeźbiło na jego twarzy ostre cienie. Nagle Lena poczuła się głodna, zmęczona i wyczerpana emocjonalnie. Zniknął gdzieś entuzjazm sprzed godziny, buzująca w całym ciele nieokiełznana energia.
- Dlaczego tak bardzo go nienawidzisz?
- Ponieważ wiem, jaki on jest.
Nalała sobie do kubka smoliście czarnej kawy.
- A więc jaki?
- Trudno to wyjaśnić w kilku słowach. Jednak musisz wiedzieć, że jeszcze niedawno byłem świadkiem wydarzeń, które na pewno by ci się nie spodobały.
- Jesteś tego pewien?
- Kilka osób omal nie straciło w nich życia. To wcale nie było takie niewinne.
- A może po prostu ktoś go sprowokował? Adam jest naturalnym celem takich ataków. Niektórzy mężczyźni, kiedy wypiją za dużo i zaczynają czuć się podle, prowokują najsilniejszego faceta, który znajduje się w pobliżu. Albo tego, co do którego wiedzą, że odpowie na ich zaczepki?
- Nie chodzi o zwykłe pijackie bójki. On i ten jego brat... Zawsze przerażali i odpychali nas swoją innością. Chociaż muszę przyznać, że o ile z Adamem udawało się czasem dogadać, to przypadek Nataniela był dużo gorszy.
- Sama kiedyś podsumowałam go jako znakomity materiał na seryjnego mordercę – jej uśmiech wypadł dość blado.
- Trochę mnie zdziwiło że popełnił samobójstwo. Nie wyglądał na typa zdolnego do takich rzeczy...
- To niezupełnie było tak. Ale najpierw muszę się dowiedzieć w jakim stopniu jesteś zamieszany w śmierć ich matki. Bo wiem, że jesteś.
Przez chwilę milczał z pochyloną głową.
- Adam to zasugerował?
- Nie musiał. Dowiedziałam się tego w zupełnie inny sposób. Na początku, jako osobie trzeźwo i racjonalnie myślącej, trudno mi było pogodzić się z faktami.
- Nie zabiłem jej, jeśli o to chodzi.
- Ale?
- Byłem świadkiem początku tego zajścia i widziałem jak preparowano dowody.
- Aby upozorować jej samobójstwo?
- Tak. Nie myśl, że mi się to podobało. Ale byłem wtedy jeszcze dzieciakiem i nie chciałem mieszać się w te sprawy. Zwłaszcza, że krótko przed tym Adam spuścił mi niezłe manto. Z kolei Nataniel wdał się w bójkę z synem komendanta. Mateusz jeszcze długo potem leczył połamane żebra i wybite zęby, ale najgorsza była urażona duma, że pobił go młodszy o dwa lata od niego smarkacz. Akurat mieliśmy wtedy wielki festyn, większość była wystarczająco pijana, by zapanowały nad nimi niezdrowe emocje. Komendant skrzyknął kilku mężczyzn, ja i paru chłopaków ukryliśmy się w krzakach nieopodal, mając nadzieję na niezłe przedstawienie. Ale na progu ukazała się jedynie Ursula, zmartwiona tym, że jej synowie jeszcze nie pojawili się w domu. Wywiązała się krótka szamotanina, potem wepchnęli ją do środka i zatrzasnęli drzwi. Siedzieliśmy jak myszy pod miotłą, dopóki na zewnątrz nie pojawił się siostrzeniec wójta. Czujnie rozejrzał się dookoła i szybkim krokiem pomaszerował w kierunku rynku. Wrócił po kilkunastu minutach z jakąś wielka czarną torbą. Kilku chłopaków znudzonych biernym czekaniem, postanowiło wrócić do domu. Zostałem tylko ja i Piotrek. Czuliśmy się już dość nieswojo, ale mimo to usiłowaliśmy całą sytuację obrócić w żart. Wtedy zauważyliśmy wracających Lamerów.
- Komendant? To wyjaśnia dlaczego tak szybko przyjęto wersję z samobójstwem.
Skinął potakująco głową.
