czwartek, 18 lipca 2013

"(Nie)romantyczna historia wampirzej miłości" opowiadanie

W pewnym momencie tych wampirów było za dużo -  filmy, reklamy, tysiące książek próbujących powtórzyć sukces Zmierzchu (nie czytałam, nie spodobał mi się i odłożyłam po piętnastu stronach). 
To opowiadanie powstało zapewne dlatego, bym mogła trochę odpocząć od romantycznych wampirzych love-story :)))



(Nie)romantyczna historia wampirzej miłości

Ten skubaniec mnie ugryzł! Spodziewałam się namiętnych pieszczot i odurzających pocałunków, a on po prostu mnie dziabnął. Potem niemal ze łzami w oczach tłumaczył, że to tak przez przypadek. Nie zapanował nad instynktem czy coś tam. Wściekła jak cholera, narzuciłam płaszcz i z hukiem zatrzasnęłam za sobą drzwi. Jeszcze za mną cichutko skomlał, ale pozostałam nieugięta. Wampir jeden! Co on sobie wyobraża? Za posiłek będę mu służyć? Mało mnie obchodziły zarówno jego wyrzuty sumienia, jak i szczęka, w którą porządnie mu na pożegnanie przywaliłam.
Uspokoiłam się dopiero pod drzwiami własnego mieszkania. Widać nie był mi pisany. Może teraz dla odmiany poszukam sobie jakiegoś demona? Z możliwie skromnym uzębieniem, rozumie się. W całkiem dobrym humorze, otwarłam drzwi i zapaliłam światło. Tymczasem w korytarzu, potulnie, z bukietem umierających kwiatów, czekała na mnie przyczyna mej udręki. No tak! Zapomniałam, że takie wampiry, to nic sobie nie robią z cudzej prywatności, zjawiając się w całkiem nieodpowiednich momentach.
- Czego chcesz? – warknęłam, odwieszając płaszcz do szafy.
- Żabciu moja! – Z jękiem padł mi do kolan. – To nie zamierzone było, przebacz mnie grzesznemu. Nigdy więcej...
- Tak, pewnie – odpowiedziałam z sarkazmem. – A następnym razem obudzę się na cmentarzu, w trumnie wyściełanej atłasem.
- Nie! Przyrzekam na wszystkich władców piekieł, że to już się nie powtórzy. Dam sobie upiłować kły, jeśli każesz.
- Każę! Żebyś wiedział, że tak. I od jutra jeśli chcesz ze mną zostać, to masz przejść na wegetarianizm. Żadnej krwi, mięsa i podobnych rarytasów – powiedziałam surowo, łaskawie dając się całować po stópkach. – Zrozumiałeś?
Zajęczał jeszcze głośniej, wywracając oczyma i krzywiąc się w grymasie pełnym bólu.
- To może od czasu do czasu, chociaż krwisty befsztyk? – Spojrzał na mnie błagalnie. Jego blada, przystojna twarz, wciąż robiła na mnie spore wrażenie. Dobrze o tym wiedział, cholernik jeden, dlatego potrafił znakomicie wykorzystać swoje atuty w każdej z naszych kłótni. Ale tym razem pozostałam nieugięta.
- Co ty na to Myszko moja?
- Jak mnie jeszcze raz nazwiesz jakimś płazem czy gryzoniem, to słowo honoru, wbiję ci nie jeden, a kilka osikowych kołków! – Popatrzyłam na niego groźnie z góry. – I żadnych krwistych befsztyków! Owoce, warzywa i woda mineralna.
Potulnie wstał i smutno pokiwał głową.
- A czekolada?
- Czekolada może być – pozwoliłam łaskawie. Przyjęłam też smętne resztki bukietu, którym mój ukochany bez opamiętania walił w podłogę. Na oko, to żadna reanimacja nie mogła już im pomóc, ale postanowiłam, że będą niczym symboliczna gałązka oliwna.
- Muszę już iść najdroższa. – Wampir chwycił mnie namiętnie w ramiona. – Niedługo świt, więc zobaczymy się dopiero wieczorem.
Wycisnąwszy na moich ustach ognisty pocałunek, zniknął tak nagle, że pozbawiona oparcia jego ciała, runęłam jak długa na środku korytarza.
- Niech to... – resztę wymamrotałam już pod nosem. Potem masując obolały krzyż, pokuśtykałam do kuchni. Fajnie to te wszystkie romanse z wampirami wyglądały w kinie lub w książkach. Rzeczywistość prezentowała się cokolwiek inaczej. Tylko seks był faktycznie świetny, lepszy nawet niż ten wymyślany przez pisarzy i scenarzystów.