- Resztę znasz z oficjalnych raportów policyjnych. Synowie znaleźli matkę powieszoną w salonie na żyrandolu. Podobno jeszcze była ciepła. Uciekliśmy, kiedy ze środka dobiegł nas głośny krzyk i na zewnątrz wybiegł Nataniel, wrzeszcząc jak opętany. Nigdy nie przyznaliśmy się do tego, czego byliśmy świadkami.
-  Nie sądzisz, że twoja niechęć do Adam bierze się po części z wyrzutów sumienia?
- Mało prawdopodobne. – Obojętnie wzruszył ramionami. – Bardziej z tego, że to gruboskórny dupek, dbający tylko o własne potrzeby. To nie tylko moja opinia.
- To krzywdząca opinia. Adam z początku może wydawać się szorstki i niedostępny, ale...
- Wystarczyło ci kilka miesięcy, by przekonać się, że jest inaczej?
- Wystarczyła mi tylko jedna szczera rozmowa, w której nie udawałam, że jestem kimś lepszym od niego.
Uśmiechnął się z przekąsem
- Podoba ci się dlatego, że jest tajemniczy i podniecający. Jesteś go całkowicie pewna?
- Chyba nawet bardziej niż myślisz. Adam potrafi się zmienić. Być może potrzebował kogoś takiego jak ja, kto by go pokochał, za kogo mógłby czuć się odpowiedzialny. Potrzebował mnie.
- Wybacz, ale twoje argumenty mnie nie przekonują. Widziałem jego oczy, kiedy naprawdę bywał wściekły. Ten facet jest niepoczytalny i to czego najbardziej potrzebuje, to wygodna cela w jakimś odosobnionym zakładzie.
- Może nie powinniśmy więcej o tym mówić?
Walnął pięścią w stół, a jego twarz wykrzywiła złość.
- A o czym mamy rozmawiać? Pojawiam się tu niespodziewanie i zastaję swoją młodszą siostrę z ostatnim mężczyzną, jakiego chciałbym zobaczyć i to w tak intymnej sytuacji.
Zapadło milczenie, przerywane tylko miarowym tykaniem zegara. Gdzieś w oddali rozszczekały się jakieś psy. Ich zajadliwe ujadanie, niosło się echem po całej okolicy, nieprzyjemnie wdzierając się w panującą pomiędzy nimi ciszę.
- Wierzysz w czary?
Spojrzał na nią z niemym zdumieniem w oczach. Ale ona nie żartowała, patrzyła na niego nadzwyczaj poważnie, bawiąc się pustym już teraz, kubkiem po kawie.
- Dziwne to pytanie, w ustach tak racjonalnej osoby jak ty...
- Jeszcze dziwniejsze wyda ci się, gdy powiem, że ja tak.
- Dlatego właśnie twierdzę, że towarzystwo Adam Lamera jest dla ciebie jak najbardziej niewskazane. Już zaczął mieszać ci w głowie.
Roześmiała się, choć w jej głosie nie było odrobiny wesołości.
- Nawet nie wiesz jak chętnie przyznałabym ci rację... Ale to nie jest takie proste i nigdy nie będzie. Zginęło już tyle osób...
- Zginęło? O czy do diabła ty mówisz?
- Nigdy nie zastanowiłeś się nad ilością samobójstw i nieszczęśliwych wypadków, w które obfitował ubiegły rok? Nataniel, Ewa, córeczka Piotra, syn Jeremiego, żona Pawła, cała rodzina Nastowiczów, stary Kacper spod lasu – wyliczała prostując kolejne palce. – No i ja...
- Co za ty? Zachowujesz się głupio. Idiotycznie. I wygadujesz kompletne bzdury...
- Czyżby to było aż tak pozbawione sensu? Pomyśl chwilkę, co łączy te wszystkie osoby dotknięte nieszczęściem?
Milczał przez dłuższą chwilę.
- Chcesz powiedzieć, że śmierć Ursuli... To Adam mści się na rodzinach sprawców!
- Nie! – niemal krzyknęła. Jej brat doszedł do zupełnie innych wniosków, niż by chciała. – Coś ty się tak uczepił tego człowieka. Nie dość krzywdy mu wyrządzono!
- Jeśli nie on, to kto? Nataniel nie żyje, z bliskiej rodziny została mu tylko ta Monika i jej częściowo sparaliżowany ojciec. Może to duch Ursuli? – Drwiąco spojrzał w jej oczy.
Lena usiadła i ukryła twarz w dłoniach. Jak miała mu wytłumaczyć coś, co i dla niej pozostawało nie do końca zrozumiałe. Jak miała przekonać, że Adam chciał jej pomóc, a nie zaszkodzić.
- Byłam sama. Nagle zerwał się gwałtowny wiatr. Od strony lasu ktoś szedł, dziwaczna postać, z twarzą zakrytą włosami. Zapytałam czy nie potrzebuje pomocy. Ale ona podeszła jeszcze bliżej... – Zamilkła, jeszcze raz w pamięci odtwarzając każdą sekundę tamtego zajścia. – Wiesz dobrze, że nigdy nie wierzyłam w te wszystkie nadnaturalne bzdury. Nie cierpiałam nawet czytania pospolitych horoskopów. Ale to co ujrzałam, nie mieściło się w ramach świata, który znam. Było przerażające, obce, złe. I miało moje oblicze...
- Nie bardzo rozumiem? Zasnęłaś na werandzie i przyśnił ci się jakiś koszmar?
- Aha – parsknęła. – A potem ten sen gonił za mną aż do domu Lamerów... Po co ja ci to w ogóle mówię? – dokończyła z goryczą.
Marek energicznie wstał i zakrzątnął się przy kuchence.
- Najlepiej będzie jak się spakujesz i wrócisz do domu. Ja zostanę i popilnuję gospodarstwa dopóki nie wróci Marta.
- Nie.
Udał, że nie dosłyszał jej stanowczej odpowiedzi.
- Myślę, że przyda ci się kilka tygodni spokoju i rozłąki z ukochanym. – Ostatnie słowo wypowiedział z jawnym szyderstwem.
Wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała. Na nic by to się zdało. Cała ta rozmowa była pozbawiona sensu, choć dowiedziała się w końcu jaki był udział jej brata. I dlaczego klątwa ściga teraz ją. Wstała od stołu, nawet nie udając, że interesują ją beztroskie opowieści o tym co wydarzyło się w domu. Chciała znów zobaczyć Adama, wtulić się w jego ramiona, posłuchać zapewnień że będzie dobrze. Dlatego wciągnęła buty i wyszła, trzaskając w dość jednoznaczny sposób drzwiami. Zdziwiony Marek przerwał swoją tyradę i odwrócił się. W salonie nie było nikogo, jeśli nie liczyć zwiniętego w kłębek kocura, który posłał mu czujne spojrzenie i głośno miauknął.
Te kilka metrów pod górkę, pomimo dobrej kondycji, wywołały u niej niezłą zadyszkę. Przez moment usiłowała zapanować nad świszczącym oddechem, a gdy jej się to w końcu udało, ruszyła w kierunku kuchennych drzwi. Nawet nie musiała pukać. Wziął ją w objęcia, gdy tylko weszła do środka. Ciepło jego ciała było w tej chwili najwspanialszą rzeczą, jaką mogła sobie wyobrazić.
- Nie spodziewałem się, że przyjdziesz tak szybko.
- Rozmowa z moim bratem zakończyła się totalnym fiaskiem. Nawet nie pytaj. Za to stęskniłam się za tobą.
Pocałował ją w policzek. Potem spojrzał głęboko w oczy.
- Wciąż jeszcze mam wrażenie, że to tylko sen, a kiedy się obudzę, znów będę sam w tym cholernym, upiornym domu.
Roześmiała się i przechyliła w jego ramionach, z figlarnym błyskiem w oczach odwzajemniając spojrzenie.
- Upiorny to on był, kiedy odwiedziłam cię pierwszy raz. Teraz to jest tu całkiem przytulnie.
- Tu nie straszył wygląd, a kilkanaście lat upokorzenia... A tego tak łatwo nie idzie zmienić za pomocą odrobiny farby.
- W takim razie należy mu dać także kilka miłych wspomnień. Mam nawet kilka pomysłów jak to możemy zrobić...