Przyrządziłam sobie herbatkę z melisy i postanowiłam, że następną noc, choćby nie wiem co, spędzę we własnym łóżku. Właściwie to należało skoczyć na jakiś stragan i kupić kilka wianków czosnku, aby mój luby znienacka nie zjawił się w sypiali, radośnie oznajmiając, że musimy iść na jakieś cholerne wampirze czy demonie party. Subtelny zapaszek czosnku znakomicie do takich rzeczy zniechęcał. Poza tym, ja się w końcu wyśpię, a on niech trochę pożałuje swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Pomacałam się po obolałej szyi, jednak oprócz małego zadrapania niczego więcej nie wyczułam. Postanowiłam że zdezynfekuję ranę, nie wiadomo gdzie też on się poprzednio stołował, a potem pójdę w końcu spać. I już po kwadransie błogo dryfowałam w objęciach Morfeusza.
Obudził mnie zegar głośno wybijający godzinę. Trudno było określić jaką, bo w sypialni panował półmrok, a mnie nie chciało się liczyć uderzeń. Skoro jednak czułam się wyspana, musiało być dość późno.
I wtedy rozległo się ciche skrzypienie. Ziewnęłam i usiadłszy na łóżku zapaliłam małą lampkę. Obok mnie, w starym fotelu odziedziczonym po przodkach siedziała jakaś wyfiokowana matrona. Gdyby nie jej podobieństwo do pewnego bliskiego mi wampira, pomyślałabym, że może to moja prababka wpadła do mnie z małą wizytą. A niech to! Co też takiego się stało, że szanowna mamusia mego lubego zaszczyciła mnie swoją obecnością?
- Witaj nędzna śmiertelniczko – powiedziała głuchym głosem.
- No, no! Tylko nie nędzna, wypraszam sobie – odparłam z kwaśną miną. Nachodzi mnie we własnym domu, straszy po przebudzeniu i jeszcze obrzuca inwektywami. To ci wampirzyca jedna!
Roześmiała się chrapliwie, na moment ukazując nieco pożółkłe i stępione kły.
- Mam krzyż oraz osikowy kołek i nie zawaham się ich użyć – ostrzegłam na wszelki wypadek. – Także wodę święconą w aerozolu, najnowszy model o silnym strumieniu...
- Grozisz mi?
- Ależ skąd! – Nie chciałam przeholować, ta baba w przyszłości mogła zostać moją teściową. – Co cię sprowadza w moje skromne progi, wasza wampirza wielmożność?
Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przypadł jej ten tytuł do gustu. Skrzywiła się i poruszyła szczęką, znacząco patrząc na moją szyję.
- Domyślasz się chyba, że mój syn. Cały nasz klan jest oburzony jego postępowaniem i tym, że zakochał się w tobie. Ostatnimi czasy nawet krwi nie chce pić, a już mu takie piękne dziewice podsuwamy na posiłki... – westchnęła rzewnie, a we mnie zalęgło się podejrzenie, czy też aby nie wykorzystuje ich przypadkiem w jakiś inny sposób.
- Wegetarianizm jest zdrowy – powiedziałam surowo. – Ja go do niczego nie zmuszam, sam chce.
- Wegetarianizm?! U wampira?! – Szanowna matrona aż podskoczyła na fotelu. – On zginie! – teatralnym gestem chwyciła się za bujną pierś i jęknęła. – Jesteś taka nieczuła...
No nie! I to słowa kogoś, kto w menu ma posiłki składające się z ludzkiej krwi.
- Jak się nie podoba, to może sobie znaleźć kogoś innego – syknęłam, energicznie wstając z łóżka. – Ja tam nikogo siłą nie trzymam!
W tym momencie usłyszałyśmy ciche puff i na środku sypialni ukazał się temat naszej burzliwej dyskusji. Wyprężył pierś, posłał olśniewający uśmiech, prezentujący oślepiającą biel upiłowanych kłów i zamarł w tej pozycji, gdy tylko zauważył mego gościa.
- Mamusia tutaj? – Śmiać mi się zachciało, gdy patrzyłam na jego wystraszoną i spłoszoną minę. – Cóż za niespodzianka...
- A owszem. Ucinamy sobie właśnie przyjemną pogawędkę o twoim planie dietetycznym – powiedziałam, uśmiechając się niczym kot, który właśnie upolował tłustą mysz.
Szanowna rodzicielka milczała, potępiająco wpatrując się w swego potomka. Chyba też  zauważyła drobne zmiany w uzębieniu i z pewnością w duchu przeżywała swą klęskę.
- Ależ nie ma o czym mówić. Doprawdy taki banał, fraszka niemal. Odrobina wstrzemięźliwości od czasu do czasu, dobrze robi na żołądek.
Teraz obie wpatrywałyśmy się w niego z pogardą. Cóż za przebrzydły tchórz.
- Co to za sprawa z tymi dziewicami? – Poruszyłam kwestię najbardziej dla mnie istotną. – Gadaj mi tu zaraz prawdę, wampirze jeden!
Nie przypuszczałam, że to możliwe, aby zrobił się na twarzy jeszcze bledszy niż zazwyczaj.
- Nie ruszyłem ich, mój promyczku księżycowy, przysięgam na wszystkich moich żyjących przodków! Na tych, którzy zeszli nagłą śmiercią na skutek interwencji zabobonnych chłopów, również przysięgam! – Po czym znów padł mi do kolan i znieruchomiał w tej pozycji, błagalnie wznosząc ku górze czerwonawe oczęta.
- Dość tego! – zagrzmiała szanowna mamusia, gwałtownie podnosząc się z fotela. – Plamisz honor naszego rodu, mięczaku jeden! Co z ciebie za krwiopijca? Masz dwa wyjścia – albo ty dziabniesz tę dziewuchę fachowo w szyjkę i przyłączysz do nas, albo my to zrobimy. Na decyzję pozostawiam ci dwadzieścia cztery godziny.
Zafurkotała spódnicami i już jej nie było.
- No ładnie – jęknęłam, padając na fotel. – Ale ja nie chcę zostać jakimś trupiobladym maszkaronem, który nawet nie może przejrzeć się w lustrze. To wszystko przez twój upór, kretynie! Mówiłam że powinniśmy zerwać.
- Zwrócę się do wujka Draculi, może on będzie łaskawszy – markotnym głosem odezwał się mój ukochany, po czym podszedł i z bolesnym westchnieniem zajął miejsce obok.
Przez chwilę siedzieliśmy tak w milczeniu, po czym w mej głowie zaczął się krystalizować iście szatański plan. Ponieważ nie uśmiechała mi się przemiana w jakiegokolwiek krwiopijcę, musiałam temu zapobiec, nawet w najbardziej perfidny sposób. Życie to ja mam tylko jedno, a takich adoratorów jak ten tutaj, to na pęczki.
- Mój ty ukochany – zaświergotałam słodko. – A co mi tam! Z chęcią dam ci się pokąsać. Ale stawiam jeden warunek. Chciałabym po raz ostatni obejrzeć wschód słońca...
Sam się rozjaśnił, nie gorzej niż rzeczone słoneczko. Po rączkach zaczął mnie całować, po nóżkach i innych częściach ciała. Poczułam odrobinę wyrzutów sumienia, ale czym prędzej zdusiłam w sobie te ludzkie odruchy i zaczęłam przemyśliwać nad szczegółami akcji. Najpierw musiałabym go ogłuszyć. Żaden problem, wystarczy jakiś ciężki przedmiot i element zaskoczenia. Potem skrępować. Ale nie takim zwykłym sznurem, musiałabym wymyślić coś ekstra, najlepiej nasączyć go święconą wodą. No i oczywiście gwóźdź programu – wytaszczyć na balkon i czekać na wschód słoneczka. Wodę święconą miałam w kuchennej szafce, zostało trochę po tegorocznej kolędzie. Sznur także leżał w jakimś kącie, jeden z moich facetów nałogowo próbował popełnić samobójstwo, w tym również usiłował się wieszać. W końcu mu się to udało, potknął się rankiem i wypadł z balkonu. Zanieczyścił chodnik poniżej, ale solidna, bez mała okrętowa lina, wciąż leżała u mnie w kuchennym schowku.
Z promiennym uśmiechem na ustach przystąpiłam do realizacji mego planu. Najpierw oczywiście dałam się namówić na mały numerek.
A dalej? No cóż… Trochę się umęczyłam taszcząc go na zewnątrz, ale ledwo otarłam pot z czoła, zza horyzontu ukazała się złocista poświata. Z filozoficznym spokojem przyglądałam się, jak mój luby zamienia się w szarawą kupkę pyłu, którą staranie zmiotłam do słoika po kiszonych ogórkach. Schowałam go potem wśród innych zapraw, obiecując sobie w duchu, że w niedalekiej przyszłości przesypię w jakąś gustowną urnę lub ozdobny wazonik. Aby pozbyć się kłopotliwej wampirzej rodzinki, napisałam w jego imieniu rzewny list o rozstaniu ze mną i przymusowej emigracji gdzieś na drugą półkulę. Chyba złapali przynętę, bo więcej z nimi pod tym względem problemów nie miałam.
A co dalej? Wyszłam za mąż za całkiem zwyczajnego, łysawego okularnika i dorobiłam się trójki zasmarkanych dzieciaków. Urnę z prochami mego eks postawiłam na kominku, a całą resztę opisałam w opasłym dziele zatytułowanym „Świt”. Takie rozwlekłe, ckliwe romansidło, o wampirze, który poświęcił swe życie w imię miłości do śmiertelniczki, itp., ble ble ble. Książka przyniosła mi nieoczekiwaną sławę i kupę kasy.
Jednak rodzinka mego eks-wampirka nagle zorientowała się w temacie. Już widziałam nadciągające niczym tornado kłopoty, ale oni olali zemstę i w zamian zaczęli domagać się podziału zysków ze sprzedaży chodliwej powieści. Tak więc ozdobnych urn na moim kominku zaczęło przybywać.
Ale to już całkiem inna historia...

2 komentarze:

  1. Bedziesz pisac dalej ? Czy to koniec , bo chcialabym dowiedziec sie czegos wiecej ..
    Leyla

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobaczymy :) Na razie nie mam ciągu dalszego...

      Usuń