Adam nie odpowiedział słowami. Kopniakiem zamknął drzwi, potem podniósł ją i przeskakując po parę stopni, wbiegł na górę i skierował się ku swojej sypialni. Przyjemny dreszcz przebiegł po ciele. Czuła się słaba i bezbronna, ale o dziwo, podobało się jej to.
Tylko kilka sekund zajęło mu zdjęcie z niej odzieży, po czym i on sam się rozebrał. Czuła jak chłód pieści nagą skórę, kiedy Adam położył się obok niej. Powoli, lekkimi niczym skrzydła rękoma, zatoczył leniwe kółka na jej piersiach, zarazem ugniatając je, jak i delikatnie masując. Potem ukrył twarz w zagłębieniu między nimi i zaczął je całować. Wzięła jego głowę w dłonie i przeczesała palcami ciemne włosy. Spojrzał w podnieconą twarz dziewczyny, ale w jego wzroku prócz pożądania, było coś jeszcze.
- Kocham cię Leno – powiedział cicho.
Zaskoczona zastygła w bezruchu. Potem przyciągnęła go jeszcze bliżej i pocałowała.
- Ja też cię kocham.
Powoli zjechał wargami na jej brzuch, delikatnie kąsał uda, całował i pieścił gorące wnętrze. Potem wsunął dłonie pod pośladki i lekko je uniósł.
Kiedy już uspokoiły się ich oddechy, Adam oparł się na łokciu i zamyślony spojrzał w okno. Choć to co czego przed chwilą doświadczył, było najcudowniejszą rzeczą pod słońcem, problemy powróciły. Niczym stado czarnych kruków zatoczyły krąg i znów zawisły nad ich głowami.
- Wiem o czym myślisz. – Lena odwróciła się w jego kierunku, wyciągnęła dłoń i delikatnie pieściła jego policzek. – Choć w tej chwili wydaje się to tak nierzeczywiste i odległe.
- Mamy osiem dni. A ja nie wiem nawet gdzie mógłbym szukać ratunku. Gdyby żył Nataniel... – Zasępił się na wspomnienie brata.
- A Monika?
- Ona jest tylko zwykłą amatorką. Kilka miłosnych czarów, wróżenie z kart i tym podobne bzdury. Potrzebny jest ktoś bardziej biegły w tych sprawach.
- Ktoś z twojej rodziny?
- Niekoniecznie. Poza tym jedynymi, którzy mogliby nam pomóc, był mój brat i... – tutaj Adam nieznacznie się zawahał – i mój ojciec.
- Czy on żyje?
- Tak. Od wielu lat zamknięty jest w zakładzie psychiatrycznym. I raczej już go z niego nie wypuszczą...
Przez chwilę milczeli. Przytulił ją do siebie, szukając pocieszenia. Istniała niewielka szansa, że mu się uda. Jeśli tak, to musiał porozmawiać z człowiekiem, którego nienawidził jak nikogo na tym świecie.
- Leno posłuchaj mnie. Muszę zostawić cię na kilka dni samą.
Potarła czołem o jego podbródek. Domyślała się dlaczego, nie chciał zabrać jej ze sobą. Choć gdyby poprosił, udałaby się za nim nawet na kraniec świata.
- Chcesz porozmawiać ze swoim ojcem?
- Muszę. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że wie jak zapobiec klątwie.
- To trochę dziwne rozmawiać o takich rzeczach, jak o czymś zupełnie naturalnym
- Dla mojej rodziny zawsze było to coś oczywistego.
- Chyba będę musiała przywyknąć.
Ujął ją za ramiona i z powagą spojrzał prosto w oczy.
- Jeśli nam się uda, to nigdy więcej nie chcę słyszeć o tego typu rzeczach. To przekleństwo, przyczyna wielu nieszczęść. Przysięgam, że spalę te wszystkie magiczne śmieci, gdy tylko będę miał ku temu okazję.
- Niektórych rzeczy nie da się, ot tak, wyrzucić.
- Ale można o nich zapomnieć.

Pocałowała go z czułością
- Obiecuję, że ci w tym pomogę.

link do części V - klik

1 komentarz:

  1. Szpital ? Tylko dlatego, że wierzył w te całe czary mary?

    OdpowiedzUsuń